jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga
Author

Jolanta Strażyc

Jolanta Strażyc

GenealogiaHistoriaSaga

Zapowiedź dalszej części sagi

by Jolanta Strażyc 2026-04-30

Losy rodziny Strażów dopiero się rozpoczynają.

Rozdziały opublikowane dotąd na blogu są jedynie zwiastunem większej opowieści — sagi, nad którą pracuję i która po ukończeniu zostanie wydana w formie e-booka.

Po wydarzeniach opisanych wcześniej Jan, syn rotmistrza Stanisława Straża, wkracza w świat niespokojnych kresowych rubieży Rzeczypospolitej — ziem, gdzie granicy nie wyznaczały mury, lecz odwaga ludzi, czujność strażników i pamięć o nieustannym zagrożeniu.

Na dalekim Podolu, pośród zamków, strażnic i stepowych szlaków, Jan poznaje prawdziwe oblicze pogranicza. Uczy się, czym jest odpowiedzialność, jak wysoką cenę mają decyzje podejmowane w jednej chwili i jak łatwo wojna odbiera człowiekowi wszystko, co dotąd uważał za pewne.

W świecie, gdzie wiara bywa ostatnią obroną, a honor znaczy więcej niż życie, dojrzewa człowiek, którego los splecie się z wielkimi wydarzeniami nadchodzących lat.

Przed nim czas prób, dramatycznych wyborów i wojny, która odmieni nie tylko jego życie, lecz także los całego rodu.

To dopiero początek drogi.

Dziękuję wszystkim, którzy czytają tę historię i wyruszają ze mną na kresowe szlaki. Mam nadzieję, że będziecie towarzyszyć rodzinie Strażów także w kolejnych rozdziałach tej opowieści.

2026-04-30 9 komentarzy
6 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoriaSaga

Saga. Rozdział IV – Powrót

by Jolanta Strażyc 2026-04-20

Początek października, 1640 rok

Pod niebem o barwie stali, przeciętym gdzieniegdzie smugą późnojesiennego błękitu, podążał jeździec zakapturzony. Towarzyszyło mu dwóch żołnierzy, również konno, w milczeniu i skupieniu. Droga, sypka i trudna do przebycia, kręta jak losy ludzkie, wiła się przez dziką, zalesioną okolicę, w której drożyny niknęły wśród zarosłych ostępów, a człowieka spotkać można było rzadko — chyba że z muszkietem i niepewnym zamiarem.

Wioski i osady rozsypane były po tej ziemi jak ziarno z rozszarpanego worka, daleko jedna od drugiej, jakby same nie chciały zbliżać się do siebie z obawy przed tym, co niesie czas.

— Panie — odezwał się wreszcie jeden z towarzyszy, poprawiając pas przy siodle — powiadają, że w tych stronach już od tygodnia widywano czambuły.

Jeździec nie odwrócił głowy.

— Powiadają wiele rzeczy Józefie — odparł spokojnie. — Większość z nich rodzi się przy ognisku, a nie w polu.

— A jeśli tym razem to nie bajanie?

Jan Straż uniósł lekko głowę. Pod kapturem połyskiwały jego oczy — bystre, lśniące, osadzone głęboko w pociągłej twarzy o wyraźnie zarysowanym, orlim nosie.

— Wtedy — rzekł cicho — tym bardziej trzeba jechać dalej.

Miał dwadzieścia pięć lat. Urodzony na Podolu, lecz wykształcony w kolegium jezuickim we Lwowie, wracał po raz pierwszy od lat w rodzinne strony — tam, gdzie przyszedł na świat i których nie widział, odkąd ukończył czternaście lat.

Wąs, bujny i starannie wypielęgnowany, nadawał mu powagi i dojrzałości, jakiej nie powstydziłby się żaden z jego przodków. Nie był wysoki, lecz mocno zbudowany — proporcjonalny, z ciałem wyćwiczonym zarówno w sztuce fechtunku, jak i w ławach uczelni.

Na chwilę przymknął oczy. Pamięć, jak zawsze, wróciła nieproszona.

Lwów, kilka dni wcześniej

Deszcz dopiero co przestał padać, a bruk pod kopytami koni lśnił jak stal. Uratowany z opresji mężczyzna — elegancki mimo pobrudzonego płaszcza — wyprostował się w siodle, z wdzięcznością zerkając na młodego szlachcica.

— Jam Stefan Horváth — rzekł, wyciągając dłoń, silną i ciepłą mimo jesiennego chłodu. — Węgrzyn, choć od lat bardziej Lwowianin niż niejedna tutejsza dusza.

Jan uścisnął jego rękę pewnie.

— Jan Straż, ze Straży Grodu na Bracławszczyźnie.

— Bracławszczyzna? — Horváth uniósł brew. — Daleka droga przed tobą.

Jan uśmiechnął się lekko i spojrzał na leżącego w rowie zbója, który jęknął cicho, próbując się podnieść.

— Ten już dziś nikomu drogi nie zastąpi — dodał chłodno.

Horváth parsknął cichym śmiechem.

— I niech będzie Bogu chwała, że zesłał cię właśnie tu. Zapraszam, panie Janie. Mój dom niedaleko. Odpoczniesz, koniom damy wytchnienie, a i dobrego tokaju nie pożałuję.

Jan zawahał się przez ułamek chwili, po czym skinął głową.

— Skoro gospodarz nalega, nie godzi się odmawiać.

— O, widzę, żeś nie tylko szermierz, ale i człek obyty — ucieszył się Horváth.

Godzinę później, w domu Horvátha przy ul. Ormiańskiej

Wnętrze było przytulne, jakby czas stanął tu w miejscu. Na ścianach wisiały zielone arrasy, ciężkie, pachnące kadzidłem i ciepłem. Na kominku trzaskał ogień, a za oknem lwowska złota jesień.

Dźwięk klawikordu gdzieś z głębi domu ledwo muskał powietrze.

— Moja córka, Katarzyna — mruknął Horváth z wyraźną dumą. — Ćwiczy gamy. Marzy o Italii, o muzyce, o wolności, jaką może dać tylko sztuka… a ja marzę, by choć trochę ochronić ją przed światem.

Jan uniósł kielich.

— Macie wielkie szczęście, panie Stefanie. Dom pełen życia. Dobrze, że nie zabrakło dziś miecza.

— Ani rozumu — dodał gospodarz, siadając naprzeciw. — Zbóje tylko miecza się boją, ale to ludzie w senatach i aptekach zmieniają losy świata.

— A pan do których należy? — zapytał Jan z lekkim uśmiechem.

Horváth zamyślił się na moment.

— Do tych, którzy próbują nie dać się ani jednym, ani drugim.

Po chwili zapadła cisza. Tylko ogień trzaskał, jakby opowiadał starą historię.

— Skończyłeś kolegium jezuickie? — zapytał wreszcie Horváth.

— Sześć lat za mną. Teologia, retoryka, łacina… a potem jazda, broń, służba. Ojciec zawsze powtarzał: „Słowo jest ważne, ale kraj trzeba obronić”.

— Mądre słowa — przyznał Horváth. — Choć moje dzieci poszły innym torem. Stefan — zakonnik benedyktyn, Fryderyk — profesor w Zamościu, Ludwik — lekarz i rajca. A Katarzyna…

Uśmiechnął się lekko.

— Chodźmy. Przedstawię pana mojej córce.

W salonie rozbrzmiewały ciche, niemal szeptem wygrywane dźwięki klawikordu. Każdy ton zdawał się lewitować w powietrzu jak jesienne liście.

Jan wszedł ostrożnie, jakby bojąc się zakłócić tę delikatną harmonię.

— Można? — zapytał cicho.

Muzyka ucichła.

Przy instrumencie siedziała panna Katarzyna. Uniósłszy głowę, spojrzała na niego bez lęku — raczej z ciekawością niż zaskoczeniem.

— Muzyka nie jest własnością jednego człowieka — odpowiedziała łagodnie. — Można.

Miała na sobie błękitną suknię, skromną, lecz starannie skrojoną. Drobne dłonie spoczęły na klawiszach, jakby nie chciały ich opuścić. We włosach miała jesienne kwiaty.

Jan przez chwilę milczał. Nie dlatego, że brakowało mu słów —  raczej dlatego, że każde wydawało się nie na miejscu.

— Gra pani… jakby świat poza tym pokojem nie istniał — powiedział w końcu.

— A czy istnieje? — zapytała z lekkim uśmiechem. Jan odpowiedział od razu, ale ciszej niż przedtem.

— Niestety. I bywa znacznie mniej łaskawy niż muzyka. Przez moment patrzyli na siebie bez słowa. Jakby sprawdzali, czy to, co jedno powiedziało, drugie rzeczywiście rozumie.

Do pokoju wszedł Horváth.

— Katarzyno, to jest Jan Straż — młody rycerz, który dziś miał więcej odwagi niż niejeden senator.

Dziewczyna spojrzała na Jana uważniej.

— Miło mi, panie Janie.

— Dla mnie to zaszczyt, panno Katarzyno.

Jej spojrzenie zatrzymało się na nim o ułamek chwili dłużej, niż wymagała tego uprzejmość. I to wystarczyło.

— Ojciec mówi, że uratował mu pan życie.

Jan wzruszył lekko ramionami.

— Raczej przeszkodziłem komuś je odebrać.

— To czasem więcej — odparła cicho.

Później, gdy zostali na chwilę sami, cisza między nimi nie była niezręczna. Raczej nowa. Nieznana.

Jan podszedł bliżej.

— Katarzyno…

Spojrzała na niego bez słowa. Nie cofnęła dłoni, gdy ją ujął.

— Wrócę — powiedział ciszej niż zamierzał. — Nie wiem jeszcze kiedy… ale wrócę. 

Nie odpowiedziała od razu. Tylko skinęła głową, jakby przyjmowała coś, co dopiero miało się spełnić. 

— Będę pamiętać — odparła.

Podróż z Lwowa na wschodnie Podole — ciąg dalszy

— Jesień na Podolu nie zmieniła się ani trochę — rzekł Jan cicho, bardziej do siebie niż do towarzyszy. — Pachnie mokrą ziemią i dymem z ognisk.

— I wojną — dodał Józef.

Jan nie zaprzeczył.

Po kilku dniach podróży dotarli wreszcie do Straży Grodu.

— To tu? — zapytał Mateusz, młodszy z towarzyszy.

— Tu — odparł Jan.

— Wygląda… solidnie.

— Musi taki być.

(…)

Na progu stał on. Stanisław Straż. Mężczyzna z obliczem naznaczonym przez czas i wojny. Jego oczy patrzyły czujnie — lecz zmiękły na widok syna.

Jan zsiadł z siwego wierzchowca. Zrobili kilka kroków ku sobie. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu — jakby każdy szukał w twarzy drugiego tego, kim był dawniej.

— Ojciec.

— Synu.

Stanisław przyjrzał się uważnie Janowi.

— Wąs masz już jak należy — mruknął.

— Staram się nie przynieść wstydu rodowi — odparł Jan.

— A przyniosłeś coś więcej? — zapytał ojciec, lekko unosząc brew.

Jan zawahał się przez moment.

— Wieści… i zobowiązanie.

— To dobrze — skinął głową Stanisław. — Bo tutaj jedno i drugie bywa cięższe od szabli.

Po chwili położył dłoń na ramieniu syna.

— Chodź. Straży Gród jeszcze stoi.

— I oby stał jak najdłużej — odpowiedział Jan.

I choć nie padły wielkie słowa, w tej rozmowie było wszystko: powitanie, duma, ciężar lat i cicha nadzieja, że to, co zostało rozdzielone przez czas, jeszcze może zostać ocalone.

2026-04-20 8 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoriaSaga

Saga. Rozdział III – Svyata Kyrnychka

by Jolanta Strażyc 2026-04-10

Rok Pański 1625 przyniósł na podolskie pogranicze jedno z tych gorących, niespokojnych lat, kiedy powietrze pachniało dymem jeszcze zanim pojawił się ogień. Między Bracławiem a Hajsynem, tam gdzie lasy schodziły stromymi jarami ku wodom Bohu Południowego, stała nadal kamienna strażnica, którą dowodził rotmistrz Stanisław Straż – wciąż twardy jak klinga szabli.

Urodzony w 1585 roku, miał za sobą kilkanaście lat służby na kresach. Znał tatarski ślad, kozacką mowę i ciszę lasu lepiej niż większość ludzi znało własną chałupę.

Tego lata psy wyły dłużej niż zwykle.

— Nie podoba mi się to — mruknął wachmistrz Grzegorz Bodzanta.
— Psy zawsze coś wiedzą — odparł Kozak Hryćko. — Tylko gadać nie umieją.

Najpierw przyszła wieść, że duży czambuł przeszedł przez okolice Hajsyna.

— Ilu ich? — zapytał Straż.

— Mówią, że jak mrówek — odpowiedział posłaniec.

Potem zobaczono dymy. A potem przyszli oni – szybcy, okrutni, znajomi jak coroczna zaraza. Spalili kilka wsi, zabrali ludzi w jasyr, pognali bydło. Ci, co ocaleli, uciekli do okolicznych lasów.

Do strażnicy dobiegli pierwsi uciekinierzy.

— Ratujcie, panie! — krzyczała kobieta z dzieckiem. — Wszystko spalili!
— Spokojnie — powiedział Straż, kładąc jej dłoń na ramieniu. — Kto żyw, zostanie pod opieką.

Rotmistrz Straż nie czekał na rozkazy.

— Siodłać konie — rzucił krótko. — Ruszamy.

— Panie rotmistrzu, a rozkazy z Bracławia? — zapytał Grzegorz.
— Ogień nie czeka na pieczęcie
wachmistrzu— uciął Straż. — My też nie będziemy.

Zebrał swój oddział i ruszył w pościg wzdłuż doliny Bohu. Dogonili Tatarów następnego dnia.

— Na Boga, ilu ich! — syknął ktoś w szeregu.

— Tylu, ilu trzeba, żebyśmy mieli robotę — odpowiedział Straż.

Bitwa była krótka, zaciekła i krwawa.

— Za mną! — krzyknął rotmistrz, tnąc z góry.

— Bij! Nie puszczaj! — niosło się po polu.

Odbili część jeńców, odzyskali część łupu. Lecz zwycięstwo, jak to na pograniczu, miało gorzki smak.

Gdy wrócili do obozu, choroba przyszła cicho, jak złodziej.

— Co z nim? — zapytał Straż, patrząc na jednego z żołnierzy.
— Gorączka, panie
rotmistrzu. Trzęsie nim jak w febrze.

Najpierw gorączka chwyciła zwykłych żołnierzy. Potem podoficerów.

— To od koni tatarskich — mówił jeden.

— Kara Boska — szeptał drugi.

W końcu padł i sam rotmistrz.

Leżał na posłaniu w strażnicy, trawiony ogniem, majaczący, bliski śmierci.

— Wody… — szeptał przez spierzchnięte usta.

— Już, panie, już — odpowiadał któryś z ludzi, bezradnie.

— Trzymajcie go — mówił inny. — Bo się rzuca.

Ludzie szeptali po kątach.

— Nie przeżyje — powiedział ktoś cicho.

— Taki człowiek? — zaprzeczył drugi. — Nie może tak odejść.

Trzeciej nocy nikt już nie dawał mu szans.

Wtedy przyszedł sen.

Rotmistrz zobaczył las spowity gęstą, srebrzystą mgłą. Spomiędzy drzew sączyło się jasne, spokojne światło.

Usłyszał głos – niski, spokojny, jakby sama ziemia przemawiała:

— Nie w rzece szukaj ratunku, bo rzeka niesie ze sobą wszystko, co minęło. Idź tam, gdzie woda rodzi się w ciszy. Tam jest życie.

— Kto mówi?… — wyszeptał we śnie.

Lecz odpowiedzi już nie było.

Obudził się zlany potem, lecz przytomny.

— Słyszycie… — wyszeptał, ledwo poruszając ustami. — Źródło…

— Co mówi? — zapytał jeden z żołnierzy.

— Źródło — powtórzył drugi. — Jakie źródło?

Wtedy odezwał się stary Kozak, Hryćko.

— A bo ja słyszałem — powiedział powoli — że w lesie, niedaleko stąd, jest takie miejsce… źródełko. Małe, ale czyste. Zapomniane.

— Czemuś wcześniej nie gadał? — burknął ktoś.

— Bo kto by wierzył starym bajkom? — wzruszył ramionami Hryćko. — A teraz… spróbować nie zaszkodzi.

— Idźcie — rozkazał cicho Grzegorz. — Przynieście tej wody.

Przynieśli wodę.

Najpierw obmyli rany rotmistrza.

— Delikatnie, do diabła — syknął Grzegorz.

— Ciszej, wachmistrzu — odpowiedział Hryćko. — Jak dziecko go myjemy.

Potem dali mu pić.

— Pijcie, panie rotmistrzu — powiedział Grzegorz, podtrzymując mu głowę. — To dobra woda. Ja to czuję.

Następnego ranka gorączka wyraźnie osłabła.

— Patrzcie… — szepnął ktoś. — Już tak nie płonie.

Po trzech dniach Straż usiadł.

— Gdzie ja… — mruknął.

— Między swoimi, panie — uśmiechnął się Hryćko. — Jeszcze was ziemia nie chce.

Po tygodniu chodził.

— Mówiłem wam — rzucił jeden z żołnierzy — że go kule nie biorą.
— Ani febra — dodał drugi.

A ci, którzy pili z tego samego źródła, zdrowieli – nie wszyscy, lecz na tyle wielu, by nawet najwięksi niedowiarkowie zamilkli.

Gdy siły mu wróciły, rotmistrz kazał zbudować przy źródełku prosty drewniany krzyż i obłożyć go kamieniami.

— Tu — powiedział, wskazując miejsce. — Tu stanie.

— Zwykły krzyż, panie? — zapytał cieśla.

— Najprostszy — odparł Straż.

Gdy wszystko było gotowe, stanął przed nim i przemówił głośno, tak by wszyscy słyszeli:

— Nie myśmy się ocalili. To nas ocalono.

Zapadła cisza.

— Niechaj więc to miejsce zwie się odtąd Svyata Kyrnychka – Święta Studzienka.

— Święta… — powtórzył ktoś cicho.

— Zapamiętajcie — dodał Straż. — Bo przyjdą czasy, gdy tylko takie miejsca zostaną.

2026-04-10 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoriaSaga

Saga. Rozdział II – Rozkaz: trwać!

by Jolanta Strażyc 2026-03-30

Szabla nasza nie dla gniewu, lecz dla prawa.

Stal zadźwięczała krótko, sucho. Cios rotmistrza Stanisława Strasza zatrzymał się na krzywiźnie tatarskiej szabli, lecz impet uderzenia wyrwał napastnika z siodła. Koń uskoczył, zarżał dziko, a tatarski wojownik padł na kolana, kryjąc głowę w ramionach.

— Do bramy! — rzucił rotmistrz, nie oglądając się.

Stanisław cofnął się o krok, drugi — i w tej samej chwili poczuł, jak powietrze przecina strzała. Minęła go o włos.

Na murach huknęły rusznice. Dym poszedł w górę, ciężki i gryzący. Jeden z Tatarów zachwiał się w siodle, drugi runął w bok, pociągając za sobą konia. Reszta rozlała się szerzej, jak woda omijająca przeszkodę.

— Teraz! — krzyknął ktoś z góry.

— Most! — powtórzył inny.

Stanisław cofnął się za próg bramy.

— Zamykać!

Łańcuchy jęknęły. Wrota opadły z głuchym łoskotem. W tej samej chwili rozległo się uderzenie — ktoś próbował wedrzeć się za nimi, lecz było już za późno.

Zapadła chwila ciszy. Tylko krzyki z doliny, trzask ognia i rżenie koni przypominały, że napastnicy są w pobliżu.

Tatarzy nie przyszli zdobywać zamku — przyszli po ludzi. Gdy zobaczyli zamkniętą bramę i ogień z murów, odstąpili bez wahania. Rozproszyli się między chatami jak drapieżniki, które nie tracą czasu na trudną zdobycz, jeśli łatwiejsza jest pod ręką.

Z dołu niósł się płacz i wrzask.

— Biorą ich… — wyszeptał któryś z żołnierzy.

Stanisław patrzył w milczeniu.

Widział, jak pędzą z powrotem — już nie w rozsypce, lecz zwartą grupą. Między końmi szarpali się ludzie: związani, potykający się w biegu. Jedni próbowali uciekać — ginęli natychmiast. Inni szli jak w otępieniu.

— Ilu? — zapytał cicho.

— Kilkudziesięciu… może więcej — odparł wachmistrz Grzegorz Bodzanta, stojący obok.

Rotmistrz skinął głową.

— Konie.

— Teraz? — zdziwił się żołnierz.

Stanisław nie spojrzał na niego.

— Teraz.

Na dziedzińcu panował chaos. Ludzie klęczeli, płakali, ściskali się nawzajem. Ktoś szukał dziecka, ktoś inny wołał żonę. Jeden z rannych jęczał cicho pod ścianą, trzymając się za bok.

Stanisław przeszedł między nimi bez słowa. Zatrzymał się dopiero przy studni, gdzie kilku jeźdźców już siodłało konie.

— Ilu gotowych? — zapytał.

— Dwudziestu — odpowiedział Grzegorz. — Reszta na murach albo ranni.
— Wystarczy.

— Panie rotmistrzu… — zawahał się ktoś. — Oni mają przewagę. I jeńców.
— Właśnie dlatego — odparł krótko Stanisław.

Spojrzał jeszcze raz ku bramie. Wiedział, co oznacza zwłoka. Każda chwila oddalała ich od łupu — i od porwanych ludzi.

— Ruszamy.

Słońce skryło się za chmurami, gdy opuszczali strażnicę. Most skrzypiał pod kopytami, a potem została już tylko ziemia — sucha, twarda, rozorana śladami ucieczki.

Nie trzeba było tropić. Ślady były świeże, wyraźne: setki kopyt, porzucone przedmioty. Tu chusta, tam dziecięcy but, dalej rozbite naczynie.

— Idą wolno — mruknął Grzegorz.

— Bo z jasyrem — odparł Stanisław.

Step rozciągał się przed nimi jak morze — złoty, cichy, obojętny. Tylko ślady prowadziły naprzód, jak rana przecinająca ziemię. Byli blisko. Zbyt blisko — musieli uważać, aby Tatarzy ich nie zauważyli. Ukryli się za wzgórzem i obserwowali z daleka. Po kilku godzinach zobaczyli dym. Niewielki, ledwie widoczny.

— Obóz — powiedział ktoś.

Poniżej, w zagłębieniu terenu, Tatarzy rozłożyli się na krótki postój. Konie stały spętane, część ludzi siedziała przy ogniu. Jeńcy zbici byli w grupę, pilnowani przez kilku uzbrojonych.

— Odpoczywają — szepnął Grzegorz.

— Nie spodziewają się nas — dodał inny.

Stanisław milczał przez chwilę. Liczył.

— Trzydziestu… może czterdziestu — powiedział w końcu.

— To co robimy?

Rotmistrz odwrócił się ku swoim ludziom. W jego oczach nie było wahania.

— Uderzymy.

— Wprost?

— Z dwóch stron. — Wskazał ręką.

— Ty, Grzegorzu — obejdziesz ich od zachodu. Weź siedmiu ludzi. Reszta za mną.

Ktoś przełknął ślinę.

— A jeśli zabiją jeńców?

Stanisław spojrzał na niego ostro.

— Nie zabiją.

Zapadła cisza.

— Gotowi?

— Wedle rozkazu — odpowiedzieli jednocześnie.

Zjechali ze wzgórza powoli, kryjąc się w nierównościach terenu. Serce biło szybciej. Nie z lęku. Z oczekiwania. Stanisław pierwszy dostrzegł moment.

Jeden z Tatarów oddalił się od grupy. Drugi pochylił się nad ogniskiem. Straż przy jeńcach rozluźniła się — zmęczenie zrobiło swoje.

Rotmistrz podniósł rękę.

— Teraz!

Runęli w dół jak burza. Krzyk rozdarł powietrze.

— Bij!

Zaskoczenie było ich największą bronią. Pierwszy Tatar padł, zanim zdążył sięgnąć po broń. Drugi poderwał się z miejsca — dostał cios w pierś i runął w tył. Konie zarżały, ludzie zerwali się na nogi.

— Polacy! — krzyknął ktoś.

Z drugiej strony uderzył Grzegorz.

Zrobiło się wielkie zamieszanie. Jeńcy zaczęli krzyczeć. Kto mógł, przystąpił do walki. Jeden z Tatarów próbował ich powstrzymać — Grzegorz strzelił do niego z pistoletu. Upadł.

Stanisław wpadł między nich. Szabla pracowała szybko, bez wahania. Jeden cios, drugi — krótki, pewny. Ktoś rzucił się na niego z boku. Zablokował uderzenie, obrócił się i odpowiedział. Krew trysnęła na trawę.

Żołnierze Stanisława byli jak w transie. Jeńcy pomagali, jak mogli.

— Uciekają! — krzyknął ktoś.

I rzeczywiście — część napastników już się cofała. Bez łupu. Bez jeńców.

Po wszystkim zapadła cisza. Przerywana tylko ciężkimi oddechami i cichym płaczem. Na ziemi leżeli zabici. Kilku Tatarów. Trzech ludzi Stanisława. Reszta uciekła. Jeńcy stali w grupie, oszołomieni, niepewni.

— Wolni jesteście — powiedział ktoś.

Po chwili jedna kobieta upadła na kolana. Potem druga. Ktoś zaczął płakać głośno.

Stanisław otarł szablę o trawę. Rozejrzał się.

— Zbierać się — powiedział cicho. — Wracamy.

Grzegorz podszedł bliżej.

— Udało się.

Rotmistrz spojrzał na uwolnionych, a potem na horyzont.

— Następnym razem będzie ich więcej.

— A my?

Stanisław wsiadł na konia.

— Nas też. Młodzi i zdrowi chłopi z podzamcza muszą walczyć z nami.

I ruszyli z powrotem — wolniej, ciężej, lecz nie sami.

Minęły miesiące. A potem lata. Życie na kresach wciąż było pełne niepokoju. Napady wracały jak burze — nagle, bez ostrzeżenia. Raz z południa, raz od wschodu. Jedne większe, inne ledwie zauważalne. Lecz zawsze zostawiały po sobie to samo: dym, pustkę i ciszę. I coraz częściej — pogoń.

Oddział Stanisława, choć niewielki, stał się legendą w okolicy. Ludzie powtarzali historie o tym, jak „ten ze Strażnicy” w ostatniej chwili odbiera Tatarom łup i wyprowadza jeńców z rąk wroga.

— Ten Strasz… ze Strażnicy — mówił jeden kmieć do drugiego — ilu on ludzi uratował.

— A no! Bije i goni psubratów jak trzeba.

Z czasem jego nazwisko zaczęto szeptać inaczej.

— Straż jedzie.

— Jaka straż?

— No… Strasz.

Ktoś się zaśmiał.

— To Strasz czy straż?

— A jedno i drugie — odparł stary furman. — Bo stoi jak straż między nami a stepem.

I tak zostało.

Kolejna burza

Stanisław Strasz, zwany przez ludzi Strażem, stojąc na murach zamku, patrzył w dal.

— Zobacz — odezwał się w końcu do wachmistrza Grzegorza Bodzanty, wskazując daleki punkt, gdzie step zdawał się drżeć pod ciężarem koni. — Ich siła rośnie. To już nie są małe oddziały.

Następnego dnia Straż zebrał oddział. Tym razem wyruszyli w przemyślaną wyprawę. Osady miały być chronione, zasadzki ustawione w wąwozach, a starcy, kobiety i dzieci ewakuowani z najważniejszych punktów. Młodzi i zdrowi chłopi z podzamcza, przyuczeni do walki i uzbrojeni, strzegli osad i wspierali żołnierzy. Pierwsza bitwa nowej kampanii była nieuchronna. Nie było miejsca na błąd.

Gdy Tatarzy dotarli do wąwozów, Straż uderzył pierwszy. Zasadzki, grupy na wzgórzach i szybkie kontrataki przynosiły zwycięstwo.

Po bitwie Stanisław zebrał swoich ludzi na wzgórzu.

— Jeszcze nie koniec — powiedział.

Ale tego dnia wszyscy wiedzieli jedno: Kresy mają swoich strażników.

Następnego dnia step wciąż były spowity dymem i kurzem. Stanisław stał na murach zamku, pogrążony we wspomnieniach. Myśl o synu, dorastającym w bezpieczniejszym miejscu, zawsze przynosiła mu spokój.

— Gdy wrócisz, nauczę cię — pomyślał — jak stać się obrońcą pokrzywdzonych. Bo imię Straż, które mi nadali, nie jest tylko moje. I kiedyś przejdzie na ciebie.

Kresy Podola wciąż były surowe, lecz legenda o rotmistrzu Strażu stała się obietnicą: że nawet na dzikich, nieprzewidywalnych stepach może istnieć sprawiedliwość.

2026-03-30 8 komentarzy
13 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoriaSaga

Zwiastun sagi: pierwsze rozdziały

by Jolanta Strażyc 2026-03-20

Za kilka dni rozpocznę publikację kilku pierwszych rozdziałów opowieści, która dojrzewała we mnie od dawna.

To saga, której historia rozpoczyna się na siedemnastowiecznych Kresach Rzeczypospolitej – na wschodnim Podolu, gdzie granicy nie wyznaczały mury, lecz czujność ludzi, odwaga i ślad końskich kopyt na stepie.

Pierwsze rozdziały opowiadają o strażnikach pogranicza – o tych, którzy żyli między spokojem a nieustannym zagrożeniem. O ludziach, dla których obowiązek był codziennością, a wybory – często ostateczne. To także historia pierwszego i drugiego pokolenie żołnierskiego rodu.

Wyruszymy więc na kresowe szlaki – do strażnic, stanic i miejsc, gdzie czasem jedyną obroną była wiara, krzyż i garstka ludzi gotowych stanąć do walki.

To opowieść o:
– honorze i odpowiedzialności
– relacji ojca i syna
– pamięci, której nie można porzucić
– i granicy, która istnieje nie tylko na mapie

Mam nadzieję, że zechcecie wyruszyć w tę drogę razem ze mną.

2026-03-20 9 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Szkocja

by Jolanta Strażyc 2026-02-28

W połowie września 2012 roku Karol i Konrad spakowali swoje życie w kilka walizek i polecieli do Edynburga. To miała być próba – dobra praca, mieszkanie na start, nowe doświadczenie. W praktyce okazało się początkiem czegoś znacznie większego.

Pierwszy rok minął im na oswajaniu miasta: akcentu, deszczu, krótkich dni i długich nocy. Nam – mnie, Majce i Ewie – czas płynął zwyczajnie, między pracą a codziennością. Szkocja istniała gdzieś obok: w rozmowach, w zdjęciach z klifów, w żartach o naszej „bazie wypadowej na północy Europy”.

Przylecieli do Krakowa tylko dwa razy – na krótkie, intensywne weekendy. My z kolei długo nie potrafiłyśmy się zdecydować, żeby polecieć do nich. Aż w końcu przestałyśmy szukać wymówek. Pojechałyśmy.

Podróże, które wtedy się zaczęły, trwały – z przerwami – przez kolejne lata. Pięć wyjazdów, dziesiątki miejsc, setki zdjęć. Dziś wszystkie te obrazy splatają się w jedną historię, jakby była to jedna długa droga przez wrzosowiska, kamienne miasta i nadmorskie klify. To właśnie opowieść o tej drodze.

Majowy weekend i pierwsza podróż

Samolot przyziemił z lekkim szarpnięciem. Za oknem – mokry pas startowy i powietrze ciężkie od deszczu. Edynburg przywitał nas dokładnie tak, jak się spodziewałam.

Wyszłyśmy z terminala i od razu ich zobaczyłyśmy. Karol machał energicznie, Konrad stał obok z tym spokojnym uśmiechem człowieka, który wszystko ma pod kontrolą.

Przywitanie było głośne i trochę za długie jak na szkocką pogodę. Deszcz nie padał – on po prostu wisiał w powietrzu.

Droga z lotniska prowadziła coraz węższymi ulicami. Siedziałam z tyłu i chłonęłam wszystko: ciemne kamienice, mokry asfalt odbijający światła, sylwetkę zamku majaczącą ponad dachami.

To nie był tylko weekend. To było wejście do innej opowieści.

Zamek i duchy

Pierwszym przystankiem był zamek. Gdy wchodziliśmy przez bramę, rozległy się dźwięki dud. Melodia odbijała się od kamiennych murów i znikała nad miastem.

W środku przewodnik opowiadał o klejnotach koronnych, Kamieniu Przeznaczenia i duchu bezgłowego bębniarza.

– Podobno słychać go przed wielkimi katastrofami – powiedział z powagą, patrząc nam prosto w oczy.

Spojrzeliśmy po sobie z udawanym niepokojem.

– Nasz lot powrotny jest za kilka dni…

Śmiech szybko rozproszył napięcie, ale na tarasie wiatr był tak silny, jakby naprawdę próbował coś powiedzieć.

Miasto uliczek

Z zamku zeszliśmy na Royal Mile. Po drodze trafiliśmy do niewielkiego muzeum poświęconego zwykłym mieszkańcom – pełnego przedmiotów, listów i historii, które bardziej opowiadały o życiu niż o wielkich wydarzeniach.

Później zgubiliśmy się w wąskich przejściach między kamienicami. Edynburskie „closes” wyglądały jak szczeliny między epokami – wilgotne, kręte, trochę niepokojące.

Jedna z uliczek zaprowadziła nas do małej księgarni. Właściciel wskazał półkę ze szkocką poezją.

– W tym klimacie smakuje lepiej niż herbata – powiedział.

Kupiłam tomik Burnsa, choć rozumiałam niewiele. Może właśnie o to chodziło – żeby coś brzmiało obco i pięknie jednocześnie.

Katedra i kawa

Wieczorem weszliśmy do katedry św. Idziego. Witraże rozlewały kolorowe światło, a cisza była niemal namacalna.

Po wyjściu znów zaczęło padać, więc schroniliśmy się w małej kawiarni. Pachniało kawą i cynamonem.

– First time in Scotland? – zapytał barista.

– Aye, and not the last – odpowiedział Konrad.

Miasto zaczynało nas oswajać.

Arthur’s Seat

Następnego dnia Karol oznajmił, że nie wyjedziemy bez wejścia na górę.

Z dołu wyglądała niepozornie. Dopiero w połowie drogi wiatr pokazał, kto tu rządzi.

Ścieżka stawała się coraz bardziej kamienista, powietrze ostre i czyste. Na szczycie miasto rozłożyło się pod nami jak mapa – stare kamienice, nowoczesne dzielnice, w oddali spokojne morze.

Najbardziej zaskakiwało mnie to, jak naturalnie łączyły się tu dwa światy. Kilka kroków od ulicy i już było się prawie wśród wrzosów.

Wiatr był tak silny, że trudno było zrobić zdjęcie. Może dlatego zapamiętałam ten moment lepiej niż jakiekolwiek fotografie.

Opowieść o kraju

Przed deszczem uciekliśmy do Narodowego Muzeum Szkocji. W jasnym, przeszklonym wnętrzu mieściło się wszystko: od prehistorii po przemysł.

Zatrzymałam się przy modelu statku i pomyślałam o ludziach, którzy stąd wyruszali w świat. Emigracja Karola i Konrada nagle przestała być czymś wyjątkowym – stała się częścią większej historii. 

W jednej sali dzieci budowały most z drewnianych elementów. W innej starszy pan tłumaczył wnuczce, zasadę działania silnika parowego. Historia nie była tu zamknięta w gablotach. Ona żyła.

– Lubię to miasto – powiedział Konrad. – Jest stare, ale nie udaje muzeum.

Edynburg nie próbował nas zachwycić. Po prostu był. A jednak wyjeżdżając, miałam wrażenie, że zostawiamy tu coś więcej niż weekend. Pierwszy rozdział naszej szkockiej historii.

Glasgow

Droga do Glasgow była krótka, ale zmiana – wyraźna. Edynburg to historia i kamień, Glasgow to energia i ruch.

Już na Buchanan Street było to widać: tłum, muzyka uliczna, zapach kawy, gwar. Miasto wydawało się mniej „pocztówkowe”, bardziej żywe.

W muzeum Kelvingrove wszystko mieszało się ze sobą – sztuka, historia, nauka. Obok obrazów wisiały eksponaty, które zupełnie do nich nie pasowały. A jednak właśnie to tworzyło sens tego miejsca.

Wieczorem trafiliśmy do Barrowland Ballroom. Neonowe światło, tłum ludzi i muzyka, która nie potrzebowała tłumaczenia. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy, choć nie znaliśmy wszystkich słów.

Następnego dnia, niewyspani, siedzieliśmy w Glasgow Green z kawą w papierowych kubkach. Obok ktoś czytał na głos poezję.

Edynburg był jak książka. Glasgow – jak koncert.

I jedno, i drugie było potrzebne, żeby zrozumieć tę podróż.

Paisley

Opuszczenie Glasgow zajęło nam mniej niż pół godziny. Miasto szybko ustąpiło miejsca spokojniejszemu krajobrazowi, jakby ktoś ściszył dźwięk.

Paisley przywitało nas ciszą.

Mniejsze, mniej oczywiste, a jednak pełne historii. Takie miejsca często omija się w pośpiechu – a to właśnie one zostają najdłużej.

Kamień i cisza

W centrum miasta dominuje jedno miejsce – opactwo.

Paisley Abbey z ciężkim, gotyckim murem. W środku chłód, cisza i światło wpadające przez witraże, które zamiast przytłaczać – porządkuje myśli.

Echo naszych kroków było jedynym dźwiękiem.

To miejsce przetrwało wieki. Według legendy pochowani są tu przodkowie Roberta Bruce’a. Historia nie była tu opowieścią – była obecnością.

Zatrzymałam się przy jednym z witraży. Nowoczesny – z motywem DNA i satelity. Przeszłość i przyszłość spotykały się w jednym kadrze. W Szkocji to nie zaskakuje. Tu to się po prostu wydarza.

Po wyjściu z opactwa przeszliśmy przez centrum. Czerwony piaskowiec, stare fasady, niewielkie sklepy. Wszystko miało w sobie jakąś miękkość – jakby nikt nie próbował niczego udowadniać.

Zatrzymaliśmy się przy kościele baptystów. Prosty, elegancki, z ławkami pod drzewami.

W środku kilka osób siedziało w ciszy. Zapach drewna, starych ksiąg. Niezależnie od wiary – takie miejsca działają podobnie. Pozwalają się zatrzymać.

Wzór, który przetrwał

W niewielkim muzeum poznaliśmy historię charakterystycznego wzoru paisley – łezkowatego motywu, który zna się z tkanin i szali.

Dopiero tutaj nabierał sensu. Nie jako ornament, ale jako fragment tożsamości miejsca.

Tam, gdzie Szkocja spotyka morze

Ruszyliśmy dalej – na zachód, a potem na północ. Bez pośpiechu. Droga prowadziła przez małe miejscowości i zielone przestrzenie, które zdawały się nie mieć końca.

Za każdym zakrętem coś się zmieniało: farma, fragment ruin, samotna owca na wzgórzu.

Szkocja zaczynała pachnieć morzem.

Dunure

Mała wioska, prawie bez ruchu.

Ruiny zamku stały na klifie jak coś pozostawionego przez czas. Wiatr niósł zapach soli, fale uderzały o skały.

Nie trzeba było nic mówić.

Usiedliśmy na ławce z termosami. Ciepła herbata i wiatr od morza – to wystarczyło.

Ayr

Większe, ale wciąż spokojne.

Plaża była szeroka i niemal pusta. Spacerowaliśmy długo, słuchając tylko fal.

Odwiedziliśmy dom Roberta Burnsa. Niski sufit, proste wnętrze. Trudno było nie pomyśleć o tym, jak z takich miejsc rodzą się rzeczy, które zostają na zawsze.

W kawiarni obok zamówiliśmy herbatę i scones. Gdzieś w tle grała cicho muzyka.

Troon

Wiatr był silniejszy, światło jaśniejsze.

Promenada ciągnęła się wzdłuż plaży, a gdzieś w oddali majaczyły wyspy. Ktoś stał na desce, walcząc z falami.

To było jedno z tych miejsc, w których łatwo zgubić myśli.

Dalej na północ

Ardrossan minęliśmy prawie bez słów – port, mewy, przestrzeń.

W Largs zatrzymaliśmy się na chwilę. Promenada była pełna ludzi, ktoś jadł lody, ktoś patrzył w stronę wody.

Na chwilę zrobiło się bardziej zwyczajnie. I to też było potrzebne.

Wyspa

Na Cumbrae wszystko zwolniło jeszcze bardziej.

Wypożyczyliśmy rowery i ruszyliśmy wzdłuż brzegu. Owce, wiatr, morze pojawiające się między wzgórzami.

Millport okazało się spokojne i kolorowe. Zjedliśmy rybę z frytkami na ławce, pilnując, żeby mewy nie były szybsze od nas.

– Tu można zostać – powiedziałam bardziej do siebie niż do nich.

Rzeka i przemysł

Gourock i Greenock były inne. Bliższe codzienności niż pocztówkom.

Tory kolejowe niemal dotykały wody, stare budynki patrzyły na rzekę. Zatrzymaliśmy się na kawę.

Na ścianie jednego z magazynów ktoś namalował mural kobiety z rybą. Patrzyła gdzieś poza nas.

Szkocja nie była tylko krajobrazem. Była też pracą, portem, zwykłym dniem.

Newark Castle

Zamek przy samej rzece. Cichy, trochę zapomniany.

Kamienne ściany i spiralne schody, które zmuszały do zwolnienia kroku. To było miejsce, które nie potrzebowało uwagi – ono po prostu trwało.

Helensburgh

Popołudniem dotarliśmy do spokojnego, eleganckiego miasteczka.

Promenada, drzewa, kamienne domy. Wszystko uporządkowane, spokojne.

Zatrzymaliśmy się przy domu zaprojektowanym przez Mackintosha. Był bardziej ideą niż budynkiem. Jakby architekt próbował zatrzymać coś ulotnego.

Twierdza Dumbarton

Budowla na skale unosiła się nad rzeką. Zatrzymaliśmy się bez większych ustaleń. Po prostu nie dało się przejechać dalej.

Już na dole wiatr dawał się we znaki. Nie ten przyjemny, odświeżający – tylko taki, który pcha i zatrzymuje jednocześnie.

Schody prowadziły ostro w górę. Kamienne, nierówne, jakby dopasowane bardziej do zbocza niż do ludzi.

Szliśmy powoli.

Im wyżej, tym mocniej wiało. Rozmowy urywały się w pół zdania, śmiech znikał szybciej niż się pojawiał. Zostawał tylko oddech i szum powietrza.

Na górze wszystko było jeszcze bardziej surowe.

Mur, skała, przestrzeń.

Rzeka Clyde poniżej była cofnięta – odpływ odsłonił szerokie pasy błota i kamieni. To zmieniało perspektywę.

Zamek nie patrzył już tylko na rzekę, ale na coś bardziej pierwotnego – na ziemię, która na chwilę wyszła na wierzch.

Chodziliśmy wzdłuż murów, czasem bliżej krawędzi, czasem chowając się za kamieniem.

To miejsce nie było „ładne” w klasycznym sensie. Nie próbowało się podobać.

Było obronne, zamknięte, stworzone do patrzenia z góry i przetrwania.

A jednak miało w sobie coś przyciągającego. Może właśnie przez tę surowość.

Nie zatrzymaliśmy się tam długo.

Ale to jedno z tych miejsc, które zostają – nie jako obraz, tylko jako odczucie.

Balloch Castle Country Park

Noc spędziliśmy niedaleko parku nad jeziorem.

Rano wyszliśmy wcześnie. Loch Lomond był niemal nieruchomy. Woda jak szkło, tylko ślad po łodzi przecinał powierzchnię.

Usiedliśmy w ciszy.

– Myślisz, że tu wrócimy? – zapytałam.

– Może nie trzeba – odpowiedział Karol. – Czasem wystarczy, że się było.

Droga nad jeziorem

Jechaliśmy wzdłuż Loch Lomond. Woda po jednej stronie, zbocza po drugiej.

Zatrzymaliśmy się przy małej zatoce. Cisza była prawie absolutna.

To był moment, który nie potrzebował zdjęcia.

Rowardennan

Tu kończyła się droga. Dalej tylko pieszo.

Zatrzymaliśmy się w małej chatce nad wodą. Wieczorem usiedliśmy na pomoście z herbatą. Niebo powoli wypełniało się gwiazdami.

Ben Lomond

Rano ruszyliśmy wcześnie.

Szlak najpierw prowadził przez las, potem coraz wyżej, aż zostaliśmy tylko my, wiatr i kamienie. Mgła pojawiała się i znikała.

Na szczycie wszystko ucichło.

974 metry. Niewiele – a jednak wystarczająco, żeby zobaczyć więcej niż krajobraz.

Przed nami rozciągały się Highlands. Surowe, spokojne, obojętne na naszą obecność.

I może właśnie dlatego tak ważne.

Powrót

Schodziliśmy wolniej.

Przy strumieniu zatrzymaliśmy się na chwilę. Woda była lodowata i czysta.

Wieczorem wypiliśmy po kieliszku whisky. Bez toastów, bez wielkich słów.

Myśleliśmy już o kolejnej podróży.

Ale to, co najważniejsze, wydarzyło się tutaj.

Minęło kilka lat, a ja wciąż wracam tam myślami. Nie do konkretnych miejsc — raczej do światła, ciszy i ludzi, z którymi tam byłam.

I chyba właśnie to jest najważniejsze w podróżach.

2026-02-28 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Otwarci na zmiany

by Jolanta Strażyc 2026-02-20

Gdy przyszłam do mieszkania Karola, drzwi były już otwarte, a z kuchni dobiegał śmiech.

— No wreszcie jest nasza nadworna fotografka! — zawołał Karol, wychylając się z salonu z kieliszkiem wina w ręku. — Teraz impreza może się oficjalnie rozpocząć.

— Spokojnie, bez dokumentacji i tak byście nie uwierzyli, co tu się działo — odpowiedziałam z uśmiechem. — Wszystkiego najlepszego, solenizancie.

W salonie siedzieli już wszyscy: Karol i Konrad — nasi etatowi informatycy od wszystkiego, Majka — artystka od biżuterii, zawsze w czymś błyszczącym własnej roboty, i Ewa — malarka, wpatrzona w świat jakby widziała go w innych barwach niż my.

Stół jak zwykle uginał się od jedzenia.

— Catering? — zapytałam z udawanym zdziwieniem.

— A jakże — odparł Karol z dumą. — Tradycji musi stać się zadość.

— Czyli jak zawsze: my przynosimy wino, a ty udajesz, że gotowałeś — dodała Majka.

— Hej! Ja wybierałem menu. To też talent — obruszył się Karol.

Rozmowy toczyły się wartko. Wspominaliśmy nasze wypady w Tatry.

— Pamiętacie, jak Konrad twierdził, że „to już blisko”, a do schroniska było jeszcze dwie godziny? — rzuciła Ewa.

— Optymalizowałem waszą motywację — odparł Konrad z powagą. — W informatyce to się nazywa zarządzanie oczekiwaniami.

— W górach to się nazywa kłamstwo — skwitowałam, robiąc im zdjęcie.

Śmiech odbijał się od ścian. Wino krążyło. Plany kolejnych wypadów rosły w siłę.

— Jesienią znowu Tatry? — zapytała Majka. — Może tym razem coś ambitniejszego?

Karol i Konrad wymienili spojrzenia. To było to spojrzenie, które mówiło: „Teraz albo nigdy”.

— No właśnie… — zaczął Karol, odstawiając kieliszek. — Skoro już mówimy o planach.

— Dostaliśmy propozycję pracy — dokończył Konrad. — W Edynburgu.

Zapadła chwila ciszy.

— W jakim Edynburgu? — zapytałam automatycznie.

— W tym szkockim — uśmiechnął się Karol. — Informatycy. Dobre warunki. Mieszkanie na start zapewnione. Pensja bardzo przyzwoita.

— I zastanawiacie się? — Ewa uniosła brwi.

— No właśnie się zastanawiamy — odpowiedział Konrad. — Wyjazd na dłużej. Nowe miejsce. Nowe życie.

Majka odłożyła kieliszek.

— A kiedy mielibyście jechać?

— Pod koniec lata — powiedział Karol. — Wszystko jest praktycznie gotowe. Wystarczy powiedzieć „tak”.

Spojrzałyśmy po sobie. W powietrzu zawisło coś więcej niż tylko decyzja o pracy.

— Czyli — zaczęłam powoli — mielibyśmy własnych ludzi w Szkocji?

Konrad zmrużył oczy.

— Własnych?

— Bazę wypadową — doprecyzowała Majka, a w jej głosie zabrzmiał entuzjazm. — Wyobraźcie sobie: klify, zamki, wrzosowiska…

— Highlands — dodała Ewa cicho, jakby już je widziała.

— I wy będziecie tam mieszkać — powiedziałam. — No przecież to znak.

Karol roześmiał się.

— Wiedziałem, że tak to się skończy. My wam mówimy o życiowej decyzji, a wy już planujecie wakacje.

— My was wspieramy — sprostowała Majka. — Bardzo odpowiedzialnie.

— Jedźcie — powiedziała Ewa stanowczo. — Jeśli warunki są dobre, a mieszkanie macie na początek zapewnione, to czego chcieć więcej?

— Świat nie kończy się w Tatrach — dodałam. — A my chętnie sprawdzimy, jak wyglądają szkockie szlaki.

Konrad spojrzał na Karola.

— No proszę. Jednomyślność.

— Czyli co? — zapytał Karol. — Mamy wasze błogosławieństwo?

— Mamy — odpowiedziałyśmy niemal równocześnie.

Wznieśliśmy toast.

— Za nowe początki — powiedział Konrad.

— Za odwagę — dodała Ewa.

— Za Szkocję — wtrąciła Majka.

— I za to, że będziemy mieć gdzie spać w Edynburgu — zakończyłam.

Śmiech znów wypełnił mieszkanie. A ja, patrząc na nich przez obiektyw, miałam przeczucie, że to nie jest zwykły wieczór imieninowy. Że właśnie otwiera się przed nami zupełnie nowy rozdział.

2026-02-20 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

To miejsce pamięta

by Jolanta Strażyc 2026-02-10

Las na zboczu Góry Świętego Michała był jeszcze mokry po nocnej mgle. Powietrze pachniało żywicą i czymś chłodnym, niemal metalicznym — zapachem, który zawsze towarzyszył temu miejscu. Jakby wzgórze oddychało własnym rytmem. Młode sosny przy piaszczystej drodze ocierały się o nasze ubrania, gdy z Majką wspinałyśmy się ku szczytowi.

W lesie panowała cisza. Nienaturalna jak na poranek. Nawet ptaki, zwykle hałaśliwe o tej porze, milczały, jakby obserwowały nas z ukrycia. Tylko wiatr poruszał wysoko koronami, niosąc zapach mchu. Stare dęby stały nieruchomo — pamiętały jeszcze czasy pradziadków Skarbek-Kruszewskich.

Tą ścieżką rzadko kto chodził. Las był gęsty, a droga dojazdowa z Gruszczyna do Lipia prowadziła polami, nie przez wzgórze. Tutaj, w cieniu ruin dawnego kościoła, przychodzili tylko ci, którzy naprawdę mieli powód.

— Jak tu cicho — powiedziała Majka.

— Cisza w lesie pomaga zebrać myśli — odpowiedziałam.

Majka skinęła głową, patrząc na majaczący w mgle zarys góry.

— To miejsce ponoć zawsze było inne. Te ruiny stoją tu nie bez powodu.

— A my lubimy tajemnice — uśmiechnęłam się.

— Lepiej omijać górę po zmroku — dodała spokojnie.

Las jakby stężał wokół nas. Nawet wiatr ucichł.

— Czytałam, że w ruinach widywano światło. W nocy.

Poczułam chłód na plecach.

— Kto widział?

— Ludzie z Gruszczyna i Lipia. Ponoć to nie ognisko. Światło unosi się, jakby nie dotykało ziemi.

Ruszyłyśmy dalej. Kilkaset metrów niżej, przy skraju lasu, czekał na nas Karol — umówiony punkt spotkania na później. Nie szedł z nami na górę za dnia; mówił, że woli zobaczyć ruiny po zmroku. Wtedy mają więcej sensu.

Polana, na której się zatrzymałyśmy, była niewielka.

— To tutaj — powiedziała Majka.

Nie odpowiedziałam. Przed oczami stanął mi obraz Kazimierza Skarbek-Kruszewskiego pochylonego nad mapami majątku.

Tego miejsca pilnuj, Stefan. Tu zawsze coś wraca.

Z polany widać było ruiny — poszarpaną linię murów przecinającą jasność poranka jak blizna. Miejsce wyglądało spokojnie. Zbyt spokojnie.

Gdy stanęłyśmy w dawnej nawie, zamilkłyśmy. Chłód był wyraźniejszy niż w lesie. Wilgoć osiadała na skórze. Zapach przypominał kurz starych ksiąg i dymu, którego tu nie było od stuleci.

— Tam — Majka wskazała prezbiterium.

Na jednej z cegieł dostrzegłam świeże zadrapania.

— Ktoś tu był — powiedziałam.

— Albo czegoś szukał.

Przy szczelinie między cegłami leżała sprzączka. Mosiężna. Ciężka. Błyszcząca.

— Jak od mojego paska — wyszeptała Majka.

Cisza zgęstniała.

— Wrócimy tu po zmroku — powiedziałam w końcu.

Noc przyszła szybciej, niż się spodziewaliśmy.

(…)

Błysk pojawił się tylko na moment. Nie był groźny. Raczej potwierdzający.

— To miejsce pamięta — powiedział Karol.

Siedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy.

Kiedy ruszyliśmy w dół, mgła zebrała się u podnóża wzgórza.

Majka spojrzała za siebie.

— Mam wrażenie, że ta góra nas zapamiętała.

Sięgnęłam do kieszeni. Sprzączka była zimna.

— Ona niczego nie zapomina — odpowiedziałam.

I zeszliśmy w dół spokojniejsi, wiedząc, że nie wszystko, co wraca, chce zostać znalezione — ale wszystko, co pamięta, czeka.

„W cieniu starych drzew – część 2” TU

2026-02-10 8 komentarzy
7 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

W cieniu starych drzew – część 4

by Jolanta Strażyc 2026-01-30

Część czwarta opowiadania genealogicznego „W cieniu starych drzew” stanowi jego naturalną kontynuację. Tym razem oddaję głos wspomnieniom mojego ojca — Stanisława Strażyca — dotyczącym jego dziadka, Stefana Skarbek-Kruszewskiego. Są to wspomnienia spokojne i rzeczowe, pozbawione patosu, lecz niosące w sobie ciężar czasu oraz spraw finansowych, które nie zawsze wypowiada się wprost — a które nieustannie pracują w tle.

Stanisław nigdy nie poznał swojego dziadka. Stefan zmarł półtora roku przed jego narodzinami, a cała wiedza o nim pochodzi z opowieści jego matki, Ireny z Kruszewskich Strażycowej.

Postać Stefana była w rodzinie żywa. Już za jego życia krążyły o nim legendy — był człowiekiem rozrywkowym, obdarzonym fantazją, wyprzedzającym swoją epokę. Budził zainteresowanie krewnych i znajomych, pozostawiając po sobie ślad, który nie zatarł się wraz z jego odejściem.

Stanisław Krzywda-Strażyc, Wspomnienia

Gdy Stefan Skarbek-Kruszewski sprzedał Gruszczyn, miał niespełna trzydzieści lat i poczucie, że zamyka się za nim coś więcej niż tylko brama dworska. Majątek nie był wielki, ale był ojcowski — a to znaczyło, że ciążył. Po śmierci ojca nie było testamentu: tylko matka i czworo rodzeństwa, wszyscy z prawem do tej samej ziemi, do tych samych morgów, które nie potrafiły się same rozmnożyć. Sprzedaż na przełomie 1895 i 1896 roku była więc nie tyle wyborem, co koniecznością.

Wieczorem, już po podpisaniu papierów, Stefan długo siedział przy stole. Dokumenty leżały równo ułożone, przyciśnięte kałamarzem. Przeliczył sumę raz jeszcze, chociaż znał ją na pamięć. Liczby się zgadzały.

Przez okno było widać drogę prowadzącą do dworu.

— Nikt nie patrzył — powiedział w końcu sam do siebie.

Z pieniędzy, które przypadły na jego część, nie dało się już żyć jak dziedzic — raczej jak człowiek, który musi umieć liczyć.

Ożenił się w tym samym czasie. Posag żony, równy wartości porządnego folwarku, był pierwszym momentem, gdy Stefan poczuł, że grunt pod nogami znowu się zagęszcza. Nie był to majątek, który można było roztrwonić, ale taki, który — przy ostrożności — mógł przynosić dochód.

— Pieniądz musi pracować — powiedział raz Franciszce.

— A my? — zapytała. — My musimy stać prosto.

Stefan był ostrożny. Z natury nie ufał nagłym ruchom, a już najmniej pieniądzom, które leżą bezczynnie.

Pożyczył na procent szwagrowi żony — Janowi Tymienieckiemu — na modernizację jego majątku Mokrsko Górne.

— Oddam — powiedział Jan.

— Odda pan — odpowiedział Stefan. — I to nie jest groźba.

— A co?

— Porządek.

Kapitał wrócił wraz z odsetkami, ale w latach 1895–1905 zrobił się ogromny ruch na ziemię: ceny doszły do 200 rubli za morgę. Na kupno własnego majątku nie było już szans.

Od 1897 roku Stefan przez kilka lat dzierżawił majątek Rataje. Był to czas uczenia się na cudzym: rachunków, ludzi, pogody, kaprysów rynku. Zysk nie był oszałamiający, ale pewny.

— Tu nie chodzi o posiadanie — powiedział kiedyś do zarządcy. — Ziemia ma słuchać.

Kolejną dzierżawą — tej, której nazwa dziś już nic nie mówi — był majątek pod samymi Kielcami. Na początku 1908 roku przybył do Kotlic na prośbę teścia, Franciszka Chelińskiego.

Franciszka stanęła przy oknie.

— Tu jest jasno — powiedziała.

— Jasno to nie argument – odpowiedział.

— Jest też cicho.

Stefan skinął głową.

— Cisza jest dobra. Ale to wciąż cudze.

Po śmierci Franciszka Chelińskiego w 1910 roku i przejęciu majątku przez Walentynę i Włodzimierza Majewskich przyszła spłata — trzydzieści tysięcy rubli.

— To już wszystko? — zapytała Franciszka.

— To dopiero początek – odpowiedział.

— Pieniędzy mamy dość?

— Mamy tyle, żeby nie musieć udawać.

Stefan nie mówił o tym głośno. Część pieniędzy ulokował w papierach, część w ziemi, część trzymał w walucie, której nie trzeba było tłumaczyć na żaden język.

Walentyna i Włodzimierz Majewscy nie mieli dzieci. Za namową Franciszka Chelińskiego zaadoptowali młodszego syna Stefana i Franciszki Skarbek-Kruszewskich — Stanisława.

— Będzie miał punkt zaczepienia — powiedział Stefan.

— A ty? – zapytała Franciszka.

— Ja już mam.

Ostatnim majątkiem dzierżawionym przez Stefana był należący do Radziwiłłów Kotuszów. Zerwanie umowy przyszło nagle, ale bez upokorzenia. Wypłacone przez Radziwiłła odszkodowanie, było bardzo wysokie.

Od tego momentu Kielce stały się jego stałym miejscem. Ulica Lipowa 15 — adres porządny, nieafiszujący się z bogactwem.

— Tu jest spokojnie — powiedziała Franciszka.

— O to chodziło – odpowiedział, przekładając dokumenty na biurku.

Pieniądze schodziły regularnie: na nauczycieli, stancje, książki. Stefan nie żałował. Uważał, że to jedyna inwestycja, której nie może zjeść inflacja ani wojna.

— Tato, a my jesteśmy bogaci? – zapytała jedna z córek.

Stefan spojrzał na nią z uśmiechem.

— Jesteśmy przygotowani – odpowiedział.

Dopiero po chwili dodał, już ciszej, jakby bardziej do siebie niż do dziecka:

— To musi wystarczyć.

Stefan Skarbek-Kruszewski zmarł 8 grudnia 1926 roku. Miał sześćdziesiąt lat. Nie zostawił po sobie wielkiego majątku. Zostawił coś trudniejszego do policzenia: ciągłość.

W świecie, który kilka razy zaczynał od zera, on potrafił kończyć z bilansem dodatnim.

2026-01-30 10 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

W cieniu starych drzew – część 3

by Jolanta Strażyc 2026-01-20

Poranek w Gruszczynie był chłodny. Nad polami unosiły się delikatne mgły, wijąc się między drzewami jak mleczne wstęgi. Liście w sadzie szeleściły cicho, jakby szeptały między sobą wiadomości o nadchodzącej zimie.

Stefan Skarbek-Kruszewski, od niedawna znowu w domu po latach nauki w Berlinie, szedł powoli obok matki. Adela, mimo zbliżających się pięćdziesięciu lat, trzymała się prosto i pewnie, a brzeg jej ciepłej, wełnianej chusty kołysał się lekko przy każdym kroku.

– Dobrze tu znów być – odezwał się Stefan, rozglądając się po znajomych polach. – Człowiek dopiero po powrocie widzi, jak bardzo tęsknił.

– Dom zawsze przyciąga – odparła Adela. – Choć Janusz pewnie powie to samo dopiero za kilka lat, kiedy nacieszy się Warszawą.

– To jego ulubione miasto – mruknął Stefan z rozbawieniem. – A tam… więcej pokus niż zajęć.

– I pewnie dlatego Adelajda z Tomaszem wracają do nas coraz częściej – powiedziała matka. – Choć sprzedali Lipie i przenieśli się do Warszawy, mają chyba dość gwaru miasta.

Stefan skinął głową.

– Mówili mi, że w Krasocinie, u krewnych Tomasza, lepiej im się oddycha niż między warszawskimi kamienicami. Ale cieszę się, że wpadną jeszcze tej jesieni. Bez nich w domu pusto.

– I tak mi uciekacie jeden po drugim – westchnęła Adela. – Najpierw Adelajda wyszła za Tomasza, potem Irena zaczęła myśleć o wyjeździe do ciotki na zimę… A Konstancja już też wyciąga rękę po swój los.

Chwilę szli w ciszy, słuchając szelestu liści. Wysokie klony otaczały aleję niczym barwne łuki, obsypując ich żółtym deszczem.

– Wiesz, mamo – odezwał się w końcu Stefan – im dłużej tu idę, tym mocniej czuję, że to mój dom. Choć życie nas rozrzuca, zawsze wracamy do Gruszczyna.

Adela dotknęła jego ramienia.

– I oby zawsze tak było.

Dziedzictwo trwa, gdy pojawia się nowe pokolenie

Dzień 29 stycznia 1893 roku był przenikliwie mroźny.

Dwór w Gruszczynie tonął w śnieżnej ciszy. Była noc, dochodziła jedenasta, jednak w oknach nadal tliły się światła lamp naftowych.

Adelajda Wodzińska leżała na posłaniu, zmęczona, ale szczęśliwa. Obok niej, owinięty w biały becik, spał chłopczyk o drobnej twarzyczce i mocno zaciśniętych piąstkach.

Tomasz pochylił się nad żoną.

– Adelajdo… jest zdrowy. Lekarz mówi, że silny jak na zimowe dziecko.

Adelajda uśmiechnęła się z dumą.

– Kazimierz – wyszeptała. – Chcę, żeby miał imię ojca.

Tomasz skinął głową bez słowa. Wspomnienie zmarłego przed dziewięciu laty pana Kruszewskiego wciąż wisiało nad rodziną żony jak wierny cień.

W pokoju obok zgromadzona rodzina szykowała się do snu, choć wszyscy czekali jeszcze na wieści.

Babcia Nepomucena, trzymając dłonie splecione na kolanach, spojrzała na krewnych z powagą przełamaną wzruszeniem.

– Prawnuk Wodziński – rzekła – ale z Kruszewskiej. Dziedzictwo trwa, gdy pojawia się nowe pokolenie.

– Pięknie powiedziane – odezwała się Adela. – Ważne, że przyszedł na świat zdrowy. To wielki dar.

Nepomucena skinęła głową.

– Adelajda… dzielna dziewczyna.

– Widać, że serce jej rośnie – odezwała się z cichą radością Adela.

W drzwiach pojawił się Stefan.

– Mamo, mogę jutro pojechać do proboszcza? Powinien wiedzieć o narodzinach Kazimierza.

– Możesz, dziecko – odpowiedziała Adela. – I weź ze sobą Janusza, żebyś nie jechał sam po tych zaśnieżonych drogach.

Nepomucena rozglądała się po wnukach z mieszaniną dumy i wzruszenia. – Patrzcie tylko… – powiedziała. – Ja już swoje lata mam, a mimo to każde takie narodziny… to jak otwarcie okna na wiosnę, nawet w środku zimy.

Adela ujęła jej dłoń.

– Chodźmy zobaczyć małego. Tomasz mówił, że już zasnął.

– Zobaczę – odparła Nepomucena, podnosząc się powoli. – Chodź na chwilę. Bo kto wie, ile jeszcze takich chwil będzie mi dane.

Wszyscy podnieśli wzrok, jakby w jednym momencie poczuli wagę jej słów. A potem, Nepomucena, Adela, Stefan, Janusz, Irena i Konstancja, krok po kroku ruszyli razem ku drzwiom, by przywitać nowe życie i początek kolejnego pokolenia.

Pierwszy sakrament nowego życia

Chrzest Kazimierza Wodzińskiego odbył się w połowie lutego 1893 roku w Krasocinie. Świat wokół zdawał się czekać: mróz zelżał, a pierwsze promienie zimowego słońca odbijały się od śnieżnych zasp.

Irena Skarbek-Kruszewska, siostra Adelajdy, trzymała chłopca do chrztu. Miała dwadzieścia cztery lata i poważny, skupiony wzrok. Po drugiej stronie stał Adam Popławski – właściciel pobliskiego majątku Promnik, przyjaciel Tomasza.

– Niech rośnie na pociechę rodzicom – powiedział Adam, gdy składali podpisy.
– I na dumę całemu domowi – dodała Irena, poprawiając koronkową czapeczkę na główce dziecka…

Niespełna rok później Stefan otrzymał zaproszenie od Edwarda Łuszczkiewicza, przyjaciela jeszcze z młodzieńczych lat. Chrzest jego syna miał odbyć się w styczniu, w gronie bliskich i przyjaciół.

– Cieszę się, że jesteś, Stefanie – powiedział Edward, ściskając mu dłoń po ceremonii. – To ważny dzień.

Dom Edwarda Łuszczkiewicza był znany i szanowany w okolicy. Rodzinę miał dużą, szczególnie ze strony żony – Marii z Chelińskich.

To właśnie tam Stefan poznał siostrę Marii – Franciszkę. Przedstawiono ich sobie zaraz po powrocie z kościoła.

Rozmowa była krótka, uprzejma, zupełnie niewyróżniająca się spośród wielu innych tego popołudnia. Stefan więcej czasu poświęcał rozmowom z Edwardem i mężczyznami z rodziny niż obserwowaniu zgromadzonych pań.

Nie zauważył od razu, że Franciszka, co jakiś czas zerkała nieśmiało w jego stronę. Dopiero Edward, częstując go papierosem w palarni, pochylił się i powiedział półgłosem:

– Zdaje się, że zrobiłeś wrażenie.

Stefan spojrzał na niego z lekkim rozbawieniem.

– Wątpię – odparł cicho. – To dzień twojego syna, nie mój.

Edward uśmiechnął się znacząco, ale nie drążył tematu.

Stefan zapamiętał tamto spotkanie jedynie jako jedno z wielu zimowych zgromadzeń — ciepłe, głośne, pełne rodzinnych powiązań. Nie wiedział jeszcze, że wśród rozmów, spojrzeń i zwykłych uprzejmości kryją się czasem początki, które potrzebują czasu, by dać o sobie znać…

Tymczasem Janusz, coraz rzadziej pojawiał się w domu. Warszawa pochłonęła go bez reszty – najpierw studia, potem praca, a wreszcie pewna panna.

Gdy wiadomość ta dotarła do Gruszczyna, Stefan czytał list dwukrotnie, nie wierząc własnym oczom.

– Żeni się – powiedział matce, odkładając kartkę na stół. – Janusz… przede mną.

Adela uniosła brwi, ale na jej twarzy widać było wzruszenie.

– Każde z was ma swój czas. Napisz mu, że przyjedziemy.

Janusz i Helena (2 kwietnia 1894 roku)

W Kościele pod wezwaniem świętego Aleksandra w Warszawie panował jeszcze poranny chłód, który wczesnowiosenne słońce dopiero zaczynało wypierać z wysokich murów. Między kolumnami unosił się cichy szmer rozmów, szelest sukien i przytłumione kroki kolejnych gości, którzy zajmowali miejsca, witając się półgłosem z krewnymi i znajomymi.

W pierwszym rzędzie siedziała babcia Nepomucena w towarzystwie wnuczek.

– A ja wam mówię, że wiosenny ślub to najlepsza rzecz – oznajmiła pogodnie. – Wszystko wtedy zaczyna się od nowa, nawet stare kości czują się młodsze.

– Babciu, ty zawsze młoda – szepnęła Irena, poprawiając kapelusz.

– A ja myślę, babciu, że każda pora dobra na ślub, byle z miłości – wtrąciła spokojnie Konstancja, uśmiechając się z lekką przekorą.

Nieopodal, blisko przejścia głównego, zajęła miejsce Joanna Kiślańska matka panny młodej. Obok niej siedziała Adela Skarbek-Kruszewska, matka pana młodego i jedna z jej córek Adelajda wraz z mężem Tomaszem Wodzińskim.

– Jak ten czas szybko mija – szepnęła Adela do Joanny. – Pamiętam chrzciny Helenki. Nasi mężowie razem zapisali ją w naszym kościółku w Lgocie.

– Tak – odpowiedziała Joanna z westchnieniem. – Jaka szkoda, że ich tu nie ma z nami.

Nieco dalej miejsce zajęła rodzina Colonna-Walewskich: Leon, młodszy brat Adeli, z żoną Leonią ze Złotnickich oraz ich dziećmi: Haliną, Janiną i Bolesławem.

Młodzi Walewscy z ciekawością rozglądali się po wnętrzu świątyni, chłonąc podniosłą atmosferę chwili.

Już idą? – zapytała szeptem Janina, nachylając się w stronę rodzeństwa.

Odpowiedzią było poruszenie wśród zgromadzonych. Drzwi kościoła otworzyły się szeroko i w progu pojawiła się młoda para: Janusz Skarbek-Kruszewski i Helena Kiślańska.

– Jaka piękna para – szepnęła z zachwytem Maria z Kiślańskich Orłowska do stojącej obok siostry.

Zofia Kiślańska uśmiechnęła się tylko, po czym przybliżyła się do brata – Może i do nas kiedyś szczęście się uśmiechnie, Witoldzie.

– Ależ ja jestem szczęśliwy moja droga – odparł z przekąsem.

– Ciiiszej – upomniał ich Edward Orłowski. – Później sobie porozmawiacie.

Po zakończeniu ceremonii wszyscy zgromadzili się przed kościołem.

– Niech wam Pan Bóg błogosławi – powiedziała babcia Nepomucena, ściskając dłonie młodej pary.

– Wszystkiego, co najpiękniejsze na nowej drodze życia moi kochani – dodała Adela.

– A każdy wspólny dzień niech będzie powodem do uśmiechu – powiedziała Joanna Kiślańska z tą matczyną dumą, która pojawia się, gdy córka zaczyna zupełnie nowy rozdział życia.

Stefan uścisnął dłoń brata. – I stało się – powiedział z uśmiechem. – Wszystkiego najlepszego.

– Dziękuję, Stefanie – odparł szczęśliwy nowożeniec. Myślę, że niedługo i ja będę świadkiem na twoim ślubie. – O, i jest nasz drugi świadek – dodał, ściskając dłoń Feliksa Kiślańskiego.

– Cała przyjemność po mojej stronie, panie szwagrze – odparł Feliks. Dbaj o moją ulubioną siostrę.

– Miłości, która nie przemija, szczęścia, które się mnoży, i wspólnego życia, które z każdym rokiem smakuje coraz lepiej – powiedział Leon Colonna-Walewski obejmując siostrzeńca i całując w czoło Helenę.

– Ja również przyłączam się do słów ojca – dorzucił Bolesław – i życzę wam samych szczęśliwych chwil.

– A ja wam życzę cierpliwości w drobnych sprzeczkach i miłości, która zawsze wygra każdą różnicę zdań – powiedział Edward Orłowski.

Serdeczności trwały jeszcze dłuższą chwilę, po czym zaproszeni goście udali się do domu Kiślańskich na uroczysty obiad.

Dzwony kościelne odezwały się radośnie w samo południe, a wiosenne powietrze niosło ich dźwięk daleko po warszawskich ulicach, jakby samo miasto chciało zapamiętać ten ślub na długo.

Początek nieoczekiwanych zdarzeń

Stefan Skarbek-Kruszewski nie spieszył się z powrotem do Gruszczyna. Został w Warszawie aż do końca kwietnia, jakby chciał zatrzymać w sobie echo wiosennych wydarzeń…

Maj 1894 roku okazał się czasem wyjątkowo towarzyskim. Spotkania i uroczystości odbywały się najczęściej w domach Łuszczkiewiczów, Lubienieckich oraz Rudzkich, a gdziekolwiek pojawił się Stefan, tam niemal zawsze obecna była także Franciszka Chelińska.

Przypadek? A może ciche swaty, prowadzone z dyskrecją właściwą ludziom dobrze ułożonym?

– Panna Franciszka, to dobra dziewczyna, cicha, łagodna – zachwalał ją Edward Łuszczkiewicz.

– A i dom szanowany, licznie spokrewniony w Kieleckiem – dodał Józef Lubieniecki.

– Dziewięć córek, ale i dziewięć folwarków w wybornej ziemi nad Nidą – dorzucił ponownie Edward, jakby zamykając temat liczbą, która robiła wrażenie.

– W sumie Antonina z Makólskich, żona Franciszka Chelińskiego, urodziła jedenaścioro dzieci – zaczął opowieść Józef. – Dwóch pierwszych synów zmarło jako dzieci. Później rodziły się już tylko córki. Podobno bardzo pragnęli jeszcze syna i pani Antonina odbyła pielgrzymkę do Częstochowy dla uproszenia męskiego potomka. Ale gdy po powrocie przyszły na świat kolejne dwie dziewczynki, bliźniaczki, przestali się Panu Bogu naprzykrzać. Ten zaś dołożył im już tylko jedną córkę – i na dziewięciu stanęło.

Stefan uśmiechnął się tylko pod nosem. Panowie, do których z czasem dołączyły także ich małżonki, z zapałem wyliczali kolejne zalety Franciszki, jakby los miał się rozstrzygnąć samą sumą pochwał.

Chelińscy

Franciszek Cheliński wydawał córki za mąż według ścisłego starszeństwa. W roku 1890 przyszła kolej na piątą z rzędu – Franciszkę. Była panną zupełnie ładną i odpowiednią, lecz kandydatowi na zięcia spodobała się nie ona, a Maria, szósta córka Chelińskich.

– Moje córki to nie ulęgałki. Nie przebierać, brać po kolei. – Powiedział Franciszek Cheliński, gdy Edward Łuszczkiewicz poprosił o rękę Marii.

Zakochany od pierwszego wejrzenia Łuszczkiewicz nie ustąpił. Jako zadośćuczynienie próbował jednak po cichu znaleźć Franciszce odpowiedniego kandydata na męża. Los nie sprzyjał tym staraniom. Franciszka, pozostająca w ciągłych podróżach z rodzicami lub zamężnymi siostrami, rzadko bywała w domu Łuszczkiewiczów. A i samo odrzucenie przez Edwarda, sprawiło, że zaczęła unikać ich towarzystwa, zachowując dystans, którego nie potrafiono tak łatwo skrócić.

Od ślubu Marii Chelińskiej z Edwardem Łuszczkiewiczem minęły już ponad trzy lata, a Franciszka Chelińska wciąż pozostawała w stanie panieńskim, czym coraz bardziej niepokoiła rodziców oraz zamężne siostry. W domu Chelińskich temat ten powracał regularnie, szeptany przy herbacie, omawiany podczas wizyt rodzinnych i przy każdej okazji, gdy zbierało się grono krewnych.

Pojawił się wprawdzie Stefan Karski – cichy i nieśmiały wielbiciel Stefani – siódmej córki Chelińskich – lecz rodzina była nieugięta. Porządek musiał być zachowany: najpierw Franciszka.

W ten sposób Stefan Skarbek-Kruszewski znalazł się nagle na swoistej „linii ognia”. Otoczony życzliwymi podszeptami, aluzjami i niepozornymi sugestiami ze strony Edwarda Łuszczkiewicza, Józefa Lubienieckiego oraz ich małżonek – Marii i Antoniny, sióstr Franciszki – w końcu uległ temu, co w owych czasach nazywano raczej rozsądkiem niż uczuciem.

Wraz z pierwszymi oznakami nadchodzącego lata Stefan zdecydował się na krok, który zgodnie z obyczajem musiał poprzedzać wszelkie dalsze starania. Udał się na rozmowę z ojcem panny, Franciszkiem Chelińskim – starszym już jegomościem o sumiastym wąsie, znanym i szanowanym ziemianinem powiatu jędrzejowskiego, właścicielem Kotlic i kilku folwarków.

W tamtych czasach początkowy etap starań nie zakładał wcale rozmów ani spotkań z samą panną.[1] Najpierw należało nawiązać relację z jej rodziną: składać krótkie wizyty, rozmawiać z ojcem, zbierać informacje o kondycji majątkowej obu domów, o zamiarach kawalera i jego widokach na przyszłość. Dopiero po uzyskaniu wyraźnej zgody ojca panny wolno było „uderzać w konkury”.

Randki, jeśli w ogóle można było tak je nazwać, były grą ściśle regulowaną przez etykietę. Rodzina i status społeczny górowały nad uczuciami, a każde spotkanie młodych odbywało się pod czujnym okiem krewnych. W przypadku Franciszki rolę tę naturalnie pełniły Maria, żona Edwarda Łuszczkiewicza, oraz Antonina, żona Józefa Lubienieckiego.

Gdy Franciszka przyjęła oświadczyny, rozpoczął się czas przygotowań do wesela. Stefan zajmował się organizacją przyszłego życia – mieszkaniem i zapleczem materialnym – natomiast Franciszka, wspierana przez matkę i siostry, kompletowała wyprawę i niezbędne rzeczy…

Stefan i Franciszka (15 sierpnia 1894 roku)

W samym sercu Mokrska Dolnego wznosił się kościół parafialny pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny — od pokoleń miejsce najważniejszych wydarzeń w życiu okolicznych rodzin. Do tej parafii należał także majątek Kotlice, zakupiony przez Franciszka Chelińskiego 4 czerwca 1860 roku. Od tamtej pory to właśnie tutaj, przed ołtarzem Przenajświętszej Patronki, gromadzili się Chelińscy podczas niedzielnych i świątecznych nabożeństw i rodzinnych uroczystości.

W piękne, sierpniowe popołudnie 1894 roku, niemal w ostatniej chwili, przed kościół zajechał powóz zaprzężony w czwórkę koni. Przybyła nim rodzina pana młodego. Z powozu wysiadła babcia Nepomucena — zwykle wesoła i dziarska staruszka, dziś już wyraźnie zmęczona wiekiem, lecz wciąż trzymająca się godnie. Towarzyszyła jej synowa, Adela Skarbek-Kruszewska, matka pana młodego, oraz jej córki: Irena i Konstancja.

— Już jesteśmy, mamo — odezwała się cicho Adela.

— Byle zdążyć przed młodymi — odparła staruszka z lekkim uśmiechem. — Choć dziś nogi nie te co dawniej.

Do powozu podbiegł Janusz.

— Mamo, babciu jak dobrze, że jesteście — powiedział, podając ramię Nepomucenie.

— Droga była długa Januszku, ale Pan Bóg doprowadził — odpowiedziała pogodnie.

Przed wejściem do kościoła oczekiwali ich świadkowie: Józef Lubieniecki i Edward Łuszczkiewicz oraz ojciec panny młodej Franciszek Cheliński.

— Wszystko gotowe — powiedział Franciszek, kłaniając się damom. — Kościół pełen, czas najwyższy.

Pozostali goście — liczna rodzina i przyjaciele obu domów zajęli już miejsca w kościele. Kruszewscy przeszli nawą ku pierwszej ławce po prawej stronie, gdzie czekały dla nich przygotowane miejsca. Gdy już usiedli, w drzwiach kościoła pojawiła się młoda para: Stefan Skarbek-Kruszewski i Franciszka Palmira Chelińska. Przeszli powoli ku ołtarzowi, wśród skupionych spojrzeń zgromadzonych.

— Niech Matka Najświętsza ma was w swojej opiece — szepnął ktoś z pierwszych ławek.

Ślubu udzielał ksiądz Wincenty Cheliński – stryjeczny brat Franciszki i jej rówieśnik.

Po zakończeniu nabożeństwa nowożeńcy zatrzymali się jeszcze na chwilę modlitwy przed bocznym ołtarzem z krucyfiksem. Następnie przyjęli życzenia od rodziny i gości, po czym wśród odgłosów rozmów i powozów ruszono w drogę do dworu w Kotlicach, oddalonego o około cztery kilometry, gdzie czekała dalsza część uroczystości.

Na ślub i wesele Stefana i Franciszki zjechała się ich liczna rodzina. Mówiono potem, że zaproszono ponad sto osób.

– Tyle rodzin w jednym miejscu – zauważył bratanek gospodarza ks. Wincenty Cheliński – To już nie wesele, to zjazd rodzinny.

– I dobrze księże dobrodzieju – odpowiedział Leon Colonna-Walewski. – Takie chwile zapadają w pamięć.

Dom Chelińskich słynął z gościnności. Stoły uginały się pod ciężarem wykwintnych potraw. Nie zabrakło też pieczonych pawi, które w tamtej okolicy z całą, stojącą szafirową szyją na weselach podawano. Domowe trunki, w tym słynna wiśnióweczka pani domu, której przepisu strzegła jak oka w głowie.

Muzyka rozbrzmiewała niemal bez przerwy. Tańczono do białego rana, a światła w oknach gasły i zapalały się na nowo, gdy jedni goście odpoczywali, a inni wracali na parkiet. Śmiech, rozmowy i dźwięki kwartetu kieleckich grajków niosły się daleko po okolicznych lasach i polach…

Na nowej drodze życia

Młoda para zamieszkała w pięknie urządzonym dworze w Gruszczynie, gdzie wszystko sprzyjało temu, by ich dni upływały szczęśliwie.

Stefan i Franciszka stworzyli rodzinę, która – jak mawiała babcia Nepomucena – „miała w sobie pogodę”.

— Odkąd tu zamieszkałaś, Franiu, w tym domu zawsze jest jasno, nawet gdy za oknem szaro — powiedziała staruszka, układając kwiaty w wazonie.

Franciszka uśmiechnęła się tylko, lekko speszona.

Babcia Nepomucena przyglądała się jej z wyraźnym zadowoleniem. Z satysfakcją zauważała, że w Gruszczynie wszystko znalazło swoje miejsce — ludzie, sprawy, a nawet codzienne troski. I choć nigdy by tego głośno nie przyznała, była przekonana, że to zasługa młodej pani domu.

23 lipca 1895 roku, ciszę Gruszczyna przerwał pierwszy płacz nowo narodzonego dziecka. Na świat przyszedł Jerzy Benedykt Franciszek Skarbek-Kruszewski. Radość mieszała się jednak z niepokojem – chłopiec był słaby, urodzony przed wyznaczonym terminem.

— Jest taki maleńki… — wyszeptała Franciszka, tuląc dziecko.
— Ale silny duchem — odparł Stefan, ściskając jej dłoń. — Będzie żył, zobaczysz.

Tego samego dnia ksiądz Ignacy Kubacki ochrzcił dziecko w domu Kruszewskich, jedynie wodą. Pierwsze dni były ciężkie i pełne niepewności. Przy małym Jerzyku czuwano na zmianę, szeptano modlitwy, a mamka Marychna Wolska — zdrowa i silna — karmiła go z oddaniem.

— Nie bójcie się — mówiła spokojnie. — To dziecko ma wolę życia.

I rzeczywiście, z każdym dniem chłopiec nabierał sił. Gdy nadszedł początek października, Jerzyk był już na tyle silny, by można było dopełnić obrzędu chrztu — a w sercach domowników zagościła cicha, wdzięczna radość.

Chrzest Jerzego

Chłodne październikowe popołudnie przenikało powietrze w Krasocinie. Nad wsią unosił się zapach wilgotnej ziemi i opadłych liści, a dzwon kościelny bił powoli, jakby w zamyśleniu. Wnętrze świątyni – chłodne, pachnące kamiennymi murami i kadzidłem – wypełniło się przyciszonymi głosami rodziny Skarbek-Kruszewskich i ich przyjaciół.

Franciszka trzymała synka w ramionach, otulonego szczelnie, jakby chciała uchronić go przed jesiennym chłodem. Stefan kroczył tuż obok, co chwila spoglądając na dziecko z cichą, ojcowską dumą.

Do chrzcielnicy podeszli chrzestni. Sergiusz Niemojewski skinął Stefanowi z powagą.

– Piękny chłopak. Silny będzie, zobaczysz.

Stefania Karska, w delikatnej, kremowej sukni, pochyliła się nad dzieckiem.
– A oczy ma takie jak Franciszka. Niech mu Pan Bóg błogosławi.

Za nimi stanęli asystujący: hrabia Stanisław Tarło, w eleganckim, ciemnym surducie, oraz Zofia Piotrowska z Ludyni.

Po błogosławieństwie wszyscy, zgodnie z tradycją, podeszli, aby dotknąć becika lub przynajmniej zamienić kilka słów z młodymi rodzicami.

– Niech rośnie zdrowo – powiedział Adam Popławski, ściskając Stefanowi rękę. – Ten rok przynosi wam same dobre nowiny.

– Niechby już tak zostało – odparł Stefan cicho, z jakąś nieokreśloną nutą troski.

______________________________________________

[1] Miłość, etykieta i rodzinne negocjacje. Randki w XIX wieku

2026-01-20 9 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • …
  • 5

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • Zapowiedź dalszej części sagi

    2026-04-30
  • Saga. Rozdział IV – Powrót

    2026-04-20
  • Saga. Rozdział III – Svyata Kyrnychka

    2026-04-10
  • Saga. Rozdział II – Rozkaz: trwać!

    2026-03-30
  • Zwiastun sagi: pierwsze rozdziały

    2026-03-20

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    Tajemnica

    2025-08-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga