jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga
Category:

Wspomnienia

PodróżeWspomnienia

Szkocja

by Jolanta Strażyc 2026-03-10

W połowie września 2012 roku Karol i Konrad spakowali swoje życie w kilka walizek i polecieli do Edynburga. To miała być próba – dobra praca, mieszkanie na start, nowe doświadczenie. W praktyce okazało się początkiem czegoś znacznie większego.

Pierwszy rok minął im na oswajaniu miasta: akcentu, deszczu, krótkich dni i długich nocy. Nam – mnie, Majce i Ewie – czas płynął zwyczajnie, między pracą a codziennością. Szkocja istniała gdzieś obok: w rozmowach, w zdjęciach z klifów, w żartach o naszej „bazie wypadowej na północy Europy”.

Przylecieli do Krakowa tylko dwa razy – na krótkie, intensywne weekendy. My z kolei długo nie potrafiłyśmy się zdecydować, żeby polecieć do nich. Aż w końcu przestałyśmy szukać wymówek. Pojechałyśmy.

Podróże, które wtedy się zaczęły, trwały – z przerwami – przez kolejne lata. Pięć wyjazdów, dziesiątki miejsc, setki zdjęć. Dziś wszystkie te obrazy splatają się w jedną historię, jakby była to jedna długa droga przez wrzosowiska, kamienne miasta i nadmorskie klify. To właśnie opowieść o tej drodze.

Majowy weekend i pierwsza podróż

Samolot przyziemił z lekkim szarpnięciem. Za oknem – mokry pas startowy i powietrze ciężkie od deszczu. Edynburg przywitał nas dokładnie tak, jak się spodziewałam.

Wyszłyśmy z terminala i od razu ich zobaczyłyśmy. Karol machał energicznie, Konrad stał obok z tym spokojnym uśmiechem człowieka, który wszystko ma pod kontrolą.

Przywitanie było głośne i trochę za długie jak na szkocką pogodę. Deszcz nie padał – on po prostu wisiał w powietrzu.

Droga z lotniska prowadziła coraz węższymi ulicami. Siedziałam z tyłu i chłonęłam wszystko: ciemne kamienice, mokry asfalt odbijający światła, sylwetkę zamku majaczącą ponad dachami.

To nie był tylko weekend. To było wejście do innej opowieści.

Zamek i duchy

Pierwszym przystankiem był zamek. Gdy wchodziliśmy przez bramę, rozległy się dźwięki dud. Melodia odbijała się od kamiennych murów i znikała nad miastem.

W środku przewodnik opowiadał o klejnotach koronnych, Kamieniu Przeznaczenia i duchu bezgłowego bębniarza.

– Podobno słychać go przed wielkimi katastrofami – powiedział z powagą, patrząc nam prosto w oczy.

Spojrzeliśmy po sobie z udawanym niepokojem.

– Nasz lot powrotny jest za kilka dni…

Śmiech szybko rozproszył napięcie, ale na tarasie wiatr był tak silny, jakby naprawdę próbował coś powiedzieć.

Miasto uliczek

Z zamku zeszliśmy na Royal Mile. Po drodze trafiliśmy do niewielkiego muzeum poświęconego zwykłym mieszkańcom – pełnego przedmiotów, listów i historii, które bardziej opowiadały o życiu niż o wielkich wydarzeniach.

Później zgubiliśmy się w wąskich przejściach między kamienicami. Edynburskie „closes” wyglądały jak szczeliny między epokami – wilgotne, kręte, trochę niepokojące.

Jedna z uliczek zaprowadziła nas do małej księgarni. Właściciel wskazał półkę ze szkocką poezją.

– W tym klimacie smakuje lepiej niż herbata – powiedział.

Kupiłam tomik Burnsa, choć rozumiałam niewiele. Może właśnie o to chodziło – żeby coś brzmiało obco i pięknie jednocześnie.

Katedra i kawa

Wieczorem weszliśmy do katedry św. Idziego. Witraże rozlewały kolorowe światło, a cisza była niemal namacalna.

Po wyjściu znów zaczęło padać, więc schroniliśmy się w małej kawiarni. Pachniało kawą i cynamonem.

– First time in Scotland? – zapytał barista.

– Aye, and not the last – odpowiedział Konrad.

Miasto zaczynało nas oswajać.

Arthur’s Seat

Następnego dnia Karol oznajmił, że nie wyjedziemy bez wejścia na górę.

Z dołu wyglądała niepozornie. Dopiero w połowie drogi wiatr pokazał, kto tu rządzi.

Ścieżka stawała się coraz bardziej kamienista, powietrze ostre i czyste. Na szczycie miasto rozłożyło się pod nami jak mapa – stare kamienice, nowoczesne dzielnice, w oddali spokojne morze.

Najbardziej zaskakiwało mnie to, jak naturalnie łączyły się tu dwa światy. Kilka kroków od ulicy i już było się prawie wśród wrzosów.

Wiatr był tak silny, że trudno było zrobić zdjęcie. Może dlatego zapamiętałam ten moment lepiej niż jakiekolwiek fotografie.

Opowieść o kraju

Przed deszczem uciekliśmy do Narodowego Muzeum Szkocji. W jasnym, przeszklonym wnętrzu mieściło się wszystko: od prehistorii po przemysł.

Zatrzymałam się przy modelu statku i pomyślałam o ludziach, którzy stąd wyruszali w świat. Emigracja Karola i Konrada nagle przestała być czymś wyjątkowym – stała się częścią większej historii. 

W jednej sali dzieci budowały most z drewnianych elementów. W innej starszy pan tłumaczył wnuczce, zasadę działania silnika parowego. Historia nie była tu zamknięta w gablotach. Ona żyła.

– Lubię to miasto – powiedział Konrad. – Jest stare, ale nie udaje muzeum.

Edynburg nie próbował nas zachwycić. Po prostu był. A jednak wyjeżdżając, miałam wrażenie, że zostawiamy tu coś więcej niż weekend. Pierwszy rozdział naszej szkockiej historii.

Glasgow

Droga do Glasgow była krótka, ale zmiana – wyraźna. Edynburg to historia i kamień, Glasgow to energia i ruch.

Już na Buchanan Street było to widać: tłum, muzyka uliczna, zapach kawy, gwar. Miasto wydawało się mniej „pocztówkowe”, bardziej żywe.

W muzeum Kelvingrove wszystko mieszało się ze sobą – sztuka, historia, nauka. Obok obrazów wisiały eksponaty, które zupełnie do nich nie pasowały. A jednak właśnie to tworzyło sens tego miejsca.

Wieczorem trafiliśmy do Barrowland Ballroom. Neonowe światło, tłum ludzi i muzyka, która nie potrzebowała tłumaczenia. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy, choć nie znaliśmy wszystkich słów.

Następnego dnia, niewyspani, siedzieliśmy w Glasgow Green z kawą w papierowych kubkach. Obok ktoś czytał na głos poezję.

Edynburg był jak książka. Glasgow – jak koncert.

I jedno, i drugie było potrzebne, żeby zrozumieć tę podróż.

Paisley

Opuszczenie Glasgow zajęło nam mniej niż pół godziny. Miasto szybko ustąpiło miejsca spokojniejszemu krajobrazowi, jakby ktoś ściszył dźwięk.

Paisley przywitało nas ciszą.

Mniejsze, mniej oczywiste, a jednak pełne historii. Takie miejsca często omija się w pośpiechu – a to właśnie one zostają najdłużej.

Kamień i cisza

W centrum miasta dominuje jedno miejsce – opactwo.

Paisley Abbey z ciężkim, gotyckim murem. W środku chłód, cisza i światło wpadające przez witraże, które zamiast przytłaczać – porządkuje myśli.

Echo naszych kroków było jedynym dźwiękiem.

To miejsce przetrwało wieki. Według legendy pochowani są tu przodkowie Roberta Bruce’a. Historia nie była tu opowieścią – była obecnością.

Zatrzymałam się przy jednym z witraży. Nowoczesny – z motywem DNA i satelity. Przeszłość i przyszłość spotykały się w jednym kadrze. W Szkocji to nie zaskakuje. Tu to się po prostu wydarza.

Po wyjściu z opactwa przeszliśmy przez centrum. Czerwony piaskowiec, stare fasady, niewielkie sklepy. Wszystko miało w sobie jakąś miękkość – jakby nikt nie próbował niczego udowadniać.

Zatrzymaliśmy się przy kościele baptystów. Prosty, elegancki, z ławkami pod drzewami.

W środku kilka osób siedziało w ciszy. Zapach drewna, starych ksiąg. Niezależnie od wiary – takie miejsca działają podobnie. Pozwalają się zatrzymać.

Wzór, który przetrwał

W niewielkim muzeum poznaliśmy historię charakterystycznego wzoru paisley – łezkowatego motywu, który zna się z tkanin i szali.

Dopiero tutaj nabierał sensu. Nie jako ornament, ale jako fragment tożsamości miejsca.

Tam, gdzie Szkocja spotyka morze

Ruszyliśmy dalej – na zachód, a potem na północ. Bez pośpiechu. Droga prowadziła przez małe miejscowości i zielone przestrzenie, które zdawały się nie mieć końca.

Za każdym zakrętem coś się zmieniało: farma, fragment ruin, samotna owca na wzgórzu.

Szkocja zaczynała pachnieć morzem.

Dunure

Mała wioska, prawie bez ruchu.

Ruiny zamku stały na klifie jak coś pozostawionego przez czas. Wiatr niósł zapach soli, fale uderzały o skały.

Nie trzeba było nic mówić.

Usiedliśmy na ławce z termosami. Ciepła herbata i wiatr od morza – to wystarczyło.

Ayr

Większe, ale wciąż spokojne.

Plaża była szeroka i niemal pusta. Spacerowaliśmy długo, słuchając tylko fal.

Odwiedziliśmy dom Roberta Burnsa. Niski sufit, proste wnętrze. Trudno było nie pomyśleć o tym, jak z takich miejsc rodzą się rzeczy, które zostają na zawsze.

W kawiarni obok zamówiliśmy herbatę i scones. Gdzieś w tle grała cicho muzyka.

Troon

Wiatr był silniejszy, światło jaśniejsze.

Promenada ciągnęła się wzdłuż plaży, a gdzieś w oddali majaczyły wyspy. Ktoś stał na desce, walcząc z falami.

To było jedno z tych miejsc, w których łatwo zgubić myśli.

Dalej na północ

Ardrossan minęliśmy prawie bez słów – port, mewy, przestrzeń.

W Largs zatrzymaliśmy się na chwilę. Promenada była pełna ludzi, ktoś jadł lody, ktoś patrzył w stronę wody.

Na chwilę zrobiło się bardziej zwyczajnie. I to też było potrzebne.

Wyspa

Na Cumbrae wszystko zwolniło jeszcze bardziej.

Wypożyczyliśmy rowery i ruszyliśmy wzdłuż brzegu. Owce, wiatr, morze pojawiające się między wzgórzami.

Millport okazało się spokojne i kolorowe. Zjedliśmy rybę z frytkami na ławce, pilnując, żeby mewy nie były szybsze od nas.

– Tu można zostać – powiedziałam bardziej do siebie niż do nich.

Rzeka i przemysł

Gourock i Greenock były inne. Bliższe codzienności niż pocztówkom.

Tory kolejowe niemal dotykały wody, stare budynki patrzyły na rzekę. Zatrzymaliśmy się na kawę.

Na ścianie jednego z magazynów ktoś namalował mural kobiety z rybą. Patrzyła gdzieś poza nas.

Szkocja nie była tylko krajobrazem. Była też pracą, portem, zwykłym dniem.

Newark Castle

Zamek przy samej rzece. Cichy, trochę zapomniany.

Kamienne ściany i spiralne schody, które zmuszały do zwolnienia kroku. To było miejsce, które nie potrzebowało uwagi – ono po prostu trwało.

Helensburgh

Popołudniem dotarliśmy do spokojnego, eleganckiego miasteczka.

Promenada, drzewa, kamienne domy. Wszystko uporządkowane, spokojne.

Zatrzymaliśmy się przy domu zaprojektowanym przez Mackintosha. Był bardziej ideą niż budynkiem. Jakby architekt próbował zatrzymać coś ulotnego.

Twierdza Dumbarton

Budowla na skale unosiła się nad rzeką. Zatrzymaliśmy się bez większych ustaleń. Po prostu nie dało się przejechać dalej.

Już na dole wiatr dawał się we znaki. Nie ten przyjemny, odświeżający – tylko taki, który pcha i zatrzymuje jednocześnie.

Schody prowadziły ostro w górę. Kamienne, nierówne, jakby dopasowane bardziej do zbocza niż do ludzi.

Szliśmy powoli.

Im wyżej, tym mocniej wiało. Rozmowy urywały się w pół zdania, śmiech znikał szybciej niż się pojawiał. Zostawał tylko oddech i szum powietrza.

Na górze wszystko było jeszcze bardziej surowe.

Mur, skała, przestrzeń.

Rzeka Clyde poniżej była cofnięta – odpływ odsłonił szerokie pasy błota i kamieni. To zmieniało perspektywę.

Zamek nie patrzył już tylko na rzekę, ale na coś bardziej pierwotnego – na ziemię, która na chwilę wyszła na wierzch.

Chodziliśmy wzdłuż murów, czasem bliżej krawędzi, czasem chowając się za kamieniem.

To miejsce nie było „ładne” w klasycznym sensie. Nie próbowało się podobać.

Było obronne, zamknięte, stworzone do patrzenia z góry i przetrwania.

A jednak miało w sobie coś przyciągającego. Może właśnie przez tę surowość.

Nie zatrzymaliśmy się tam długo.

Ale to jedno z tych miejsc, które zostają – nie jako obraz, tylko jako odczucie.

Balloch Castle Country Park

Noc spędziliśmy niedaleko parku nad jeziorem.

Rano wyszliśmy wcześnie. Loch Lomond był niemal nieruchomy. Woda jak szkło, tylko ślad po łodzi przecinał powierzchnię.

Usiedliśmy w ciszy.

– Myślisz, że tu wrócimy? – zapytałam.

– Może nie trzeba – odpowiedział Karol. – Czasem wystarczy, że się było.

Droga nad jeziorem

Jechaliśmy wzdłuż Loch Lomond. Woda po jednej stronie, zbocza po drugiej.

Zatrzymaliśmy się przy małej zatoce. Cisza była prawie absolutna.

To był moment, który nie potrzebował zdjęcia.

Rowardennan

Tu kończyła się droga. Dalej tylko pieszo.

Zatrzymaliśmy się w małej chatce nad wodą. Wieczorem usiedliśmy na pomoście z herbatą. Niebo powoli wypełniało się gwiazdami.

Ben Lomond

Rano ruszyliśmy wcześnie.

Szlak najpierw prowadził przez las, potem coraz wyżej, aż zostaliśmy tylko my, wiatr i kamienie. Mgła pojawiała się i znikała.

Na szczycie wszystko ucichło.

974 metry. Niewiele – a jednak wystarczająco, żeby zobaczyć więcej niż krajobraz.

Przed nami rozciągały się Highlands. Surowe, spokojne, obojętne na naszą obecność.

I może właśnie dlatego tak ważne.

Powrót

Schodziliśmy wolniej.

Przy strumieniu zatrzymaliśmy się na chwilę. Woda była lodowata i czysta.

Wieczorem wypiliśmy po kieliszku whisky. Bez toastów, bez wielkich słów.

Myśleliśmy już o kolejnej podróży.

Ale to, co najważniejsze, wydarzyło się tutaj.

Minęło kilka lat, a ja wciąż wracam tam myślami. Nie do konkretnych miejsc — raczej do światła, ciszy i ludzi, z którymi tam byłam.

I chyba właśnie to jest najważniejsze w podróżach.

2026-03-10 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Otwarci na zmiany

by Jolanta Strażyc 2026-02-20

Gdy przyszłam do mieszkania Karola, drzwi były już otwarte, a z kuchni dobiegał śmiech.

— No wreszcie jest nasza nadworna fotografka! — zawołał Karol, wychylając się z salonu z kieliszkiem wina w ręku. — Teraz impreza może się oficjalnie rozpocząć.

— Spokojnie, bez dokumentacji i tak byście nie uwierzyli, co tu się działo — odpowiedziałam z uśmiechem. — Wszystkiego najlepszego, solenizancie.

W salonie siedzieli już wszyscy: Karol i Konrad — nasi etatowi informatycy od wszystkiego, Majka — artystka od biżuterii, zawsze w czymś błyszczącym własnej roboty, i Ewa — malarka, wpatrzona w świat jakby widziała go w innych barwach niż my.

Stół jak zwykle uginał się od jedzenia.

— Catering? — zapytałam z udawanym zdziwieniem.

— A jakże — odparł Karol z dumą. — Tradycji musi stać się zadość.

— Czyli jak zawsze: my przynosimy wino, a ty udajesz, że gotowałeś — dodała Majka.

— Hej! Ja wybierałem menu. To też talent — obruszył się Karol.

Rozmowy toczyły się wartko. Wspominaliśmy nasze wypady w Tatry.

— Pamiętacie, jak Konrad twierdził, że „to już blisko”, a do schroniska było jeszcze dwie godziny? — rzuciła Ewa.

— Optymalizowałem waszą motywację — odparł Konrad z powagą. — W informatyce to się nazywa zarządzanie oczekiwaniami.

— W górach to się nazywa kłamstwo — skwitowałam, robiąc im zdjęcie.

Śmiech odbijał się od ścian. Wino krążyło. Plany kolejnych wypadów rosły w siłę.

— Jesienią znowu Tatry? — zapytała Majka. — Może tym razem coś ambitniejszego?

Karol i Konrad wymienili spojrzenia. To było to spojrzenie, które mówiło: „Teraz albo nigdy”.

— No właśnie… — zaczął Karol, odstawiając kieliszek. — Skoro już mówimy o planach.

— Dostaliśmy propozycję pracy — dokończył Konrad. — W Edynburgu.

Zapadła chwila ciszy.

— W jakim Edynburgu? — zapytałam automatycznie.

— W tym szkockim — uśmiechnął się Karol. — Informatycy. Dobre warunki. Mieszkanie na start zapewnione. Pensja bardzo przyzwoita.

— I zastanawiacie się? — Ewa uniosła brwi.

— No właśnie się zastanawiamy — odpowiedział Konrad. — Wyjazd na dłużej. Nowe miejsce. Nowe życie.

Majka odłożyła kieliszek.

— A kiedy mielibyście jechać?

— Pod koniec lata — powiedział Karol. — Wszystko jest praktycznie gotowe. Wystarczy powiedzieć „tak”.

Spojrzałyśmy po sobie. W powietrzu zawisło coś więcej niż tylko decyzja o pracy.

— Czyli — zaczęłam powoli — mielibyśmy własnych ludzi w Szkocji?

Konrad zmrużył oczy.

— Własnych?

— Bazę wypadową — doprecyzowała Majka, a w jej głosie zabrzmiał entuzjazm. — Wyobraźcie sobie: klify, zamki, wrzosowiska…

— Highlands — dodała Ewa cicho, jakby już je widziała.

— I wy będziecie tam mieszkać — powiedziałam. — No przecież to znak.

Karol roześmiał się.

— Wiedziałem, że tak to się skończy. My wam mówimy o życiowej decyzji, a wy już planujecie wakacje.

— My was wspieramy — sprostowała Majka. — Bardzo odpowiedzialnie.

— Jedźcie — powiedziała Ewa stanowczo. — Jeśli warunki są dobre, a mieszkanie macie na początek zapewnione, to czego chcieć więcej?

— Świat nie kończy się w Tatrach — dodałam. — A my chętnie sprawdzimy, jak wyglądają szkockie szlaki.

Konrad spojrzał na Karola.

— No proszę. Jednomyślność.

— Czyli co? — zapytał Karol. — Mamy wasze błogosławieństwo?

— Mamy — odpowiedziałyśmy niemal równocześnie.

Wznieśliśmy toast.

— Za nowe początki — powiedział Konrad.

— Za odwagę — dodała Ewa.

— Za Szkocję — wtrąciła Majka.

— I za to, że będziemy mieć gdzie spać w Edynburgu — zakończyłam.

Śmiech znów wypełnił mieszkanie. A ja, patrząc na nich przez obiektyw, miałam przeczucie, że to nie jest zwykły wieczór imieninowy. Że właśnie otwiera się przed nami zupełnie nowy rozdział.

2026-02-20 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

To miejsce pamięta

by Jolanta Strażyc 2026-02-10

Las na zboczu Góry Świętego Michała był jeszcze mokry po nocnej mgle. Powietrze pachniało żywicą i czymś chłodnym, niemal metalicznym — zapachem, który zawsze towarzyszył temu miejscu. Jakby wzgórze oddychało własnym rytmem. Młode sosny przy piaszczystej drodze ocierały się o nasze ubrania, gdy z Majką wspinałyśmy się ku szczytowi.

W lesie panowała cisza. Nienaturalna jak na poranek. Nawet ptaki, zwykle hałaśliwe o tej porze, milczały, jakby obserwowały nas z ukrycia. Tylko wiatr poruszał wysoko koronami, niosąc zapach mchu. Stare dęby stały nieruchomo — pamiętały jeszcze czasy pradziadków Skarbek-Kruszewskich.

Tą ścieżką rzadko kto chodził. Las był gęsty, a droga dojazdowa z Gruszczyna do Lipia prowadziła polami, nie przez wzgórze. Tutaj, w cieniu ruin dawnego kościoła, przychodzili tylko ci, którzy naprawdę mieli powód.

— Jak tu cicho — powiedziała Majka.

— Cisza w lesie pomaga zebrać myśli — odpowiedziałam.

Majka skinęła głową, patrząc na majaczący w mgle zarys góry.

— To miejsce ponoć zawsze było inne. Te ruiny stoją tu nie bez powodu.

— A my lubimy tajemnice — uśmiechnęłam się.

— Lepiej omijać górę po zmroku — dodała spokojnie.

Las jakby stężał wokół nas. Nawet wiatr ucichł.

— Czytałam, że w ruinach widywano światło. W nocy.

Poczułam chłód na plecach.

— Kto widział?

— Ludzie z Gruszczyna i Lipia. Ponoć to nie ognisko. Światło unosi się, jakby nie dotykało ziemi.

Ruszyłyśmy dalej. Kilkaset metrów niżej, przy skraju lasu, czekał na nas Karol — umówiony punkt spotkania na później. Nie szedł z nami na górę za dnia; mówił, że woli zobaczyć ruiny po zmroku. Wtedy mają więcej sensu.

Polana, na której się zatrzymałyśmy, była niewielka.

— To tutaj — powiedziała Majka.

Nie odpowiedziałam. Przed oczami stanął mi obraz Kazimierza Skarbek-Kruszewskiego pochylonego nad mapami majątku.

Tego miejsca pilnuj, Stefan. Tu zawsze coś wraca.

Z polany widać było ruiny — poszarpaną linię murów przecinającą jasność poranka jak blizna. Miejsce wyglądało spokojnie. Zbyt spokojnie.

Gdy stanęłyśmy w dawnej nawie, zamilkłyśmy. Chłód był wyraźniejszy niż w lesie. Wilgoć osiadała na skórze. Zapach przypominał kurz starych ksiąg i dymu, którego tu nie było od stuleci.

— Tam — Majka wskazała prezbiterium.

Na jednej z cegieł dostrzegłam świeże zadrapania.

— Ktoś tu był — powiedziałam.

— Albo czegoś szukał.

Przy szczelinie między cegłami leżała sprzączka. Mosiężna. Ciężka. Błyszcząca.

— Jak od mojego paska — wyszeptała Majka.

Cisza zgęstniała.

— Wrócimy tu po zmroku — powiedziałam w końcu.

Noc przyszła szybciej, niż się spodziewaliśmy.

(…)

Błysk pojawił się tylko na moment. Nie był groźny. Raczej potwierdzający.

— To miejsce pamięta — powiedział Karol.

Siedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy.

Kiedy ruszyliśmy w dół, mgła zebrała się u podnóża wzgórza.

Majka spojrzała za siebie.

— Mam wrażenie, że ta góra nas zapamiętała.

Sięgnęłam do kieszeni. Sprzączka była zimna.

— Ona niczego nie zapomina — odpowiedziałam.

I zeszliśmy w dół spokojniejsi, wiedząc, że nie wszystko, co wraca, chce zostać znalezione — ale wszystko, co pamięta, czeka.

„W cieniu starych drzew – część 2” TU

2026-02-10 8 komentarzy
7 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Grudzień – Święta, Sylwester i moje urodziny

by Jolanta Strażyc 2025-12-10

Grudzień zawsze był dla mnie miesiącem wyjątkowym – pełnym świateł, zapachów, ciepła i wspomnień. Urodzona tuż przed świętami, od zawsze czułam, że to mój czas – przepełniony magią, rodzinnym ciepłem i tymi chwilami, które zostają z nami na lata.

Tuż przed świętami… niespodzianka

Majka i Ewa, zorganizowały dla mnie urodzinowe spotkanie w kawiarni  Noworolski. Zupełnie się nie spodziewałam – sądziłam, że to zwykłe przedświąteczne popołudnie, trochę plotek przy herbacie i może spacer po Rynku. Tymczasem, kiedy przekroczyłam próg kawiarni, z głośnika sączył się stary utwór Czesława Niemena, a zza filara wychyliły się dwie uśmiechnięte twarze.

– Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! – zaintonowała Majka, śmiejąc się, zanim zdążyłam w ogóle coś powiedzieć.

– No chodź, gwiazdo grudnia! – dodała Ewa i pociągnęła mnie w stronę stolika, gdzie czekała świeczka wbita w kawałek tortu, maleńki bukiet amarylisa i karteczka z napisem: „Nie liczymy świeczek – liczymy wspomnienia”.

Ewa podniosła wzrok znad menu i powiedziała z uśmiechem:

– Mój wernisaż w piątek, ale dzisiaj – twój wieczór.

Usiadłyśmy, a świat wokół jakby się zatrzymał. W kawiarnianym półmroku świeciły ciepłe lampki, za oknami mrugały świąteczne dekoracje, a przy sąsiednich stolikach rozbrzmiewały głosy, ale nasze miejsce zdawało się być wyjęte z czasu. Jak klisza z dawnych lat.

Kelner przyniósł napary – zielona z imbirem, czarna z kardamonem, a do tego filiżanki ciepłej czekolady. Pachniało pomarańczą i cynamonem. Majka wyciągnęła małe pudełko przewiązane złotą wstążką.

– Nie pytaj, co to, po prostu otwórz.

W środku była srebrna zawieszka z wygrawerowanym napisem: „Grudzień to Twój czas”. Nie odpowiedziałam od razu – tylko się uśmiechnęłam i poczułam, że oczy zaczynają mi się szklić.

– No nie płacz, bo rozmaże ci się radość – zażartowała Majka.

Zostałyśmy tam do zamknięcia kawiarni, jak za dawnych lat – kiedy żadna z nas nie patrzyła na zegarek, a rozmowy płynęły bez końca. Opowiadałyśmy sobie o planach, wernisażu Ewy, o nowych wzorach Majki, o moich pomysłach na biżuterię z bursztynu z Elbląga – z tamtej naszej czerwcowej wyprawy. Śmiałyśmy się, wspominałyśmy, wzruszałyśmy.

Wychodząc, powiedziałam:

– Dziękuję wam. To były moje najbardziej krakowskie urodziny. I może właśnie dlatego – takie niezapomniane.

Ewa objęła mnie lekko, Majka podała parasol i powiedziała:

– No, skoro dziś były urodziny i wspomnienia, to na Nowy Rok będzie szampan i plany!

I tak szłyśmy przez zimowy Rynek, trzy przyjaciółki – z ciepłem urodzinowego wieczoru pod płaszczem.

Wigilia i Święta Bożego Narodzenia

Tuż przed Wigilią wyruszyłam z Krakowa do Lublina moim niezawodnym Renault 19 coupé, granatowym jak wieczorne niebo. Silnik mruczał jak zadowolony kot, mimo że całą drogę nie przestawało padać.
Szyby co chwilę zalewały się strugami deszczu, a ja śmiałam się do siebie, że ten mój francuski rumak nie boi się żadnej pogody.

– No jedź, kochanie, tylko nie brykaj na tych kałużach! – mruknęłam do kierownicy, kiedy po raz dziesiąty wpadłam w coś, co wyglądało jak płytki staw.

W Lublinie zatrzymałam się u córki. Michałek miał już pięć lat – energiczny, rozbrykany i śmiejący się na cały dom. Każdego ranka witał mnie okrzykiem:

– Babciaaaa! Gdzie autko? – a ja musiałam udawać, że Renault to jakiś magiczny transformer, co nocą znika i wraca rano w nowej postaci.

Dwa przedpołudnia spędziłam w Archiwum Państwowym, gdzie buszowałam w papierach, jak Sherlock Holmes w bibliotece. Udało mi się zdobyć kilka wyjątkowych dokumentów o rodzinie Lisowskich, Zańskich i (nowy nabytek) Bojarskich. Prawdziwe perełki! Skany zapisałam starannie na pendrive z breloczkiem w kształcie sowy – prezent od córki, dla której jestem „mądra jak sowa”.

Wigilię spędziliśmy razem: córka, wnuk, mój mąż, który akurat miał kilka dni urlopu i wrócił do kraju, no i ja – babcia z aparatem fotograficznym.

Na stole jak zawsze zupa grzybowa, ryba morska, pierogi, sałatka, makowiec, kompot z suszonych owoców… Miłe chwile, dużo śmiechu – wnuk, ubrany w czerwony sweter z reniferem, próbował coś recytować.

Pierwszy dzień świąt to już klasyk – rodzinny spacer. Poszliśmy na Stare Miasto, gdzie migotały świąteczne lampki, a nad brukiem unosił się zapach pieczonych kasztanów.

W drugi dzień świąt, zaraz po śniadaniu i ostatnich uściskach, znów zapakowałam się do mojego Renault, które tym razem przywitało mnie suchym dachem, a dzień promieniami słońca. Jechałam z powrotem do Krakowa, podśpiewując pod nosem kolędy i co jakiś czas pogłaskując deskę rozdzielczą.
– Dobrze jedziesz, staruszku. Prawie jak sanie Mikołaja.

Po powrocie do Krakowa od razu wciągnęłam się w pomoc Majce przy jej biżuterii. Zrobione cudeńka fotografowałam ze wszystkich stron. Majka wystawiła wszystko w swoim sklepie internetowym, a ja poczułam się jak asystentka artystyczna z katalogu Vogue.

Znalazłam też chwilę na własne projekty: bransoletki, kolczyki, komplety – każdy z nich miał swoją historię. Jeden zestaw nazwałam „Sylwestrowa Noc”, inny „Zimowy Spacer z Babcią” – i przyznam, że ten ostatni był naprawdę rozchwytywany!

Koniec roku 2010

Na Sylwestra wybrałyśmy się z Majką do Marty i Tomka – naszych wspólnych znajomych. Towarzyszyli nam Karol i Konrad – duet, który mógłby spokojnie prowadzić własny kabaret. Kiedy tylko weszliśmy do mieszkania, przywitała nas kartka na drzwiach:

„Witamy w przyszłości! W środku szampan, śledzik i tańce do rana”.

– No to chyba dobrze trafiliśmy – mruknęła Majka, zdejmując szalik i zdmuchując z niego płatki śniegu.

– Pytanie tylko, czy śledzik był wcześniej, czy dopiero będzie – dodał Karol i wymownie spojrzał na zegarek.

– Jeśli to przyszłość, to wszystko już się wydarzyło – filozofował Konrad, otwierając drzwi z teatralnym gestem. – Zapraszam do wehikułu czasu!

Tego wieczoru było wszystko: tańce do Abby, bitwa na konfetti, toast za każdego psa i kota obecnych w sercach gości, a nawet konkurs na najdziwniejszy noworoczny plan (Karol wygrał, twierdząc, że nauczy się języka delfinów).

O północy wyszliśmy na balkon. Niebo eksplodowało fajerwerkami, a ja patrzyłam w górę i pomyślałam, że dobrze jest zacząć rok z uśmiechem, kieliszkiem szampana i przyjaciółmi obok. Konrad próbował odpalić sztuczne ognie, ale jak zwykle coś poszło nie tak.

– O, niech to! – jęknął, kiedy lont zgasł w połowie. Spróbował drugi raz, tym razem udało się, ale wystrzelił nie tam, gdzie trzeba – fajerwerk rykoszetem odbił się od barierki i poleciał w stronę balkonu sąsiadów.

– To był test! – krzyknął, chowając zapalniczkę do kieszeni. – Sprawdzam, czy Nowy Rok jest czujny.

Do domu wróciłyśmy nad ranem, taksówką. Miasto było już przygaszone, choć gdzieniegdzie widać było jeszcze ostatnich śmiałków z butelkami w dłoniach i brokatem we włosach.

– Tylko niech pan nie robi dziś kółek po rynku – mruknęła Majka opierając głowę o zagłówek.

– Spokojnie, dzisiaj jedziemy jak po czerwonym dywanie – odpowiedział i ruszył powoli, mijając ulice Krakowa.

W radiu cicho grało italo disco, miasto powoli szykowało się do snu, a my – z nowymi planami, uśmiechami i paczką sylwestrowych wspomnień – jechałyśmy przed siebie.

Nowy rok – 2011 – zaczynał się pięknie.

2025-12-10 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Ewa zostaje w Krakowie

by Jolanta Strażyc 2025-11-14

Sierpień 2010

Po powrocie z Budapesztu mieliśmy jeszcze kilka dni wspólnego luzu. Kraków pachniał po deszczu, a Kazimierz po nocach był jak zwykle pełen rozmów i śmiechu. Spotykaliśmy się codziennie – niby bez planu, niby „na chwilę”, ale te chwile potrafiły się przeciągnąć do późna, kiedy miasto już cichło, a my dalej siedzieliśmy przy stoliku, z głowami pełnymi planów na nic konkretnego.

Ewa nie spieszyła się z powrotem do Elbląga. Najpierw mówiła, że chce tylko odpocząć po podróży, potem – że musi jeszcze zobaczyć kilka miejsc w Krakowie, bo „tak dawno tu nie była”. My wiedziałyśmy, że to tylko wymówki. Już drugiego dnia rzuciła z uśmiechem:

– A może ja wcale nie wrócę?

Wszyscy się śmialiśmy, ale gdzieś w tym śmiechu było coś poważnego. Widać było, że jej tu dobrze. Rano wychodziłyśmy z Majką do pracy, a Ewa zostawała w kuchni, robiła sobie kawę i mówiła, że lubi ten krakowski rytm – trochę powolny, trochę uporządkowany, zupełnie inny niż w jej Elblągu.

Wieczorami wracałyśmy z Majką zmęczone, a ona już czekała z winem i świeżo upieczonym ciastem. Siadałyśmy na balkonie, patrzyłyśmy na zachód słońca nad dachami i słuchałyśmy, jak Ewa coraz śmielej mówi:

– Tu jest inaczej. Tu mi lepiej.

Trzeciego dnia już wiedziałyśmy, że to nie tylko chwilowe zauroczenie. Coś się w niej przestawiło. Nie mówiła o powrocie. Zamiast tego pytała, ile mogą kosztować małe mieszkania w Krakowie.

Kiedy w końcu nadszedł dzień wyjazdu, nikt z nas nie mówił za dużo. Ewa pakowała swoje rzeczy powoli, jakby celowo przeciągała każdą czynność. Walizka leżała otwarta na kanapie, a obok niej leżał kubek z niedopitą kawą — zimną już od godziny. W kuchni pachniało chlebem, który Majka właśnie wyjęła z piekarnika, choć nikt nie był głodny.

– Wracasz? – zapytałam, choć wiedziałam, że to pytanie nie ma sensu.

– No chyba muszę – odpowiedziała, uśmiechając się bez przekonania. – Ale nie na długo.

Uśmiechnęłyśmy się, choć obie wiedziałyśmy, że to nie żart. Kraków już w niej został, tak jak zostaje w człowieku zapach lata po burzy — nie do końca uchwytny, ale nie do zapomnienia.

Pojechała wieczornym pociągiem. Pamiętam, jak machała nam z okna, a my z Majką jeszcze długo stałyśmy na peronie, jakbyśmy czekały, że ten pociąg zaraz wróci.

Potem zaczęły się telefony. Najpierw krótkie: „Co u was?”, „Jak tam wasza nowa kolekcja”, „Widziałam fajne zdjęcia”. Z czasem coraz częściej pojawiały się słowa o tęsknocie. „U was jakoś inaczej”, „Wszędzie dobrze, ale w Krakowie najlepiej”.

W głosie Ewy było coś, co znałam z własnego doświadczenia – to moment, kiedy człowiek zaczyna czuć, że jego miejsce jest gdzie indziej. Nie, że gdzieś ucieka, tylko że wreszcie wraca.

Aż któregoś dnia, zupełnie zwyczajnego, zadzwoniła i powiedziała:
– Dziewczyny, sprzedaję mieszkanie po babci. Kupię sobie coś małego w Krakowie.
Na chwilę zapadła cisza. Pamiętam, że Majka spojrzała na mnie i obie jednocześnie zaczęłyśmy się śmiać – takim śmiechem z radości, że coś się właśnie zaczyna.

Sprzedaż i poszukiwania

Ewa zadzwoniła w środku tygodnia, w samo południe. Było gorąco, takie typowe, sierpniowe upały w Krakowie, kiedy nawet powietrze wydaje się zmęczone. W słuchawce usłyszałam jej głos — spokojny, ale z tym charakterystycznym błyskiem, który znałam doskonale.

– Dziewczyny, zrobiłam to. Mieszkanie po babci wystawione na sprzedaż.

– Serio? – zapytała Majka, choć już wiedziała, że Ewa nie żartuje.

– Serio. Teraz wasza kolej. Znajdźcie mi coś w Krakowie. Nie chcę willi, tylko małe, ciepłe gniazdko. Tyle, żebym miała gdzie postawić kubek z kawą i dwa kwiatki na parapecie.

I tak się zaczęło.

Jeszcze tego samego dnia z Majką umówiłyśmy się w naszej ulubionej kawiarni na Miodowej, z laptopem i notatnikiem. Wysłałyśmy kilka zapytań do biur nieruchomości. Wieczorem przyszły pierwsze oferty — za duże, za drogie, albo w miejscach, które Ewa od razu skreślała przez telefon.

– Nie, nie chcę Nowej Huty. Nie żebym miała coś przeciwko, ale ja to muszę mieć blisko Wisły – mówiła. – I koniecznie z balkonem.

Kiedy kilka dni później przyszła nowa wiadomość z agencji, coś nas tknęło.

Mieszkanie na Osiedlu Podwawelskim. Niewielkie, trzydzieści parę metrów, do małego remontu. Cena przyzwoita. Zdjęcia może nie zachwycały, ale lokalizacja – idealna. Spokój, zieleń, parę minut na piechotę do Wawelu.

– To jest to – powiedziała Majka po chwili milczenia. – Ewa się zakocha.

I rzeczywiście. Ewa przyjechała tydzień później. Kiedy tylko przekroczyła próg mieszkania, popatrzyła na nas i powiedziała:

– Już widzę, gdzie postawię kwiaty.

Śmiałyśmy się, bo wiedziałyśmy, że decyzja zapadła. Formalności były już tylko kwestią czasu.

Remont i przygotowania

Ewa zamieszkała u Majki. Tymczasowo, oczywiście — chociaż wszyscy wiedzieliśmy, że w praktyce oznacza to kilka tygodni wspólnego życia w rytmie kawy, pomysłów i pyłu budowlanego.

Na stole w kuchni leżały katalogi, próbki farb, skrawki tkanin, a między tym wszystkim talerzyki po cieście i filiżanki po espresso.

Każdy dzień zaczynał się od słów:

– No to co dziś załatwiamy?

Rano – telefon do Adama i Tomka, naszych niezawodnych fachowców, którzy już nie raz ratowali nasze mieszkania z opresji. Potem – wizyta na budowie, czyli w przyszłym mieszkaniu Ewy. Jeszcze pachniało kurzem, stare tapety odchodziły od ścian, a przez okna wpadało jesienne światło.

– Wyobraźcie sobie tu drewnianą podłogę – mówiła Ewa, stając pośrodku pustego pokoju. – I biały regał na książki.

– I lampę z wikliny – dopowiadała Majka.

– A ja widzę tu rośliny, dużo zieleni – dodałam.

Tak zaczynał się każdy dzień – od wizji. A kończył w markecie budowlanym.

Nie wiem, czy można się bardziej zmęczyć niż po kilku godzinach chodzenia między półkami z farbami, płytkami, fugami i karniszami. Ale to było przyjemne zmęczenie. Śmiałyśmy się z własnej nieporadności, kłóciłyśmy o odcienie bieli („to nie biała, to złamana śmietanka!”), a pan z działu farb, widząc nas trzeci raz tego samego dnia, tylko uśmiechał się porozumiewawczo.

Remont ruszył pełną parą. Adam i Tomek pojawiali się codziennie, a kiedy trzeba było coś przytrzymać, przykręcić albo przenieść, Karol i Konrad zjawiali się z narzędziami, jakby tylko na to czekali.

W weekendy nosiliśmy wiadra z farbą, rozkładaliśmy folię, a w przerwach na kawę siedzieliśmy na podłodze, popijając cappuccino z plastikowych kubków.

Coraz bardziej było widać efekty – ściany rozjaśniały, podłoga lśniła nowym drewnem, a kuchnia nabierała ciepła. Ewa mówiła wtedy często:

– Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.

A my odpowiadałyśmy: – A my wierzymy. I to od początku.

Przeprowadzka

Remont zakończył się późną jesienią. Jeszcze przez kilka dni chodziłyśmy po mieszkaniu w skarpetkach, żeby nie porysować świeżego parkietu, i wieszałyśmy zasłony, które Majka skracała na swojej maszynie do późna w nocy. W powietrzu wciąż unosił się zapach farby i nowego drewna, a mimo to – już było przytulnie.

Kiedy tylko ostatnie gniazdko zostało przykręcone, Karol z Konradem ruszyli w misję specjalną: po rzeczy Ewy do Elbląga. Wypożyczyli dużego busa, zapakowali termosy z kawą i ruszyli bladym świtem. Dla nich to była wyprawa jak z filmu drogi – dla Ewy, coś więcej.

Zadzwoniła do nas, kiedy już byli na miejscu.

– Dziwnie tak – powiedziała. – Jakbym odwiedzała kogoś, kogo kiedyś dobrze znałam.

Po chwili dodała cicho: – Ale dobrze, że to już za mną.

Chłopaki załadowali busa po brzegi – pudła, książki, kilka ramek ze zdjęciami, rośliny owinięte w papier i oczywiście stół po babci, ten, którego Ewa nie chciała zostawić.

Kilka dni później wrócili do Krakowa, zmęczeni, ale uśmiechnięci.

Rozpakowywanie trwało cały weekend. Każde pudełko było jak mała historia – znajdowały się w nim wspomnienia, śmiech, czasem wzruszenie. Ewa układała wszystko z takim spokojem, jakby wiedziała, że to jej miejsce.

W niedzielny wieczór usiedliśmy wszyscy w jej nowym salonie. Na podłodze, bo stół jeszcze czekał na skręcenie. Wino w plastikowych kubkach, świeczki w słoikach i pizza z pobliskiej pizzerii – świętowanie po krakowsku.

Ewa patrzyła przez okno na światła miasta i powiedziała cicho:

– No to jestem. Naprawdę jestem.

A my tylko kiwnęliśmy głowami. Nie było potrzeby nic dodawać. Kraków miał nową mieszkankę, a my – znów byliśmy w komplecie.

Zakończenie

Czasem życie nie potrzebuje wielkich rewolucji. Wystarczy jeden telefon, jedno zdanie wypowiedziane z przekonaniem: „Sprzedaję mieszkanie. Przeprowadzam się.”

I nagle wszystko układa się jak puzzle, które czekały tylko na ten moment.

Ewa odnalazła swoje miejsce.

Nie dlatego, że Kraków jest piękny — choć jest.

Nie dlatego, że ma widok na Wawel i kawiarnię tuż za rogiem.

Ale dlatego, że tu czekało na nią coś więcej niż nowe ściany.

Czekaliśmy my.

Wycieczka do Budapesztu TU

Wycieczka do Elbląga i nad Zalew Wiślany TU

2025-11-14 10 komentarzy
6 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Budapeszt

by Jolanta Strażyc 2025-10-30

Czerwiec 2010

Lotnisko w Krakowie. Piątka znajomych rusza w kilkudniową wyprawę do Budapesztu. Ja z aparatem na szyi, Majka z plecakiem pełnym koralików, „na wypadek, gdyby natchnienie przyszło w Budapeszcie”, Ewa ze szkicownikiem, Karol i Konrad – z laptopami, „bo może coś trzeba będzie poprawić w kodzie”.

Samolot startował o dziewiętnastej. Majka, jak zwykle, zasnęła przed oderwaniem kół od pasa, a Ewa próbowała narysować stewardesę, zanim ta zdążyła się zorientować. Ja dokumentowałam wszystko – od chmur po plastikowy kubeczek z sokiem.

W połowie lotu Majka się ocknęła i zapytała:

– A wiecie, że Budapeszt to właściwie trzy miasta w jednym?

– Serio? – zdziwił się Karol.

– Tak. Buda, Óbuda i Peszt połączyły się dopiero w XIX wieku – odpowiedziała z dumą. – Widziałam w przewodniku.

– To znaczy, że mamy do zwiedzenia nie jedno, tylko trzy miasta – mruknął Konrad. – Czuję, że będzie bolało.

Po przylocie wzięliśmy taksówkę i trafiliśmy do naszego hotelu, opisanego w Internecie jako „średniej klasy z klimatem”. Klimat rzeczywiście był – trochę jak w filmie z lat 80. Windy nie było, klucz ważył pół kilo, a pokoje miały widok na podwórko, gdzie ktoś wieszał pranie w rytm muzyki z radia. Ale kto by tam narzekał – w końcu to Budapeszt!

Zasnęliśmy szybko – zbyt zmęczeni, by zastanawiać się, czy w nocy zgaśnie światło (zgasło).

Poniedziałek – zderzenie z historią i kawą po węgiersku

Pierwszy poranek rozpoczął się od bohaterskiej próby odnalezienia śniadania. Konrad stwierdził, że „kawa po węgiersku” musi być mocna jak palinka – i miał rację. Po dwóch łykach byłam gotowa zwiedzić cały parlament i pół Pesztu.

Zaczęliśmy od Mostu Łańcuchowego. Karol próbował tłumaczyć, że to „symbol jedności”, ale bardziej jednoczyło nas to, że w połowie mostu Ewa przypomniała sobie, że ma lęk wysokości. Zdjęcie grupowe wyszło dzięki temu wyjątkowo dynamicznie – z Ewą przyczajoną za moimi plecami.

Tu po raz pierwszy poznaliśmy naszego przewodnika – Gábora, a właściwie Gabriela po polsku, który uśmiechnął się szeroko, mówiąc:

– Most Łańcuchowy to pierwszy most na Dunaju w granicach dawnych Węgier. Dzięki niemu Buda i Peszt połączyły się nie tylko mostem, ale i losem – stąd dziś Budapeszt. W 1950 roku do miasta przyłączono jeszcze 23 miejscowości. Dlatego dziś Budapeszt ma rozmach, ale wciąż widać jego dawne małomiasteczkowe serce.

– Ładne – przyznała Ewa. – Czy to pan wymyślił? – zażartowała.
– Nie, historia. Ja tylko ją lubię opowiadać – odpowiedział Gábor z uśmiechem.

Wieczorem, siedząc nad brzegiem Dunaju, śmialiśmy się z Ewy i jej „bohaterskiego uśmiechu”. W tle odbijały się światła parlamentu, a Gábor tłumaczył:
– Parlament to prawdziwa perła neogotyku. Zbudowano go na przełomie XIX i XX wieku. Ma siedemset pomieszczeń i jest trzecim co do wielkości parlamentem świata. Ma 96 metrów wysokości – tyle samo co bazylika św. Stefana. To symbol, że władza świecka i duchowa są sobie równe.

Patrzyłam wtedy na odbicie gmachu w rzece i pomyślałam, że nawet gdyby nic więcej nie zobaczyć, już warto było tu przylecieć.

Wtorek – Wzgórze Zamkowe

Tu bije historyczne serce Budapesztu. Wzgórze i Zamek Królewski należą do światowego dziedzictwa UNESCO. W zamku mieści się dziś Węgierska Galeria Narodowa i Muzeum Historii Budapesztu.

Plan był prosty: Wzgórze Zamkowe, Baszta Rybacka, Kościół św. Macieja. Plan prosty – do momentu, aż zaczęliśmy iść pod górę.

– To tylko 235 metrów! – powiedział Karol, patrząc w mapę.

– W pionie? – sapnęła przestraszona Ewa.

„Budapeszt najlepiej zwiedzać pieszo” – przypomniałam sobie słowa Gábora. – „Bo tylko wtedy naprawdę słychać jego rytm.”

Na szczycie widok był wart wszystkiego. Baszta Rybacka błyszczała w słońcu, a Majka stwierdziła, że jej następna kolekcja biżuterii będzie „w stylu neoromańskim”. Karol pozował jak św. Stefan – z poważną miną i ręką uniesioną ku niebu.

– Brakuje ci tylko korony – powiedziałam, robiąc zdjęcie.

– Korony z ryb – dodał Konrad. – W końcu Baszta Rybacka.

Gábor, który dołączył do nas przy Baszcie, opowiadał:

– Zbudowano ją z okazji tysiąclecia państwa węgierskiego. Te siedem wież symbolizuje siedmiu wodzów, którzy założyli Węgry. Stąd właśnie zaczęła się nasza państwowość. A widok na Peszt? Proszę spojrzeć – parlament, bazylika, mosty. Każdy inny, a razem tworzą harmonię.

Środa – metro, zgubiony bilet i węgierska elegancja

Majka upierała się, że musimy przejechać się żółtą linią metra, tą najstarszą w Europie. Wsiedliśmy pełni entuzjazmu – i wysiedliśmy po dwóch stacjach, bo Ewa zgubiła bilet. Konrad bohatersko wrócił, by go odnaleźć… i znalazł bilet, ale z Krakowa.

– Linia M1, zwana „żółtą” – mówił Gábor, gdy się z nim znowu spotkaliśmy – powstała w XIX wieku, pod Aleją Andrássyego. To pierwsze metro w kontynentalnej Europie i drugie najstarsze na świecie. W 2002 roku wpisano ją na listę UNESCO.

– No proszę, zgubiłam bilet w zabytku! – stwierdziła Ewa, puszczając oko do Gábora.

Po południu spacerowaliśmy Aleją Andrássyego – reprezentacyjną, szeroką, z pałacami i drzewami po obu stronach. Wystawy butików wyglądały jak scenografie do filmu o życiu w luksusie.

– Wejdźmy tu – powiedziała Majka, wskazując sklep z biżuterią.

– To nie sklep, to ambasada – ostrzegł Karol.

– Tym bardziej! – odparła z uśmiechem.

– Pod tą aleją właśnie jedzie nasze metro – wyjaśnił Gábor. – A na końcu czeka Plac Bohaterów i Park Miejski z zamkiem Vajdahunyad.

Wieczorem w małej kawiarni Ewa rozłożyła szkicownik i zaczęła rysować kelnera. Ten, zadowolony z zainteresowania, przyniósł nam deser „na koszt szefa”. Do dziś nie wiemy, co to było, ale wszyscy zgodnie twierdziliśmy, że pyszne.

Czwartek – termalne przygody

Dzień term. Wchodzimy do Széchenyiego, a tam – baseny, pary, starsi panowie grający w szachy po szyję w wodzie. Karol wyglądał, jakby się zgubił w filmie o sanatorium.

– To my też możemy tak siedzieć? – zapytał niepewnie.

– Możemy, ale z klasą – odpowiedziała Majka, po czym poślizgnęła się i wpadła z pluskiem do basenu.

Po godzinie wszyscy byliśmy rozluźnieni jak po trzech masażach. Ewa stwierdziła, że para nad wodą wygląda „malarsko” i zaczęła szkicować ludzi, którzy natychmiast przyjęli „naturalne” pozy.

Gábor, który pojawił się przy szachowym stoliku, powiedział:
– Budapeszt to największe miasto uzdrowiskowe w Europie. Mamy tu ponad sto źródeł termalnych i ponad trzydzieści łaźni. Rzymianie kąpali się tu dwa tysiące lat temu – a jak widać, tradycja trwa.

– I temperatura też – dodał Karol, wyciągając się w gorącej wodzie.

Wieczorem zjedliśmy gulasz, który Karol opisał jako „kulinarne doświadczenie graniczne”. Zgodnie z etykietą poprosiliśmy o coś mniej pikáns – dostaliśmy to samo, tylko w większej porcji.

Piątek – pożegnanie z Dunajem

Poranek był mglisty i cichy. W hotelu zgasło światło (pożegnanie z klasą!). Spakowani, zmęczeni, ale szczęśliwi, wsiedliśmy do taksówki.

Na lotnisku Majka zauważyła, że ma w torbie garść węgierskich forintów. – Zostawmy na następny raz – powiedziała. A ja pomyślałam, że to świetny pomysł. Bo choć widziałyśmy wszystko, co „trzeba zobaczyć”, to, co najfajniejsze, zdarzyło się między zdjęciem a łykiem kawy, między śmiechem a kolejnym zgubionym biletem.

Samolot wystartował, a ja patrzyłam przez okno na Dunaj, który połyskiwał w słońcu jak długi, srebrny łańcuch. Pomyślałam wtedy, że Budapeszt to nie tylko zabytki i historia, ale też nasze śmiechy, potknięcia i rozmowy, które wciąż słyszę w głowie, gdy przeglądam tamte zdjęcia.

I że najpiękniejsze wspomnienia robią się same – wystarczy dobra paczka znajomych i aparat fotograficzny, który zawsze jest pod ręką.

2025-10-30 11 komentarzy
17 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Nowa kolekcja biżuterii

by Jolanta Strażyc 2025-09-20

Jesienne światło, zapach suszonych liści i paleta barw, które wręcz domagały się zamknięcia w formie – tak powstawały nasze projekty biżuterii na sezon jesienno-zimowy 2009/10. Kolory? Nasycone jak wspomnienia: purpurowe wino, mech, espresso, chili. Projektowałam z myślą o kobiecie, która chce nosić kawałek jesieni przy sobie – nie smutnej, ale barwnej i nastrojowej.

Majka, z niesamowitym wyczuciem rękodzieła, przekładała moje szkice na rzeczywistość – jej palce znały te kolory lepiej niż niejeden pędzel. Potem brałam do rąk aparat – światło naturalne, tekstura skóry, cień liścia na dłoni modelki – i powstawały zdjęcia, które nie tyle dokumentowały, co oddychały tą samą energią co biżuteria.

Nasze prace trafiały do sklepu internetowego Majki, ale nie były to „produkty”. To były małe opowieści. Każda para kolczyków, każda bransoletka miała swój tytuł, często cytat, czasem dedykację.

To była kolekcja, którą nosiło się jak wspomnienie – ciepłe, kolorowe i osobiste.

Kolory, które grzeją duszę

W sezonie jesień – zima 2009/10 czuło się coś wyjątkowego. Kolory przychodziły same — purpurowe wino, kaszmirowa róża, zielony mech, brąz espresso… Jakby ktoś celowo stworzył paletę właśnie dla nas.

To był jeden z tych okresów, kiedy wszystko się układało. Ja projektowałam – siadałam z notatnikiem, filiżanką herbaty i głową pełną barw. Kolory zamieniały się w kształty. Każdy miał swój zapach, nastrój, dźwięk. Mech był miękki i cichy. Espresso miało rytm. Chili rozbrzmiewało jak śmiech w środku zimy.

Majka – od razu czuła, co chcę przekazać. Siadała w swojej pracowni i z materiałów, które czasem wyglądały jak nic, wyczarowywała coś z duszą. Kamienie, szkło, metal, sznurki – wszystko w jej rękach ożywało. Biżuteria, którą tworzyła, była dokładnie taka, jakiej chciałam – najpiękniejsza.

Gdy gotowe projekty leżały już na lnianym tle albo na kawałku drewna, wtedy wchodziłam ja z aparatem. Światło szeptało obrazy, których sama nie potrafiłam wypowiedzieć. Uchwycić cień na skórze, błysk szkła w porannym słońcu, albo jak cień liścia pada na bransoletkę – to był mój świat. Zdjęcia nie były czystą dokumentacją, były opowieścią. Zawsze chciałam, żeby kobieta patrząc na nie, czuła: to jest dla mnie.

Potem Majka wrzucała te cuda do swojego sklepu internetowego. Opisywałyśmy je wspólnie – każda rzecz miała swoją nazwę, często osobistą. Czasem pojawiały się tam nasze cytaty, drobne historie, jakby biżuteria miała swój mały pamiętnik.

To była kolekcja stworzona z ciepła, kolorów i przyjaźni. W sam raz na zimę.

Dni z mchem i chili w tle

Pamiętam jedno z tych październikowych popołudni, kiedy siedziałyśmy u Majki w pracowni, popijając kawę z kardamonem. Na stole – rozsypane kamienie, sznurki, karteczki z nazwami kolorów, szkice. W tle grał jazz, za oknem szarówka, a my – jak dwie czarownice z krainy artystycznej magii – zastanawiałyśmy się, czy cytrynowy kryształ lepiej gra z ametystem czy może z kawałkiem oksydowanej miedzi.

– A może zróbmy kolczyki, które wyglądają jak pierwszy łyk czerwonego wina po spacerze? – rzuciłam.

Majka tylko się uśmiechnęła, po czym wyciągnęła z pudełka coś, co wyglądało jak dokładnie ten moment. Jakby wiedziała, zanim jeszcze powiedziałam.

To była nasza wspólna magia. Nie trzeba było wielkich słów. Kolory, faktury i emocje mówiły za nas.

Później zrobiłam zdjęcia – nie na białym tle, jak „trzeba”, tylko na mchu, na porowatej desce, na skórze dłoni z pierścionkiem, który miał w sobie kroplę lasu i ciepło herbaty. Zdjęcia pachniały tą jesienią. I nasze klientki to czuły – pisały do nas wiadomości, że kolory naszyjników są dokładnie „jak ich jesień”. Że to nie ozdoba, tylko nastrój.

Naszyjnik, który pachniał zimą

Był taki jeden projekt, do którego wracam w pamięci wyjątkowo często. Naszyjnik z ametystów i lawendowego szkła, w odcieniach zimnej mgły i miękkiej chmurki. Zawieszka przypominała zaszroniony liść – Majka wymyśliła ją z przypadkowo znalezionego kawałka metalowej blaszki, którą ozdobiła delikatnym motywem roślinnym. Wyglądała jak coś znalezionego na dnie starej szkatułki w domu babci.

Kiedy go zobaczyłam, wiedziałam, że nie mogę go sfotografować „na sucho”. Zabrałam go do ogrodu, tuż po pierwszym przymrozku. Na trawie były srebrne kryształki lodu, światło miało ten idealny chłodny ton. Położyłam naszyjnik na starym drewnianym stołku i czekałam na słońce. W końcu wyszło – i odbiło się w ametystach tak, jakby w środku były krople deszczu.

To jedno ze zdjęć, z których byłam naprawdę dumna. Nie tylko dlatego, że było ładne. Ale dlatego, że czuło się zimę. Zimę z jej spokojem, z ciszą, z oddechem mroźnego poranka.

A potem… ten naszyjnik kupiła klientka z Norwegii. Napisała, że przypomina jej światło o 10 rano, kiedy wychodzi z domu i słońce odbija się w śniegu. I że będzie go nosić zawsze, gdy będzie jej brakować światła.

Kolczyki z dźwiękiem śniegu

Nie planowałyśmy ich. To miał być dzień przerwy. Pogoda – klasyczna listopadowa: ciemno, zimno, wilgotno. Majka zaparzyła herbatę z imbirem i cytryną, ja przyniosłam aparat, ale bez większego zapału. Myślałyśmy, że po prostu posiedzimy, pogadamy, może coś posortujemy.

I wtedy zobaczyłam je. Leżały wśród innych półproduktów – dwa nieregularne kamienie, trochę przezroczyste, jakby ktoś zamknął w nich kawałek mrozu. Obok cienkie, srebrzyste druciki, maleńkie koraliki w kolorze przybrudzonej bieli. I coś w tym zestawieniu zagrało. Coś bardzo cichego, ale nie do przeoczenia.

– A co, jeśli zrobiłybyśmy kolczyki, które brzmią jak pierwszy śnieg? – zapytałam półżartem.

Majka się uśmiechnęła i po chwili zaczęła je składać. Jej palce poruszały się szybko, sprawnie, zupełnie jakby już wcześniej je zrobiła – tylko czekały na ten dzień.

Efekt był niezwykły. Kolczyki wyglądały jak zrobione z ciszy. Białoszare, lekkie, z błyskiem srebra, który przypominał iskrzenie śniegu pod lampą. Kiedy się nimi poruszyło, wydawały niemal niesłyszalny dźwięk – jak szelest płatków na kurtce.

Zrobiłam im zdjęcia na tle szronu na parapecie. Ujęcia były proste, ale miały w sobie spokój, który trudno uchwycić. Nazwałyśmy je Pierwszy Śnieg. Rozeszły się w ciągu dwóch dni.

Później dostałyśmy wiadomość od dziewczyny, która je kupiła – że nosi je do ciepłego swetra i wraca w myślach do spacerów z dzieciństwa.

Biżuteria, światło i kot na stole

Była taka sesja, której nigdy nie zapomnę. Mimo że światło było idealne, biżuteria gotowa, a ja miałam w głowie całą koncepcję – wszystko poszło zupełnie… po kociemu.

Miałam kota. Czarny jak smoła, z bursztynowymi oczami. Nazywał się Bolek. W zasadzie był częścią naszego zespołu. Oceniał kolory z wyższością, siadał na materiałach do zdjęć i uwielbiał spać w pudełkach z koralikami. Miał też szczególny dar: pojawiał się zawsze, gdy nie był potrzebny.

Tamtego dnia rozłożyłam tło – lniany materiał w kolorze przygaszonego złota, do tego fragment kory drewna. Na nim kolczyki: Chili i Kawa – ciepłe czerwienie, brąz, kropla bursztynu. Idealne światło, idealna kompozycja. Ujęcie, które miałam już prawie w kadrze…

…i wtedy Bolek wszedł na stół. Wolno. Z dumą. I położył się dokładnie na środku tła. Na kolczykach.

Nie zareagowałam od razu. Było coś pięknego w tym, jak wyglądał – czarna sierść, bursztynowe oczy, biżuteria przy łapie. Wzięłam aparat i zrobiłam zdjęcie. Potem drugie. A potem jeszcze piętnaście.

I wiesz co? Jedno z tych ujęć trafiło do sklepu Majki. Z kotem w tle. Kolczyki Chili i Kawa miały swój własny entourage. Były najbardziej rozchwytywanym modelem z całej kolekcji.

Klientki pisały: Czy ten kot będzie w zestawie? albo Czy mogę zamówić wersję z sierścią? Majka zaczęła żartować, że Bolek powinien mieć prowizję.

Od tamtej pory Bolek był już „oficjalnym konsultantem artystycznym”. I tylko czasem pozwalał nam pracować bez siebie.

2025-09-20 7 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Czerwone Wierchy – wrześniowe światło w Tatrach

by Jolanta Strażyc 2025-09-10

Wrzesień, 2009

Tatry jesienią to zupełnie inna opowieść. Nie krzyczą zielenią ani nie tętnią życiem jak w czerwcu. We wrześniu cichną. Nabierają powagi. I każą się zatrzymać, chociaż na chwilę.

– To już nie jest czas zdobywania – powiedziała Ewa, gdy pakowaliśmy się w Krakowie. – To czas patrzenia.

Wyjechaliśmy rano, jak zwykle z Karolem za kierownicą. Auto sunęło znajomą trasą, radio cicho grało jazz, a rozmowa toczyła się leniwie – o pogodzie, o książkach, o tym, gdzie najlepiej zjeść po zejściu ze szlaku.

– Oscypki z żurawiną na Gubałówce. Koniec dyskusji – oznajmił Konrad, spoglądając w lusterko jakby w poszukiwaniu poparcia.

– Proszę cię… – westchnęła Ewa z przekąsem. – Może jeszcze bigos w kubku? Ja marzę o czymś estetycznym.

– Estetycznym, czyli czym? Jedzeniem z liścia?

Majka z tyłu wybuchnęła śmiechem.

– Byle nie z paproci, bo będziesz się domyślać smaku do grudnia.

Droga do Zakopanego minęła szybko. Plan był prosty: z Kir przez Dolinę Kościeliską na Ciemniak, potem Krzesanica, Małołączniak, Kopa Kondracka, i zejście przez Halę Kondratową.

Dolina przywitała nas zapachem świerków i lekką mgłą unoszącą się nad ścieżką. Poranek był chłodny, ale wciągaliśmy to powietrze jak najczystszą wodę.

– Wiesz, że jak się dobrze wpatrzeć, to te Wierchy faktycznie robią się czerwone? – zagaiła Majka, poprawiając czapkę robioną na drutach, która rzeczywiście wyglądała jak pamiątka z pracowni babci-artystki.

– To przez sit skucina. Roślina zmienia barwę jesienią – odparł Karol z tym swoim tonem człowieka, który naprawdę to wie.

– Sit skucina… – powtórzył Konrad. – I znowu zapomnę to za pięć minut. Dla mnie i tak wygląda to jakby ktoś polał góry malinowym winem.

Podejście na Ciemniak dało nam w kość. Dziewczyny szły z kijkami, równo i konsekwentnie. Chłopaki bez – choć pod koniec już z wyraźnym grymasem.

– Nie wiem, jak wy, ale ja czuję każdą kanapkę, którą zjadłem w sierpniu – jęknął Konrad, opierając się na głazie.

– To jedz mniej, a nie mów więcej – rzuciła Ewa i podała mu orzeszka z uśmiechem, który był mieszanką troski i lekkiej złośliwości.

Na grani zmieniło się wszystko. Świat zwolnił. Przestrzeń otwarła się bez ostrzeżenia. Tatry Zachodnie tonęły w świetle. Skały miały kolor stali, trawy rudziały, a niebo wydawało się tak blisko, że można było po nim głaskać chmury.

Przysiedliśmy na Krzesanicy. Przez długą chwilę nikt się nie odzywał. Po prostu siedzieliśmy.

– Cisza to najpiękniejszy dźwięk Tatr – powiedziała Ewa cicho. – I nie da się jej usłyszeć, jeśli sam w sobie jesteś zbyt głośny.

Zrobiliśmy zdjęcie grupowe – jedno z tych z samowyzwalacza, gdzie zawsze ktoś zdąży mrugnąć. A potem portrety – Majka z rozwianymi włosami, Konrad udający filozofa, Karol próbujący wyglądać poważnie (i nieudolnie), ja – z aparatem na szyi. Ewa stała na tle nieba, z zamkniętymi oczami, jakby słuchała wiatru.

Zejście było spokojne. Małołączniak, potem Kopa Kondracka – jakby góry nas już znały i tylko odprowadzały do drzwi. Słońce cofało się za grań, cień zaglądał w doliny, robiło się chłodniej.

Na Hali Kondratowej – herbata z cytryną, gorące kubki w zmarzniętych dłoniach, rozmowy szeptem, żeby nie zakłócać zmierzchu.

– To było… inne – powiedziała Majka. – Spokojne. Ale takie, że chce się to zatrzymać.

Wieczorem w Zakopanem znaleźliśmy mały lokal z pizzą i grzanym winem. Karol – jako kierowca – poprosił o wodę z cytryną, ale nie przestał się uśmiechać, słuchając, jak opowiadamy o rękawiczkach (to ja je zapomniałam), o zgubionej mapie (to Konrad), i o tym, kto zjadł prowiant jeszcze przed południem (wszyscy, tylko się nie przyznali).

Wrzesień 2009 zostawił w nas coś innego niż czerwiec. Nie euforię, lecz ciszę. Ukojenie. To złote światło, które oświetlało zbocza Czerwonych Wierchów, zdawało się wsiąknąć w nas – zostać na dłużej.

Nie potrzebowaliśmy już adrenaliny. Tylko obecności. Równych kroków. I świadomości, że w tym milczeniu jesteśmy razem.

I że jeszcze wrócimy.

2025-09-10 9 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Urlop na Roztoczu

by Jolanta Strażyc 2025-08-30

Był czerwiec 2009, połowa miesiąca – czas, w którym lato dopiero się zaczyna. Lubię właśnie ten moment – przed sezonem, kiedy wszystko jeszcze oddycha spokojem, a przyroda dopiero się rozkręca. Z Majką i Ewą z Elbląga spakowałyśmy plecaki, zabrałyśmy termos z kawą, kanapki i ruszyłyśmy w drogę – na Roztocze.

Naszą bazą był mały pensjonat w Krasnobrodzie – cichy, niedrogi, z dużą rozłożystą jabłonką, pod którą codziennie siadałyśmy z książką, winem i planem: odpoczywać, gdzie się da, chodzić, gdzie warto, i zjeść, co lokalne.

Krasnobród

Pierwszy dzień urlopu spędziłyśmy na spokojnym rozpoznaniu okolicy. Przespacerowałyśmy się do zalewu, gdzie kilkoro dzieci pluskało się w wodzie, a starsi wczasowicze leniwie opalali się na kocach. Woda w zalewie była chłodna, ale przejrzysta, a rzeka Wieprz szemrała spokojnie wśród trzcin i sitowia. W powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy i dzikiej mięty. 

– Zobacz, jak tu spokojnie. – powiedziała Majka, siadając na brzegu pomostu i zanurzając stopy w wodzie. – Ani hałasu, ani tłoku. Zupełnie jakbyśmy cofnęły się w czasie.

Potem weszłyśmy na wzgórze z kamieniołomem. Widok był wart każdego kroku – z baszty rozciągał się szeroki pejzaż na lasy Roztocza i taflę zalewu błyszczącą w słońcu jak rozlana rtęć. Wiatr pachniał żywicą i nagrzanym wapieniem.

Po południu zwiedziłyśmy zespół pałacowo-parkowy Leszczyńskich, gdzie dzieci spacerowały, trzymając się za ręce. Było w tym coś wzruszającego – stara architektura, kasztanowa aleja i głosy dzieci niosące się echem po dziedzińcu.

Wieczorem poszłyśmy do Kościoła Nawiedzenia NMP. Chłodne wnętrze, ciężkie organy i światło przechodzące przez kolorowe witraże stworzyły niesamowitą atmosferę. Po mszy usiadłyśmy przy „Kaplicy na Wodzie”, gdzie szemrał niewielki strumień. Ewa nabrała trochę wody do butelki.

– Podobno uzdrawia, – mruknęła z uśmiechem. – Nie zaszkodzi mieć przy sobie coś świętego.

Wieczorem siedziałyśmy na tarasie pensjonatu, owinięte w wełniane szale, popijając piwo z sokiem malinowym. Powietrze było ciepłe, ale już z lekką nutą wieczornego chłodu. Rozłożyłam mapę na stole, wygładzając zagięcia dłonią.

– Zobaczcie – zaczęłam. – Miejsca, które warto zobaczyć: Zwierzyniec z Kościołem na Wodzie, szumy nad Tanwią, koniki polskie w rezerwacie, Zamość – wiadomo. I coś bardziej osobistego… cerkiew w Szczebrzeszynie, gdzie księdzem dziekanem był mój praprapradziadek, Józef Lisowski. I jeszcze Topólcza – tam mieszkał z rodziną. Co wy na to?

Majka podeszła bliżej i nachyliła się nad mapą.

– Ty jesteś naszym przewodnikiem – powiedziała. – To zaczynamy od Szczebrzeszyna.

Cerkiew praprapradziadka

Z Krasnobrodu wyjechałyśmy rano, gdy mgła jeszcze tańczyła między polami, jakby nie wiedziała, że dzień już się zaczął. Droga do Szczebrzeszyna wiła się wśród pagórków, pól i lasów – wszędzie widoki jakby wymalowane ręką zapomnianego artysty.

– Jakie to piękne… – powiedziała Majka, wychylając się przez okno. – Jakby tu czas się zatrzymał.

– Albo przynajmniej zgubił zegarek – dodała Ewa, z nosem przyklejonym do szyby. – Czuję się, jakbyśmy były w środku pocztówki.

Szczebrzeszyn przywitał nas powolnym ruchem przechodniów i zapachem świeżego chleba z piekarni przy rynku. Cerkiew stała na uboczu, niemal schowana za drzewami – jakby wciąż niepewna, czy jej miejsce jeszcze tu jest. Milczałyśmy chwilę, patrząc w ciszy, aż w końcu powiedziałam cicho:

– Dziwne uczucie… Że ktoś z moich przodków tu żył, oddychał tym powietrzem, chodził tymi ścieżkami…

– Historia jest jak kurz na książkach – powiedziała Ewa, chowając przewodnik po Roztoczu do torebki. – Niewidoczna, dopóki nie dmuchniesz.

Do wnętrza cerkwi wprowadził nas starszy mężczyzna. Uśmiechnął się bez słowa i zaprosił gestem dłoni. W środku pachniało drewnem, woskiem i odrobiną kadzidła, jakby liturgia wciąż gdzieś tu była – ukryta w kątach, nie do końca gotowa odejść.

Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny w Szczebrzeszynie to najstarsza zachowana świątynia prawosławna w Polsce. Jej wnętrze zdobią polichromie z XVI i XVII wieku – wyblakłe, ale wciąż poruszające. Sceny Apokalipsy, kuszenie Chrystusa, postaci aniołów i świętych – wszystko jakby mówiło do nas innym językiem, ale prosto do serca.

Wpatrywałyśmy się w stare ikony, w kolory, które czas przygasił, ale nie zniszczył. Gdzieniegdzie złoto błyszczało jeszcze w świetle porannego słońca wpadającego przez wąskie okna.

– A tam można? – zapytała Ewa, wskazując na prezbiterium.

Mężczyzna potrząsnął głową.

– Tylko mężczyźni. Tradycja.

Zatrzymałyśmy się więc u progu, patrząc przed siebie, jakbyśmy przez tę niedostępność widziały jeszcze więcej. Może nawet tak miało być – żeby poczuć nie wszystko, ale coś głębszego. Tajemnicę.

– On naprawdę tu był… – szepnęłam. – Może tym kluczem otwierał drzwi? Może modlił się tak, jak my teraz milczymy.

Wyszłyśmy w ciszy. Każda z nas trochę bardziej zamyślona niż wcześniej. Czasem to nie widoki robią największe wrażenie, ale echo, które zostaje po nich w człowieku.

– Zazdroszczę ci tych wszystkich praprzodków – odezwała się cicho Majka. – I tego, że znasz ich historie. U mnie to wszystko się gdzieś urwało… nic się nie zachowało.

– Weźmiemy się kiedyś za twoją genealogię – uśmiechnęłam się.

– A ja pomogę – dorzuciła Ewa z entuzjazmem.

– Nic z tego nie będzie – westchnęła Majka. – Nie znam nawet miejscowości, z których moi pradziadkowie się wywodzą. Nie wiem, jak się za to zabrać… gdzie szukać, kogo pytać…

Na chwilę zapadła cisza, tylko wiatr poruszał liśćmi starych lip. Może właśnie tak zaczynają się poszukiwania – od rozmowy, od niedosytu, od pragnienia, by coś odzyskać.

Ze Szczebrzeszyna pojechałyśmy jeszcze do Topólczy. Ksiądz Józef Lisowski mieszkał tam niegdyś z żoną Marianną, na plebanii, gdzieś w pobliżu cerkwi. W Topólczy przyszły na świat ich dzieci, w tym syn Paweł – ojciec Leokadii Lisowskiej TU

Stara, drewniana cerkiew już nie istnieje, ale nowa, murowana, nadal stoi wtopiona w krajobraz. Obok niej zaczyna się wąwóz lessowy – wąski, porośnięty trawą i wysokimi paprociami, jak brama do innego świata.

U jego podnóża ciągnie się ścieżka, prowadząca na okoliczne pola i cmentarz. Ta droga, cicha i malownicza, bywa czasem ostatnią drogą tutejszych mieszkańców.

Szłyśmy przez wąwóz w milczeniu. Rzeczka szemrała cicho, jakby opowiadała coś bardzo starego i ważnego – ale tylko tym, którzy potrafią słuchać. Nad nią pochylały się drzewa, porośnięte mchem i pamięcią. To było prawdziwe Roztocze – piękne, surowe i ciche. Takie, które nie krzyczy, tylko zostaje w pamięci.

Zamość – dzień sztuki

Do Zamościa wyruszyłyśmy około dziesiątej. Pogoda była idealna: słońce, ale bez upału, lekki wiatr i czyste niebo. Miasto powitało nas tak, jakby wiedziało, że jesteśmy z tych, którzy potrafią patrzeć.

Ratusz z wachlarzowymi schodami górował nad rynkiem. Kamienice w pastelowych kolorach — każda inna, a razem olśniewające.

– To naprawdę perła renesansu — powiedziała Majka, robiąc zdjęcie z takim zaangażowaniem, jakby od tego zależała przyszłość rodzinnego albumu.

Zaczęłyśmy od kawy z widokiem na rynek i parasole. Obok nas usiadła grupa Niemców z przewodnikiem. Potem odwiedziłyśmy lokalną galerię sztuki — wystawa zaskoczyła nas nowoczesnością. Instalacje z metalu, obrazy w stylu ekspresjonizmu… Majka zatrzymała się przy rzeźbie przypominającej plątaninę wieszaków i zapytała:

– Co to ma być?

– Może dusza urzędnika po godzinach — zażartowałam.

Na obiad trafiłyśmy do restauracji na uboczu rynku. Menu regionalne, bez zbędnych udziwnień. Po posiłku zrobiłyśmy ostatnią rundkę po rynku i spacer pod mury twierdzy.

W sklepie z lokalnymi produktami kupiłyśmy miód fasolowy.
– Najlepszy na serce i na nerwy. I na sąsiadów — powiedziała sprzedawczyni, wkładając słoik do papierowej torby.

Wieczorem, już w Krasnobrodzie, rozsmarowałyśmy miód na kromkach chleba. Smak był delikatny, słodki, z lekkim ziołowym tłem. Niby fasola, a jednak nie do końca. Jak nasz urlop — niby zwyczajny, a jednak nie do opisania.

Wieczorem, na tarasie, milczałyśmy dłużej niż zwykle. Na niebie zapalały się gwiazdy jedna po drugiej — jakby ktoś włączał światło w pokojach nieba.

– Jak wrócimy, muszę to wszystko zapisać — powiedziała Ewa, z głową opartą o pień drzewa.

– Już zapisałaś. Tylko w sobie — odparłam.

Majka spojrzała na nas z uśmiechem:

– Pomyśleć, że wystarczyło przyjechać tu, żeby przypomnieć sobie, że życie nie musi być aż tak poważne.

Obok jabłonka szumiała coś cicho. Może potakiwała. Może słuchała.

Wykorzystać każdą chwilę

Kolejne dni mijały między wędrówkami a wieczornym siedzeniem na tarasie. Patrzyłyśmy, jak niebo zmienia barwy. Czasem mówiłyśmy dużo, czasem wcale — i to „nic” też było dobre.

Nad Tanwią słuchałyśmy „szumów” – miniaturowych progów rzecznych, które grały koncert tylko dla nas. Woda spływała kaskadami po kamieniach, tworząc biały, pienisty dywan.

– Tu mógłby się zaczynać jakiś film — powiedziała Ewa, wyciągając aparat.
– Albo kończyć — dodała Majka. — Szczęśliwe zakończenie z przyrodą w tle.

W Zwierzyńcu wąskie uliczki, wybrukowane kamieniem, prowadziły nas wśród kolorowych domów z czerwonymi dachami, których okiennice trzaskały lekko na wietrze.

Kościół na Wodzie wyglądał jak z baśni: biały, elegancki, odbijający się w tafli stawu, otoczony starymi wierzbami, których gałęzie leniwie muskają wodę. W powietrzu unosił się zapach lipy i świeżo skoszonej trawy, a wokół świergotały ptaki…

Przeszłyśmy się po parku, gdzie dzieci biegały z latawcami, a ich rodzice siedzieli na ławkach i wymieniali się opowieściami. Odwiedziłyśmy też browar – małą perełkę, gdzie właściciel z pasją opowiadał o tradycji piwowarskiej Roztocza. W urokliwej knajpce, zjadłyśmy obiad, który smakował jak dawniej – w rodzinnym domu, pachnącym ziołami i czasem spędzonym przy wspólnym stole.

Ostatniego dnia wybrałyśmy się do rezerwatu, gdzie żyją koniki polskie. Mgła unosiła się nad łąkami, a konie — spokojne — pasły się w oddali. Niektóre podchodziły bliżej, ciekawskie, z mokrymi chrapami i błyszczącymi oczami.

– To było dobre pięć dni — podsumowała Majka.

– Idealne wakacje bez presji — dodała Ewa. — Bez zegarka, bez Internetu, z przyjaciółkami.

Wracałyśmy do pensjonatu w milczeniu, zmęczone, ale szczęśliwe. Czekała tam na nas butelka wina i słoik miodu, który kupiłyśmy w Zamościu.

Roztocze zostało z nami na długo — nie tylko na zdjęciach i w pamięci, ale w zapachach poranka, w ciszy i w dotyku trawy na bosych stopach.
W tym, co się nie kończy, nawet kiedy urlop dawno minął.

2025-08-30 9 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Frankfurt nad Menem

by Jolanta Strażyc 2025-08-10

Samolot wystartował punktualnie. Majka, jak zawsze, zasnęła przed oderwaniem kół od pasa. Ja robiłam zdjęcia chmurom, a Karol przeglądał przewodnik po Frankfurcie:

– A wiecie, że Frankfurt to taki niemiecki Manhattan? – Nazywają go „Mainhattan”, bo leży nad rzeką Men.

– To już wiem, jak się będziemy przedstawiać – mruknęła Majka, budząc się z półsnu. – Cześć, jesteśmy z Krakowa, a przylecieliśmy do Mainhattanu w celach artystyczno-rekreacyjnych.

– Brzmi drożej, niż wygląda – skomentował Konrad.

Lot trwał niecałe dwie godziny. Gdy wyszliśmy z samolotu, uderzyło nas niemieckie uporządkowanie. Wszystko działało: pociąg z lotniska ruszył punktualnie, a automat do biletów mówił po angielsku, niemiecku i – o dziwo – po polsku.

– Frankfurt wita nas w swoim stylu – stwierdziłam, gdy przez okno pociągu zobaczyliśmy pierwsze drapacze chmur błyszczące w popołudniowym słońcu.

Hotel znaleźliśmy niedaleko Hauptbahnhof(u) – „średniej klasy z klimatem”, jak to zwykle bywa. Klimat był – trochę jak z filmu z lat 80.: wykładzina pamiętała czasy euro przed euro, a klucz ważył prawie pół kilo. Ale z okna mieliśmy widok na lśniącą Main Tower.

– To nasz „Pegaz” – powiedziała Majka, patrząc na nią z zachwytem. – Tylko nie odlatuje, stoi i błyszczy.

– Pegaz ze szkła i stali – dopowiedział Konrad. – Idealny symbol Frankfurtu.

Po obiedzie ruszyliśmy na pierwszy spacer. Po drodze mijaliśmy szklane ściany biurowców, w których odbijały się stare kamieniczki i światła tramwajów.

Na placu przed dawną siedzibą Europejskiego Banku Centralnego stanęliśmy przed ogromnym, błękitnym znakiem euro.

– Patrzcie, symbol naszych codziennych wydatków – westchnął Karol.

– I marzeń – dodała Majka. – Bo żeby zwiedzać świat, najpierw trzeba coś zarobić.

– A żeby zarobić, trzeba pracować – uśmiechnął się Karol. – Ale najpierw kawa.

I tak wylądowaliśmy w małej kawiarni przy Kaiserstraße, z widokiem na drapacze chmur i przemykające tramwaje.

Kawa była mocna i aromatyczna – jak całe miasto.

– To nie Kraków – powiedziała Majka, patrząc przez okno. – Tam historia pachnie obwarzankami. Tutaj pachnie… stalą i espresso.

– Ale też dobrze – odpowiedziałam. – Zobaczysz, jutro znajdziemy coś, co połączy jedno i drugie.

Wróciliśmy do hotelu zmęczeni, ale szczęśliwi. Zasnęliśmy przy dźwięku miasta – gdzieś w oddali słychać było pociąg, a za oknem błyszczały światła Main Tower.

Poniedziałek – Stare Miasto i kawa z widokiem na wieżowce

Pierwszy poranek we Frankfurcie. Za oknem słońce wspinało się po szklanych ścianach wieżowców, a w powietrzu unosił się zapach świeżych bułek i porannego ruchu. Zeszliśmy do hotelowej jadalni, gdzie wszystko działało jak w zegarku: jajka były idealnie ugotowane, kawa mocna, a obsługa uśmiechnięta tak, jakby każdy poniedziałek był ich ulubionym dniem tygodnia.

– Tu nawet masło jest równo ułożone – zauważył Konrad, patrząc z podziwem na bufet.

– Niemiecki porządek w praktyce – mruknął Karol, nalewając sobie soku.

Po śniadaniu ruszyliśmy w stronę Römerberg(u) – serca starego Frankfurtu. Droga prowadziła między nowoczesnymi biurowcami, aż nagle… jakby ktoś przeniósł nas w inny świat. Przed nami wyrósł plac otoczony kamienicami z muru pruskiego, z kolorowymi frontami i spiczastymi dachami. Balkoniki tonęły w kwiatach, a w tle majaczyły błyszczące wieże Commerzbank(u).

– To jest właśnie Frankfurt – powiedział Karol, zatrzymując się. – Średniowiecze i XXI wiek w jednym kadrze.

– I jeszcze tysiące turystów – dodał Konrad, rozglądając się po tłumie z aparatami.

– Nie narzekaj – odparłam. – Przynajmniej nie muszę się tłumaczyć, czemu fotografuję każdą doniczkę.

Zatrzymaliśmy się przy Fontannie Sprawiedliwości (Gerechtigkeitsbrunnen). Z zachwytem oglądaliśmy figurę bogini Justitii.

– Zobaczcie, ona nie ma opaski na oczach! – zauważyłam. – Wreszcie ktoś pozwolił sprawiedliwości widzieć, co się dzieje.

– To dlatego, że jesteśmy w Niemczech – zażartował Karol. – Tu wszystko musi być dokładnie sprawdzone, a sprawiedliwość ma patrzeć prosto w oczy.

– Tak powinno być. Niestety, sprawiedliwość często ma zamknięte oczy i zatyczki w uszach – dorzucił Konrad, rozśmieszając wszystkich.

Nieopodal rozbrzmiały dzwony z kościoła św. Mikołaja. Była dokładnie 12:05 – tak, jak w przewodniku: codziennie o 9:05, 12:05 i 17:05 dzwonią 35 dzwonów.

Zatrzymaliśmy się na chwilę, słuchając melodii, która niosła się nad placem.

– To brzmi jak intro do jakiegoś filmu – szepnęła Majka. – Może powinniśmy zrobić film o naszych podróżach?

– Już widzę tytuł – powiedział Konrad. – Zgubiony bilet, odnalezione wspomnienia.

Śmialiśmy się tak, że kilku turystów spojrzało na nas z ciekawością.

Przy ratuszu Römer, jednym z najstarszych w Niemczech, poznaliśmy naszego przewodnika – Thomasa.

Wysoki, siwiejący Niemiec z brodą i błyskiem humoru w oku.

– Dzień dobry, witam w moim mieście – powiedział płynną polszczyzną. – Moja mama była z Wrocławia, więc jeśli coś źle powiem, proszę nie śmiać się za głośno.

– Obiecujemy – odparłam, a po chwili dodałam: – Ale nie gwarantujemy.

Thomas miał dar opowiadania.

– Römer to serce Frankfurtu od XV wieku – mówił. – Tutaj koronowano cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, tutaj bije duch miasta. Po wojnie wszystko zniszczono, ale odbudowaliśmy z dumą, cegła po cegle. Widzicie? – wskazał na ratusz. – To historia, która nie poddała się ruinie.

– Jak my po weekendzie – mruknął Konrad.

Po zwiedzaniu usiedliśmy w kawiarni przy samym placu. Kawa smakowała nieco inaczej niż w Krakowie – była mocna, gęsta i podana z niemal wojskową precyzją.

– U nich nawet pianka stoi na baczność – zauważył Karol.

Z kawiarni widać było panoramę miasta – spomiędzy starych dachów wyrastały szklane wieżowce: Commerzbank Tower, Messeturm, Tower185.

– Wygląda jak rozmowa przeszłości z przyszłością – powiedziałam, robiąc zdjęcie.

– I my jesteśmy gdzieś pośrodku – dodała Majka. – Tacy pół retro, pół nowoczesność.

W drodze powrotnej Thomas zatrzymał nas przy ogromnej rzeźbie – Hammering Man. Czarny, stalowy człowiek z poruszającym się ramieniem, który nieustannie „pracował” przed Messeturm.

– To symbol wszystkich, którzy pracują – wyjaśnił Thomas. – Artysta, Jonathan Borofsky, zrobił takie rzeźby w kilku miastach świata.

– Czyli także nas – powiedział Karol. – My też codziennie stukamy w klawiatury.

– Idealny symbol współczesnego Frankfurdu – dodał Konrad. – I naszego życia w IT.

Zachodzące słońce odbijało się w rzece Men, a niebo różowiało nad dachami.

– Wiesz, co? – powiedziała Majka. – Chyba wiem, jak nazwę nową kolekcję.

– Jak? – spytałam.

– „Mainhattan Lights”.

– Brzmi jak tytuł wystawy – odparłam. – I jak obietnica, że jeszcze tu wrócimy.

W hotelu długo przeglądaliśmy zdjęcia. Na jednym Thomas opowiada coś z zapałem, na innym Majka śmieje się tak, że ledwo trzyma kawę. Karol i Konrad na zdjęciu robią miny, które same mówią: „Patrzcie na nas!”, a ja też daję się ponieść chwili radości. A w tle – Frankfurt: miasto kontrastów, w którym każdy kadr ma swoją historię.

Wtorek – Main Tower, Commerzbank i spacer nad Menem

Poranek zaczął się od śmiechu. Majka, stojąc przy lustrze, poprawiała włosy i zapytała:

– A jak myślicie, czy w tych wieżowcach ludzie też tak długo wybierają, co na siebie włożyć do pracy?

– Nie – odpowiedział Konrad. – Oni mają dress code zapisany w systemie. Jak nie założysz garnituru, drzwi się nie otwierają.

– I kawa się nie parzy – dodał Karol, dopinając plecak. – Automat rozpoznaje poziom formalności po kolorze koszuli.

Po śniadaniu byliśmy już w drodze do Main Tower – czwartego co do wielkości budynku w Niemczech i jedynego z publicznym tarasem widokowym.

Winda ruszyła z prędkością, przy której nasze uszy same się przytkały, a Karol zbladł lekko, udając, że podziwia panel z przyciskami.

– Zawsze chciałem pracować w miejscu, gdzie winda ma własne tempo życia – mruknął.

– Spokojnie, zaraz będziemy na górze – pocieszył go Konrad. – I wtedy już tylko 200 metrów w dół pod nami.

– Dziękuję, teraz czuję się lepiej – odparł z przekąsem.

Na tarasie widokowym zaparło nam dech. Frankfurt rozciągał się pod nami jak misterny model z klocków: rzeka Men połyskiwała w słońcu, mosty wyglądały jak linie narysowane cienkim piórkiem, a szklane wieżowce błyszczały jak kolczyki w świetle dnia.

– Spójrzcie – powiedziałam, kierując obiektyw w stronę południa. – Tam Messeturm, ten „ołówek”.
– A tam Commerzbank Tower – dodał Thomas, który dołączył do nas przy wejściu. – 300 metrów wysokości, projekt Normana Fostera. Najwyższy w Unii Europejskiej. I ekologiczny – ma w środku ogrody.

– Ogrody? – zdziwiła się Majka. – Czyli w pracy mogą podlewać kwiatki między spotkaniami?

– Dokładnie tak – uśmiechnął się Thomas. – W Niemczech nawet powietrze jest zaplanowane.

Zrobiliśmy dziesiątki zdjęć: aparatem, telefonem, Karol z drona (którego teoretycznie nie miał prawa wnieść). A wszystko „na wysokości marzeń”.

– Patrz, jakie światło! – zawołałam. – Zrobimy kolekcję biżuterii inspirowaną szkłem i stalą.

– To będzie hit – powiedziała Majka. – Nazwiemy ją „Skyline”.

Po zejściu z Main Tower przeszliśmy w stronę Commerzbank Tower i Messeturm. Miasto dudniło rytmem biur, rozmów telefonicznych i stukotu butów na granicie. A jednak, między stalą i szkłem, co chwilę pojawiały się drzewa, małe kawiarenki i fontanny.

– Frankfurt to takie miasto, które wstaje o szóstej, ale potrafi się uśmiechać – zauważyła Majka.

Potem ruszyliśmy w stronę rzeki. Nad Menem wiatr był łagodny, woda odbijała błękit nieba i światła mostów. Po drugiej stronie widać było zarysy starych kościołów i domów.

– Niby Europa, a jednak inna – powiedziałam, robiąc zdjęcie. – Tu nowoczesność nie przykrywa historii, tylko ją podświetla.

– Dobrze powiedziane – stwierdził Thomas. – Frankfurt to miasto kontrastów. Zniszczony w wojnie, a dziś błyszczy.

Usiedliśmy w małej kawiarni nad rzeką. Thomas zamówił apfelwein – lokalne wino jabłkowe.

– Spróbujcie – powiedział. – Frankfurt bez apfelwein to jak Kraków bez obwarzanka.

Smakowało orzeźwiająco, lekko cierpko.

– Idealne na dzień pełen szkła i wysokości – stwierdziła Majka. – I do rozmów o życiu.

– I o tym, że czasem warto spojrzeć z góry, żeby docenić to, co pod nogami – dodałam.

Wieczorem wracaliśmy spacerem wzdłuż Menu. Miasto lśniło tysiącem świateł. W oddali błyszczała iglica Main Tower, a w wodzie odbijały się refleksy mostów. Zatrzymałam się na chwilę i zrobiłam ostatnie zdjęcie dnia – Majka z rozwianą fryzurą, Karol i Konrad śmiejący się z czegoś, Thomas tłumaczący coś z pasją.

Środa – Stara Opera, Japan Center i niemiecki porządek w praktyce

Poranek zaczął się spokojnie, co w naszym przypadku zawsze znaczyło, że zaraz wydarzy się coś nieplanowanego. Majka wstała pierwsza i zaparzyła kawę w hotelowym ekspresie, który wyglądał jak miniaturowa wersja statku kosmicznego.

– Nie wiem, co wcisnęłam – powiedziała, podając nam filiżanki. – Ale pachnie jak energia w płynie.

– W takim razie wypijmy zanim zacznie parować dymem – zażartował Konrad, ziewając.

Plan na dzień był ambitny: Stara Opera, potem spacer Aleją Bockenheimer Landstraße w stronę Japan Center, a na koniec – trochę „sztuki współczesnej” w postaci niemieckiego porządku.

Thomas czekał na nas punktualnie o 10:00.

– Dzień dobry! – przywitał się. – Dzisiaj mniej wysokości, więcej muzyki i kultury.

– Czyli szpilki, nie buty trekkingowe? – spytała Majka.

– Tylko jeśli chcesz konkurować z Pegazem – odparł z uśmiechem.

Stara Opera (Alte Oper) wyglądała jak sen architekta z XIX wieku – elegancka, neorenesansowa, z rzeźbami, kolumnami i Pegazem na dachu.

– To właśnie on – powiedział Thomas, wskazując na konia z rozpostartymi skrzydłami. – Symbol sztuki, która unosi człowieka ponad codzienność.

– Czyli coś jak kawa – mruknął Karol. – Tylko tańsze bilety.

Zatrzymaliśmy się przy fontannie przed Operą.

Majka rozłożyła szkicownik.

– Ten Pegaz jest cudowny – westchnęła. – Może zrobię wisiorek w jego kształcie.

– Zrób całą kolekcję – zachęciłam. – „Opera Collection”.

– Ja dorzucę nazwę w języku HTML – wtrącił Konrad. – „<pegaz class=‘artystyczny’>”.

Śmialiśmy się tak głośno, że grupa starszych turystów spojrzała na nas z lekkim oburzeniem.

Thomas tylko się uśmiechnął. – Widzę, że sztuka was poruszyła.

Obok Opery uliczny artysta grał na skrzypcach. Ten moment był magiczny – dźwięki skrzypiec mieszały się z szumem ulicy, a słońce odbijało się w złotych literach nad wejściem: „Dem Wahren, Schönen, Guten” – „Prawdziwemu, Pięknemu, Dobremu”.

– Ładne motto – powiedziałam cicho.

– I aktualne – dodał Karol. 

Z Opery ruszyliśmy dalej, mijając eleganckie biurowce. Po chwili przed nami wyrósł Japan Center – budynek o surowych, geometrycznych kształtach.

– Zbudowany według wymiarów japońskiej maty tatami – tłumaczył Thomas. – Wszystko tu jest wymierzone w proporcjach 90 na 180 centymetrów.

– Niemiecka precyzja spotyka japońską harmonię – powiedział Konrad. – To musi być najbardziej uporządkowane miejsce na świecie.

– Dopóki nie wejdziemy – dodał Karol z uśmiechem.

Po południu znaleźliśmy małą kawiarnię obok Goetheplatz. Drewniane stoliki, jazz w tle, zapach świeżego ciasta. Kelnerka z akcentem zdradzającym pochodzenie zza Odry uśmiechnęła się, słysząc nasz język.

– Polacy? – zapytała. – Mój tata też z Polski!

Zamówiliśmy espresso i apfelstrudel. Majka wyjęła z torby koraliki i zaczęła coś nawlekać, Thomas poprawiał notatki, a Karol z Konradem wdali się w dyskusję:

– Widzisz, co się dzieje? – powiedział Karol, rozglądając się. – W tym mieście nawet my zaczynamy działać systematycznie.

– Nie przesadzaj – odparła Majka. – Jak tylko skończę ten naszyjnik, chaos wróci do normy.

Wieczorem, gdy wróciliśmy do hotelu,  patrzyłam na panoramę miasta z naszego okna: na szklane wieże, które świeciły jak latarnie, a pod nimi płynął równy rytm miasta: tramwaje, ludzie, rozmowy, dźwięk kroków na bruku...

Czwartek – Spacer nad Menem i rejs po „Mainhattanie”

Poranek przywitał nas słońcem i zapachem świeżych bułeczek w hotelowej jadalni.

– To chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie croissanty leżą w równych odstępach – mruknął Karol, robiąc zdjęcie.

– Daj spokój, to sztuka użytkowa – odparł Konrad, smarując masłem bagietkę z dokładnością godną architekta.

Thomas czekał na nas przed wejściem, elegancki jak zawsze, z małą mapką w dłoni.

– Dzisiaj spokojnie – powiedział. – Rzeka, mosty i trochę sztuki. Bez drapaczy chmur, ale z dużą ilością światła.

Nadbrzeże Menu okazało się jednym z tych miejsc, gdzie nowoczesność spotyka oddech historii. Po jednej stronie – szkło i stal, po drugiej – kamieniczki z muru pruskiego, jakby wyrwane z innego wieku.

– To właśnie Frankfurt w pigułce – tłumaczył Thomas. – Miasto kontrastów. Biznes i sztuka, tempo i spokój.

– Jak my – powiedziała Majka. – Informatycy i artyści w jednym kadrze.

Usiedliśmy w małej kawiarni na rogu, zamówiliśmy apfelwein i przez chwilę po prostu patrzyliśmy na przechodniów.

– „Mainhattan” – westchnęła Majka.

– To taki niemiecki Nowy Jork, tylko z lepszym systemem recyklingu – odpowiedział Karol.

– I z czystszym powietrzem – dodałam. – No i bez pośpiechu. Tu nawet czas płynie w rytmie rzeki.

Po południu wsiedliśmy na statek. Słońce odbijało się w wodzie, a wiatr mieszał zapach kawy i rzeki. Thomas stanął przy burcie, jak przewodnik z filmu:

– Z lewej strony widzicie Commerzbank Tower – 300 metrów wysokości. Zaprojektowany przez Normana Fostera. Pierwszy ekologiczny wieżowiec w Europie.

Mijaliśmy kolejne mosty, każdy inny, każdy elegancki w swojej prostocie. Na pokładzie panowała cisza, przerywana tylko kliknięciami mojego aparatu.

– To niesamowite – powiedziała cicho Majka. – Z tej perspektywy wszystko wygląda inaczej.

– Bo w podróży zawsze chodzi o perspektywę – odparł Thomas. – A Frankfurt najlepiej rozumie się właśnie znad Menu.

Kiedy wracaliśmy do hotelu, nad rzeką zapaliły się światła. Na jednym z mostów ktoś grał na skrzypcach, a dźwięki niosły się daleko po wodzie. Zatrzymałam się, żeby zrobić ostatnie zdjęcie – rzeka, światła, most i nasze odbicia w szybie pobliskiego biurowca.

Piątek – Pożegnanie z „Mainhattanem”

Poranek był chłodny, ale słoneczny. W hotelu pachniało świeżo parzoną kawą i rogalikami, które w tym momencie smakowały jak nagroda za wszystkie wczorajsze spacery.

– Ostatni dzień – westchnęła Majka. – Trzeba wykorzystać każdą minutę.

Thomas zaproponował spacer po uliczkach wokół Starej Opery.

– Neorenesans w całej krasie – mówił z pasją, pokazując rzeźby Franza Krugera i Pegaza autorstwa Hütera.

– Wygląda jak teatr, w którym historia wciąż gra – zauważyłam, robiąc zdjęcie wejścia.

Przeszliśmy przez Römerberg, odwiedzając znów Fontannę Sprawiedliwości i Marshall Fountain.

– Czy tylko ja uważam, że Justitia wygląda tu trochę jak szef kuchni? – zażartował Karol, wskazując na miecz i wagę w jej rękach.

Konrad uwielbiał robić zdjęcia ludziom, więc między fontannami fotografował przechodniów, którzy zatrzymywali się, żeby podziwiać detale zabytków.

– Patrzcie na te kolory – szepnął. – To miasto nigdy nie jest szare.

Nie mogliśmy opuścić Frankfurtu bez spojrzenia na Messeturm, Commerzbank i Main Tower.

– Tak, to nasze „Mainhattan moments” – powiedział Thomas, uśmiechając się pod nosem.

– Pamiętacie wczorajszy rejs? – przypomniała Majka. – Widok z wody jest zupełnie inny niż z punktu widokowego.

Na końcu poszliśmy jeszcze raz na apfelwein, tym razem w małej knajpce nad Menem.

– Do Frankfurtu wrócimy – powiedziałam.

– Koniecznie. – uśmiechnęła się Majka.

Thomas wspominał najciekawsze momenty wycieczki…

– W podróży zawsze chodzi o ludzi i momenty – powiedział. – A nie tylko o miejsca.

Kiedy pociąg ruszał w stronę lotniska, spojrzeliśmy ostatni raz na panoramę Frankfurtu – rzeka, mosty, wieżowce, zabytki… i poczuliśmy, że nawet jeśli odjeżdżamy, trochę miasta zostaje w nas.

– Następny przystanek? – zapytałam, pakując aparat.

– Świat! – odparł Karol. – Albo przynajmniej kolejna wyprawa w Tatry.

I tak kończy się nasza frankfurcka przygoda, pełna kontrastów, śmiechu, sztuki i rzeki, która nieustannie płynie – jak podróż i nasze wspomnienia.

2025-08-10 8 komentarzy
20 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • Saga. Rozdział III – Svyata Kyrnychka

    2026-04-10
  • Saga. Rozdział II – Rozkaz: trwać!

    2026-03-30
  • Saga. Rozdział I – Na skraju świata

    2026-03-20
  • Szkocja

    2026-03-10
  • Otwarci na zmiany

    2026-02-20

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    Tajemnica

    2025-08-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga