Pamiętam jedną klientkę szczególnie. Nazwijmy ją po prostu ONA. Miała pięćdziesiąt lat i przez sporą część swojego życia była przede wszystkim żoną i matką. Mąż robił zawrotną karierę. Dzieci, już po studiach, również miały zamiar zrobić zawrotne kariery. Wszystko było więc dokładnie tak, jak powinno być. Tylko gdzieś pomiędzy karierą męża, studiami dzieci, domem, zakupami, obiadami, wakacjami, świętami i całą resztą codzienności… zniknęła ONA.
Kiedyś była ładną kobietą. Zadbana, pełna energii, pewna siebie. A potem życie zrobiło swoje. Zapracowana. Zmęczona. Trochę stłamszona. Ubrana raczej tak, żeby było wygodnie, praktycznie i żeby nikt się nie czepiał.
Aż pewnego dnia dowiedziała się, że jej mąż znalazł sobie inną kobietę.
Młodszą.
I tutaj można by powiedzieć: „zdarza się”.
Tylko że ta młodsza była nie tylko młodsza od żony.
Była młodsza również od ich córek.
No cóż. Życie czasami pisze scenariusze, których nawet najbardziej pomysłowy scenarzysta by nie wymyślił.
ONA była wściekła, ale nie tylko na niego. Była wściekła na siebie.
Za to, że przez tyle lat o wszystkich pamiętała, tylko nie o sobie.
I wtedy przypomniała sobie, że przecież jest kobietą.
Nie tylko żoną.
Nie tylko matką.
Nie tylko osobą, która wie, gdzie są czyste ręczniki i kiedy trzeba zrobić przegląd samochodu.
I postanowiła coś ze sobą zrobić.
Właściwie postanowiła zrobić bardzo dużo.
Chciała wyglądać świetnie.
Ba! Chciała wyglądać lepiej niż młodsza o dwadzieścia pięć lat kochanka męża.
I wiecie co?
Pomyślałam: W sumie, czego nie.
Jest przecież mnóstwo dojrzałych kobiet, które wyglądają fantastycznie. Czasem znacznie lepiej niż kobiety o dwadzieścia czy trzydzieści lat młodsze. Wiek sam w sobie nie jest żadnym wyrokiem.
Patrzyłam na nią i wiedziałam, że można ją pięknie odmienić. Tylko… było jedno „ale”. I to dość duże.
Bo kiedy rozmawiałyśmy, szybko zorientowałam się, że problemem nie jest garderoba.
Nie był nim kolor włosów.
Nie był nim brak makijażu.
Nie były nim źle dobrane spodnie ani niemodna marynarka.
Problem siedział znacznie głębiej.
ONA chciała zrobić metamorfozę po to, żeby coś komuś udowodnić.
Żeby mąż zobaczył.
Żeby kochanka zobaczyła.
Żeby wszyscy zobaczyli.
Żeby mogła powiedzieć światu:
„Jeszcze wam pokażę.”
I wtedy pomyślałam, że najlepsza garderoba świata może tutaj niewiele pomóc.
Bo można kupić najpiękniejszą sukienkę.
Można zrobić świetną fryzurę.
Można dobrać idealny makijaż.
Można kupić buty, torebkę i marynarkę, w której człowiek wygląda jak milion dolarów.
Tylko co z tego, jeśli w środku nadal siedzi kobieta, która codziennie rano patrzy w lustro i widzi przegraną?
Dlatego powiedziałam jej coś, czego prawdopodobnie nie spodziewała się usłyszeć od stylistki:
— Wie pani co? Myślę, że zanim zaczniemy robić zakupy, potrzebuje pani porozmawiać z psychologiem.
Zapadła cisza.
Taka cisza, w której człowiek zaczyna zastanawiać się, czy właśnie powiedział dokładnie to, co powinien, czy też za chwilę klientka wstanie, założy płaszcz i pójdzie w siną dal.
ONA patrzyła na mnie długo. Naprawdę długo.
A potem powiedziała:
— Wie pani, że chyba ma pani rację?
Odetchnęłam. Bo mogła przecież powiedzieć coś zupełnie innego.
I wtedy stało się coś, co było dla mnie bardzo ważne.
Nie próbowałam być psychologiem. Bo nim nie jestem. Stylistka może pomóc zobaczyć siebie inaczej, ale nie powinna udawać, że potrafi naprawić wszystko.
Znalazłyśmy więc psycholożkę.
ONA zaczęła pracować nad sobą. Nie tydzień. Nie dwa. Kilka miesięcy. Trzy, może cztery. I dopiero wtedy wróciła do mnie. Tym razem była inna. Nie dlatego, że nagle stała się inną osobą.
Po prostu zaczęła wracać do siebie.
Najpierw poszłyśmy do kosmetyczki.
Potem do fryzjera.
Później do makijażysty.
I dopiero na końcu zajęłyśmy się tym, co w mojej pracy najważniejsze — ubraniem.
Przegląd szafy.
Rozmowa o tym, co jej się podoba.
Czego naprawdę potrzebuje.
Jak chce wyglądać.
Co jest zgodne z jej charakterem.
Co pasuje do jej obecnego życia.
I wreszcie zakupy.
Tym razem nie było: „Muszę wyglądać lepiej od niej”.
Nie było: „Niech on zobaczy, co stracił”.
Nie było: „Ja wam wszystkim pokażę”.
Było: „Chcę dobrze wyglądać dla siebie.”
I to była największa metamorfoza ze wszystkich.
Nie fryzura.
Nie makijaż.
Nie ubrania.
Nie nowa figura.
Nie nowa szafa.
Tylko moment, w którym kobieta przestaje pytać: „Czy jestem wystarczająco dobra dla kogoś?” i zaczyna pytać: „Czy ja sama siebie jeszcze lubię?”
Bo czasami człowiek przychodzi do stylistki po nową sukienkę, a tak naprawdę potrzebuje odzyskać siebie.
I czasami najlepszą rzeczą, jaką stylistka może wtedy zrobić, to… nie iść do galerii handlowej.
Tylko powiedzieć:
— Zatrzymajmy się na chwilę. Najpierw zadbajmy o Ciebie.
A dopiero później o ubrania.
Bo ubranie potrafi naprawdę dużo.
Ale nie powinno być lekarstwem na złamane serce.
Od tego są inni specjaliści.
A kiedy już człowiek trochę poskłada siebie od środka… wtedy można spokojnie wejść do przymierzalni i wybrać sukienkę.
Tylko tym razem nie po to, żeby ktoś żałował.
Tylko po to, żeby kobieta, która patrzy w lustro, pomyślała: „O. To znowu ja.”
I właśnie o to chodziło.
