jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga
    GenealogiaOpowiadanie

    Na skraju świata

    by Jolanta Strażyc 2026-08-15

    Rok Pański 1610

    Na rubieżach Podola, pośród dzikiej przyrody, wśród wzgórz porośniętych dębowym lasem, stał solidny dwór obronny w Witawie. Ukryty między wąwozami i skałami, zdawał się zapomniany przez świat. Prowadziły do niego wąskie drogi, a sama okolica była niemal bezludna. 

    U podnóża wzgórza rozciągała się niewielka osada. Jej mieszkańcy żyli skromnie, uprawiając ziemię i trudniąc się prostym rzemiosłem. Nie budowali solidnych domów — zbyt często przychodziło je porzucać.

    — Tatarzy? — zapytał kiedyś Andrzej Staromiejski młodego kmiecia stojącego na pogorzelisku swojego domostwa.

    — A kto by inny, panie — odpowiedział tamten. — Jak przyjdą, to ogień idzie pierwszy.

    Dwór wznosił się na cyplu nad rzeką Boh. Od strony wody chroniły go strome zbocza i skały, od strony osady — fosa i umocnienia. Wieża wartownicza strzegła wysokiej palisady. Do środka prowadził most, który w razie potrzeby można było szybko zniszczyć.

    Dziedziniec był przestronny, otoczony zabudowaniami gospodarczymi i wałami. W jednym z narożników znajdowała się studnia, w innym — szopy i stajnia. Najważniejszym budynkiem był duży, dwukondygnacyjny dom mieszkalny. Nad wejściem widniały herby, a w niszy — figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem.

    Andrzej Staromiejski pochodził ze starego rodu herbu Sas. W 1602 roku, kierowany niepokojem i żądzą życia, ruszył na Bracławszczyznę. Tam, gdzie kończyło się prawo, a zaczynała siła — postanowił zbudować własny los.

    Życie na kresach szybko odsłoniło swoją surową naturę. Staromiejski odnalazł się w niej lepiej, niż się spodziewał. 

    Brakowało mu jednak jednego. 

    Towarzystwa.

    Poznał Zofię — młodą wdowę po Michale Łaskim. Była piękna, lecz to nie uroda przyciągnęła go najbardziej. Spokój. Rozwaga. Cicha siła, której brakowało wielu ludziom na tych ziemiach.

    — Nie boisz się, pani tu żyć? — zapytał ją kiedyś.

    Spojrzała na niego spokojnie.

    — Bać się można wszędzie, panie Andrzeju. Tu przynajmniej wiadomo, czego.

    Poślubił ją. 

    Ich szczęście trwało krótko. Zofia zmarła kilka dni po narodzinach syna. Chłopcu nadano imię Mikołaj.

    W pierwszych latach opiekę nad dzieckiem sprawowała niania, lecz z czasem sam przejął jego wychowanie. Uczył go jazdy konnej, władania szablą i życia na pograniczu. A jednak wiedział, że to nie wystarczy.

    — Nie wychowam cię na dzikiego człowieka — powiedział kiedyś do kilkunastoletniego Mikołaja.

    Dlatego wysłał go do szkół, do Krakowa.

    Bo choć kresy hartowały ludzi, potrafiły też ich zamknąć w świecie zbyt wąskim, zbyt surowym — i zbyt odległym od reszty Rzeczypospolitej.

    Minęły miesiące. A potem lata.

    Budzący się świt rozpraszał mrok, lecz słońce jeszcze spało pod linią horyzontu  Wiatr ucichł, jakby ktoś zdusił go w garści. Nad doliną zawisła ciężka cisza. 

    Pierwszy pies zaszczekał krótko — jakby ktoś nagle uciął dźwięk. Potem drugi. 

    Staromiejski poderwał głowę. 

    Z ciemności dobiegł przeciągły gwizd. 

    A potem krzyk.

    — Tatarzy!

    W jednej chwili cisza pękła. 

    Z doliny wystrzeliły płomienie — jedna chata, potem druga. Konie zarżały dziko, ktoś wybiegł na dziedziniec boso, ktoś inny w samej koszuli.

    — Do broni! Na wały! — ryknął Andrzej, już zbiegając ze schodów.

    Strzały spadły jak deszcz. Jedna z nich utkwiła w drzwiach tuż obok jego głowy. Na dole ludzie biegli ku bramie, potykając się o siebie.

    — Otwierać! Na Boga, otwierać!

    W świetle ognia zobaczył ich. 

    Jechali szybko, nisko przy końskich grzbietach, jakby byli częścią kończącej się nocy. Krzyki, śmiech, błysk stali. Jeden z napastników dopadł uciekającego chłopa i ściął go bez zatrzymania.

    Staromiejski zacisnął zęby.

    — Strzelać.

    Huknęły pierwsze wystrzały. Jeden z jeźdźców runął z konia. Reszta nawet nie zwolniła.

    — Most! — krzyknął ktoś.

    — Jeszcze chwila! — rozkazał Andrzej.

    Patrzył, jak ostatni ludzie dobiegają do bramy. Jedna dziewczyna upadła. Podniosła się. Upadła znowu. Jeździec był już przy niej. 

    Staromiejski nie czekał. 

    Zeskoczył z wału i wybiegł na most.

    — Panie dziedzicu! — krzyknął za nim ktoś.

    Nie odpowiedział. 

    Dobiegł do dziewczyny w chwili, gdy Tatar zamierzył się szablą. Uderzył pierwszy. Stal spotkała stal. Koń zarżał, dziewczyna krzyknęła, a tatarski wojownik padł na kolana, kryjąc głowę w ramionach.

    — Do bramy! — rzucił porucznik, nie oglądając się.

    Staromiejski cofnął się o krok — i w tej samej chwili poczuł, jak powietrze przecina strzała. Minęła go o włos.

    Na murach huknęły rusznice. Dym poszedł w górę, ciężki i gryzący. Jeden z Tatarów zachwiał się w siodle, drugi runął w bok, pociągając za sobą konia. Reszta rozlała się szerzej, jak woda omijająca przeszkodę.

    Andrzej cofnął się za próg bramy.

    — Zamykać!

    Łańcuchy jęknęły. Wrota opadły z głuchym łoskotem.

    Zapadła chwila ciszy. Tylko krzyki z doliny, trzask ognia i rżenie koni przypominały, że napastnicy są w pobliżu.

    Tatarzy nie przyszli zdobywać dworu — przyszli po ludzi. Gdy zobaczyli zamkniętą bramę i ogień z palisady, odstąpili bez wahania. Rozproszyli się między chatami jak drapieżniki, które nie tracą czasu na trudną zdobycz, jeśli łatwiejsza jest pod ręką.

    Z dołu niósł się płacz i wrzask.

    — Biorą ich… — wyszeptał któryś z żołnierzy.

    Wszyscy na wałach patrzyli w milczeniu.

    Widzieli, jak pędzą z powrotem — już nie w rozsypce, lecz zwartą grupą. Między końmi szarpali się ludzie: związani, potykający się w biegu. Jedni próbowali uciekać — ginęli natychmiast. Inni szli jak w otępieni.

    — Siodłać konie — rozkazał Staromiejski.

    Na dziedzińcu panował chaos. Ludzie klęczeli, płakali, ściskali się nawzajem. Ktoś szukał dziecka, ktoś inny wołał żonę. Jeden z rannych jęczał cicho pod ścianą, trzymając się za bok.

    Andrzej przeszedł między nimi bez słowa. Zatrzymał się dopiero przy studni, gdzie kilku jeźdźców już siodłało konie.

    — Ilu gotowych? — zapytał.

    — Dwudziestu — odpowiedział dowódca straży Grzegorz Bojarski.

    — Wystarczy.

    — Panie dziedzicu… — zawahał się. — Oni mają przewagę.

    — I jeńców — odparł krótko Staromiejski.

    Spojrzał jeszcze raz ku bramie. Wiedział, co oznacza zwłoka. Każda chwila oddalała ich od łupu — i od porwanych ludzi.

    — Ruszamy.

    Słońce skryło się za chmurami, gdy opuszczali Witawę. Most skrzypiał pod kopytami, a potem została już tylko ziemia — sucha, twarda, rozorana śladami ucieczki.

    Nie trzeba było tropić. Ślady były świeże, wyraźne: setki kopyt, porzucone przedmioty. Tu chusta, tam dziecięcy but, dalej rozbite naczynie.

    — Idą wolno — mruknął Grzegorz.

    — Bo z jasyrem — odparł Andrzej.

    Step rozciągał się przed nimi jak morze. Ślady prowadziły naprzód, jak rana przecinająca ziemię.

    Byli blisko.

    Zbyt blisko.

    Musieli uważać, aby Tatarzy ich nie zauważyli. Ukryli się za wzgórzem i obserwowali z daleka. Po kilku godzinach zobaczyli dym. Niewielki, ledwie widoczny.

    — Obóz — powiedział stary Kozak Mykola Wersaj.

    Poniżej, w zagłębieniu terenu, Tatarzy rozłożyli się na krótki postój. Konie stały spętane, część ludzi siedziała przy ogniu. Jeńcy zbici byli w grupę, pilnowani przez kilku uzbrojonych.

    — Odpoczywają — szepnął Grzegorz.

    — Nie spodziewają się nas — dodał Mykola.

    Andrzej milczał przez chwilę. Liczył.

    — Trzydziestu… — powiedział w końcu.

    — To co robimy? –– spytał Bojarski

    Staromiejski odwrócił się ku swoim ludziom. W jego oczach nie było wahania.

    — Uderzymy z dwóch stron — wskazał ręką. — Ty, Grzegorzu obejdziesz ich od zachodu. Weź siedmiu ludzi. Reszta za mną.

    Wersaj przełknął ślinę.

    — A jeśli zabiją jeńców?

    Andrzej spojrzał na niego ostro.

    — Nie zabiją.

    Zapadła cisza.

    — Gotowi?

    — Wedle rozkazu — odpowiedzieli jednocześnie.

    Zjechali ze wzgórza powoli, kryjąc się w nierównościach terenu. Serca biły im szybciej. Nie z lęku. Z oczekiwania.

    Staromiejski pierwszy dostrzegł moment.

    Jeden z Tatarów oddalił się od grupy. Drugi pochylił się nad ogniskiem. Straż przy jeńcach rozluźniła się — zmęczenie zrobiło swoje.

    Andrzej podniósł rękę.

    — Teraz!

    Runęli w dół jak burza.

    Krzyk rozdarł powietrze.

    — Bij!

    Zaskoczenie było ich największą bronią. Pierwszy Tatar padł, zanim zdążył sięgnąć po broń. Drugi poderwał się z miejsca — dostał cios w pierś i runął w tył. Konie zarżały, ludzie zerwali się na nogi.

    — Polacy! — krzyknął ktoś.

    Z drugiej strony uderzył Grzegorz.

    Zrobiło się wielkie zamieszanie. Jeńcy zaczęli krzyczeć. Kto mógł, przystąpił do walki. Jeden z Tatarów próbował ich powstrzymać — Grzegorz strzelił do niego z pistoletu. Upadł.

    Staromiejski wpadł między nich. Szabla pracowała szybko, bez wahania. Jeden cios, drugi — krótki, pewny. Ktoś rzucił się na niego z boku. Zablokował uderzenie, obrócił się i odpowiedział. Krew trysnęła na trawę.

    Żołnierze byli jak w transie. Jeńcy pomagali, jak mogli.

    — Uciekają! — krzyknął ktoś.

    I rzeczywiście — część napastników już się cofała.

    Bez łupu.

    Bez jeńców.

    Po wszystkim zapadła cisza. Przerywana tylko ciężkimi oddechami i cichym płaczem.

    Na ziemi leżeli zabici. Kilku Tatarów. Trzech ludzi Andrzeja. Reszta uciekła.

    Jeńcy stali w grupie, oszołomieni, niepewni.

    — Wolni jesteście — powiedział Bojarski.

    Po chwili jedna kobieta upadła na kolana. Potem druga. Ktoś zaczął płakać głośno.

    Andrzej otarł szablę o trawę. Rozejrzał się.

    — Zbierać się — powiedział cicho. — Wracamy.

    I ruszyli z powrotem — wolniej, ciężej, lecz nie sami.

    Kiedy pod wieczór ujrzeli wieżę Witawy, nad doliną unosił się jeszcze dym.

    Dwór przetrwał.

    Osada nie.

    Ludzie wracali w milczeniu, oglądając zgliszcza swoich domów. Niektórzy szukali ocalałych rzeczy, inni stali bez ruchu, patrząc na to, co jeszcze rano było ich życiem.

    Andrzej zatrzymał konia.

    Spojrzał na Witawę, na spalone chaty i na ludzi, którzy wracali z niewoli.

    Wiedział już, że na tych ziemiach nie da się żyć tylko za murami.

    Kresy nie były końcem świata.

    Były światem, w którym człowiek każdego dnia musiał na nowo udowadniać, że zasługuje na to, by przetrwać.

    Staromiejski ścisnął wodze.

    –– Odbudujemy –– powiedział.

    2026-08-15 9 komentarzy
    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • PodróżeWspomnienia

    Szkocja

    by Jolanta Strażyc 2026-07-15
    2026-07-15

    W połowie września 2012 roku Karol i Konrad spakowali swoje życie w kilka walizek i polecieli do Edynburga. To miała być próba – dobra praca, mieszkanie na start, nowe doświadczenie. …

    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • Wspomnienia

    Otwarci na zmiany

    by Jolanta Strażyc 2026-06-15
    2026-06-15

    Gdy przyszłam do mieszkania Karola, drzwi były już otwarte, a z kuchni dobiegał śmiech. — No wreszcie jest nasza nadworna fotografka! — zawołał Karol, wychylając się z salonu z kieliszkiem …

    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • Wspomnienia

    To miejsce pamięta

    by Jolanta Strażyc 2026-05-15
    2026-05-15

    Las na zboczu Góry Świętego Michała był jeszcze mokry po nocnej mgle. Powietrze pachniało żywicą i czymś chłodnym, niemal metalicznym — zapachem, który zawsze towarzyszył temu miejscu. Jakby wzgórze oddychało …

    7 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 4

    by Jolanta Strażyc 2026-04-15
    2026-04-15

    Część czwarta opowiadania genealogicznego „W cieniu starych drzew” stanowi jego naturalną kontynuację. Tym razem oddaję głos wspomnieniom mojego ojca — Stanisława Strażyca — dotyczącym jego dziadka, Stefana Skarbek-Kruszewskiego. Są to …

    4 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 3

    by Jolanta Strażyc 2026-03-15
    2026-03-15

    Poranek w Gruszczynie był chłodny. Nad polami unosiły się delikatne mgły, wijąc się między drzewami jak mleczne wstęgi. Liście w sadzie szeleściły cicho, jakby szeptały między sobą wiadomości o nadchodzącej …

    2 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 2

    by Jolanta Strażyc 2026-02-15
    2026-02-15

    Upalne lato zdawało się zawisnąć nad Gruszczynem jak jasny, drżący całun. Powietrze migotało nad polami, a od rozgrzanych murów dworu odbijał się zapach nagrzanego kamienia i jaśminu, który zakwitł w …

    4 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 1

    by Jolanta Strażyc 2026-01-15
    2026-01-15

    Krępa była miejscem osobliwym nawet jak na tamte okolice: suchą, niewielką wyniosłością wyrastającą spomiędzy mokradeł, jak wyspa, którą ktoś zapomniał schować pod wodą. Nazwa wsi nie była więc przypadkowa — …

    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • Wspomnienia

    Grudzień – Święta, Sylwester i moje urodziny

    by Jolanta Strażyc 2025-12-10
    2025-12-10

    Grudzień zawsze był dla mnie miesiącem wyjątkowym – pełnym świateł, zapachów, ciepła i wspomnień. Urodzona tuż przed świętami, od zawsze czułam, że to mój czas – przepełniony magią, rodzinnym ciepłem i tymi …

    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    Wspomnienia Marianny Dygasińskiej

    by Jolanta Strażyc 2025-11-25
    2025-11-25

    Za wschodnią rubieżą, został mój dom rodzinny — dom, w którym śmiano się i śpiewano, w którym płonął ogień w kominku i pachniały jabłka z ogrodu. Ten dom legł w …

    2 FacebookTwitterPinterestEmail
Load More Posts

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • Na skraju świata

    2026-08-15
  • Szkocja

    2026-07-15
  • Otwarci na zmiany

    2026-06-15
  • To miejsce pamięta

    2026-05-15
  • W cieniu starych drzew – część 4

    2026-04-15

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    W cieniu starych drzew – część 1

    2026-01-15
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga