Są takie wydarzenia w życiu, po których człowiek zaczyna patrzeć na codzienność trochę inaczej. Nie dlatego, że nagle staje się mądrzejszy. Raczej dlatego, że coś bardzo mocno przypomina mu o tym, o czym wcześniej wiedział, ale na co nie zawsze miał czas.
Dla nas takim momentem był rok 2020. Wtedy odeszła nasza przyjaciółka Ewa. Nie z powodu covidu. Jej choroba przyszła niespodziewanie, rozwijała się szybko i nie dała nam wiele czasu na oswojenie się z myślą, że możemy ją stracić. O jej ostatnich dniach już pisałam, więc nie chcę wracać do tamtych trudnych chwil. Wystarczy powiedzieć, że po jej odejściu coś w nas się zmieniło.
Nagle okazało się, że zdrowie nie zawsze może poczekać, aż skończymy pracę, zamkniemy wszystkie sprawy i znajdziemy wolną chwilę. Że nie warto bez końca odkładać badań, spotkań, podróży ani zwykłego odpoczynku. Przecież zawsze jest coś pilnego. Firma, klienci, telefony, maile, terminy. Zawsze znajdzie się jakiś powód, żeby powiedzieć sobie: jeszcze nie teraz.
A potem przyszła pandemia i cały świat jakby powiedział nam: teraz nie możecie.
Zamknięte drzwi, ograniczone spotkania, ostrożność, niepewność jutra. Nagle to, co wcześniej było zwyczajne, stało się trudne albo niemożliwe. Nie można było po prostu wpaść do znajomych, zaplanować spontanicznego wyjazdu czy wyjść na miasto bez zastanawiania się nad sytuacją. Człowiek zaczął doceniać rzeczy, których wcześniej nawet nie zauważał.
Dlatego kiedy w 2022 roku życie powoli wracało do normalności, cieszyłam się drobiazgami. Spotkanie przy kawie, wspólny spacer, wyjazd na kilka dni czy możliwość zobaczenia przyjaciół nabierały zupełnie nowego znaczenia.
Nie potrzebowałam wielkich wydarzeń. Wystarczyło, że znów można było być razem.
Latem 2022 roku do Krakowa przyjechali Karol i Konrad. Nie widzieliśmy się od dawna, więc pierwsze chwile upłynęły nam na uściskach, śmiechu i wzajemnym przekrzykiwaniu się.
– No i co? Nadal nas poznajecie? – zażartował Karol.
– Po głosie – odpowiedziała Majka. – Twarze trochę się zmieniły.
– Twoja też! – odparł natychmiast Konrad.
– Widzisz, Jolka? Przyjaciół poznaje się po tym, że zawsze powiedzą prawdę.
– Zwłaszcza tę, o którą nikt ich nie prosi – dorzucił Karol.
I właśnie tego nam brakowało. Tego zwyczajnego przekomarzania się, śmiechu, rozmów, które nie muszą do niczego prowadzić. Po prostu spotykasz ludzi, których lubisz, i czujesz, że znów jesteście częścią swojego świata.
Postanowiliśmy wybrać się do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Majka zainteresowała się wystawą o kotach, więc właściwie nie mieliśmy wielkiego wyboru. Po zwiedzaniu usiedliśmy na tarasie Café Manggha, zamówiliśmy japońskie przysmaki i zaczęliśmy nadrabiać zaległości.
Kraków wyglądał tego dnia jak pocztówka. Po drugiej stronie Wisły wznosił się Wawel, nad rzeką przesuwały się chmury, a słońce co jakiś czas rozświetlało wodę. Przyglądaliśmy się przepływającym statkom, łodziom i katamaranom. Nad miastem unosił się balon widokowy.
Karol długo patrzył na rzekę, aż w końcu powiedział:
– Wiecie co? Nigdy nie płynąłem statkiem po Wiśle.
Spojrzeliśmy na niego.
– To możemy popłynąć – powiedzieliśmy niemal jednocześnie.
I tak, przy kawie i japońskich przekąskach, narodził się plan kolejnej wspólnej przygody.
Następnego dnia rano byliśmy już w komplecie. Statek powoli odbił od brzegu, a Kraków zaczął przesuwać się przed naszymi oczami. Znane miejsca wyglądały inaczej, oglądane z perspektywy wody. Mijaliśmy Salwator, klasztor Norbertanek, Przegorzały i Bielany. Miejska zabudowa ustępowała zieleni, a Wisła prowadziła nas coraz dalej od codziennego zgiełku.
– Wiecie, że człowiek mieszkający tutaj tyle lat może nigdy nie zobaczyć tego wszystkiego z tej strony? – zauważył Karol.
– Właśnie dlatego tu jesteśmy – odpowiedziałam.
Z czasem rozmowy ucichły. Nie dlatego, że zabrakło nam tematów. Po prostu dobrze było siedzieć na pokładzie, czuć wiatr, patrzeć na brzeg i nigdzie się nie spieszyć.
– To mi się podoba – powiedziała w końcu Majka.
– Co?
– Że przez kilka godzin nic nie musimy.
I chyba wszyscy wiedzieliśmy, co miała na myśli.
W codziennym życiu zawsze coś trzeba. Odebrać telefon, odpisać na wiadomość, dopilnować spraw, pamiętać o kolejnych obowiązkach. Nawet odpoczynek potrafimy sobie zaplanować tak dokładnie, że przestaje być odpoczynkiem. A tu wystarczyło usiąść i patrzeć.
Kiedy za kolejnym zakrętem ukazał się Tyniec, nad Wisłą wyrosła skała i mury opactwa benedyktynów. Z wody klasztor wyglądał imponująco, jakby właśnie dla takiego widoku został wzniesiony na wzgórzu.
– No dobrze – powiedział Karol. – Przyznaję. Warto było.
Po zejściu na ląd spacerowaliśmy wśród starych murów, podziwialiśmy widoki i rozmawialiśmy o historii miejsca. Nie próbowaliśmy zobaczyć wszystkiego. Mieliśmy tylko godzinę i postanowiliśmy wykorzystać ją po swojemu.
Nie biegać. Nie odhaczać kolejnych punktów. Po prostu patrzeć.
W drodze powrotnej siedzieliśmy na pokładzie, słuchaliśmy cicho płynącej muzyki i obserwowaliśmy brzegi, które teraz wyglądały inaczej niż rano. Pomyślałam, że nie trzeba planować wielkich podróży, żeby przeżyć piękny dzień. Czasami wystarczy kilka osób, które dawno się nie widziały, trochę wolnego czasu i jedno niewinne zdanie: „Nigdy nie płynąłem statkiem po Wiśle”.
Reszta potrafi wydarzyć się sama.
We wrześniu przyszła kolej na kolejną małą ucieczkę od codzienności. Tym razem pojechałyśmy z Majką do Pragi. Wystarczył weekend, dwa bilety lotnicze i pomysł, który pojawił się zupełnie naturalnie.
Na lotnisku w Balicach zamieniłyśmy oczekiwanie na samolot w kolejną okazję do żartów.
– Masz bilety? – zapytała Majka.
– Mam.
– Dokumenty?
– Mam.
– Telefon?
– Mam.
– Pieniądze?
– Mam.
– Aparat?
Spojrzałam na nią z udawanym oburzeniem.
– Przecież wiesz, że mam.
– Pytam dla porządku.
Po chwili obie sprawdzałyśmy zawartość swoich toreb, jakby od tego miało zależeć powodzenie całej wyprawy.
– Najważniejsze, że siebie mamy – powiedziała Majka.
– I bilety.
– No dobrze. Bilety też.
Takie właśnie były nasze wyjazdy. Trochę planowania, trochę improwizacji i dużo śmiechu.
Praga przywitała nas wrześniowym światłem, ruchem na ulicach i atmosferą miasta, które można odwiedzać wiele razy, a mimo to za każdym razem odkrywać w nim coś nowego. Po odłożeniu bagaży nie zamierzałyśmy długo siedzieć w hotelu.
– Idziemy? – zapytałam.
– Bez odpoczynku?
– Odpoczniemy po powrocie.
I już po chwili byłyśmy na ulicy.
Spacerowałyśmy bez pośpiechu, zatrzymując się przy kamienicach, bramach, oknach i zaułkach. W Pradze łatwo było znaleźć powód, żeby przystanąć. Wystarczyło światło padające na fasadę albo detal architektoniczny, którego wcześniej nie zauważyłyśmy.
Na Moście Karola Wełtawa płynęła spokojnie pod naszymi stopami, a wokół nas rozbrzmiewał gwar turystów i ulicznych muzyków.
– Pamiętasz, kiedy byłyśmy tu ostatnio? – zapytała Majka.
– Pamiętam.
– Wtedy było chyba więcej ludzi.
– Teraz też nie możemy narzekać.
Zatrzymałyśmy się przy balustradzie. Wieże, dachy, rzeka i łodzie tworzyły widok, który chciałoby się zatrzymać na dłużej.
– Zrób mi zdjęcie – poprosiła Majka.
– Oczywiście.
– Tylko takie, żebym wyglądała dobrze.
– To zrobię zdjęcie Pragi?
Roześmiałyśmy się. Nie potrzebowałyśmy wiele, żeby dobrze się bawić.
Wieczorem spacerowałyśmy po Starym Mieście, oglądając podświetlone kamienice i brukowane uliczki. W końcu znalazłyśmy małą herbaciarnię. Usiadłyśmy przy stoliku i przez chwilę patrzyłyśmy przez okno na przechodzących ludzi.
– Wiesz, że właśnie po to tu przyjechałyśmy? – powiedziała Majka.
– Na herbatę?
– Nie. Na tę chwilę.
Miała rację. Chodziło o to, żeby choć na moment wyjść z codziennego rytmu, nie myśleć o terminach i obowiązkach, nie zerkać co chwilę na telefon. Być razem, rozmawiać i mieć czas na zwyczajne przyjemności.
Następnego dnia znów ruszyłyśmy w miasto. Był Rynek Staromiejski, zegar astronomiczny, wąskie uliczki i kolorowe kamienice. Rozmawiałyśmy o pracy, planach, pomysłach i miejscach, które chciałybyśmy jeszcze zobaczyć. Zatrzymywałyśmy się przed wystawami, wypatrując ciekawych kształtów i detali, które mogłyby stać się inspiracją do kolejnych projektów biżuterii.
– Zobacz ten kształt – mówiła Majka.
– Widzę.
– To mogłoby być ciekawe.
– Właśnie pomyślałam o tym samym.
Bo nawet na wyjeździe odpoczynek nie oznaczał dla nas całkowitego odcięcia się od tego, co lubimy robić. Chodziło raczej o to, żeby znaleźć równowagę. Mieć przestrzeń na pracę, ale także na przyjemność. Na pomysły, ale też na zwyczajne siedzenie przy herbacie.
Weekend minął szybko. Wracałyśmy zmęczone, ale zadowolone, z głowami pełnymi wspomnień i kolejnych planów.
– To co? Wracamy? – zapytała Majka w drodze na lotnisko.
– Niestety.
– Szkoda.
– Ale przecież możemy tu jeszcze wrócić.
Spojrzała na mnie.
– Możemy. Tylko następnym razem na dłużej.
I znów okazało się, że jeden wyjazd może być początkiem następnego.
Z czasem zaczęłyśmy też inaczej myśleć o odpoczynku. Po odejściu Ewy coraz bardziej pilnowałyśmy badań profilaktycznych, zwracałyśmy uwagę na zdrowie i starałyśmy się więcej ruszać. Nie robiłyśmy z dnia na dzień rewolucji. Nie zamierzałyśmy od jutra żyć wyłącznie sałatą, biegać o szóstej rano i medytować przed wschodem słońca. Zrozumiałyśmy jednak, że nie można bez końca odkładać siebie na później.
W ten sposób pojawił się pomysł regularnych wyjazdów do SPA. Nasze pobyty były trochę nietypowe, bo zamiast piątku, soboty i niedzieli wybierałyśmy wtorek, środę i czwartek. Szybko odkryłyśmy, że to świetne rozwiązanie. Było spokojniej, często taniej, a przede wszystkim miałyśmy poczucie, że na chwilę wymykamy się codziennemu kieratowi.
Oczywiście zabierałyśmy ze sobą laptopy.
– Tylko sprawdzimy pocztę – mówiła jedna.
– Tylko najważniejsze rzeczy – odpowiadała druga.
Po kilku godzinach padało nieuniknione pytanie:
– Miałaś nie pracować.
– Ja nie pracuję.
– To co robisz?
– Odpisuję.
– Czyli pracujesz.
– Nie. Porządkuję.
I na tym kończyła się dyskusja, bo obie doskonale wiedziałyśmy, że każda zrobi po swojemu.
Najważniejszy był jednak widok na Tatry. Wystarczyło wysiąść z samochodu, spojrzeć na góry i nagle człowiekowi łatwiej było odetchnąć. Chmury przesuwały się nad szczytami, światło zmieniało kolory krajobrazu, a my przez kilka minut nie musiałyśmy niczego rozwiązywać ani organizować.
– No dobrze… to po co nam właściwie ten laptop? – pytałyśmy czasami.
Odpowiedź znałyśmy, ale coraz częściej komputer zostawał zamknięty.
Te wyjazdy stały się naszym małym rytuałem. Kawa, rozmowy, zabiegi, sauna, basen, spacer albo herbata wypita bez pośpiechu. Rozmawiałyśmy o wszystkim: o pracy, ludziach, planach, pomysłach i sprawach zupełnie nieistotnych. Właśnie te rozmowy okazywały się najcenniejsze. Nie trzeba było niczego udowadniać ani podejmować ważnych decyzji. Można było po prostu być.
Zrozumiałyśmy też, że odpoczynek nie jest nagrodą za dobrze wykonaną pracę. Nie należy się dopiero wtedy, kiedy wszystkie obowiązki zostaną spełnione, wszystkie telefony odebrane, a wszystkie maile doczekają się odpowiedzi. Bo taki moment może nigdy nie nadejść.
Dlatego zaczęłyśmy planować czas dla siebie z taką samą starannością, z jaką planowałyśmy pracę.
Co dwa miesiące. Od wtorku do czwartku. Najlepiej z widokiem na Tatry.
A kiedy znajomi spoza Krakowa pytali, kiedy najlepiej przyjechać do naszego miasta, coraz częściej odpowiadałyśmy:
– Od wtorku do czwartku!
Patrzyli na nas ze zdziwieniem.
– Ale dlaczego?
No właśnie. Dlatego, że miasto w środku tygodnia potrafi być zupełnie inne. Można spokojniej zwiedzać, zatrzymać się na kawę, wejść do muzeum, pospacerować bez poczucia, że trzeba jak najszybciej zobaczyć wszystko. Można po prostu dać sobie czas.
Dzisiaj, kiedy myślę o tych wszystkich chwilach, widzę, że łączy je coś więcej niż wspólne wyjazdy. Rejs po Wiśle, spacer po Pradze i pobyty w SPA były różnymi sposobami na to samo: na odzyskiwanie czasu dla siebie i dla ludzi, którzy są dla nas ważni.
Ewa nie mogła nam tego powiedzieć ani nas tego nauczyć w taki sposób, jakiego byśmy chciały. Ale jej odejście sprawiło, że mocniej uświadomiłyśmy sobie, jak kruche potrafi być życie. Jak łatwo uwierzyć, że na wszystko przyjdzie odpowiednia pora. Że kiedyś zrobimy badania, kiedyś odpoczniemy, kiedyś odwiedzimy przyjaciół, kiedyś pojedziemy w wymarzone miejsce.
Tymczasem życie dzieje się teraz.
