Rok Pański 1625 przyniósł na podolskie pogranicze jedno z tych gorących, niespokojnych lat, kiedy powietrze pachniało dymem jeszcze zanim pojawił się ogień. Między Bracławiem a Hajsynem, tam gdzie lasy schodziły stromymi jarami ku wodom Bohu Południowego, stała nadal mała kamienna strażnica, którą dowodził rotmistrz Stanisław Straż – wciąż twardy jak klinga szabli.
— Panie rotmistrzu — mawiali ludzie — jeszcze was kule nie biorą, ani choroby.
— Kule? — odpowiadał krótko. — Kule mają swoje sprawy. Ja mam swoje.
Urodzony w 1585 roku, miał za sobą kilkanaście lat służby na kresach. Znał tatarski ślad, kozacką mowę i ciszę lasu lepiej niż większość ludzi znało własną chałupę.
Tego lata psy wyły dłużej niż zwykle.
— Nie podoba mi się to — mruknął jeden z wachmistrzów.
— Psy zawsze coś wiedzą — odparł drugi. — Tylko gadać nie umieją.
Najpierw przyszła wieść, że duży czambuł przeszedł przez okolice Hajsyna.
— Ilu ich? — zapytał Straż.
— Mówią, że jak mrówek — odpowiedział posłaniec.
Potem zobaczono dymy. A potem przyszli oni – szybcy, okrutni, znajomi jak coroczna zaraza. Spalili kilka wsi, zabrali ludzi w jasyr, pognali bydło. Ci, co ocaleli, uciekli do okolicznych lasów.
Do strażnicy dobiegli pierwsi uciekinierzy.
— Ratujcie, panie! — krzyczała kobieta z dzieckiem. — Wszystko spalili!
— Spokojnie — powiedział Straż, kładąc jej dłoń na ramieniu. — Kto żyw, zostanie pod opieką.
Rotmistrz Straż nie czekał na rozkazy.
— Siodłać konie — rzucił krótko. — Ruszamy.
— Panie rotmistrzu, a rozkazy z Bracławia? — zapytał Grzegorz.
— Ogień nie czeka na pieczęcie wachmistrzu— uciął Straż. — My też nie będziemy.
Zebrał swój oddział i ruszył w pościg wzdłuż doliny Bohu. Dogonili Tatarów następnego dnia.
— Na Boga, ilu ich! — syknął ktoś w szeregu.
— Tylu, ilu trzeba, żebyśmy mieli robotę — odpowiedział Straż.
Bitwa była krótka, zaciekła i krwawa.
— Za mną! — krzyknął rotmistrz, tnąc z góry.
— Bij! Nie puszczaj! — niosło się po polu.
Odbili część jeńców, odzyskali część łupu. Lecz zwycięstwo, jak to na pograniczu, miało gorzki smak.
Gdy wrócili do obozu, choroba przyszła cicho, jak złodziej.
— Co z nim? — zapytał Straż, patrząc na jednego z żołnierzy.
— Gorączka, panie rotmistrzu. Trzęsie nim jak w febrze.
Najpierw gorączka chwyciła zwykłych żołnierzy. Potem podoficerów.
— To od koni tatarskich — mówił jeden.
— Kara Boska — szeptał drugi.
W końcu padł i sam rotmistrz.
Leżał na posłaniu w strażnicy, trawiony ogniem, majaczący, bliski śmierci.
— Wody… — szeptał przez spierzchnięte usta.
— Już, panie, już — odpowiadał któryś z ludzi, bezradnie.
— Trzymajcie go — mówił inny. — Bo się rzuca.
Ludzie szeptali po kątach.
— Nie przeżyje — powiedział ktoś cicho.
— Taki człowiek? — zaprzeczył drugi. — Nie może tak odejść.
Trzeciej nocy nikt już nie dawał mu szans.
Wtedy przyszedł sen.
Rotmistrz zobaczył las spowity gęstą, srebrzystą mgłą. Spomiędzy drzew sączyło się jasne, spokojne światło.
Usłyszał głos – niski, spokojny, jakby sama ziemia przemawiała:
— Nie w rzece szukaj ratunku, bo rzeka niesie ze sobą wszystko, co minęło. Idź tam, gdzie woda rodzi się w ciszy. Tam jest życie.
— Kto mówi?… — wyszeptał we śnie.
Lecz odpowiedzi już nie było.
Obudził się zlany potem, lecz przytomny.
— Słyszycie… — wyszeptał, ledwo poruszając ustami. — Źródło…
— Co mówi? — zapytał jeden z żołnierzy.
— Źródło — powtórzył drugi. — Jakie źródło?
Wtedy odezwał się stary Kozak, Hryćko.
— A bo ja słyszałem — powiedział powoli — że w lesie, niedaleko stąd, jest takie miejsce… źródełko. Małe, ale czyste. Zapomniane.
— Czemuś wcześniej nie gadał? — burknął ktoś.
— Bo kto by wierzył starym bajkom? — wzruszył ramionami Hryćko. — A teraz… spróbować nie zaszkodzi.
— Idźcie — rozkazał cicho Grzegorz. — Przynieście tej wody.
Przynieśli wodę.
Najpierw obmyli rany rotmistrza.
— Delikatnie, do diabła — syknął Grzegorz.
— Ciszej, wachmistrzu — odpowiedział Hryćko. — Jak dziecko go myjemy.
Potem dali mu pić.
— Pijcie, panie rotmistrzu — powiedział Grzegorz, podtrzymując mu głowę. — To dobra woda. Ja to czuję.
Następnego ranka gorączka wyraźnie osłabła.
— Patrzcie… — szepnął ktoś. — Już tak nie płonie.
Po trzech dniach Straż usiadł.
— Gdzie ja… — mruknął.
— Między swoimi, panie — uśmiechnął się Hryćko. — Jeszcze was ziemia nie chce.
Po tygodniu chodził.
— Mówiłem wam — rzucił jeden z żołnierzy — że go kule nie biorą.
— Ani febra — dodał drugi.
A ci, którzy pili z tego samego źródła, zdrowieli – nie wszyscy, lecz na tyle wielu, by nawet najwięksi niedowiarkowie zamilkli.
Gdy siły mu wróciły, rotmistrz kazał zbudować przy źródełku prosty drewniany krzyż i obłożyć go kamieniami.
— Tu — powiedział, wskazując miejsce. — Tu stanie.
— Zwykły krzyż, panie? — zapytał cieśla.
— Najprostszy — odparł Straż. — Tym lepszy.
Gdy wszystko było gotowe, stanął przed nim i przemówił głośno, tak by wszyscy słyszeli:
— Nie myśmy się ocalili. To nas ocalono.
Zapadła cisza.
— Niechaj więc to miejsce zwie się odtąd Svyata Kyrnychka – Święta Studzienka.
— Święta… — powtórzył ktoś cicho.
— Zapamiętajcie — dodał Straż. — Bo przyjdą czasy, gdy tylko takie miejsca zostaną.
Kilka lat później, za zasługi w obronie kresów, król nadał Stanisławowi Strażowi ziemie. Wśród nich był Wojtowiec, zwany też Semenkami, położony niedaleko strażnicy i świętego źródła.
Starzał się rotmistrz.
— Coraz rzadziej na koń, panie — zauważył Hryćko.
— Bo koń młodszy ode mnie — uśmiechnął się Straż.
Częściej za to siadywał wieczorami przy Kyrnychce.
— Czego słuchacie? — zapytał kiedyś młody chłopak.
— Wody — odpowiedział rotmistrz. — Ona więcej pamięta niż my.
Czasem tylko głową kiwał, jakby z kimś rozmawiał.
A gdy przyszły wielkie wojny – Chmielnickiego, potop szwedzki, kolejne najazdy – strażnica obróciła się w ruinę, wsie zmieniły nazwy, ludzie się rozeszli.
Lecz źródło zostało.
Do dziś starzy ludzie z Kunówki, Kropiwny i Semenek mówią:
— Woda tam zimna jak dawniej.
— I pomaga — dodaje drugi. — Ale nie każdemu.
— A komu?
— Temu, co przychodzi nie tylko po wodę.
Bo na tej ziemi, gdzie nigdy nie było pewności jutra, czasem największe cuda przychodzą w najcichszych miejscach.
