jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
    GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 3

    by Jolanta Strażyc 2026-01-10

    Jesień 1892

    Poranek w Gruszczynie był chłodny. Nad polami unosiły się delikatne mgły, wijąc się między drzewami jak mleczne wstęgi. Liście w sadzie szeleściły cicho, jakby szeptały między sobą wiadomości o nadchodzącej zimie.

    Stefan Skarbek-Kruszewski, od niedawna znowu w domu po latach nauki w Berlinie, szedł powoli obok matki. Adela, mimo zbliżających się pięćdziesięciu lat, trzymała się prosto i pewnie, a brzeg jej ciepłej, wełnianej chusty kołysał się lekko przy każdym kroku.

    – Dobrze tu znów być – odezwał się Stefan, rozglądając się po znajomych polach. – Człowiek dopiero po powrocie widzi, jak bardzo tęsknił.

    – Dom zawsze przyciąga – odparła Adela. – Choć Janusz pewnie powie to samo dopiero za kilka lat, kiedy nacieszy się Warszawą.

    – To jego ulubione miasto – mruknął Stefan z rozbawieniem. – A tam… więcej pokus niż zajęć.

    – I pewnie dlatego Adelajda z Tomaszem wracają do nas coraz częściej – powiedziała matka. – Choć sprzedali Lipie i przenieśli się do Warszawy, mają chyba dość gwaru miasta.

    Stefan skinął głową.

    – Mówili mi, że w Krasocinie, u krewnych Tomasza, lepiej im się oddycha niż między warszawskimi kamienicami. Ale cieszę się, że wpadną jeszcze tej jesieni. Bez nich w domu pusto.

    – I tak mi uciekacie jeden po drugim – westchnęła Adela. – Najpierw Adelajda wyszła za Tomasza, potem Irena zaczęła myśleć o wyjeździe do ciotki na zimę… A Konstancja już też wyciąga rękę po swój los.

    Chwilę szli w ciszy, słuchając szelestu liści. Wysokie klony otaczały aleję niczym barwne łuki, obsypując ich żółtym deszczem.

    – Wiesz, mamo – odezwał się w końcu Stefan – im dłużej tu idę, tym mocniej czuję, że to mój dom. Choć życie nas rozrzuca, zawsze wracamy do Gruszczyna.

    Adela dotknęła jego ramienia.

    – I oby zawsze tak było.

    Dziedzictwo trwa, gdy pojawia się nowe pokolenie

    Dzień 29 stycznia 1893 roku był przenikliwie mroźny.

    Dwór w Gruszczynie tonął w śnieżnej ciszy. Była noc, dochodziła jedenasta, jednak w oknach nadal tliły się światła lamp naftowych.

    Adelajda Wodzińska leżała na posłaniu, zmęczona, ale szczęśliwa. Obok niej, owinięty w biały becik, spał chłopczyk o drobnej twarzyczce i mocno zaciśniętych piąstkach.

    Tomasz pochylił się nad żoną.

    – Adelajdo… jest zdrowy. Lekarz mówi, że silny jak na zimowe dziecko.

    Adelajda uśmiechnęła się z dumą.

    – Kazimierz – wyszeptała. – Chcę, żeby miał imię ojca.

    Tomasz skinął głową bez słowa. Wspomnienie zmarłego przed dziewięciu laty pana Kruszewskiego wciąż wisiało nad rodziną żony jak wierny cień.

    W pokoju obok zgromadzona rodzina szykowała się do snu, choć wszyscy czekali jeszcze na wieści.

    Babcia Nepomucena, trzymając dłonie splecione na kolanach, spojrzała na krewnych z powagą przełamaną wzruszeniem.

    – Prawnuk Wodziński – rzekła – ale z Kruszewskiej. Dziedzictwo trwa, gdy pojawia się nowe pokolenie.

    – Pięknie powiedziane – odezwała się Adela. – Ważne, że przyszedł na świat zdrowy. To wielki dar.

    Nepomucena skinęła głową.

    – Adelajda… dzielna dziewczyna.

    – Widać, że serce jej rośnie – odezwała się z cichą radością Adela.

    W drzwiach pojawił się Stefan.

    – Mamo, mogę jutro pojechać do proboszcza? Powinien wiedzieć o narodzinach Kazimierza.

    – Możesz, dziecko – odpowiedziała Adela. – I weź ze sobą Janusza, żebyś nie jechał sam po tych zaśnieżonych drogach.

    Nepomucena rozglądała się po wnukach z mieszaniną dumy i wzruszenia. – Patrzcie tylko… – powiedziała. – Ja już swoje lata mam, a mimo to każde takie narodziny… to jak otwarcie okna na wiosnę, nawet w środku zimy.

    Adela ujęła jej dłoń.

    – Chodźmy zobaczyć małego. Tomasz mówił, że już zasnął.

    – Zobaczę – odparła Nepomucena, podnosząc się powoli. – Chodź na chwilę. Bo kto wie, ile jeszcze takich chwil będzie mi dane.

    Wszyscy podnieśli wzrok, jakby w jednym momencie poczuli wagę jej słów. A potem, Nepomucena, Adela, Stefan, Janusz, Irena i Konstancja, krok po kroku ruszyli razem ku drzwiom, by przywitać nowe życie i początek kolejnego pokolenia.

    Pierwszy sakrament nowego życia

    Chrzest Kazimierza Wodzińskiego odbył się w połowie lutego 1893 roku w Krasocinie. Świat wokół zdawał się czekać: mróz zelżał, a pierwsze promienie zimowego słońca odbijały się od śnieżnych zasp.

    Irena Skarbek-Kruszewska, siostra Adelajdy, trzymała chłopca do chrztu. Miała dwadzieścia cztery lata i poważny, skupiony wzrok. Po drugiej stronie stał Adam Popławski – właściciel pobliskiego majątku Promnik, przyjaciel Tomasza.

    – Niech rośnie na pociechę rodzicom – powiedział Adam, gdy składali podpisy.
    – I na dumę całemu domowi – dodała Irena, poprawiając koronkową czapeczkę na główce dziecka…

    Niespełna rok później Stefan otrzymał zaproszenie od Edwarda Łuszczkiewicza, przyjaciela jeszcze z młodzieńczych lat. Chrzest jego syna miał odbyć się w styczniu, w gronie bliskich i przyjaciół.

    – Cieszę się, że jesteś, Stefanie – powiedział Edward, ściskając mu dłoń po ceremonii. – To ważny dzień.

    Dom Edwarda Łuszczkiewicza był znany i szanowany w okolicy. Rodzinę miał dużą, szczególnie ze strony żony – Marii z Chelińskich.

    To właśnie tam Stefan poznał siostrę Marii – Franciszkę. Przedstawiono ich sobie zaraz po powrocie z kościoła.

    Rozmowa była krótka, uprzejma, zupełnie niewyróżniająca się spośród wielu innych tego popołudnia. Stefan więcej czasu poświęcał rozmowom z Edwardem i mężczyznami z rodziny niż obserwowaniu zgromadzonych pań.

    Nie zauważył od razu, że Franciszka, co jakiś czas zerkała nieśmiało w jego stronę. Dopiero Edward, częstując go papierosem w palarni, pochylił się i powiedział półgłosem:

    – Zdaje się, że zrobiłeś wrażenie.

    Stefan spojrzał na niego z lekkim rozbawieniem.

    – Wątpię – odparł cicho. – To dzień twojego syna, nie mój.

    Edward uśmiechnął się znacząco, ale nie drążył tematu.

    Stefan zapamiętał tamto spotkanie jedynie jako jedno z wielu zimowych zgromadzeń — ciepłe, głośne, pełne rodzinnych powiązań. Nie wiedział jeszcze, że wśród rozmów, spojrzeń i zwykłych uprzejmości kryją się czasem początki, które potrzebują czasu, by dać o sobie znać…

    Tymczasem Janusz, coraz rzadziej pojawiał się w domu. Warszawa pochłonęła go bez reszty – najpierw studia, potem praca, a wreszcie pewna panna.

    Gdy wiadomość ta dotarła do Gruszczyna, Stefan czytał list dwukrotnie, nie wierząc własnym oczom.

    – Żeni się – powiedział matce, odkładając kartkę na stół. – Janusz… przede mną.

    Adela uniosła brwi, ale na jej twarzy widać było wzruszenie.

    – Każde z was ma swój czas. Napisz mu, że przyjedziemy.

    Janusz i Helena (2 kwietnia 1894 roku)

    W Kościele pod wezwaniem świętego Aleksandra w Warszawie panował jeszcze poranny chłód, który wczesnowiosenne słońce dopiero zaczynało wypierać z wysokich murów. Między kolumnami unosił się cichy szmer rozmów, szelest sukien i przytłumione kroki kolejnych gości, którzy zajmowali miejsca, witając się półgłosem z krewnymi i znajomymi.

    W pierwszym rzędzie siedziała babcia Nepomucena w towarzystwie wnuczek.

    – A ja wam mówię, że wiosenny ślub to najlepsza rzecz – oznajmiła pogodnie. – Wszystko wtedy zaczyna się od nowa, nawet stare kości czują się młodsze.

    – Babciu, ty zawsze młoda – szepnęła Irena, poprawiając kapelusz.

    – A ja myślę, babciu, że każda pora dobra na ślub, byle z miłości – wtrąciła spokojnie Konstancja, uśmiechając się z lekką przekorą.

    Nieopodal, blisko przejścia głównego, zajęła miejsce Joanna Kiślańska matka panny młodej. Obok niej siedziała Adela Skarbek-Kruszewska, matka pana młodego i jedna z jej córek Adelajda wraz z mężem Tomaszem Wodzińskim.

    – Jak ten czas szybko mija – szepnęła Adela do Joanny. – Pamiętam chrzciny Helenki. Nasi mężowie razem zapisali ją w naszym kościółku w Lgocie.

    – Tak – odpowiedziała Joanna z westchnieniem. – Jaka szkoda, że ich tu nie ma z nami.

    Nieco dalej miejsce zajęła rodzina Colonna-Walewskich: Leon, młodszy brat Adeli, z żoną Leonią ze Złotnickich oraz ich dziećmi: Haliną, Janiną i Bolesławem.

    Młodzi Walewscy z ciekawością rozglądali się po wnętrzu świątyni, chłonąc podniosłą atmosferę chwili.

    Już idą? – zapytała szeptem Janina, nachylając się w stronę rodzeństwa.

    Odpowiedzią było poruszenie wśród zgromadzonych. Drzwi kościoła otworzyły się szeroko i w progu pojawiła się młoda para: Janusz Skarbek-Kruszewski i Helena Kiślańska.

    – Jaka piękna para – szepnęła z zachwytem Maria z Kiślańskich Orłowska do stojącej obok siostry.

    Zofia Kiślańska uśmiechnęła się tylko, po czym przybliżyła się do brata – Może i do nas kiedyś szczęście się uśmiechnie, Witoldzie.

    – Ależ ja jestem szczęśliwy moja droga – odparł z przekąsem.

    – Ciiiszej – upomniał ich Edward Orłowski. – Później sobie porozmawiacie.

    Po zakończeniu ceremonii wszyscy zgromadzili się przed kościołem.

    – Niech wam Pan Bóg błogosławi – powiedziała babcia Nepomucena, ściskając dłonie młodej pary.

    – Wszystkiego, co najpiękniejsze na nowej drodze życia moi kochani – dodała Adela.

    – A każdy wspólny dzień niech będzie powodem do uśmiechu – powiedziała Joanna Kiślańska z tą matczyną dumą, która pojawia się, gdy córka zaczyna zupełnie nowy rozdział życia.

    Stefan uścisnął dłoń brata. – I stało się – powiedział z uśmiechem. – Wszystkiego najlepszego.

    – Dziękuję, Stefanie – odparł szczęśliwy nowożeniec. Myślę, że niedługo i ja będę świadkiem na twoim ślubie. – O, i jest nasz drugi świadek – dodał, ściskając dłoń Feliksa Kiślańskiego.

    – Cała przyjemność po mojej stronie, panie szwagrze – odparł Feliks. Dbaj o moją ulubioną siostrę.

    – Miłości, która nie przemija, szczęścia, które się mnoży, i wspólnego życia, które z każdym rokiem smakuje coraz lepiej – powiedział Leon Colonna-Walewski obejmując siostrzeńca i całując w czoło Helenę.

    – Ja również przyłączam się do słów ojca – dorzucił Bolesław – i życzę wam samych szczęśliwych chwil.

    – A ja wam życzę cierpliwości w drobnych sprzeczkach i miłości, która zawsze wygra każdą różnicę zdań – powiedział Edward Orłowski.

    Serdeczności trwały jeszcze dłuższą chwilę, po czym zaproszeni goście udali się do domu Kiślańskich na uroczysty obiad.

    Dzwony kościelne odezwały się radośnie w samo południe, a wiosenne powietrze niosło ich dźwięk daleko po warszawskich ulicach, jakby samo miasto chciało zapamiętać ten ślub na długo.

    Początek nieoczekiwanych zdarzeń

    Stefan Skarbek-Kruszewski nie spieszył się z powrotem do Gruszczyna. Został w Warszawie aż do końca kwietnia, jakby chciał zatrzymać w sobie echo wiosennych wydarzeń…

    Maj 1894 roku okazał się czasem wyjątkowo towarzyskim. Spotkania i uroczystości odbywały się najczęściej w domach Łuszczkiewiczów, Lubienieckich oraz Rudzkich, a gdziekolwiek pojawił się Stefan, tam niemal zawsze obecna była także Franciszka Chelińska.

    Przypadek? A może ciche swaty, prowadzone z dyskrecją właściwą ludziom dobrze ułożonym?

    – Panna Franciszka, to dobra dziewczyna, cicha, łagodna – zachwalał ją Edward Łuszczkiewicz.

    – A i dom szanowany, licznie spokrewniony w Kieleckiem – dodał Józef Lubieniecki.

    – Dziewięć córek, ale i dziewięć folwarków w wybornej ziemi nad Nidą – dorzucił ponownie Edward, jakby zamykając temat liczbą, która robiła wrażenie.

    – W sumie Antonina z Makólskich, żona Franciszka Chelińskiego, urodziła jedenaścioro dzieci – zaczął opowieść Józef. – Dwóch pierwszych synów zmarło jako dzieci. Później rodziły się już tylko córki. Podobno bardzo pragnęli jeszcze syna i pani Antonina odbyła pielgrzymkę do Częstochowy dla uproszenia męskiego potomka. Ale gdy po powrocie przyszły na świat kolejne dwie dziewczynki, bliźniaczki, przestali się Panu Bogu naprzykrzać. Ten zaś dołożył im już tylko jedną córkę – i na dziewięciu stanęło.

    Stefan uśmiechnął się tylko pod nosem. Panowie, do których z czasem dołączyły także ich małżonki, z zapałem wyliczali kolejne zalety Franciszki, jakby los miał się rozstrzygnąć samą sumą pochwał.

    Chelińscy

    Franciszek Cheliński wydawał córki za mąż według ścisłego starszeństwa. W roku 1890 przyszła kolej na piątą z rzędu – Franciszkę. Była panną zupełnie ładną i odpowiednią, lecz kandydatowi na zięcia spodobała się nie ona, a Maria, szósta córka Chelińskich.

    – Moje córki to nie ulęgałki. Nie przebierać, brać po kolei. – Powiedział Franciszek Cheliński, gdy Edward Łuszczkiewicz poprosił o rękę Marii.

    Zakochany od pierwszego wejrzenia Łuszczkiewicz nie ustąpił. Jako zadośćuczynienie próbował jednak po cichu znaleźć Franciszce odpowiedniego kandydata na męża. Los nie sprzyjał tym staraniom. Franciszka, pozostająca w ciągłych podróżach z rodzicami lub zamężnymi siostrami, rzadko bywała w domu Łuszczkiewiczów. A i samo odrzucenie przez Edwarda, sprawiło, że zaczęła unikać ich towarzystwa, zachowując dystans, którego nie potrafiono tak łatwo skrócić.

    Od ślubu Marii Chelińskiej z Edwardem Łuszczkiewiczem minęły już ponad trzy lata, a Franciszka Chelińska wciąż pozostawała w stanie panieńskim, czym coraz bardziej niepokoiła rodziców oraz zamężne siostry. W domu Chelińskich temat ten powracał regularnie, szeptany przy herbacie, omawiany podczas wizyt rodzinnych i przy każdej okazji, gdy zbierało się grono krewnych.

    Pojawił się wprawdzie Stefan Karski – cichy i nieśmiały wielbiciel Stefani – siódmej córki Chelińskich – lecz rodzina była nieugięta. Porządek musiał być zachowany: najpierw Franciszka.

    W ten sposób Stefan Skarbek-Kruszewski znalazł się nagle na swoistej „linii ognia”. Otoczony życzliwymi podszeptami, aluzjami i niepozornymi sugestiami ze strony Edwarda Łuszczkiewicza, Józefa Lubienieckiego oraz ich małżonek – Marii i Antoniny, sióstr Franciszki – w końcu uległ temu, co w owych czasach nazywano raczej rozsądkiem niż uczuciem.

    Wraz z pierwszymi oznakami nadchodzącego lata Stefan zdecydował się na krok, który zgodnie z obyczajem musiał poprzedzać wszelkie dalsze starania. Udał się na rozmowę z ojcem panny, Franciszkiem Chelińskim – starszym już jegomościem o sumiastym wąsie, znanym i szanowanym ziemianinem powiatu jędrzejowskiego, właścicielem Kotlic i kilku folwarków.

    W tamtych czasach początkowy etap starań nie zakładał wcale rozmów ani spotkań z samą panną.[1] Najpierw należało nawiązać relację z jej rodziną: składać krótkie wizyty, rozmawiać z ojcem, zbierać informacje o kondycji majątkowej obu domów, o zamiarach kawalera i jego widokach na przyszłość. Dopiero po uzyskaniu wyraźnej zgody ojca panny wolno było „uderzać w konkury”.

    Randki, jeśli w ogóle można było tak je nazwać, były grą ściśle regulowaną przez etykietę. Rodzina i status społeczny górowały nad uczuciami, a każde spotkanie młodych odbywało się pod czujnym okiem krewnych. W przypadku Franciszki rolę tę naturalnie pełniły Maria, żona Edwarda Łuszczkiewicza, oraz Antonina, żona Józefa Lubienieckiego.

    Gdy Franciszka przyjęła oświadczyny, rozpoczął się czas przygotowań do wesela. Stefan zajmował się organizacją przyszłego życia – mieszkaniem i zapleczem materialnym – natomiast Franciszka, wspierana przez matkę i siostry, kompletowała wyprawę i niezbędne rzeczy…

    Stefan i Franciszka (15 sierpnia 1894 roku)

    W samym sercu Mokrska Dolnego wznosił się kościół parafialny pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny — od pokoleń miejsce najważniejszych wydarzeń w życiu okolicznych rodzin. Do tej parafii należał także majątek Kotlice, zakupiony przez Franciszka Chelińskiego 4 czerwca 1860 roku. Od tamtej pory to właśnie tutaj, przed ołtarzem Przenajświętszej Patronki, gromadzili się Chelińscy podczas niedzielnych i świątecznych nabożeństw i rodzinnych uroczystości.

    W piękne, sierpniowe popołudnie 1894 roku, niemal w ostatniej chwili, przed kościół zajechał powóz zaprzężony w czwórkę koni. Przybyła nim rodzina pana młodego. Z powozu wysiadła babcia Nepomucena — zwykle wesoła i dziarska staruszka, dziś już wyraźnie zmęczona wiekiem, lecz wciąż trzymająca się godnie. Towarzyszyła jej synowa, Adela Skarbek-Kruszewska, matka pana młodego, oraz jej córki: Irena i Konstancja.

    — Już jesteśmy, mamo — odezwała się cicho Adela.

    — Byle zdążyć przed młodymi — odparła staruszka z lekkim uśmiechem. — Choć dziś nogi nie te co dawniej.

    Do powozu podbiegł Janusz.

    — Mamo, babciu jak dobrze, że jesteście — powiedział, podając ramię Nepomucenie.

    — Droga była długa Januszku, ale Pan Bóg doprowadził — odpowiedziała pogodnie.

    Przed wejściem do kościoła oczekiwali ich świadkowie: Józef Lubieniecki i Edward Łuszczkiewicz oraz ojciec panny młodej Franciszek Cheliński.

    — Wszystko gotowe — powiedział Franciszek, kłaniając się damom. — Kościół pełen, czas najwyższy.

    Pozostali goście — liczna rodzina i przyjaciele obu domów zajęli już miejsca w kościele. Kruszewscy przeszli nawą ku pierwszej ławce po prawej stronie, gdzie czekały dla nich przygotowane miejsca. Gdy już usiedli, w drzwiach kościoła pojawiła się młoda para: Stefan Skarbek-Kruszewski i Franciszka Palmira Chelińska. Przeszli powoli ku ołtarzowi, wśród skupionych spojrzeń zgromadzonych.

    — Niech Matka Najświętsza ma was w swojej opiece — szepnął ktoś z pierwszych ławek.

    Ślubu udzielał ksiądz Wincenty Cheliński – stryjeczny brat Franciszki i jej rówieśnik.

    Po zakończeniu nabożeństwa nowożeńcy zatrzymali się jeszcze na chwilę modlitwy przed bocznym ołtarzem z krucyfiksem. Następnie przyjęli życzenia od rodziny i gości, po czym wśród odgłosów rozmów i powozów ruszono w drogę do dworu w Kotlicach, oddalonego o około cztery kilometry, gdzie czekała dalsza część uroczystości.

    Na ślub i wesele Stefana i Franciszki zjechała się ich liczna rodzina. Mówiono potem, że zaproszono ponad sto osób.

    – Tyle rodzin w jednym miejscu – zauważył bratanek gospodarza ks. Wincenty Cheliński – To już nie wesele, to zjazd rodzinny.

    – I dobrze księże dobrodzieju – odpowiedział Leon Colonna-Walewski. – Takie chwile zapadają w pamięć.

    Dom Chelińskich słynął z gościnności. Stoły uginały się pod ciężarem wykwintnych potraw. Nie zabrakło też pieczonych pawi, które w tamtej okolicy z całą, stojącą szafirową szyją na weselach podawano. Domowe trunki, w tym słynna wiśnióweczka pani domu, której przepisu strzegła jak oka w głowie.

    Muzyka rozbrzmiewała niemal bez przerwy. Tańczono do białego rana, a światła w oknach gasły i zapalały się na nowo, gdy jedni goście odpoczywali, a inni wracali na parkiet. Śmiech, rozmowy i dźwięki kwartetu kieleckich grajków niosły się daleko po okolicznych lasach i polach…

    Na nowej drodze życia

    Młoda para zamieszkała w pięknie urządzonym dworze w Gruszczynie, gdzie wszystko sprzyjało temu, by ich dni upływały szczęśliwie.

    Stefan i Franciszka stworzyli rodzinę, która – jak mawiała babcia Nepomucena – „miała w sobie pogodę”.

    — Odkąd tu zamieszkałaś, Franiu, w tym domu zawsze jest jasno, nawet gdy za oknem szaro — powiedziała staruszka, układając kwiaty w wazonie.

    Franciszka uśmiechnęła się tylko, lekko speszona.

    Babcia Nepomucena przyglądała się jej z wyraźnym zadowoleniem. Z satysfakcją zauważała, że w Gruszczynie wszystko znalazło swoje miejsce — ludzie, sprawy, a nawet codzienne troski. I choć nigdy by tego głośno nie przyznała, była przekonana, że to zasługa młodej pani domu.

    23 lipca 1895 roku, ciszę Gruszczyna przerwał pierwszy płacz nowo narodzonego dziecka. Na świat przyszedł Jerzy Benedykt Franciszek Skarbek-Kruszewski. Radość mieszała się jednak z niepokojem – chłopiec był słaby, urodzony przed wyznaczonym terminem.

    — Jest taki maleńki… — wyszeptała Franciszka, tuląc dziecko.
    — Ale silny duchem — odparł Stefan, ściskając jej dłoń. — Będzie żył, zobaczysz.

    Tego samego dnia ksiądz Ignacy Kubacki ochrzcił dziecko w domu Kruszewskich, jedynie wodą. Pierwsze dni były ciężkie i pełne niepewności. Przy małym Jerzyku czuwano na zmianę, szeptano modlitwy, a mamka Marychna Wolska — zdrowa i silna — karmiła go z oddaniem.

    — Nie bójcie się — mówiła spokojnie. — To dziecko ma wolę życia.

    I rzeczywiście, z każdym dniem chłopiec nabierał sił. Gdy nadszedł początek października, Jerzyk był już na tyle silny, by można było dopełnić obrzędu chrztu — a w sercach domowników zagościła cicha, wdzięczna radość.

    Chrzest Jerzego

    Chłodne październikowe popołudnie przenikało powietrze w Krasocinie. Nad wsią unosił się zapach wilgotnej ziemi i opadłych liści, a dzwon kościelny bił powoli, jakby w zamyśleniu. Wnętrze świątyni – chłodne, pachnące kamiennymi murami i kadzidłem – wypełniło się przyciszonymi głosami rodziny Skarbek-Kruszewskich i ich przyjaciół.

    Franciszka trzymała synka w ramionach, otulonego szczelnie, jakby chciała uchronić go przed jesiennym chłodem. Stefan kroczył tuż obok, co chwila spoglądając na dziecko z cichą, ojcowską dumą.

    Do chrzcielnicy podeszli chrzestni. Sergiusz Niemojewski skinął Stefanowi z powagą.

    – Piękny chłopak. Silny będzie, zobaczysz.

    Stefania Karska, w delikatnej, kremowej sukni, pochyliła się nad dzieckiem.
    – A oczy ma takie jak Franciszka. Niech mu Pan Bóg błogosławi.

    Za nimi stanęli asystujący: hrabia Stanisław Tarło, w eleganckim, ciemnym surducie, oraz Zofia Piotrowska z Ludyni.

    Po błogosławieństwie wszyscy, zgodnie z tradycją, podeszli, aby dotknąć becika lub przynajmniej zamienić kilka słów z młodymi rodzicami.

    – Niech rośnie zdrowo – powiedział Adam Popławski, ściskając Stefanowi rękę. – Ten rok przynosi wam same dobre nowiny.

    – Niechby już tak zostało – odparł Stefan cicho, z jakąś nieokreśloną nutą troski.

    ______________________________________________

    [1] Miłość, etykieta i rodzinne negocjacje. Randki w XIX wieku

    2026-01-10 9 komentarzy
    2 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 2

    by Jolanta Strażyc 2025-12-29
    2025-12-29

    Upalne lato zdawało się zawisnąć nad Gruszczynem jak jasny, drżący całun. Powietrze migotało nad polami, a od rozgrzanych murów dworu odbijał się zapach nagrzanego kamienia i jaśminu, który zakwitł w …

    4 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 1

    by Jolanta Strażyc 2025-12-20
    2025-12-20

    Krępa była miejscem osobliwym nawet jak na tamte okolice: suchą, niewielką wyniosłością wyrastającą spomiędzy mokradeł, jak wyspa, którą ktoś zapomniał schować pod wodą. Nazwa wsi nie była więc przypadkowa — …

    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • OpowiadanieWspomnienia

    Grudzień – Święta, Sylwester i moje urodziny

    by Jolanta Strażyc 2025-12-10
    2025-12-10

    Grudzień zawsze był dla mnie miesiącem wyjątkowym – pełnym świateł, zapachów, ciepła i wspomnień. Urodzona tuż przed świętami, od zawsze czułam, że to mój czas – przepełniony magią, rodzinnym ciepłem i tymi …

    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • OpowiadanieWspomnienia

    Wspomnienia Marianny Dygasińskiej

    by Jolanta Strażyc 2025-11-25
    2025-11-25

    Za wschodnią rubieżą, został mój dom rodzinny — dom, w którym śmiano się i śpiewano, w którym płonął ogień w kominku i pachniały jabłka z ogrodu. Ten dom legł w …

    2 FacebookTwitterPinterestEmail
  • OpowiadanieWspomnienia

    Ewa zostaje w Krakowie

    by Jolanta Strażyc 2025-11-14
    2025-11-14

    Sierpień 2010 Po powrocie z Budapesztu mieliśmy jeszcze kilka dni wspólnego luzu. Kraków pachniał po deszczu, a Kazimierz po nocach był jak zwykle pełen rozmów i śmiechu. Spotykaliśmy się codziennie …

    6 FacebookTwitterPinterestEmail
  • PodróżeWspomnienia

    Budapeszt

    by Jolanta Strażyc 2025-10-30
    2025-10-30

    Czerwiec 2010 Lotnisko w Krakowie. Piątka znajomych rusza w kilkudniową wyprawę do Budapesztu. Ja z aparatem na szyi, Majka z plecakiem pełnym koralików, „na wypadek, gdyby natchnienie przyszło w Budapeszcie”, …

    17 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaWspomnienia

    Wspomnienia Pani Zofii

    by Jolanta Strażyc 2025-10-20
    2025-10-20

    Dziś wracam myślami do zabużańskiej miejscowości Równo TU – do domu praprababci Adeli, do dwóch synów, co poszli w różne strony życia, i do wachlarza, który potrafił uciszyć niejednego urzędnika. …

    8 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    Tropem Adeli Wunderlich

    by Jolanta Strażyc 2025-10-10
    2025-10-10

    Rok 2010 Był jeden z tych wiosennych poranków, kiedy świat pachnie jeszcze nocnym chłodem, ale słońce już przymierza się do zapanowania nad dniem. Gałęzie drzew delikatnie dygotały w chłodnym powiewie, …

    2 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W poszukiwaniu miejsca na ziemi

    by Jolanta Strażyc 2025-09-30
    2025-09-30

    Wiosenne słońce leniwie przeciągało się nad rozległymi równinami Żuław. Wiatr poruszał młode źdźbła traw, a na horyzoncie zarysowywały się ciemne sylwetki wierzb, rosnących wzdłuż wijących się kanałów melioracyjnych. Wśród tych …

    8 FacebookTwitterPinterestEmail
Load More Posts

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • W cieniu starych drzew – część 3

    2026-01-10
  • W cieniu starych drzew – część 2

    2025-12-29
  • W cieniu starych drzew – część 1

    2025-12-20
  • Grudzień – Święta, Sylwester i moje urodziny

    2025-12-10
  • Wspomnienia Marianny Dygasińskiej

    2025-11-25

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    Tajemnica

    2025-08-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia