Był taki moment, kiedy wszystko zaczęło się naprawdę dobrze układać. Blog Twoja Osobista Stylistka miał już swoją historię, Facebook działał, pojawiały się klientki, a ja coraz więcej czasu spędzałam nie przed blogiem, tylko z prawdziwymi kobietami.
Były spotkania.
Były galerie handlowe.
Były przymierzalnie.
Były ubrania, buty, torebki i to charakterystyczne zdanie:
— Proszę tylko nie wybierać mi niczego czerwonego.
Powstała też profesjonalna strona internetowa i to był dla mnie ważny moment. Blog był trochę jak domowy stół — swojski, pełen pomysłów, zdjęć i opowieści. Strona internetowa była już bardziej jak biuro:
Profesjonalne.
Porządne.
Usługi opisane.
Zdjęcia przygotowane.
Oferta.
Kontakt.
Wszystko zaczynało wyglądać tak, jak powinien wyglądać prawdziwy biznes.
I wtedy nadszedł rok 2020. A właściwie… przyszedł COVID i powiedział:
— Sprawdzam.
Nagle galerie handlowe przestały być miejscem spotkań. Sklepy zostały zamknięte, a ludzie zostali w domach. Problemem nie było już: „Czy ta sukienka dobrze leży?”. Problemem było: „Czy w ogóle możemy się spotkać?”.
Wtedy pojawiło się pytanie, którego wcześniej właściwie nie brałam pod uwagę: Czy stylistka może pracować zdalnie?
Nagle wszystkie te rzeczy, które wcześniej wydawały się trochę dodatkiem do pracy, stały się podstawowym narzędziem. Skype, Zoom i chyba jeszcze jakieś inne wynalazki, których wtedy człowiek uczył się szybciej, niż chciał.
Nagle trzeba było nauczyć się prowadzić spotkanie online.
Nie tylko technicznie.
Trzeba było nauczyć się pracować z klientką, z którą nie można było razem chodzić po sklepach. Nie można było stanąć kilka kroków dalej i popatrzeć, jak ubranie układa się na sylwetce.
Za to można było powiedzieć:
— Proszę otworzyć szafę.
I tu zaczynała się przygoda. Nagle na ekranie pojawiały się ubrania, których właścicielka nie nosiła od pięciu lat.
— A to?
— Tego nie noszę.
— Dlaczego?
— Nie wiem.
— To dlaczego to trzymasz?
— Też nie wiem.
I człowiek zaczynał rozumieć, że nawet bez galerii handlowej można zrobić całkiem niezłą rewolucję. Tylko trzeba było zmienić sposób pracy.
Zamiast: „Spotykamy się w galerii”, pojawiło się: „Spotykamy się online.”
Zamiast wspólnego chodzenia po sklepach — przeglądanie ofert w Internecie.
Zamiast wybierania ubrań w sklepie — wspólne oglądanie zdjęć.
Zamiast: „Proszę wejść do przymierzalni”, było: „Proszę założyć i podejść do kamery.”
I wiecie co? To zaczęło działać.
Technologia postanowiła wtedy wychowywać nas wszystkich. Ale z czasem zaczęło być coraz łatwiej i okazało się, że Internet, który wcześniej był tylko jednym z miejsc, gdzie można było pokazać swoją pracę, może stać się miejscem pracy. To było dla mnie ogromne odkrycie, bo nagle granica między stylistką a klientką przestała przebiegać przez galerię handlową.
Klientka mogła siedzieć w swoim domu. Ja w swoim. A pomiędzy nami był komputer i całkiem sporo rozmowy. Co więcej — zaczęłyśmy odkrywać, że spotkanie online ma też swoje zalety. Klientka była u siebie. Mogła od razu wyciągnąć z szafy konkretną rzecz i przymierzyć ją w domu. Mogła pokazać mi buty, o których zapomniała albo otworzyć szafę i powiedzieć:
— Mam tego mnóstwo, tylko nie wiem, z czym to nosić.
I właśnie wtedy zaczynało się prawdziwe stylistyczne śledztwo.
Co masz?
Czego nie nosisz?
Dlaczego?
Co lubisz?
Czego nie lubisz?
Co pasuje do czego?
Czego brakuje?
A czego absolutnie nie trzeba kupować?
Pandemia nauczyła mnie jeszcze jednej rzeczy. Że w tej pracy nie chodzi tak naprawdę o zakupy. Galeria była tylko miejscem, narzędziem. Najważniejsza była relacja z klientką i umiejętność patrzenia. A tego Internet nam nie zabrał. Wręcz przeciwnie.
Musiałam nauczyć się patrzeć jeszcze uważniej.
Na ekran.
Na sylwetkę.
Na sposób poruszania się.
Na to, jak kobieta mówi o swoich ubraniach.
Na to, które rzeczy pokazuje z dumą, a które wyciąga z szafy z miną: „Nie pytaj, dlaczego to jeszcze tutaj jest”.
I tak, trochę z konieczności, trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że biznes nie miał zamiaru sam się utrzymać, przestawiłam się na pracę online.
Bo rok 2020 bardzo szybko nauczył mnie jednej rzeczy: albo się dostosujesz, albo zamkniesz drzwi. A ja swoich drzwi zamykać nie zamierzałam, tylko chwilowo przeniosłam je… do komputera.
Tak rozpoczął się kolejny etap.
Stylistka bez galerii.
Przymierzanie ubrań bez przymierzalni.
Zakupy bez chodzenia po sklepach.
I klientki, które zamiast mówić:
— Spotkajmy się w galerii.
zaczęły mówić:
— Wyślę pani zdjęcie moich ulubionych ubrań.
To był idealny czas, kiedy nauczyłam się czegoś ważniejszego niż wybierania ubrań. Nauczyłam się pracować z kobietą niezależnie od tego, gdzie ona stoi. Nawet jeśli stoi w swojej sypialni przed własną szafą, z laptopem na łóżku.
Kiedy w maju 2020 roku zaczęło się stopniowe odmrażanie gospodarki, poczułam coś, czego wcześniej bardzo mi brakowało — możliwość powrotu do świata, który przez kilka tygodni wydawał się nagle zatrzymany.
Otwierano kolejne sklepy, galerie i usługi. Można było coraz swobodniej wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi, załatwiać sprawy, które wcześniej odkładaliśmy. Oczywiście nie oznaczało to jeszcze powrotu do dawnej normalności. Nadal były maseczki, ograniczenia, ostrożność i nieustanne pytanie, co właściwie będzie dalej. Ale po miesiącach życia w rytmie „zostań w domu” nawet takie drobne możliwości wydawały się czymś ogromnym.
Internet, który jeszcze niedawno kojarzył mi się głównie z awaryjnym sposobem pracy, na dobre zadomowił się w mojej codzienności. Moja działalność stylistki-online zaczęła się powoli zmieniać w prawdziwą usługę. Klienci przekonywali się, że można rozmawiać o ubraniach, kolorach, fasonach i stylu, nie siedząc razem przy stole w kawiarni. Można było przesyłać zdjęcia, przygotowywać propozycje, konsultować zakupy i podejmować decyzje właściwie bez wychodzenia z domu. To, co początkowo wydawało się rozwiązaniem tymczasowym, zostało ze mną na dłużej.
Internet stał się nie tylko narzędziem pracy, ale także miejscem spotkań.
Spotykałam się tam z Majką, z Ewą, a także z Karolem i Konradem… Każde z tych spotkań było trochę inne. Mieliśmy swoje rozmowy, swoje tematy i swoje codzienne sprawy, które nagle można było dzielić mimo kilometrów i zamkniętych granic.
Nie przypuszczałam wtedy, że jedno z tych spotkań zostanie w mojej pamięci na zawsze.
Ewa któregoś dnia poczuła się źle.
Początkowo pewnie nikt z nas nie chciał myśleć o najgorszym. Człowiek przecież często próbuje znaleźć jakieś zwyczajne wyjaśnienie dla złego samopoczucia. Jednak badania, które wykonano, przyniosły wiadomość, której nie dało się już oswoić prostymi słowami. Choroba była zaawansowana.
A przecież był rok 2020. Rok, w którym wszystko było trudniejsze niż wcześniej.
Nawet chorowanie odbywało się inaczej. Szpitale były zamknięte dla odwiedzających, spotkania z bliskimi ograniczone, a możliwość bycia obok drugiego człowieka nie była już czymś oczywistym.
Latem życie rzeczywiście zaczęło wyglądać bardziej normalnie. Można wyjść na miasto i spotkać się z ludźmi. Można było korzystać ze sklepów, restauracji, pójść do fryzjera… Niby wracaliśmy do codzienności, choć właściwie cały czas mieliśmy z tyłu głowy świadomość, że ta normalność jest krucha.
Do Ewy jednak nie można było wejść do szpitala.
To było chyba jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń tamtego czasu — świadomość, że ktoś, kogo znasz i z kim jeszcze niedawno można było po prostu usiąść i porozmawiać, znajduje się za szpitalnymi drzwiami, a ty nie możesz być przy nim.
Jesienią 2020 roku Ewa odeszła.
Nie lubię pisać, że „przegrała walkę”. Nie była przecież żadną przegraną. Była Ewą — malarką, kobietą, z którą rozmawialiśmy, śmialiśmy się, dzieliliśmy kawałkami codzienności. Dlatego chyba najbliższe jest mi słowo „odeszła”. Zgasła. Usnęła i już się nie obudziła.
Po kremacji mama i brat Ewy zabrali jej prochy do Elbląga — rodzinnego miasta, z którego pochodziła ona i jej rodzina.
I tak kolejny raz przekonałam się, że życie potrafi zmienić kierunek w jednej chwili.
Jeszcze niedawno rozmawialiśmy przez Internet, planowaliśmy, pracowaliśmy, opowiadaliśmy sobie o zwyczajnych rzeczach. A potem jednej osoby zabrakło…
Pandemia jednak trwała nadal.
Jesień 2020 roku przyniosła kolejną falę zachorowań i kolejne ograniczenia. Później przyszła zima 2020/2021, a wraz z nią następne obostrzenia. Szybko okazało się, że nie był to prosty schemat: zamknięcie w marcu, otwarcie w maju i koniec problemu.
Życie otwierało się i zamykało na przemian.
Dla mojej pracy oznaczało to, że Internet nadal pozostawał bardzo potrzebny. I choć początkowo traktowałam pracę online trochę jak rozwiązanie awaryjne, z czasem zaczęłam widzieć w niej coś znacznie więcej. Była wygodniejsza organizacyjnie, bezpieczniejsza i — co najważniejsze — pozwalała mi nadal pracować z ludźmi wtedy, kiedy bezpośrednie spotkania znowu stawały się trudne.
W pewnym sensie pandemia nauczyła mnie więc dwóch rzeczy jednocześnie.
Po pierwsze — jak bardzo potrzebujemy drugiego człowieka.
A po drugie — że czasami potrafimy być blisko siebie także wtedy, kiedy dzielą nas drzwi szpitala, setki kilometrów albo ekran komputera.
I chyba właśnie dlatego Internet, który na początku był dla mnie tylko narzędziem pracy, stał się w tamtym czasie czymś znacznie ważniejszym.
Stał się częścią mojego życia.
