jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
    PodróżeWspomnienia

    Edynburg

    by Jolanta Strażyc 2026-02-28

    W połowie września 2012 roku Karol i Konrad spakowali swoje życie w kilka walizek i polecieli do Edynburga. Na początku miało to być „na próbę” – dobra praca, mieszkanie na start, nowe doświadczenie. W praktyce oznaczało to jednak zupełnie nowy rozdział, którego żadne z nas jeszcze wtedy nie potrafiło sobie wyobrazić.

    Pierwszy rok minął im na oswajaniu obcego miasta – akcentu, deszczu, krótkich dni i długich nocy. Nam – mnie, Majce i Ewie – czas płynął w rytmie pracy, wystaw, projektów i codzienności. Szkocja była gdzieś w tle: w rozmowach przez komunikator, w zdjęciach przysyłanych z klifów i w żartach o tym, że mamy już własną bazę wypadową na północy Europy.

    Oni przylecieli do Krakowa zaledwie dwa razy – na krótkie, intensywne weekendy. Nowa praca nie zostawiała wiele przestrzeni na urlopy, a my nie miałyśmy odwagi, by tak po prostu rzucić wszystko i polecieć do nich. Aż w końcu przyszedł moment, kiedy przestałyśmy szukać wymówek. Pojechałyśmy.

    Podróże, które wtedy się zaczęły, trwały – z przerwami – przez kolejne lata, od 2013 do 2017 roku. Pięć kilkudniowych wyjazdów, dziesiątki miejsc, setki zdjęć i tysiące wspomnień. Dziś, kiedy do nich wracam, splatają się w jedną opowieść – jakby była to jedna długa droga prowadząca przez wrzosowiska, kamienne miasta, górskie szlaki i nadmorskie klify. Ta historia jest właśnie o tej drodze.

    Majowy weekend i pierwsza podróż do Szkocji

    Samolot przyziemił z lekkim szarpnięciem. Przez okno zobaczyłam pas startowy zalany deszczem – dokładnie tak, jak się spodziewałam. Edynburg przywitał nas klasyczną szkocką pogodą.

    – Czyli parasol powinnam była wyjąć, a nie wkładać na samo dno plecaka? – mruknęła Majka, poprawiając kaptur kurtki.

    – Spokojnie – odpowiedziała Ewa. – To tylko powietrze jest mokre.

    Drzwi terminala rozsunęły się bezszelestnie i wtedy ich zobaczyłyśmy. Karol machał do nas energicznie, a Konrad stał obok, z rękami w kieszeniach, z tym swoim spokojnym uśmiechem człowieka, który „wszystko ogarnął”.

    Przywitanie było głośne, trochę chaotyczne i zdecydowanie zbyt długie jak na szkockie standardy pogodowe. Deszcz nie padał – on po prostu wisiał w powietrzu.

    – No, witamy w domu – powiedział Karol.

    „W domu”. To słowo zabrzmiało inaczej, niż się spodziewałam.

    Droga z lotniska prowadziła szeroką arterią, potem coraz węższymi ulicami. Siedziałam z tyłu i chłonęłam wszystko jak pierwszoroczna studentka architektury: rzędy kamienic z ciemnego kamienia, czerwone piętrowe autobusy, mokry asfalt odbijający światła latarni. W oddali, ponad dachami, majaczyła sylwetka zamku.

    – Przy dobrej pogodzie widać go z połowy miasta – rzucił Konrad, łapiąc moje spojrzenie w lusterku. – A przy złej… trzeba sobie wyobrazić.

    – Czyli przez większość roku ćwiczycie wyobraźnię? – zapytała Majka.

    – To rozwija – odparł poważnie.

    Kiedy skręciliśmy w węższą ulicę, ruch wyraźnie zwolnił. Kamienne elewacje wydawały się jeszcze ciemniejsze w opadającej mgle. Bruk był śliski i lśniący, jakby ktoś dopiero co polał go wodą.

    – To wygląda jak plan filmowy z „Harry’ego Pottera” – powiedziałam, zadzierając głowę.

    Nad nami piętrzyły się wysokie, surowe kamienice. Wąskie zaułki znikały między budynkami, jakby prowadziły do zupełnie innych czasów.

    – Wiesz, że właśnie tutaj kręcono część scen? – rzucił Karol. – A przynajmniej tak mówią przewodnicy.

    Spojrzałam w górę jeszcze raz. Ciemnoszary kamień, wilgoć, światło przesączające się przez mgłę.

    To nie był tylko nowy adres. To było wejście do innej opowieści.

    Zamek i duchy

    Pierwszym punktem była oczywiście korona miasta – Zamek Edynburski. Wchodziliśmy przez bramę obronną, kiedy usłyszeliśmy pierwsze dźwięki dud. Chłopak w kilcie stał na skraju murów, a jego melodia odbijała się echem od kamienia i znikała gdzieś nad miastem.

    – Gdyby nie telefon w kieszeni, pomyślałabym, że jesteśmy w XVIII wieku – zauważyła Ewa.

    W środku przewodnik opowiadał o królewskich klejnotach, o słynnym Kamieniu Przeznaczenia i legendzie o duchu bezgłowego bębniarza.

    – Podobno słychać jego bębny przed każdą wielką katastrofą – powiedział z powagą, patrząc nam prosto w oczy.

    Spojrzeliśmy na siebie z udawanym niepokojem.

    – Czy lot powrotny nie jest za kilka dni?

    Śmiech rozproszył napięcie, ale kiedy wyszliśmy na taras widokowy, wiatr był tak silny, jakby naprawdę próbował coś nam wyszeptać.

    Miasto muzeów i uliczek

    Z zamku zeszliśmy na główny trakt Starego Miasta – Royal Mile – łączący Zamek z pałacem Holyroorhouse. Po krótkim spacerze, zatrzymaliśmy się w People’s Story Museum – Muzeum Ludowym, które okazało się niespodziewanie fascynujące. Stare narzędzia, szkockie stroje, listy zwykłych mieszkańców sprzed wieków… i całkiem makabryczne eksponaty.

    – Patrz, średniowieczne narzędzie do wyrywania języka! – zawołał Karol, aż starsza pani stojąca obok spojrzała na nas z niesmakiem.

    – Delikatniej, to nie horror – szepnęłam mu do ucha.

    Po południu zagubiliśmy się w labiryncie wąskich przejść między kamienicami. Te edynburskie „closes” wyglądały jak szczeliny między epokami – wilgotne, kręte, tajemnicze.

    Jedna z uliczek wyprowadziła nas do małej księgarni. Właściciel – starszy pan z siwą brodą – z dumą wskazał regał z rzadkimi wydaniami szkockich poetów.

    – Poezja w tym klimacie smakuje lepiej niż herbata – powiedział.

    Kupiłam tomik Robbiego Burnsa, choć nie rozumiałam większości słów. Ale może właśnie o to chodziło – żeby coś brzmiało obco i pięknie jednocześnie.

    Katedra, deszcz i uśmiechnięty barista

    Wieczorem weszliśmy do St Giles’ Cathedral. Witraże zalewały wnętrze kolorowym światłem, a cisza była niemal namacalna.

    – Jakby czas się zatrzymał – szepnęłam.

    Po wyjściu z katedry znów zaczęło padać. Schroniliśmy się w małej kawiarni na Cockburn Street. Pachniało kawą i cynamonem. Barista, uśmiechnięty chłopak z dredami, nalał nam flat white i zapytał:

    – First time in Scotland?

    – Aye, and not the last – odpowiedział Konrad z udawaną szkocką intonacją.

    Chłopak roześmiał się, a my poczuliśmy, że miasto zaczyna nas oswajać.

    W stronę nieba – Arthur’s Seat

    – Skoro już tu jesteście, to nie możecie wyjechać bez wejścia na górę – oznajmił Karol następnego dnia rano.

    – Na jaką górę? – zapytała Majka, jeszcze z kubkiem kawy w ręku.

    – Na jedyną słuszną.

    Po kilkunastu minutach staliśmy u podnóża Arthur’s Seat.

    Z dołu wyglądało niewinnie. Ot, większe wzgórze. Kilka ścieżek wijących się po zboczu, grupki turystów, ktoś z psem, ktoś z aparatem. Dopiero kiedy zaczęliśmy się wspinać, wiatr pokazał nam, kto tu rządzi.

    – To miała być „lekka przechadzka”! – zawołała Ewa, próbując ujarzmić rozwiane włosy.

    Ścieżka stawała się coraz bardziej kamienista. Powietrze było czyste, ostre, nasycone zapachem trawy i wilgoci. A kiedy w końcu stanęliśmy na szczycie, miasto rozłożyło się pod nami jak mapa.

    Z jednej strony kamienne Stare Miasto, z wyraźną linią Royal Mile, z drugiej nowoczesne dzielnice i portowe nabrzeża. W oddali majaczyło morze, srebrzyste i spokojne.

    – I pomyśleć, że to wszystko w zasięgu spaceru – powiedział Karol ciszej niż zwykle.

    Stałam chwilę bez słowa. W Edynburgu najbardziej zaskakiwało mnie to, że dzikość i miejskość nie walczyły ze sobą. One tu współistniały. Wystarczyło wyjść kilka przecznic dalej, żeby znaleźć się niemal wśród wrzosów.

    – To takie małe Highlands – mruknęła Majka.

    – Spokojnie – uśmiechnął się Konrad. – Na prawdziwe jeszcze was zabierzemy.

    Wiatr był tak silny, że trudno było zrobić zdjęcie. Ale może właśnie dlatego zapamiętałam ten moment wyraźniej niż wszystkie fotografie.

    Opowieść o kraju – Narodowe Muzeum

    Po powrocie do miasta schroniliśmy się przed kolejnym deszczem w monumentalnym gmachu National Museum of Scotland.

    Wysokie, przeszklone atrium wypełniało jasne światło, zupełnie inne niż to przytłumione, kamienne światło starego miasta. W środku – wszystko. Od prehistorycznych skamielin, przez historię klanów, aż po szkockie wynalazki i przemysł.

    – Czy oni naprawdę wynaleźli pół świata? – zapytała Majka, czytając kolejne tablice.

    – Tylko tę lepszą połowę – odparł Karol z powagą.

    Zatrzymałam się przy makiecie dawnego statku handlowego. Myślałam o tym, jak wielu ludzi przez wieki wyruszało stąd w świat – z portów, z dolin, z małych miasteczek. Może dlatego emigracja Karola i Konrada nagle wydała mi się częścią większej historii. Nie pierwszą i nie ostatnią.

    W jednej z sal dzieci budowały most z drewnianych elementów. W innej starszy pan tłumaczył wnuczce, zasadę działania silnika parowego. Historia nie była tu zamknięta w gablotach. Ona żyła.

    – Lubię to miasto – powiedział nagle Konrad. – Jest stare, ale nie udaje muzeum. 

    –  Tak… – Karol uśmiechnął się lekko. – Z każdym dniem czuję, że jestem u siebie.

    Powrót przez mgłę

    Następnego ranka Edynburg znów tonął we mgle. Ostatni raz przeszliśmy Royal Mile, mijając grajka, który dwa dni wcześniej grał pod zamkiem.

    – Dźwięk dud będzie mi się śnił jeszcze przez tydzień – westchnęłam.

    – Lepiej niż duchy bezgłowych bębniarzy – zaśmiał się Karol.

    Edynburg nie próbował nas oczarować. On po prostu był – kamienny, wietrzny, trochę surowy. A jednak wyjeżdżając, miałam wrażenie, że zostawiamy tu coś więcej niż ciekawie spędzony weekend. Zostawiałyśmy pierwszy rozdział naszej szkockiej historii.

    2026-02-28 9 komentarzy
    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • Wspomnienia

    Otwarci na zmiany

    by Jolanta Strażyc 2026-02-20
    2026-02-20

    Gdy przyszłam do mieszkania Karola, drzwi były już otwarte, a z kuchni dobiegał śmiech. — No wreszcie jest nasza nadworna fotografka! — zawołał Karol, wychylając się z salonu z kieliszkiem …

    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • Wspomnienia

    To miejsce pamięta

    by Jolanta Strażyc 2026-02-10
    2026-02-10

    Las na zboczu Góry Świętego Michała był jeszcze mokry po nocnej mgle. Powietrze pachniało żywicą i czymś chłodnym, niemal metalicznym — zapachem, który zawsze towarzyszył temu miejscu. Jakby wzgórze oddychało …

    7 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 4

    by Jolanta Strażyc 2026-01-30
    2026-01-30

    Część czwarta opowiadania genealogicznego „W cieniu starych drzew” stanowi jego naturalną kontynuację. Tym razem oddaję głos wspomnieniom mojego ojca — Stanisława Strażyca — dotyczącym jego dziadka, Stefana Skarbek-Kruszewskiego. Są to …

    4 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 3

    by Jolanta Strażyc 2026-01-20
    2026-01-20

    Poranek w Gruszczynie był chłodny. Nad polami unosiły się delikatne mgły, wijąc się między drzewami jak mleczne wstęgi. Liście w sadzie szeleściły cicho, jakby szeptały między sobą wiadomości o nadchodzącej …

    2 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 2

    by Jolanta Strażyc 2026-01-10
    2026-01-10

    Upalne lato zdawało się zawisnąć nad Gruszczynem jak jasny, drżący całun. Powietrze migotało nad polami, a od rozgrzanych murów dworu odbijał się zapach nagrzanego kamienia i jaśminu, który zakwitł w …

    4 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    W cieniu starych drzew – część 1

    by Jolanta Strażyc 2025-12-20
    2025-12-20

    Krępa była miejscem osobliwym nawet jak na tamte okolice: suchą, niewielką wyniosłością wyrastającą spomiędzy mokradeł, jak wyspa, którą ktoś zapomniał schować pod wodą. Nazwa wsi nie była więc przypadkowa — …

    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • Wspomnienia

    Grudzień – Święta, Sylwester i moje urodziny

    by Jolanta Strażyc 2025-12-10
    2025-12-10

    Grudzień zawsze był dla mnie miesiącem wyjątkowym – pełnym świateł, zapachów, ciepła i wspomnień. Urodzona tuż przed świętami, od zawsze czułam, że to mój czas – przepełniony magią, rodzinnym ciepłem i tymi …

    3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • GenealogiaOpowiadanie

    Wspomnienia Marianny Dygasińskiej

    by Jolanta Strażyc 2025-11-25
    2025-11-25

    Za wschodnią rubieżą, został mój dom rodzinny — dom, w którym śmiano się i śpiewano, w którym płonął ogień w kominku i pachniały jabłka z ogrodu. Ten dom legł w …

    2 FacebookTwitterPinterestEmail
  • Wspomnienia

    Ewa zostaje w Krakowie

    by Jolanta Strażyc 2025-11-14
    2025-11-14

    Sierpień 2010 Po powrocie z Budapesztu mieliśmy jeszcze kilka dni wspólnego luzu. Kraków pachniał po deszczu, a Kazimierz po nocach był jak zwykle pełen rozmów i śmiechu. Spotykaliśmy się codziennie …

    6 FacebookTwitterPinterestEmail
Load More Posts

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • Edynburg

    2026-02-28
  • Otwarci na zmiany

    2026-02-20
  • To miejsce pamięta

    2026-02-10
  • W cieniu starych drzew – część 4

    2026-01-30
  • W cieniu starych drzew – część 3

    2026-01-20

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    Tajemnica

    2025-08-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia