Las na zboczu Góry Świętego Michała był jeszcze mokry po nocnej mgle. Powietrze pachniało żywicą i czymś chłodnym, niemal metalicznym — zapachem, który zawsze towarzyszył temu miejscu. Jakby wzgórze oddychało własnym rytmem. Młode sosny przy piaszczystej drodze ocierały się o nasze ubrania, gdy z Majką wspinałyśmy się ku szczytowi.
W lesie panowała cisza. Nienaturalna jak na poranek. Nawet ptaki, zwykle hałaśliwe o tej porze, milczały, jakby obserwowały nas z ukrycia. Tylko wiatr poruszał wysoko koronami, niosąc zapach mchu. Stare dęby stały nieruchomo — pamiętały jeszcze czasy pradziadków Skarbek-Kruszewskich.
Tą ścieżką rzadko kto chodził. Las był gęsty, a droga dojazdowa z Gruszczyna do Lipia prowadziła polami, nie przez wzgórze. Tutaj, w cieniu ruin dawnego kościoła, przychodzili tylko ci, którzy naprawdę mieli powód.
— Jak tu cicho — powiedziała Majka.
— Cisza w lesie pomaga zebrać myśli — odpowiedziałam.
Majka skinęła głową, patrząc na majaczący w mgle zarys góry.
— To miejsce ponoć zawsze było inne. Te ruiny stoją tu nie bez powodu.
— A my lubimy tajemnice — uśmiechnęłam się.
— Lepiej omijać górę po zmroku — dodała spokojnie.
Las jakby stężał wokół nas. Nawet wiatr ucichł.
— Czytałam, że w ruinach widywano światło. W nocy.
Poczułam chłód na plecach.
— Kto widział?
— Ludzie z Gruszczyna i Lipia. Ponoć to nie ognisko. Światło unosi się, jakby nie dotykało ziemi.
Ruszyłyśmy dalej. Kilkaset metrów niżej, przy skraju lasu, czekał na nas Karol — umówiony punkt spotkania na później. Nie szedł z nami na górę za dnia; mówił, że woli zobaczyć ruiny po zmroku. Wtedy mają więcej sensu.
Polana, na której się zatrzymałyśmy, była niewielka.
— To tutaj — powiedziała Majka.
Nie odpowiedziałam. Przed oczami stanął mi obraz Kazimierza Skarbek-Kruszewskiego pochylonego nad mapami majątku.
Tego miejsca pilnuj, Stefan. Tu zawsze coś wraca.
Z polany widać było ruiny — poszarpaną linię murów przecinającą jasność poranka jak blizna. Miejsce wyglądało spokojnie. Zbyt spokojnie.
Gdy stanęłyśmy w dawnej nawie, zamilkłyśmy. Chłód był wyraźniejszy niż w lesie. Wilgoć osiadała na skórze. Zapach przypominał kurz starych ksiąg i dymu, którego tu nie było od stuleci.
— Tam — Majka wskazała prezbiterium.
Na jednej z cegieł dostrzegłam świeże zadrapania.
— Ktoś tu był — powiedziałam.
— Albo czegoś szukał.
Przy szczelinie między cegłami leżała sprzączka. Mosiężna. Ciężka. Błyszcząca.
— Jak od mojego paska — wyszeptała Majka.
Cisza zgęstniała.
— Wrócimy tu po zmroku — powiedziałam w końcu.
Noc przyszła szybciej, niż się spodziewaliśmy.
(…)
Błysk pojawił się tylko na moment. Nie był groźny. Raczej potwierdzający.
— To miejsce pamięta — powiedział Karol.
Siedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy.
Kiedy ruszyliśmy w dół, mgła zebrała się u podnóża wzgórza.
Majka spojrzała za siebie.
— Mam wrażenie, że ta góra nas zapamiętała.
Sięgnęłam do kieszeni. Sprzączka była zimna.
— Ona niczego nie zapomina — odpowiedziałam.
I zeszliśmy w dół spokojniejsi, wiedząc, że nie wszystko, co wraca, chce zostać znalezione — ale wszystko, co pamięta, czeka.
„W cieniu starych drzew – część 2” TU

8 komentarzy
Bardzo klimatyczne opowiadanie. Cisza lasu, mgła, ruiny — wszystko tu pracuje na napięcie. Ten fragment o świetle w ruinach i sprzączce… niby drobiazg, a zostawia ogromny niepokój. Świetnie zagrana niedopowiedzeniem historia. Mam wrażenie, że to dopiero początek czegoś większego i już nie mogę się doczekać ciągu dalszego. Pozdrawiam serdecznie 🙂
To opowiadanie działa bardzo subtelnie, bez tanich straszaków i dosłowności. Najbardziej porusza mnie sposób, w jaki opisujesz relację bohaterów z miejscem — jakby od początku wiedzieli, że są tylko gośćmi w przestrzeni, która ma własną historię i własną pamięć. Ruiny nie są tu tłem, ale czymś żywym, czujnym. Motyw sprzączki jako materialnego „śladu pamięci” jest świetny i bardzo niepokojący. Po lekturze zostaje uczucie chłodu i myśl, że niektóre miejsca naprawdę coś wiedzą. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Uwielbiam sposób, w jaki budujesz atmosferę niesamowitości bez uciekania się do strachu. Nocna scena w ruinach jest wręcz kojąca – puszczyk, gwiazdy, delikatne światło. To rzadkie i bardzo odświeżające podejście do tajemnicy: zamiast grozy mamy ciekawość i spokój. Bardzo mocna końcówka. Zdanie „nie wszystko, co wraca, chce zostać znalezione” brzmi jak ostrzeżenie — i długo zostaje w myślach po zamknięciu strony.
Podoba mi się, że bohaterowie nie panikują, nie krzyczą — reagują spokojnie, jakby wiedzieli, że nie wszystko trzeba rozumieć. To nadaje opowiadaniu dojrzałości i realizmu. Język jest tu ogromną siłą. Opisy zapachów, wilgoci, chłodu — wszystko jest bardzo zmysłowe, niemal fizyczne. Czyta się powoli, bo aż szkoda pominąć zdania. Pozdrawiam cieplutko 🙂
Bardzo doceniam tempo tego tekstu — powolne, uważne, niemal medytacyjne, a jednocześnie konsekwentnie budujące napięcie. Każdy szczegół ma znaczenie: cisza lasu, zapach wilgoci, rozmowy prowadzone półszeptem. Dzięki temu finał nie musi być spektakularny, żeby był mocny. Ostatnie zdania brzmią jak fragment starej kroniki albo zapiski kogoś, kto już zrozumiał, że przeszłość nie znika, tylko czeka na odpowiedni moment. To opowiadanie bardzo „pracuje” po przeczytaniu — wraca myślami, tak jak wraca to miejsce.
Krótko: ciarki. Długo: sposób, w jaki opisujesz ciszę i chłód, sprawia, że czytelnik sam zaczyna się rozglądać za siebie. Bardzo podoba mi się motyw pamięci miejsca — że ono nie straszy wprost, tylko obserwuje, zapamiętuje, czeka. To dużo bardziej niepokojące niż klasyczne grozy. Bardzo sugestywny tekst. Serdeczności 🙂
Uwielbiam takie historie, w których miejsce jest niemal bohaterem. Góra, ruiny, pamięć — to wszystko zostaje w głowie długo po przeczytaniu. Świetnie oddany nastrój. Czyta się z przyjemnością, bo każde zdanie ma sens i wagę. 🙂
To opowiadanie ma w sobie coś z opowieści, którą ktoś opowiada szeptem przy ognisku. Niby nic się nie wydarzyło, a jednak wydarzyło się wszystko. Jeśli to fragment większej całości, to zapowiada się świetna historia z pogranicza tajemnicy i grozy. A jeśli zamknięta forma — tym lepiej, bo zostawia idealną ilość pytań bez odpowiedzi.