jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga
Category:

Podróże

PodróżeWspomnienia

Szkocja

by Jolanta Strażyc 2026-03-10

W połowie września 2012 roku Karol i Konrad spakowali swoje życie w kilka walizek i polecieli do Edynburga. To miała być próba – dobra praca, mieszkanie na start, nowe doświadczenie. W praktyce okazało się początkiem czegoś znacznie większego.

Pierwszy rok minął im na oswajaniu miasta: akcentu, deszczu, krótkich dni i długich nocy. Nam – mnie, Majce i Ewie – czas płynął zwyczajnie, między pracą a codziennością. Szkocja istniała gdzieś obok: w rozmowach, w zdjęciach z klifów, w żartach o naszej „bazie wypadowej na północy Europy”.

Przylecieli do Krakowa tylko dwa razy – na krótkie, intensywne weekendy. My z kolei długo nie potrafiłyśmy się zdecydować, żeby polecieć do nich. Aż w końcu przestałyśmy szukać wymówek. Pojechałyśmy.

Podróże, które wtedy się zaczęły, trwały – z przerwami – przez kolejne lata. Pięć wyjazdów, dziesiątki miejsc, setki zdjęć. Dziś wszystkie te obrazy splatają się w jedną historię, jakby była to jedna długa droga przez wrzosowiska, kamienne miasta i nadmorskie klify. To właśnie opowieść o tej drodze.

Majowy weekend i pierwsza podróż

Samolot przyziemił z lekkim szarpnięciem. Za oknem – mokry pas startowy i powietrze ciężkie od deszczu. Edynburg przywitał nas dokładnie tak, jak się spodziewałam.

Wyszłyśmy z terminala i od razu ich zobaczyłyśmy. Karol machał energicznie, Konrad stał obok z tym spokojnym uśmiechem człowieka, który wszystko ma pod kontrolą.

Przywitanie było głośne i trochę za długie jak na szkocką pogodę. Deszcz nie padał – on po prostu wisiał w powietrzu.

Droga z lotniska prowadziła coraz węższymi ulicami. Siedziałam z tyłu i chłonęłam wszystko: ciemne kamienice, mokry asfalt odbijający światła, sylwetkę zamku majaczącą ponad dachami.

To nie był tylko weekend. To było wejście do innej opowieści.

Zamek i duchy

Pierwszym przystankiem był zamek. Gdy wchodziliśmy przez bramę, rozległy się dźwięki dud. Melodia odbijała się od kamiennych murów i znikała nad miastem.

W środku przewodnik opowiadał o klejnotach koronnych, Kamieniu Przeznaczenia i duchu bezgłowego bębniarza.

– Podobno słychać go przed wielkimi katastrofami – powiedział z powagą, patrząc nam prosto w oczy.

Spojrzeliśmy po sobie z udawanym niepokojem.

– Nasz lot powrotny jest za kilka dni…

Śmiech szybko rozproszył napięcie, ale na tarasie wiatr był tak silny, jakby naprawdę próbował coś powiedzieć.

Miasto uliczek

Z zamku zeszliśmy na Royal Mile. Po drodze trafiliśmy do niewielkiego muzeum poświęconego zwykłym mieszkańcom – pełnego przedmiotów, listów i historii, które bardziej opowiadały o życiu niż o wielkich wydarzeniach.

Później zgubiliśmy się w wąskich przejściach między kamienicami. Edynburskie „closes” wyglądały jak szczeliny między epokami – wilgotne, kręte, trochę niepokojące.

Jedna z uliczek zaprowadziła nas do małej księgarni. Właściciel wskazał półkę ze szkocką poezją.

– W tym klimacie smakuje lepiej niż herbata – powiedział.

Kupiłam tomik Burnsa, choć rozumiałam niewiele. Może właśnie o to chodziło – żeby coś brzmiało obco i pięknie jednocześnie.

Katedra i kawa

Wieczorem weszliśmy do katedry św. Idziego. Witraże rozlewały kolorowe światło, a cisza była niemal namacalna.

Po wyjściu znów zaczęło padać, więc schroniliśmy się w małej kawiarni. Pachniało kawą i cynamonem.

– First time in Scotland? – zapytał barista.

– Aye, and not the last – odpowiedział Konrad.

Miasto zaczynało nas oswajać.

Arthur’s Seat

Następnego dnia Karol oznajmił, że nie wyjedziemy bez wejścia na górę.

Z dołu wyglądała niepozornie. Dopiero w połowie drogi wiatr pokazał, kto tu rządzi.

Ścieżka stawała się coraz bardziej kamienista, powietrze ostre i czyste. Na szczycie miasto rozłożyło się pod nami jak mapa – stare kamienice, nowoczesne dzielnice, w oddali spokojne morze.

Najbardziej zaskakiwało mnie to, jak naturalnie łączyły się tu dwa światy. Kilka kroków od ulicy i już było się prawie wśród wrzosów.

Wiatr był tak silny, że trudno było zrobić zdjęcie. Może dlatego zapamiętałam ten moment lepiej niż jakiekolwiek fotografie.

Opowieść o kraju

Przed deszczem uciekliśmy do Narodowego Muzeum Szkocji. W jasnym, przeszklonym wnętrzu mieściło się wszystko: od prehistorii po przemysł.

Zatrzymałam się przy modelu statku i pomyślałam o ludziach, którzy stąd wyruszali w świat. Emigracja Karola i Konrada nagle przestała być czymś wyjątkowym – stała się częścią większej historii. 

W jednej sali dzieci budowały most z drewnianych elementów. W innej starszy pan tłumaczył wnuczce, zasadę działania silnika parowego. Historia nie była tu zamknięta w gablotach. Ona żyła.

– Lubię to miasto – powiedział Konrad. – Jest stare, ale nie udaje muzeum.

Edynburg nie próbował nas zachwycić. Po prostu był. A jednak wyjeżdżając, miałam wrażenie, że zostawiamy tu coś więcej niż weekend. Pierwszy rozdział naszej szkockiej historii.

Glasgow

Droga do Glasgow była krótka, ale zmiana – wyraźna. Edynburg to historia i kamień, Glasgow to energia i ruch.

Już na Buchanan Street było to widać: tłum, muzyka uliczna, zapach kawy, gwar. Miasto wydawało się mniej „pocztówkowe”, bardziej żywe.

W muzeum Kelvingrove wszystko mieszało się ze sobą – sztuka, historia, nauka. Obok obrazów wisiały eksponaty, które zupełnie do nich nie pasowały. A jednak właśnie to tworzyło sens tego miejsca.

Wieczorem trafiliśmy do Barrowland Ballroom. Neonowe światło, tłum ludzi i muzyka, która nie potrzebowała tłumaczenia. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy, choć nie znaliśmy wszystkich słów.

Następnego dnia, niewyspani, siedzieliśmy w Glasgow Green z kawą w papierowych kubkach. Obok ktoś czytał na głos poezję.

Edynburg był jak książka. Glasgow – jak koncert.

I jedno, i drugie było potrzebne, żeby zrozumieć tę podróż.

Paisley

Opuszczenie Glasgow zajęło nam mniej niż pół godziny. Miasto szybko ustąpiło miejsca spokojniejszemu krajobrazowi, jakby ktoś ściszył dźwięk.

Paisley przywitało nas ciszą.

Mniejsze, mniej oczywiste, a jednak pełne historii. Takie miejsca często omija się w pośpiechu – a to właśnie one zostają najdłużej.

Kamień i cisza

W centrum miasta dominuje jedno miejsce – opactwo.

Paisley Abbey z ciężkim, gotyckim murem. W środku chłód, cisza i światło wpadające przez witraże, które zamiast przytłaczać – porządkuje myśli.

Echo naszych kroków było jedynym dźwiękiem.

To miejsce przetrwało wieki. Według legendy pochowani są tu przodkowie Roberta Bruce’a. Historia nie była tu opowieścią – była obecnością.

Zatrzymałam się przy jednym z witraży. Nowoczesny – z motywem DNA i satelity. Przeszłość i przyszłość spotykały się w jednym kadrze. W Szkocji to nie zaskakuje. Tu to się po prostu wydarza.

Po wyjściu z opactwa przeszliśmy przez centrum. Czerwony piaskowiec, stare fasady, niewielkie sklepy. Wszystko miało w sobie jakąś miękkość – jakby nikt nie próbował niczego udowadniać.

Zatrzymaliśmy się przy kościele baptystów. Prosty, elegancki, z ławkami pod drzewami.

W środku kilka osób siedziało w ciszy. Zapach drewna, starych ksiąg. Niezależnie od wiary – takie miejsca działają podobnie. Pozwalają się zatrzymać.

Wzór, który przetrwał

W niewielkim muzeum poznaliśmy historię charakterystycznego wzoru paisley – łezkowatego motywu, który zna się z tkanin i szali.

Dopiero tutaj nabierał sensu. Nie jako ornament, ale jako fragment tożsamości miejsca.

Tam, gdzie Szkocja spotyka morze

Ruszyliśmy dalej – na zachód, a potem na północ. Bez pośpiechu. Droga prowadziła przez małe miejscowości i zielone przestrzenie, które zdawały się nie mieć końca.

Za każdym zakrętem coś się zmieniało: farma, fragment ruin, samotna owca na wzgórzu.

Szkocja zaczynała pachnieć morzem.

Dunure

Mała wioska, prawie bez ruchu.

Ruiny zamku stały na klifie jak coś pozostawionego przez czas. Wiatr niósł zapach soli, fale uderzały o skały.

Nie trzeba było nic mówić.

Usiedliśmy na ławce z termosami. Ciepła herbata i wiatr od morza – to wystarczyło.

Ayr

Większe, ale wciąż spokojne.

Plaża była szeroka i niemal pusta. Spacerowaliśmy długo, słuchając tylko fal.

Odwiedziliśmy dom Roberta Burnsa. Niski sufit, proste wnętrze. Trudno było nie pomyśleć o tym, jak z takich miejsc rodzą się rzeczy, które zostają na zawsze.

W kawiarni obok zamówiliśmy herbatę i scones. Gdzieś w tle grała cicho muzyka.

Troon

Wiatr był silniejszy, światło jaśniejsze.

Promenada ciągnęła się wzdłuż plaży, a gdzieś w oddali majaczyły wyspy. Ktoś stał na desce, walcząc z falami.

To było jedno z tych miejsc, w których łatwo zgubić myśli.

Dalej na północ

Ardrossan minęliśmy prawie bez słów – port, mewy, przestrzeń.

W Largs zatrzymaliśmy się na chwilę. Promenada była pełna ludzi, ktoś jadł lody, ktoś patrzył w stronę wody.

Na chwilę zrobiło się bardziej zwyczajnie. I to też było potrzebne.

Wyspa

Na Cumbrae wszystko zwolniło jeszcze bardziej.

Wypożyczyliśmy rowery i ruszyliśmy wzdłuż brzegu. Owce, wiatr, morze pojawiające się między wzgórzami.

Millport okazało się spokojne i kolorowe. Zjedliśmy rybę z frytkami na ławce, pilnując, żeby mewy nie były szybsze od nas.

– Tu można zostać – powiedziałam bardziej do siebie niż do nich.

Rzeka i przemysł

Gourock i Greenock były inne. Bliższe codzienności niż pocztówkom.

Tory kolejowe niemal dotykały wody, stare budynki patrzyły na rzekę. Zatrzymaliśmy się na kawę.

Na ścianie jednego z magazynów ktoś namalował mural kobiety z rybą. Patrzyła gdzieś poza nas.

Szkocja nie była tylko krajobrazem. Była też pracą, portem, zwykłym dniem.

Newark Castle

Zamek przy samej rzece. Cichy, trochę zapomniany.

Kamienne ściany i spiralne schody, które zmuszały do zwolnienia kroku. To było miejsce, które nie potrzebowało uwagi – ono po prostu trwało.

Helensburgh

Popołudniem dotarliśmy do spokojnego, eleganckiego miasteczka.

Promenada, drzewa, kamienne domy. Wszystko uporządkowane, spokojne.

Zatrzymaliśmy się przy domu zaprojektowanym przez Mackintosha. Był bardziej ideą niż budynkiem. Jakby architekt próbował zatrzymać coś ulotnego.

Twierdza Dumbarton

Budowla na skale unosiła się nad rzeką. Zatrzymaliśmy się bez większych ustaleń. Po prostu nie dało się przejechać dalej.

Już na dole wiatr dawał się we znaki. Nie ten przyjemny, odświeżający – tylko taki, który pcha i zatrzymuje jednocześnie.

Schody prowadziły ostro w górę. Kamienne, nierówne, jakby dopasowane bardziej do zbocza niż do ludzi.

Szliśmy powoli.

Im wyżej, tym mocniej wiało. Rozmowy urywały się w pół zdania, śmiech znikał szybciej niż się pojawiał. Zostawał tylko oddech i szum powietrza.

Na górze wszystko było jeszcze bardziej surowe.

Mur, skała, przestrzeń.

Rzeka Clyde poniżej była cofnięta – odpływ odsłonił szerokie pasy błota i kamieni. To zmieniało perspektywę.

Zamek nie patrzył już tylko na rzekę, ale na coś bardziej pierwotnego – na ziemię, która na chwilę wyszła na wierzch.

Chodziliśmy wzdłuż murów, czasem bliżej krawędzi, czasem chowając się za kamieniem.

To miejsce nie było „ładne” w klasycznym sensie. Nie próbowało się podobać.

Było obronne, zamknięte, stworzone do patrzenia z góry i przetrwania.

A jednak miało w sobie coś przyciągającego. Może właśnie przez tę surowość.

Nie zatrzymaliśmy się tam długo.

Ale to jedno z tych miejsc, które zostają – nie jako obraz, tylko jako odczucie.

Balloch Castle Country Park

Noc spędziliśmy niedaleko parku nad jeziorem.

Rano wyszliśmy wcześnie. Loch Lomond był niemal nieruchomy. Woda jak szkło, tylko ślad po łodzi przecinał powierzchnię.

Usiedliśmy w ciszy.

– Myślisz, że tu wrócimy? – zapytałam.

– Może nie trzeba – odpowiedział Karol. – Czasem wystarczy, że się było.

Droga nad jeziorem

Jechaliśmy wzdłuż Loch Lomond. Woda po jednej stronie, zbocza po drugiej.

Zatrzymaliśmy się przy małej zatoce. Cisza była prawie absolutna.

To był moment, który nie potrzebował zdjęcia.

Rowardennan

Tu kończyła się droga. Dalej tylko pieszo.

Zatrzymaliśmy się w małej chatce nad wodą. Wieczorem usiedliśmy na pomoście z herbatą. Niebo powoli wypełniało się gwiazdami.

Ben Lomond

Rano ruszyliśmy wcześnie.

Szlak najpierw prowadził przez las, potem coraz wyżej, aż zostaliśmy tylko my, wiatr i kamienie. Mgła pojawiała się i znikała.

Na szczycie wszystko ucichło.

974 metry. Niewiele – a jednak wystarczająco, żeby zobaczyć więcej niż krajobraz.

Przed nami rozciągały się Highlands. Surowe, spokojne, obojętne na naszą obecność.

I może właśnie dlatego tak ważne.

Powrót

Schodziliśmy wolniej.

Przy strumieniu zatrzymaliśmy się na chwilę. Woda była lodowata i czysta.

Wieczorem wypiliśmy po kieliszku whisky. Bez toastów, bez wielkich słów.

Myśleliśmy już o kolejnej podróży.

Ale to, co najważniejsze, wydarzyło się tutaj.

Minęło kilka lat, a ja wciąż wracam tam myślami. Nie do konkretnych miejsc — raczej do światła, ciszy i ludzi, z którymi tam byłam.

I chyba właśnie to jest najważniejsze w podróżach.

2026-03-10 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Budapeszt

by Jolanta Strażyc 2025-10-30

Czerwiec 2010

Lotnisko w Krakowie. Piątka znajomych rusza w kilkudniową wyprawę do Budapesztu. Ja z aparatem na szyi, Majka z plecakiem pełnym koralików, „na wypadek, gdyby natchnienie przyszło w Budapeszcie”, Ewa ze szkicownikiem, Karol i Konrad – z laptopami, „bo może coś trzeba będzie poprawić w kodzie”.

Samolot startował o dziewiętnastej. Majka, jak zwykle, zasnęła przed oderwaniem kół od pasa, a Ewa próbowała narysować stewardesę, zanim ta zdążyła się zorientować. Ja dokumentowałam wszystko – od chmur po plastikowy kubeczek z sokiem.

W połowie lotu Majka się ocknęła i zapytała:

– A wiecie, że Budapeszt to właściwie trzy miasta w jednym?

– Serio? – zdziwił się Karol.

– Tak. Buda, Óbuda i Peszt połączyły się dopiero w XIX wieku – odpowiedziała z dumą. – Widziałam w przewodniku.

– To znaczy, że mamy do zwiedzenia nie jedno, tylko trzy miasta – mruknął Konrad. – Czuję, że będzie bolało.

Po przylocie wzięliśmy taksówkę i trafiliśmy do naszego hotelu, opisanego w Internecie jako „średniej klasy z klimatem”. Klimat rzeczywiście był – trochę jak w filmie z lat 80. Windy nie było, klucz ważył pół kilo, a pokoje miały widok na podwórko, gdzie ktoś wieszał pranie w rytm muzyki z radia. Ale kto by tam narzekał – w końcu to Budapeszt!

Zasnęliśmy szybko – zbyt zmęczeni, by zastanawiać się, czy w nocy zgaśnie światło (zgasło).

Poniedziałek – zderzenie z historią i kawą po węgiersku

Pierwszy poranek rozpoczął się od bohaterskiej próby odnalezienia śniadania. Konrad stwierdził, że „kawa po węgiersku” musi być mocna jak palinka – i miał rację. Po dwóch łykach byłam gotowa zwiedzić cały parlament i pół Pesztu.

Zaczęliśmy od Mostu Łańcuchowego. Karol próbował tłumaczyć, że to „symbol jedności”, ale bardziej jednoczyło nas to, że w połowie mostu Ewa przypomniała sobie, że ma lęk wysokości. Zdjęcie grupowe wyszło dzięki temu wyjątkowo dynamicznie – z Ewą przyczajoną za moimi plecami.

Tu po raz pierwszy poznaliśmy naszego przewodnika – Gábora, a właściwie Gabriela po polsku, który uśmiechnął się szeroko, mówiąc:

– Most Łańcuchowy to pierwszy most na Dunaju w granicach dawnych Węgier. Dzięki niemu Buda i Peszt połączyły się nie tylko mostem, ale i losem – stąd dziś Budapeszt. W 1950 roku do miasta przyłączono jeszcze 23 miejscowości. Dlatego dziś Budapeszt ma rozmach, ale wciąż widać jego dawne małomiasteczkowe serce.

– Ładne – przyznała Ewa. – Czy to pan wymyślił? – zażartowała.
– Nie, historia. Ja tylko ją lubię opowiadać – odpowiedział Gábor z uśmiechem.

Wieczorem, siedząc nad brzegiem Dunaju, śmialiśmy się z Ewy i jej „bohaterskiego uśmiechu”. W tle odbijały się światła parlamentu, a Gábor tłumaczył:
– Parlament to prawdziwa perła neogotyku. Zbudowano go na przełomie XIX i XX wieku. Ma siedemset pomieszczeń i jest trzecim co do wielkości parlamentem świata. Ma 96 metrów wysokości – tyle samo co bazylika św. Stefana. To symbol, że władza świecka i duchowa są sobie równe.

Patrzyłam wtedy na odbicie gmachu w rzece i pomyślałam, że nawet gdyby nic więcej nie zobaczyć, już warto było tu przylecieć.

Wtorek – Wzgórze Zamkowe

Tu bije historyczne serce Budapesztu. Wzgórze i Zamek Królewski należą do światowego dziedzictwa UNESCO. W zamku mieści się dziś Węgierska Galeria Narodowa i Muzeum Historii Budapesztu.

Plan był prosty: Wzgórze Zamkowe, Baszta Rybacka, Kościół św. Macieja. Plan prosty – do momentu, aż zaczęliśmy iść pod górę.

– To tylko 235 metrów! – powiedział Karol, patrząc w mapę.

– W pionie? – sapnęła przestraszona Ewa.

„Budapeszt najlepiej zwiedzać pieszo” – przypomniałam sobie słowa Gábora. – „Bo tylko wtedy naprawdę słychać jego rytm.”

Na szczycie widok był wart wszystkiego. Baszta Rybacka błyszczała w słońcu, a Majka stwierdziła, że jej następna kolekcja biżuterii będzie „w stylu neoromańskim”. Karol pozował jak św. Stefan – z poważną miną i ręką uniesioną ku niebu.

– Brakuje ci tylko korony – powiedziałam, robiąc zdjęcie.

– Korony z ryb – dodał Konrad. – W końcu Baszta Rybacka.

Gábor, który dołączył do nas przy Baszcie, opowiadał:

– Zbudowano ją z okazji tysiąclecia państwa węgierskiego. Te siedem wież symbolizuje siedmiu wodzów, którzy założyli Węgry. Stąd właśnie zaczęła się nasza państwowość. A widok na Peszt? Proszę spojrzeć – parlament, bazylika, mosty. Każdy inny, a razem tworzą harmonię.

Środa – metro, zgubiony bilet i węgierska elegancja

Majka upierała się, że musimy przejechać się żółtą linią metra, tą najstarszą w Europie. Wsiedliśmy pełni entuzjazmu – i wysiedliśmy po dwóch stacjach, bo Ewa zgubiła bilet. Konrad bohatersko wrócił, by go odnaleźć… i znalazł bilet, ale z Krakowa.

– Linia M1, zwana „żółtą” – mówił Gábor, gdy się z nim znowu spotkaliśmy – powstała w XIX wieku, pod Aleją Andrássyego. To pierwsze metro w kontynentalnej Europie i drugie najstarsze na świecie. W 2002 roku wpisano ją na listę UNESCO.

– No proszę, zgubiłam bilet w zabytku! – stwierdziła Ewa, puszczając oko do Gábora.

Po południu spacerowaliśmy Aleją Andrássyego – reprezentacyjną, szeroką, z pałacami i drzewami po obu stronach. Wystawy butików wyglądały jak scenografie do filmu o życiu w luksusie.

– Wejdźmy tu – powiedziała Majka, wskazując sklep z biżuterią.

– To nie sklep, to ambasada – ostrzegł Karol.

– Tym bardziej! – odparła z uśmiechem.

– Pod tą aleją właśnie jedzie nasze metro – wyjaśnił Gábor. – A na końcu czeka Plac Bohaterów i Park Miejski z zamkiem Vajdahunyad.

Wieczorem w małej kawiarni Ewa rozłożyła szkicownik i zaczęła rysować kelnera. Ten, zadowolony z zainteresowania, przyniósł nam deser „na koszt szefa”. Do dziś nie wiemy, co to było, ale wszyscy zgodnie twierdziliśmy, że pyszne.

Czwartek – termalne przygody

Dzień term. Wchodzimy do Széchenyiego, a tam – baseny, pary, starsi panowie grający w szachy po szyję w wodzie. Karol wyglądał, jakby się zgubił w filmie o sanatorium.

– To my też możemy tak siedzieć? – zapytał niepewnie.

– Możemy, ale z klasą – odpowiedziała Majka, po czym poślizgnęła się i wpadła z pluskiem do basenu.

Po godzinie wszyscy byliśmy rozluźnieni jak po trzech masażach. Ewa stwierdziła, że para nad wodą wygląda „malarsko” i zaczęła szkicować ludzi, którzy natychmiast przyjęli „naturalne” pozy.

Gábor, który pojawił się przy szachowym stoliku, powiedział:
– Budapeszt to największe miasto uzdrowiskowe w Europie. Mamy tu ponad sto źródeł termalnych i ponad trzydzieści łaźni. Rzymianie kąpali się tu dwa tysiące lat temu – a jak widać, tradycja trwa.

– I temperatura też – dodał Karol, wyciągając się w gorącej wodzie.

Wieczorem zjedliśmy gulasz, który Karol opisał jako „kulinarne doświadczenie graniczne”. Zgodnie z etykietą poprosiliśmy o coś mniej pikáns – dostaliśmy to samo, tylko w większej porcji.

Piątek – pożegnanie z Dunajem

Poranek był mglisty i cichy. W hotelu zgasło światło (pożegnanie z klasą!). Spakowani, zmęczeni, ale szczęśliwi, wsiedliśmy do taksówki.

Na lotnisku Majka zauważyła, że ma w torbie garść węgierskich forintów. – Zostawmy na następny raz – powiedziała. A ja pomyślałam, że to świetny pomysł. Bo choć widziałyśmy wszystko, co „trzeba zobaczyć”, to, co najfajniejsze, zdarzyło się między zdjęciem a łykiem kawy, między śmiechem a kolejnym zgubionym biletem.

Samolot wystartował, a ja patrzyłam przez okno na Dunaj, który połyskiwał w słońcu jak długi, srebrny łańcuch. Pomyślałam wtedy, że Budapeszt to nie tylko zabytki i historia, ale też nasze śmiechy, potknięcia i rozmowy, które wciąż słyszę w głowie, gdy przeglądam tamte zdjęcia.

I że najpiękniejsze wspomnienia robią się same – wystarczy dobra paczka znajomych i aparat fotograficzny, który zawsze jest pod ręką.

2025-10-30 11 komentarzy
17 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Czerwone Wierchy – wrześniowe światło w Tatrach

by Jolanta Strażyc 2025-09-10

Wrzesień, 2009

Tatry jesienią to zupełnie inna opowieść. Nie krzyczą zielenią ani nie tętnią życiem jak w czerwcu. We wrześniu cichną. Nabierają powagi. I każą się zatrzymać, chociaż na chwilę.

– To już nie jest czas zdobywania – powiedziała Ewa, gdy pakowaliśmy się w Krakowie. – To czas patrzenia.

Wyjechaliśmy rano, jak zwykle z Karolem za kierownicą. Auto sunęło znajomą trasą, radio cicho grało jazz, a rozmowa toczyła się leniwie – o pogodzie, o książkach, o tym, gdzie najlepiej zjeść po zejściu ze szlaku.

– Oscypki z żurawiną na Gubałówce. Koniec dyskusji – oznajmił Konrad, spoglądając w lusterko jakby w poszukiwaniu poparcia.

– Proszę cię… – westchnęła Ewa z przekąsem. – Może jeszcze bigos w kubku? Ja marzę o czymś estetycznym.

– Estetycznym, czyli czym? Jedzeniem z liścia?

Majka z tyłu wybuchnęła śmiechem.

– Byle nie z paproci, bo będziesz się domyślać smaku do grudnia.

Droga do Zakopanego minęła szybko. Plan był prosty: z Kir przez Dolinę Kościeliską na Ciemniak, potem Krzesanica, Małołączniak, Kopa Kondracka, i zejście przez Halę Kondratową.

Dolina przywitała nas zapachem świerków i lekką mgłą unoszącą się nad ścieżką. Poranek był chłodny, ale wciągaliśmy to powietrze jak najczystszą wodę.

– Wiesz, że jak się dobrze wpatrzeć, to te Wierchy faktycznie robią się czerwone? – zagaiła Majka, poprawiając czapkę robioną na drutach, która rzeczywiście wyglądała jak pamiątka z pracowni babci-artystki.

– To przez sit skucina. Roślina zmienia barwę jesienią – odparł Karol z tym swoim tonem człowieka, który naprawdę to wie.

– Sit skucina… – powtórzył Konrad. – I znowu zapomnę to za pięć minut. Dla mnie i tak wygląda to jakby ktoś polał góry malinowym winem.

Podejście na Ciemniak dało nam w kość. Dziewczyny szły z kijkami, równo i konsekwentnie. Chłopaki bez – choć pod koniec już z wyraźnym grymasem.

– Nie wiem, jak wy, ale ja czuję każdą kanapkę, którą zjadłem w sierpniu – jęknął Konrad, opierając się na głazie.

– To jedz mniej, a nie mów więcej – rzuciła Ewa i podała mu orzeszka z uśmiechem, który był mieszanką troski i lekkiej złośliwości.

Na grani zmieniło się wszystko. Świat zwolnił. Przestrzeń otwarła się bez ostrzeżenia. Tatry Zachodnie tonęły w świetle. Skały miały kolor stali, trawy rudziały, a niebo wydawało się tak blisko, że można było po nim głaskać chmury.

Przysiedliśmy na Krzesanicy. Przez długą chwilę nikt się nie odzywał. Po prostu siedzieliśmy.

– Cisza to najpiękniejszy dźwięk Tatr – powiedziała Ewa cicho. – I nie da się jej usłyszeć, jeśli sam w sobie jesteś zbyt głośny.

Zrobiliśmy zdjęcie grupowe – jedno z tych z samowyzwalacza, gdzie zawsze ktoś zdąży mrugnąć. A potem portrety – Majka z rozwianymi włosami, Konrad udający filozofa, Karol próbujący wyglądać poważnie (i nieudolnie), ja – z aparatem na szyi. Ewa stała na tle nieba, z zamkniętymi oczami, jakby słuchała wiatru.

Zejście było spokojne. Małołączniak, potem Kopa Kondracka – jakby góry nas już znały i tylko odprowadzały do drzwi. Słońce cofało się za grań, cień zaglądał w doliny, robiło się chłodniej.

Na Hali Kondratowej – herbata z cytryną, gorące kubki w zmarzniętych dłoniach, rozmowy szeptem, żeby nie zakłócać zmierzchu.

– To było… inne – powiedziała Majka. – Spokojne. Ale takie, że chce się to zatrzymać.

Wieczorem w Zakopanem znaleźliśmy mały lokal z pizzą i grzanym winem. Karol – jako kierowca – poprosił o wodę z cytryną, ale nie przestał się uśmiechać, słuchając, jak opowiadamy o rękawiczkach (to ja je zapomniałam), o zgubionej mapie (to Konrad), i o tym, kto zjadł prowiant jeszcze przed południem (wszyscy, tylko się nie przyznali).

Wrzesień 2009 zostawił w nas coś innego niż czerwiec. Nie euforię, lecz ciszę. Ukojenie. To złote światło, które oświetlało zbocza Czerwonych Wierchów, zdawało się wsiąknąć w nas – zostać na dłużej.

Nie potrzebowaliśmy już adrenaliny. Tylko obecności. Równych kroków. I świadomości, że w tym milczeniu jesteśmy razem.

I że jeszcze wrócimy.

2025-09-10 9 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Urlop na Roztoczu

by Jolanta Strażyc 2025-08-30

Był czerwiec 2009, połowa miesiąca – czas, w którym lato dopiero się zaczyna. Lubię właśnie ten moment – przed sezonem, kiedy wszystko jeszcze oddycha spokojem, a przyroda dopiero się rozkręca. Z Majką i Ewą z Elbląga spakowałyśmy plecaki, zabrałyśmy termos z kawą, kanapki i ruszyłyśmy w drogę – na Roztocze.

Naszą bazą był mały pensjonat w Krasnobrodzie – cichy, niedrogi, z dużą rozłożystą jabłonką, pod którą codziennie siadałyśmy z książką, winem i planem: odpoczywać, gdzie się da, chodzić, gdzie warto, i zjeść, co lokalne.

Krasnobród

Pierwszy dzień urlopu spędziłyśmy na spokojnym rozpoznaniu okolicy. Przespacerowałyśmy się do zalewu, gdzie kilkoro dzieci pluskało się w wodzie, a starsi wczasowicze leniwie opalali się na kocach. Woda w zalewie była chłodna, ale przejrzysta, a rzeka Wieprz szemrała spokojnie wśród trzcin i sitowia. W powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy i dzikiej mięty. 

– Zobacz, jak tu spokojnie. – powiedziała Majka, siadając na brzegu pomostu i zanurzając stopy w wodzie. – Ani hałasu, ani tłoku. Zupełnie jakbyśmy cofnęły się w czasie.

Potem weszłyśmy na wzgórze z kamieniołomem. Widok był wart każdego kroku – z baszty rozciągał się szeroki pejzaż na lasy Roztocza i taflę zalewu błyszczącą w słońcu jak rozlana rtęć. Wiatr pachniał żywicą i nagrzanym wapieniem.

Po południu zwiedziłyśmy zespół pałacowo-parkowy Leszczyńskich, gdzie dzieci spacerowały, trzymając się za ręce. Było w tym coś wzruszającego – stara architektura, kasztanowa aleja i głosy dzieci niosące się echem po dziedzińcu.

Wieczorem poszłyśmy do Kościoła Nawiedzenia NMP. Chłodne wnętrze, ciężkie organy i światło przechodzące przez kolorowe witraże stworzyły niesamowitą atmosferę. Po mszy usiadłyśmy przy „Kaplicy na Wodzie”, gdzie szemrał niewielki strumień. Ewa nabrała trochę wody do butelki.

– Podobno uzdrawia, – mruknęła z uśmiechem. – Nie zaszkodzi mieć przy sobie coś świętego.

Wieczorem siedziałyśmy na tarasie pensjonatu, owinięte w wełniane szale, popijając piwo z sokiem malinowym. Powietrze było ciepłe, ale już z lekką nutą wieczornego chłodu. Rozłożyłam mapę na stole, wygładzając zagięcia dłonią.

– Zobaczcie – zaczęłam. – Miejsca, które warto zobaczyć: Zwierzyniec z Kościołem na Wodzie, szumy nad Tanwią, koniki polskie w rezerwacie, Zamość – wiadomo. I coś bardziej osobistego… cerkiew w Szczebrzeszynie, gdzie księdzem dziekanem był mój praprapradziadek, Józef Lisowski. I jeszcze Topólcza – tam mieszkał z rodziną. Co wy na to?

Majka podeszła bliżej i nachyliła się nad mapą.

– Ty jesteś naszym przewodnikiem – powiedziała. – To zaczynamy od Szczebrzeszyna.

Cerkiew praprapradziadka

Z Krasnobrodu wyjechałyśmy rano, gdy mgła jeszcze tańczyła między polami, jakby nie wiedziała, że dzień już się zaczął. Droga do Szczebrzeszyna wiła się wśród pagórków, pól i lasów – wszędzie widoki jakby wymalowane ręką zapomnianego artysty.

– Jakie to piękne… – powiedziała Majka, wychylając się przez okno. – Jakby tu czas się zatrzymał.

– Albo przynajmniej zgubił zegarek – dodała Ewa, z nosem przyklejonym do szyby. – Czuję się, jakbyśmy były w środku pocztówki.

Szczebrzeszyn przywitał nas powolnym ruchem przechodniów i zapachem świeżego chleba z piekarni przy rynku. Cerkiew stała na uboczu, niemal schowana za drzewami – jakby wciąż niepewna, czy jej miejsce jeszcze tu jest. Milczałyśmy chwilę, patrząc w ciszy, aż w końcu powiedziałam cicho:

– Dziwne uczucie… Że ktoś z moich przodków tu żył, oddychał tym powietrzem, chodził tymi ścieżkami…

– Historia jest jak kurz na książkach – powiedziała Ewa, chowając przewodnik po Roztoczu do torebki. – Niewidoczna, dopóki nie dmuchniesz.

Do wnętrza cerkwi wprowadził nas starszy mężczyzna. Uśmiechnął się bez słowa i zaprosił gestem dłoni. W środku pachniało drewnem, woskiem i odrobiną kadzidła, jakby liturgia wciąż gdzieś tu była – ukryta w kątach, nie do końca gotowa odejść.

Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny w Szczebrzeszynie to najstarsza zachowana świątynia prawosławna w Polsce. Jej wnętrze zdobią polichromie z XVI i XVII wieku – wyblakłe, ale wciąż poruszające. Sceny Apokalipsy, kuszenie Chrystusa, postaci aniołów i świętych – wszystko jakby mówiło do nas innym językiem, ale prosto do serca.

Wpatrywałyśmy się w stare ikony, w kolory, które czas przygasił, ale nie zniszczył. Gdzieniegdzie złoto błyszczało jeszcze w świetle porannego słońca wpadającego przez wąskie okna.

– A tam można? – zapytała Ewa, wskazując na prezbiterium.

Mężczyzna potrząsnął głową.

– Tylko mężczyźni. Tradycja.

Zatrzymałyśmy się więc u progu, patrząc przed siebie, jakbyśmy przez tę niedostępność widziały jeszcze więcej. Może nawet tak miało być – żeby poczuć nie wszystko, ale coś głębszego. Tajemnicę.

– On naprawdę tu był… – szepnęłam. – Może tym kluczem otwierał drzwi? Może modlił się tak, jak my teraz milczymy.

Wyszłyśmy w ciszy. Każda z nas trochę bardziej zamyślona niż wcześniej. Czasem to nie widoki robią największe wrażenie, ale echo, które zostaje po nich w człowieku.

– Zazdroszczę ci tych wszystkich praprzodków – odezwała się cicho Majka. – I tego, że znasz ich historie. U mnie to wszystko się gdzieś urwało… nic się nie zachowało.

– Weźmiemy się kiedyś za twoją genealogię – uśmiechnęłam się.

– A ja pomogę – dorzuciła Ewa z entuzjazmem.

– Nic z tego nie będzie – westchnęła Majka. – Nie znam nawet miejscowości, z których moi pradziadkowie się wywodzą. Nie wiem, jak się za to zabrać… gdzie szukać, kogo pytać…

Na chwilę zapadła cisza, tylko wiatr poruszał liśćmi starych lip. Może właśnie tak zaczynają się poszukiwania – od rozmowy, od niedosytu, od pragnienia, by coś odzyskać.

Ze Szczebrzeszyna pojechałyśmy jeszcze do Topólczy. Ksiądz Józef Lisowski mieszkał tam niegdyś z żoną Marianną, na plebanii, gdzieś w pobliżu cerkwi. W Topólczy przyszły na świat ich dzieci, w tym syn Paweł – ojciec Leokadii Lisowskiej TU

Stara, drewniana cerkiew już nie istnieje, ale nowa, murowana, nadal stoi wtopiona w krajobraz. Obok niej zaczyna się wąwóz lessowy – wąski, porośnięty trawą i wysokimi paprociami, jak brama do innego świata.

U jego podnóża ciągnie się ścieżka, prowadząca na okoliczne pola i cmentarz. Ta droga, cicha i malownicza, bywa czasem ostatnią drogą tutejszych mieszkańców.

Szłyśmy przez wąwóz w milczeniu. Rzeczka szemrała cicho, jakby opowiadała coś bardzo starego i ważnego – ale tylko tym, którzy potrafią słuchać. Nad nią pochylały się drzewa, porośnięte mchem i pamięcią. To było prawdziwe Roztocze – piękne, surowe i ciche. Takie, które nie krzyczy, tylko zostaje w pamięci.

Zamość – dzień sztuki

Do Zamościa wyruszyłyśmy około dziesiątej. Pogoda była idealna: słońce, ale bez upału, lekki wiatr i czyste niebo. Miasto powitało nas tak, jakby wiedziało, że jesteśmy z tych, którzy potrafią patrzeć.

Ratusz z wachlarzowymi schodami górował nad rynkiem. Kamienice w pastelowych kolorach — każda inna, a razem olśniewające.

– To naprawdę perła renesansu — powiedziała Majka, robiąc zdjęcie z takim zaangażowaniem, jakby od tego zależała przyszłość rodzinnego albumu.

Zaczęłyśmy od kawy z widokiem na rynek i parasole. Obok nas usiadła grupa Niemców z przewodnikiem. Potem odwiedziłyśmy lokalną galerię sztuki — wystawa zaskoczyła nas nowoczesnością. Instalacje z metalu, obrazy w stylu ekspresjonizmu… Majka zatrzymała się przy rzeźbie przypominającej plątaninę wieszaków i zapytała:

– Co to ma być?

– Może dusza urzędnika po godzinach — zażartowałam.

Na obiad trafiłyśmy do restauracji na uboczu rynku. Menu regionalne, bez zbędnych udziwnień. Po posiłku zrobiłyśmy ostatnią rundkę po rynku i spacer pod mury twierdzy.

W sklepie z lokalnymi produktami kupiłyśmy miód fasolowy.
– Najlepszy na serce i na nerwy. I na sąsiadów — powiedziała sprzedawczyni, wkładając słoik do papierowej torby.

Wieczorem, już w Krasnobrodzie, rozsmarowałyśmy miód na kromkach chleba. Smak był delikatny, słodki, z lekkim ziołowym tłem. Niby fasola, a jednak nie do końca. Jak nasz urlop — niby zwyczajny, a jednak nie do opisania.

Wieczorem, na tarasie, milczałyśmy dłużej niż zwykle. Na niebie zapalały się gwiazdy jedna po drugiej — jakby ktoś włączał światło w pokojach nieba.

– Jak wrócimy, muszę to wszystko zapisać — powiedziała Ewa, z głową opartą o pień drzewa.

– Już zapisałaś. Tylko w sobie — odparłam.

Majka spojrzała na nas z uśmiechem:

– Pomyśleć, że wystarczyło przyjechać tu, żeby przypomnieć sobie, że życie nie musi być aż tak poważne.

Obok jabłonka szumiała coś cicho. Może potakiwała. Może słuchała.

Wykorzystać każdą chwilę

Kolejne dni mijały między wędrówkami a wieczornym siedzeniem na tarasie. Patrzyłyśmy, jak niebo zmienia barwy. Czasem mówiłyśmy dużo, czasem wcale — i to „nic” też było dobre.

Nad Tanwią słuchałyśmy „szumów” – miniaturowych progów rzecznych, które grały koncert tylko dla nas. Woda spływała kaskadami po kamieniach, tworząc biały, pienisty dywan.

– Tu mógłby się zaczynać jakiś film — powiedziała Ewa, wyciągając aparat.
– Albo kończyć — dodała Majka. — Szczęśliwe zakończenie z przyrodą w tle.

W Zwierzyńcu wąskie uliczki, wybrukowane kamieniem, prowadziły nas wśród kolorowych domów z czerwonymi dachami, których okiennice trzaskały lekko na wietrze.

Kościół na Wodzie wyglądał jak z baśni: biały, elegancki, odbijający się w tafli stawu, otoczony starymi wierzbami, których gałęzie leniwie muskają wodę. W powietrzu unosił się zapach lipy i świeżo skoszonej trawy, a wokół świergotały ptaki…

Przeszłyśmy się po parku, gdzie dzieci biegały z latawcami, a ich rodzice siedzieli na ławkach i wymieniali się opowieściami. Odwiedziłyśmy też browar – małą perełkę, gdzie właściciel z pasją opowiadał o tradycji piwowarskiej Roztocza. W urokliwej knajpce, zjadłyśmy obiad, który smakował jak dawniej – w rodzinnym domu, pachnącym ziołami i czasem spędzonym przy wspólnym stole.

Ostatniego dnia wybrałyśmy się do rezerwatu, gdzie żyją koniki polskie. Mgła unosiła się nad łąkami, a konie — spokojne — pasły się w oddali. Niektóre podchodziły bliżej, ciekawskie, z mokrymi chrapami i błyszczącymi oczami.

– To było dobre pięć dni — podsumowała Majka.

– Idealne wakacje bez presji — dodała Ewa. — Bez zegarka, bez Internetu, z przyjaciółkami.

Wracałyśmy do pensjonatu w milczeniu, zmęczone, ale szczęśliwe. Czekała tam na nas butelka wina i słoik miodu, który kupiłyśmy w Zamościu.

Roztocze zostało z nami na długo — nie tylko na zdjęciach i w pamięci, ale w zapachach poranka, w ciszy i w dotyku trawy na bosych stopach.
W tym, co się nie kończy, nawet kiedy urlop dawno minął.

2025-08-30 9 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Frankfurt nad Menem

by Jolanta Strażyc 2025-08-10

Samolot wystartował punktualnie. Majka, jak zawsze, zasnęła przed oderwaniem kół od pasa. Ja robiłam zdjęcia chmurom, a Karol przeglądał przewodnik po Frankfurcie:

– A wiecie, że Frankfurt to taki niemiecki Manhattan? – Nazywają go „Mainhattan”, bo leży nad rzeką Men.

– To już wiem, jak się będziemy przedstawiać – mruknęła Majka, budząc się z półsnu. – Cześć, jesteśmy z Krakowa, a przylecieliśmy do Mainhattanu w celach artystyczno-rekreacyjnych.

– Brzmi drożej, niż wygląda – skomentował Konrad.

Lot trwał niecałe dwie godziny. Gdy wyszliśmy z samolotu, uderzyło nas niemieckie uporządkowanie. Wszystko działało: pociąg z lotniska ruszył punktualnie, a automat do biletów mówił po angielsku, niemiecku i – o dziwo – po polsku.

– Frankfurt wita nas w swoim stylu – stwierdziłam, gdy przez okno pociągu zobaczyliśmy pierwsze drapacze chmur błyszczące w popołudniowym słońcu.

Hotel znaleźliśmy niedaleko Hauptbahnhof(u) – „średniej klasy z klimatem”, jak to zwykle bywa. Klimat był – trochę jak z filmu z lat 80.: wykładzina pamiętała czasy euro przed euro, a klucz ważył prawie pół kilo. Ale z okna mieliśmy widok na lśniącą Main Tower.

– To nasz „Pegaz” – powiedziała Majka, patrząc na nią z zachwytem. – Tylko nie odlatuje, stoi i błyszczy.

– Pegaz ze szkła i stali – dopowiedział Konrad. – Idealny symbol Frankfurtu.

Po obiedzie ruszyliśmy na pierwszy spacer. Po drodze mijaliśmy szklane ściany biurowców, w których odbijały się stare kamieniczki i światła tramwajów.

Na placu przed dawną siedzibą Europejskiego Banku Centralnego stanęliśmy przed ogromnym, błękitnym znakiem euro.

– Patrzcie, symbol naszych codziennych wydatków – westchnął Karol.

– I marzeń – dodała Majka. – Bo żeby zwiedzać świat, najpierw trzeba coś zarobić.

– A żeby zarobić, trzeba pracować – uśmiechnął się Karol. – Ale najpierw kawa.

I tak wylądowaliśmy w małej kawiarni przy Kaiserstraße, z widokiem na drapacze chmur i przemykające tramwaje.

Kawa była mocna i aromatyczna – jak całe miasto.

– To nie Kraków – powiedziała Majka, patrząc przez okno. – Tam historia pachnie obwarzankami. Tutaj pachnie… stalą i espresso.

– Ale też dobrze – odpowiedziałam. – Zobaczysz, jutro znajdziemy coś, co połączy jedno i drugie.

Wróciliśmy do hotelu zmęczeni, ale szczęśliwi. Zasnęliśmy przy dźwięku miasta – gdzieś w oddali słychać było pociąg, a za oknem błyszczały światła Main Tower.

Poniedziałek – Stare Miasto i kawa z widokiem na wieżowce

Pierwszy poranek we Frankfurcie. Za oknem słońce wspinało się po szklanych ścianach wieżowców, a w powietrzu unosił się zapach świeżych bułek i porannego ruchu. Zeszliśmy do hotelowej jadalni, gdzie wszystko działało jak w zegarku: jajka były idealnie ugotowane, kawa mocna, a obsługa uśmiechnięta tak, jakby każdy poniedziałek był ich ulubionym dniem tygodnia.

– Tu nawet masło jest równo ułożone – zauważył Konrad, patrząc z podziwem na bufet.

– Niemiecki porządek w praktyce – mruknął Karol, nalewając sobie soku.

Po śniadaniu ruszyliśmy w stronę Römerberg(u) – serca starego Frankfurtu. Droga prowadziła między nowoczesnymi biurowcami, aż nagle… jakby ktoś przeniósł nas w inny świat. Przed nami wyrósł plac otoczony kamienicami z muru pruskiego, z kolorowymi frontami i spiczastymi dachami. Balkoniki tonęły w kwiatach, a w tle majaczyły błyszczące wieże Commerzbank(u).

– To jest właśnie Frankfurt – powiedział Karol, zatrzymując się. – Średniowiecze i XXI wiek w jednym kadrze.

– I jeszcze tysiące turystów – dodał Konrad, rozglądając się po tłumie z aparatami.

– Nie narzekaj – odparłam. – Przynajmniej nie muszę się tłumaczyć, czemu fotografuję każdą doniczkę.

Zatrzymaliśmy się przy Fontannie Sprawiedliwości (Gerechtigkeitsbrunnen). Z zachwytem oglądaliśmy figurę bogini Justitii.

– Zobaczcie, ona nie ma opaski na oczach! – zauważyłam. – Wreszcie ktoś pozwolił sprawiedliwości widzieć, co się dzieje.

– To dlatego, że jesteśmy w Niemczech – zażartował Karol. – Tu wszystko musi być dokładnie sprawdzone, a sprawiedliwość ma patrzeć prosto w oczy.

– Tak powinno być. Niestety, sprawiedliwość często ma zamknięte oczy i zatyczki w uszach – dorzucił Konrad, rozśmieszając wszystkich.

Nieopodal rozbrzmiały dzwony z kościoła św. Mikołaja. Była dokładnie 12:05 – tak, jak w przewodniku: codziennie o 9:05, 12:05 i 17:05 dzwonią 35 dzwonów.

Zatrzymaliśmy się na chwilę, słuchając melodii, która niosła się nad placem.

– To brzmi jak intro do jakiegoś filmu – szepnęła Majka. – Może powinniśmy zrobić film o naszych podróżach?

– Już widzę tytuł – powiedział Konrad. – Zgubiony bilet, odnalezione wspomnienia.

Śmialiśmy się tak, że kilku turystów spojrzało na nas z ciekawością.

Przy ratuszu Römer, jednym z najstarszych w Niemczech, poznaliśmy naszego przewodnika – Thomasa.

Wysoki, siwiejący Niemiec z brodą i błyskiem humoru w oku.

– Dzień dobry, witam w moim mieście – powiedział płynną polszczyzną. – Moja mama była z Wrocławia, więc jeśli coś źle powiem, proszę nie śmiać się za głośno.

– Obiecujemy – odparłam, a po chwili dodałam: – Ale nie gwarantujemy.

Thomas miał dar opowiadania.

– Römer to serce Frankfurtu od XV wieku – mówił. – Tutaj koronowano cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, tutaj bije duch miasta. Po wojnie wszystko zniszczono, ale odbudowaliśmy z dumą, cegła po cegle. Widzicie? – wskazał na ratusz. – To historia, która nie poddała się ruinie.

– Jak my po weekendzie – mruknął Konrad.

Po zwiedzaniu usiedliśmy w kawiarni przy samym placu. Kawa smakowała nieco inaczej niż w Krakowie – była mocna, gęsta i podana z niemal wojskową precyzją.

– U nich nawet pianka stoi na baczność – zauważył Karol.

Z kawiarni widać było panoramę miasta – spomiędzy starych dachów wyrastały szklane wieżowce: Commerzbank Tower, Messeturm, Tower185.

– Wygląda jak rozmowa przeszłości z przyszłością – powiedziałam, robiąc zdjęcie.

– I my jesteśmy gdzieś pośrodku – dodała Majka. – Tacy pół retro, pół nowoczesność.

W drodze powrotnej Thomas zatrzymał nas przy ogromnej rzeźbie – Hammering Man. Czarny, stalowy człowiek z poruszającym się ramieniem, który nieustannie „pracował” przed Messeturm.

– To symbol wszystkich, którzy pracują – wyjaśnił Thomas. – Artysta, Jonathan Borofsky, zrobił takie rzeźby w kilku miastach świata.

– Czyli także nas – powiedział Karol. – My też codziennie stukamy w klawiatury.

– Idealny symbol współczesnego Frankfurdu – dodał Konrad. – I naszego życia w IT.

Zachodzące słońce odbijało się w rzece Men, a niebo różowiało nad dachami.

– Wiesz, co? – powiedziała Majka. – Chyba wiem, jak nazwę nową kolekcję.

– Jak? – spytałam.

– „Mainhattan Lights”.

– Brzmi jak tytuł wystawy – odparłam. – I jak obietnica, że jeszcze tu wrócimy.

W hotelu długo przeglądaliśmy zdjęcia. Na jednym Thomas opowiada coś z zapałem, na innym Majka śmieje się tak, że ledwo trzyma kawę. Karol i Konrad na zdjęciu robią miny, które same mówią: „Patrzcie na nas!”, a ja też daję się ponieść chwili radości. A w tle – Frankfurt: miasto kontrastów, w którym każdy kadr ma swoją historię.

Wtorek – Main Tower, Commerzbank i spacer nad Menem

Poranek zaczął się od śmiechu. Majka, stojąc przy lustrze, poprawiała włosy i zapytała:

– A jak myślicie, czy w tych wieżowcach ludzie też tak długo wybierają, co na siebie włożyć do pracy?

– Nie – odpowiedział Konrad. – Oni mają dress code zapisany w systemie. Jak nie założysz garnituru, drzwi się nie otwierają.

– I kawa się nie parzy – dodał Karol, dopinając plecak. – Automat rozpoznaje poziom formalności po kolorze koszuli.

Po śniadaniu byliśmy już w drodze do Main Tower – czwartego co do wielkości budynku w Niemczech i jedynego z publicznym tarasem widokowym.

Winda ruszyła z prędkością, przy której nasze uszy same się przytkały, a Karol zbladł lekko, udając, że podziwia panel z przyciskami.

– Zawsze chciałem pracować w miejscu, gdzie winda ma własne tempo życia – mruknął.

– Spokojnie, zaraz będziemy na górze – pocieszył go Konrad. – I wtedy już tylko 200 metrów w dół pod nami.

– Dziękuję, teraz czuję się lepiej – odparł z przekąsem.

Na tarasie widokowym zaparło nam dech. Frankfurt rozciągał się pod nami jak misterny model z klocków: rzeka Men połyskiwała w słońcu, mosty wyglądały jak linie narysowane cienkim piórkiem, a szklane wieżowce błyszczały jak kolczyki w świetle dnia.

– Spójrzcie – powiedziałam, kierując obiektyw w stronę południa. – Tam Messeturm, ten „ołówek”.
– A tam Commerzbank Tower – dodał Thomas, który dołączył do nas przy wejściu. – 300 metrów wysokości, projekt Normana Fostera. Najwyższy w Unii Europejskiej. I ekologiczny – ma w środku ogrody.

– Ogrody? – zdziwiła się Majka. – Czyli w pracy mogą podlewać kwiatki między spotkaniami?

– Dokładnie tak – uśmiechnął się Thomas. – W Niemczech nawet powietrze jest zaplanowane.

Zrobiliśmy dziesiątki zdjęć: aparatem, telefonem, Karol z drona (którego teoretycznie nie miał prawa wnieść). A wszystko „na wysokości marzeń”.

– Patrz, jakie światło! – zawołałam. – Zrobimy kolekcję biżuterii inspirowaną szkłem i stalą.

– To będzie hit – powiedziała Majka. – Nazwiemy ją „Skyline”.

Po zejściu z Main Tower przeszliśmy w stronę Commerzbank Tower i Messeturm. Miasto dudniło rytmem biur, rozmów telefonicznych i stukotu butów na granicie. A jednak, między stalą i szkłem, co chwilę pojawiały się drzewa, małe kawiarenki i fontanny.

– Frankfurt to takie miasto, które wstaje o szóstej, ale potrafi się uśmiechać – zauważyła Majka.

Potem ruszyliśmy w stronę rzeki. Nad Menem wiatr był łagodny, woda odbijała błękit nieba i światła mostów. Po drugiej stronie widać było zarysy starych kościołów i domów.

– Niby Europa, a jednak inna – powiedziałam, robiąc zdjęcie. – Tu nowoczesność nie przykrywa historii, tylko ją podświetla.

– Dobrze powiedziane – stwierdził Thomas. – Frankfurt to miasto kontrastów. Zniszczony w wojnie, a dziś błyszczy.

Usiedliśmy w małej kawiarni nad rzeką. Thomas zamówił apfelwein – lokalne wino jabłkowe.

– Spróbujcie – powiedział. – Frankfurt bez apfelwein to jak Kraków bez obwarzanka.

Smakowało orzeźwiająco, lekko cierpko.

– Idealne na dzień pełen szkła i wysokości – stwierdziła Majka. – I do rozmów o życiu.

– I o tym, że czasem warto spojrzeć z góry, żeby docenić to, co pod nogami – dodałam.

Wieczorem wracaliśmy spacerem wzdłuż Menu. Miasto lśniło tysiącem świateł. W oddali błyszczała iglica Main Tower, a w wodzie odbijały się refleksy mostów. Zatrzymałam się na chwilę i zrobiłam ostatnie zdjęcie dnia – Majka z rozwianą fryzurą, Karol i Konrad śmiejący się z czegoś, Thomas tłumaczący coś z pasją.

Środa – Stara Opera, Japan Center i niemiecki porządek w praktyce

Poranek zaczął się spokojnie, co w naszym przypadku zawsze znaczyło, że zaraz wydarzy się coś nieplanowanego. Majka wstała pierwsza i zaparzyła kawę w hotelowym ekspresie, który wyglądał jak miniaturowa wersja statku kosmicznego.

– Nie wiem, co wcisnęłam – powiedziała, podając nam filiżanki. – Ale pachnie jak energia w płynie.

– W takim razie wypijmy zanim zacznie parować dymem – zażartował Konrad, ziewając.

Plan na dzień był ambitny: Stara Opera, potem spacer Aleją Bockenheimer Landstraße w stronę Japan Center, a na koniec – trochę „sztuki współczesnej” w postaci niemieckiego porządku.

Thomas czekał na nas punktualnie o 10:00.

– Dzień dobry! – przywitał się. – Dzisiaj mniej wysokości, więcej muzyki i kultury.

– Czyli szpilki, nie buty trekkingowe? – spytała Majka.

– Tylko jeśli chcesz konkurować z Pegazem – odparł z uśmiechem.

Stara Opera (Alte Oper) wyglądała jak sen architekta z XIX wieku – elegancka, neorenesansowa, z rzeźbami, kolumnami i Pegazem na dachu.

– To właśnie on – powiedział Thomas, wskazując na konia z rozpostartymi skrzydłami. – Symbol sztuki, która unosi człowieka ponad codzienność.

– Czyli coś jak kawa – mruknął Karol. – Tylko tańsze bilety.

Zatrzymaliśmy się przy fontannie przed Operą.

Majka rozłożyła szkicownik.

– Ten Pegaz jest cudowny – westchnęła. – Może zrobię wisiorek w jego kształcie.

– Zrób całą kolekcję – zachęciłam. – „Opera Collection”.

– Ja dorzucę nazwę w języku HTML – wtrącił Konrad. – „<pegaz class=‘artystyczny’>”.

Śmialiśmy się tak głośno, że grupa starszych turystów spojrzała na nas z lekkim oburzeniem.

Thomas tylko się uśmiechnął. – Widzę, że sztuka was poruszyła.

Obok Opery uliczny artysta grał na skrzypcach. Ten moment był magiczny – dźwięki skrzypiec mieszały się z szumem ulicy, a słońce odbijało się w złotych literach nad wejściem: „Dem Wahren, Schönen, Guten” – „Prawdziwemu, Pięknemu, Dobremu”.

– Ładne motto – powiedziałam cicho.

– I aktualne – dodał Karol. 

Z Opery ruszyliśmy dalej, mijając eleganckie biurowce. Po chwili przed nami wyrósł Japan Center – budynek o surowych, geometrycznych kształtach.

– Zbudowany według wymiarów japońskiej maty tatami – tłumaczył Thomas. – Wszystko tu jest wymierzone w proporcjach 90 na 180 centymetrów.

– Niemiecka precyzja spotyka japońską harmonię – powiedział Konrad. – To musi być najbardziej uporządkowane miejsce na świecie.

– Dopóki nie wejdziemy – dodał Karol z uśmiechem.

Po południu znaleźliśmy małą kawiarnię obok Goetheplatz. Drewniane stoliki, jazz w tle, zapach świeżego ciasta. Kelnerka z akcentem zdradzającym pochodzenie zza Odry uśmiechnęła się, słysząc nasz język.

– Polacy? – zapytała. – Mój tata też z Polski!

Zamówiliśmy espresso i apfelstrudel. Majka wyjęła z torby koraliki i zaczęła coś nawlekać, Thomas poprawiał notatki, a Karol z Konradem wdali się w dyskusję:

– Widzisz, co się dzieje? – powiedział Karol, rozglądając się. – W tym mieście nawet my zaczynamy działać systematycznie.

– Nie przesadzaj – odparła Majka. – Jak tylko skończę ten naszyjnik, chaos wróci do normy.

Wieczorem, gdy wróciliśmy do hotelu,  patrzyłam na panoramę miasta z naszego okna: na szklane wieże, które świeciły jak latarnie, a pod nimi płynął równy rytm miasta: tramwaje, ludzie, rozmowy, dźwięk kroków na bruku...

Czwartek – Spacer nad Menem i rejs po „Mainhattanie”

Poranek przywitał nas słońcem i zapachem świeżych bułeczek w hotelowej jadalni.

– To chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie croissanty leżą w równych odstępach – mruknął Karol, robiąc zdjęcie.

– Daj spokój, to sztuka użytkowa – odparł Konrad, smarując masłem bagietkę z dokładnością godną architekta.

Thomas czekał na nas przed wejściem, elegancki jak zawsze, z małą mapką w dłoni.

– Dzisiaj spokojnie – powiedział. – Rzeka, mosty i trochę sztuki. Bez drapaczy chmur, ale z dużą ilością światła.

Nadbrzeże Menu okazało się jednym z tych miejsc, gdzie nowoczesność spotyka oddech historii. Po jednej stronie – szkło i stal, po drugiej – kamieniczki z muru pruskiego, jakby wyrwane z innego wieku.

– To właśnie Frankfurt w pigułce – tłumaczył Thomas. – Miasto kontrastów. Biznes i sztuka, tempo i spokój.

– Jak my – powiedziała Majka. – Informatycy i artyści w jednym kadrze.

Usiedliśmy w małej kawiarni na rogu, zamówiliśmy apfelwein i przez chwilę po prostu patrzyliśmy na przechodniów.

– „Mainhattan” – westchnęła Majka.

– To taki niemiecki Nowy Jork, tylko z lepszym systemem recyklingu – odpowiedział Karol.

– I z czystszym powietrzem – dodałam. – No i bez pośpiechu. Tu nawet czas płynie w rytmie rzeki.

Po południu wsiedliśmy na statek. Słońce odbijało się w wodzie, a wiatr mieszał zapach kawy i rzeki. Thomas stanął przy burcie, jak przewodnik z filmu:

– Z lewej strony widzicie Commerzbank Tower – 300 metrów wysokości. Zaprojektowany przez Normana Fostera. Pierwszy ekologiczny wieżowiec w Europie.

Mijaliśmy kolejne mosty, każdy inny, każdy elegancki w swojej prostocie. Na pokładzie panowała cisza, przerywana tylko kliknięciami mojego aparatu.

– To niesamowite – powiedziała cicho Majka. – Z tej perspektywy wszystko wygląda inaczej.

– Bo w podróży zawsze chodzi o perspektywę – odparł Thomas. – A Frankfurt najlepiej rozumie się właśnie znad Menu.

Kiedy wracaliśmy do hotelu, nad rzeką zapaliły się światła. Na jednym z mostów ktoś grał na skrzypcach, a dźwięki niosły się daleko po wodzie. Zatrzymałam się, żeby zrobić ostatnie zdjęcie – rzeka, światła, most i nasze odbicia w szybie pobliskiego biurowca.

Piątek – Pożegnanie z „Mainhattanem”

Poranek był chłodny, ale słoneczny. W hotelu pachniało świeżo parzoną kawą i rogalikami, które w tym momencie smakowały jak nagroda za wszystkie wczorajsze spacery.

– Ostatni dzień – westchnęła Majka. – Trzeba wykorzystać każdą minutę.

Thomas zaproponował spacer po uliczkach wokół Starej Opery.

– Neorenesans w całej krasie – mówił z pasją, pokazując rzeźby Franza Krugera i Pegaza autorstwa Hütera.

– Wygląda jak teatr, w którym historia wciąż gra – zauważyłam, robiąc zdjęcie wejścia.

Przeszliśmy przez Römerberg, odwiedzając znów Fontannę Sprawiedliwości i Marshall Fountain.

– Czy tylko ja uważam, że Justitia wygląda tu trochę jak szef kuchni? – zażartował Karol, wskazując na miecz i wagę w jej rękach.

Konrad uwielbiał robić zdjęcia ludziom, więc między fontannami fotografował przechodniów, którzy zatrzymywali się, żeby podziwiać detale zabytków.

– Patrzcie na te kolory – szepnął. – To miasto nigdy nie jest szare.

Nie mogliśmy opuścić Frankfurtu bez spojrzenia na Messeturm, Commerzbank i Main Tower.

– Tak, to nasze „Mainhattan moments” – powiedział Thomas, uśmiechając się pod nosem.

– Pamiętacie wczorajszy rejs? – przypomniała Majka. – Widok z wody jest zupełnie inny niż z punktu widokowego.

Na końcu poszliśmy jeszcze raz na apfelwein, tym razem w małej knajpce nad Menem.

– Do Frankfurtu wrócimy – powiedziałam.

– Koniecznie. – uśmiechnęła się Majka.

Thomas wspominał najciekawsze momenty wycieczki…

– W podróży zawsze chodzi o ludzi i momenty – powiedział. – A nie tylko o miejsca.

Kiedy pociąg ruszał w stronę lotniska, spojrzeliśmy ostatni raz na panoramę Frankfurtu – rzeka, mosty, wieżowce, zabytki… i poczuliśmy, że nawet jeśli odjeżdżamy, trochę miasta zostaje w nas.

– Następny przystanek? – zapytałam, pakując aparat.

– Świat! – odparł Karol. – Albo przynajmniej kolejna wyprawa w Tatry.

I tak kończy się nasza frankfurcka przygoda, pełna kontrastów, śmiechu, sztuki i rzeki, która nieustannie płynie – jak podróż i nasze wspomnienia.

2025-08-10 8 komentarzy
20 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

W sercu Tatr – czerwcowa wyprawa z przyjaciółmi

by Jolanta Strażyc 2025-06-20

Czerwiec, 2008

Nie trzeba czekać na wakacje, by poczuć smak gór. Czerwcowe Tatry – spokojniejsze, mniej zatłoczone, jakby bardziej autentyczne. Gdy inni dopiero planują urlopy, my już wyruszamy.

– Nie chcę się przeciskać między tłumami w sierpniu – mówiłam, pakując plecak. – Czerwiec jest dla ludzi z wyobraźnią.

Wyruszyliśmy z Krakowa, piątką przyjaciół po czterdziestce, ale z energią, której mógłby nam pozazdrościć niejeden dwudziestolatek. Samochód Karola – ciemny, duży i wygodny – pomieścił nas wszystkich i nasze plecaki. Marka auta umknęła mi z pamięci, ale nie podróż.

– Wzięliście na pewno wszystko? – zapytał Konrad, kiedy jeszcze staliśmy przed blokiem.

– A ty wziąłeś poczucie humoru? – rzuciła Majka, mrugając.

– To ja mam zawsze na pokładzie – odpowiedział z uśmiechem.

Majka – artystyczna dusza, z bransoletkami własnego wyrobu, które dźwięczały lekko przy każdym ruchu. Ewa – malarka z Elbląga, wiecznie zamyślona, ale z takim spojrzeniem, jakby dostrzegała barwy tam, gdzie inni widzą tylko szarość. Karol i Konrad – informatycy, zaskakująco dobrze odnajdujący się poza światem ekranów i kodów. I ja – z aparatem, który od lat był moim trzecim okiem i przedłużeniem mojej dłoni.

Nasza wędrówka rozpoczęła się w Kuźnicach. Szlak przez Dolinę Jaworzynki wiódł łagodnie pod górę, potem coraz ostrzej, aż na Halę Gąsienicową.

– Czuję już w nogach każdy kilometr – westchnęła Ewa, kiedy wyłoniło się schronisko Murowaniec.

– Ale za to jaka nagroda! – odpowiedział Karol, zaciągając się zapachem herbaty, który unosił się nad stołówką.

Zatrzymaliśmy się tam tylko na chwilę – herbata, kanapki i kilka zdjęć. Potem Czarny Staw Gąsienicowy – lustrzana tafla, odbijająca szczyty jakby z innego świata.

– Tu musimy się zatrzymać – powiedziałam, już wyciągając aparat.

– To ty ustawiaj, my będziemy pozować – śmiała się Majka, wdrapując się na głaz.

Zrobiliśmy całą sesję zdjęciową – śmiech, wygłupy, a potem momenty ciszy, zapatrzenia. Potem ruszyliśmy w stronę Zawratu. Trasa już poważniejsza – łańcuchy, ekspozycja.

– Kto się boi wysokości, niech teraz się przyzna – zażartował Konrad, ale w jego głosie pobrzmiewało napięcie.

Szliśmy ostrożnie, uważnie. Gdy wreszcie dotarliśmy na przełęcz, otworzył się przed nami widok, który – jak mówiła Ewa – namalowałoby nawet beztalencie.

Deszcz złapał nas dopiero w drodze do Doliny Pięciu Stawów. Kamienie błyszczały jak szkło, ścieżka ślizgała się pod nogami. Ale wiedzieliśmy, że w schronisku czeka na nas rezerwacja – dokonana z wyprzedzeniem, jak przystało na kogoś, kto planuje z głową.

– Dwa pokoje – potwierdziłam z ulgą recepcjonistce. – Dla dziewczyn i chłopaków.

Wieczorem usiedliśmy przy długim stole. Schroniskowa kolacja – skromna, ale po całym dniu smakowała jak w restauracji z gwiazdką Michelin.

– Za to, że jeszcze umiemy się cieszyć deszczem – wzniósł kubek Karol.

– Za przyjaźń – dodała Ewa, patrząc gdzieś za okno, w stronę gór, które właśnie otulała mgła.

Poranek w Dolinie Pięciu Stawów

Gdy obudziłam się nad ranem, świat był jeszcze cichy, jakby góry wstrzymały oddech. Okno w pokoju dziewczyn było zaparowane – wilgoć po wczorajszym deszczu wciąż wisiała w powietrzu. Ewa siedziała już na parapecie, zapatrzona w dal.

– Nie mogłam spać – szepnęła. – Jak się budzisz w takim miejscu, to czujesz się… prawdziwa.

Zeszliśmy na śniadanie – jajka na twardo, herbata i chleb z dżemem. Prosto, ale wystarczająco. Konrad próbował żartować o górskiej diecie cud, ale jego myśli były już kilka kilometrów dalej.

– Dzisiaj Siklawa, tak? – upewnił się, odgryzając kęs bułki. – Huk wody na dzień dobry.

– Tylko nie próbuj się kąpać – odparła Majka. – Jeszcze cię porwie i zrobisz karierę jako tatrzański topielec.

– Tylko pod warunkiem, że ktoś zrobi mi zdjęcie – mruknął i spojrzał na mnie znacząco.

Wyruszyliśmy przed ósmą. Ścieżka była jeszcze mokra, pachniała nocą, deszczem i świerkami. Siklawa – wodospad, który rozdzierał ciszę jak krzyk. Staliśmy w zachwycie, pozwalając, by jego huk przemywał nasze myśli.

– To nie jest tylko woda – powiedziała Ewa. – To czas, który spada z góry.

Schodziliśmy wzdłuż Doliny Roztoki, towarzyszył nam potok o tej samej nazwie – szumiący, opowiadający coś po swojemu. Po godzinie marszu dotarliśmy do schroniska Roztoka. Drewniane ściany pachniały żywicą. Słońce znów wychodziło zza chmur – czerwiec przypomniał sobie, że powinien być łaskawy.

Zasiedliśmy na ławkach przed schroniskiem. Brydżowe karty, termos z kawą, śmiech, rozmowy, które tylko przyjaciołom wolno prowadzić bez skrępowania.

– Wiesz, że to nasze schroniskowe SPA? – zażartował Karol. – Sauna z plecaków, masaż z potu i cisza terapeutyczna.

– A jak dodasz brydża, to już luksus pełną gębą – dodała Majka, tasując karty.

Czas płynął powoli. Nie śpieszyliśmy się – tu nikt nie gonił. Kiedy zrobiło się chłodniej, wróciliśmy do środka. Kominek nie grzał, ale ciepło między nami wystarczyło. Wieczorem przegadaliśmy pół nocy – o książkach, o życiu, o tym, co zostało z młodości, a co dopiero nadchodzi.

Ku Morskiemu Oku

Następnego ranka opuściliśmy Roztokę. Najpierw przez las, potem asfaltem – tym, który przypominał o czymś, czego nie da się przemilczeć.

Zza zakrętu wyłonił się zaprzęg konny. Dwa konie, spocone, z opuszczonymi łbami, ciągnęły wóz pełen turystów. Dzieci machały do nas wesoło, ale my nie odpowiadaliśmy. Widok boli. Wszyscy to czuliśmy.

– Nie mogę na to patrzeć – powiedziała Ewa cicho. – Każdy krok tych koni to dla mnie krzyk.

– I nic się nie zmienia – dodał Karol. – Co roku ta sama historia. Górskie widoki i miejski wyzysk.

Szliśmy dalej, w ciszy. Dopiero przy Morskim Oku wróciła lekkość.

Jezioro jak z bajki – gładkie, spokojne, w nim odbicie nieba i granitowych ścian. Majka rzuciła plecak i zaczęła się rozglądać za idealnym miejscem na zdjęcia.

– Na ten głaz! – krzyknęła. – Tam będą idealne ujęcia!

– Tylko nie spadnij – zawołał Konrad, przejmując ode mnie aparat. – Chcę cię sfotografować, nie ratować!

Śmialiśmy się, jakby góry rozładowały wszystkie napięcia. Pozowaliśmy, robiliśmy zdjęcia, komentowaliśmy nasze miny i pozowane dramaty. Potem ruszyliśmy ku Czarnemu Stawowi pod Rysami – ciemniejszemu, bardziej dzikiemu. Milknącemu.

– To jest miejsce do bycia w sobie – szepnęła Ewa. – Nie dla rozmów. Tylko dla oddechu.

Stanęłam na kamieniu. Konrad zrobił mi zdjęcie – jedno z tych, które mam do dziś. Spojrzenie w dal, twarz skupiona, cisza gór wpisana w kadr.

Powrót

Zeszliśmy do Białki Tatrzańskiej – zmęczeni, ale pełni wrażeń. W dolinie czekał bus, który zawiózł nas z powrotem do Zakopanego po samochód. Po drodze jeszcze pizza i piwo – kierowca, wiadomo, trzeźwy, (choć lubi piwo). Ale bezpieczeństwo ponad wszystko.

– Na zdrowie, za nasze kolana – powiedziała Majka, unosząc szklankę.

– I za to, że góry jeszcze chcą nas nosić – dodał Karol.

Czerwiec 2008 został w nas na zawsze. Nie tylko na zdjęciach. Został w opowieściach, które wracają przy ognisku, przy winie, przy przypadkowym spotkaniu. Góry się nie zmieniają – ale my już wtedy wiedzieliśmy, że to, co najważniejsze, zdarzyło się właśnie tam. Na tych ścieżkach. W tej piątce.

Byliśmy razem. I góry były nasze.

2025-06-20 7 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Kiedy wszystko wydaje się możliwe

by Jolanta Strażyc 2025-05-20

Jesienią 2006 roku wystawiłam na Allegro kilka lat życia. Sprzedawałam książki, bibeloty, drobiazgi – wszystko, co nagromadziłam przez lata. Z każdym przedmiotem czułam się jak archeolog własnej przeszłości. Każda rzecz była artefaktem. Lustro, w którym kiedyś odbijała się twarz mojej matki, zanim sama nią zostałam. Pęknięta patera po babci – z charakterem i historią. Książki… Tyle książek! Zostawiłam może dziesięć. Te, które pachniały duszą, nie tylko drukiem.

Reszta – poszła w świat. Ludzie kupowali moje rzeczy i moje wspomnienia, nie wiedząc, co trzymają w rękach. A ja – traciłam wagę. Nie ciała. Pamięci.

Pod koniec kwietnia 2007 roku było już po wszystkim. Zyskałam przestrzeń, trochę pieniędzy i, co najważniejsze, święty spokój. Po kilku miesiącach monotonnej pracy poczułam, że potrzebuję odmiany – czegoś świeżego i inspirującego. I wtedy zadzwoniła Majka.

Z Majką znałyśmy się od czasów liceum. Nasza przyjaźń była jak stary, rozciągnięty sweter – może trochę znoszony, ale wciąż ciepły i nie do wyrzucenia. Kiedy zaproponowała wyjazd do swojej kuzynki Ewy, nie wahałam się ani chwili. Elbląg był tylko punktem wypadowym. Prawdziwym celem – Zalew Wiślany.

***

Wyjechałyśmy chwilę po dziewiątej. Kraków powoli budził się do życia – światła sygnalizacji odbijały się w szybach tramwajów, a powietrze pachniało jeszcze chłodnym porankiem. Silnik zamruczał cicho, kiedy Majka wrzuciła pierwszy bieg.

– Siedem godzin, jeśli nie utkniemy gdzieś w remoncie – rzuciła, poprawiając okulary przeciwsłoneczne.

– Plus godzina na odpoczynek. Wiadomo – uśmiechnęłam się, zapinając pas.

Mijaliśmy znajome ulice, które z każdą minutą wydawały się coraz bardziej odległe. Za granicami miasta krajobraz rozciągał się spokojnie – zielone pola, rzepaki na horyzoncie, stacje benzynowe jeszcze senne. Słońce wspinało się leniwie na niebo, obiecując ciepły, łagodny dzień.

Zatrzymałyśmy się po drodze w przydrożnej gospodzie gdzieś za Radomiem. Drewniane ławy, kraciasty obrus, tablica z napisem „Dziś polecamy: schabowy z ziemniakami i mizerią”.

– Czułam, że to będzie schabowy – mruknęłam, siadając.

– Jakby mogło być inaczej – Majka roześmiała się, sięgając po kartę. – Ale przynajmniej mają kompot z rabarbaru.

Wybrałyśmy pierogi z kaszy gryczanej, pieczarkami i podsmażaną cebulką. Zjadłyśmy w milczeniu, przerywanym jedynie krótkimi wspomnieniami.

– Pamiętasz, jak jechaliśmy tędy z klasą na wycieczkę? – zapytała nagle, kiedy dopijałyśmy kompot.

– Tak. W autobusie było duszno i ktoś włączył przemówienie Gierka.

– Trauma do dziś – parsknęła.

Wróciłyśmy na drogę. Prowadziłyśmy samochód na zmianę. Na tylnym siedzeniu termos z herbatą, kanapki i jabłka… Czasem rozmawiałyśmy. Czasem tylko patrzyłyśmy przed siebie.

Pod Toruniem krajobraz zmienił się – pojawiły się sosnowe lasy, pachnące żywicą, a niebo zaczęło przygasać. W Elblągu byłyśmy chwilę po osiemnastej, po krótkim korku przy wjeździe do miasta. Prowadziłam ostatni odcinek. Majka drzemała z głową opartą o szybę.

***

Mieszkanie Ewy znajdowało się na drugim piętrze starej kamienicy. Z okien było widać park – stary, dziki, pachnący jaśminem i wilgotną ziemią. Wieczorne powietrze było ciężkie od zapachu lata.

Zapukałyśmy. Drzwi otworzyły się niemal od razu. W progu stanęła Ewa – wysoka, smukła, z rudymi włosami spiętymi w luźny kok, który zawsze wyglądał, jakby zaraz miał się rozsypać, ale nigdy nie tracił formy.

– Dziewczyny! No wreszcie! – rzuciła i przytuliła nas jedną ręką, drugą przytrzymując drzwi. – Macie jeszcze siłę na kolację, czy od razu pod kołdrę?

– A co jest na kolację? – zapytała Majka, zdejmując sandały i zostawiając za sobą smugę zapachu kurzu i upału.

– Sałatka z pieczonego buraka, ser kozi, rukola i ciepła focaccia. Plus wino, pół butelki białego. Wystarczy?

– Jak zawsze przesadzasz – uśmiechnęła się Majka. Ale już czuję, że robi się we mnie miejsce na to jedzenie, ten dom, ten wieczór.

Mieszkanie było z duszą. Wysokie sufity, drewniana podłoga, której deski skrzypiały jak stare anegdoty. Ściany pełne obrazów – niektóre malowała Ewa, inne – jej znajomi z ASP. W kącie pokoju stał kredens po babci, który pachniał ziołami i lawendą. W kącie kuchni – radio grające cicho jazz z jakiejś francuskiej stacji.

W kuchni usiadłyśmy przy stole, który wyglądał jakby pamiętał jeszcze czasy PRL-u.

– Kiedy tu byłaś pierwszy raz? – zapytała mnie Ewa, stawiając przed nami miski z sałatką i chleb w lnianym koszyku.

– W siedemdziesiątym dziewiątym. Miałam siedemnaście lat, spałam wtedy na wersalce, chyba u twoich rodziców?

– Tak. Wtedy jeszcze mieszkaliśmy w bloku. Ojciec grał Ci Cohena na gitarze.

– Pamiętam. I tę twoją zieloną sukienkę. Szyłaś ją sama?

– Z firanki. – roześmiała się. – Czego się nie robi, żeby być poetką na schodach kina „Światowid”.

Zjadłyśmy wszystko. Rozmowy nie ustawały – o starych chłopakach, o kobietach, które znałyśmy tylko z opowieści matek. O tym, jak bardzo różnią się nasze życia, a jednak jesteśmy w tym samym punkcie – tuż przed czymś nowym albo już po czymś ważnym.

Potem było wino. A po winie herbata z imbirem i plastrem cytryny, podana w grubych szklankach z koszyczkiem.

W salonie Ewy były dwie rozkładane sofy i mnóstwo poduszek. Wszystko miękkie, pachnące świeżo wypranym lnem i czymś korzennym – może kadzidłem, może wspomnieniem jakiejś dalekiej podróży.

– Przyniosłam wam koce – powiedziała Ewa, wchodząc z ramionami pełnymi miękkości. – W nocy bywa chłodno. Okna otwarte?

– Tak, cudowny zapach z parku – odpowiedziała Majka i zawinęła się kocem po szyję.

Zgasły światła. Została tylko lampka w rogu pokoju – żółta, ciepła jak bursztyn.

– Pamiętacie te noce z dzieciństwa? – zaczęłam, bardziej do siebie. – Kiedy człowiek leżał w łóżku, słuchał świerszczy za oknem i miał wrażenie, że całe życie dopiero się zaczyna?

– A teraz mamy wrażenie, że już trwa – odpowiedziała Ewa cicho.

– Albo że nie wiadomo, kiedy się zaczęło – dodała Majka.

Leżałyśmy chwilę w ciszy. Gdzieś w oddali zaszczekał pies.

– Wiesz, co jest najdziwniejsze? – zapytała nagle Ewa.

– Co?

– Że czasem naprawdę musisz się rozebrać z całego swojego życia, jak z ciężkiego płaszcza, żeby znów poczuć, kim jesteś.

– I że to nie boli aż tak bardzo, jak się wcześniej wydawało – powiedziałam. – Czasem jest wręcz ulgą.

– I że wszystko można spakować do pudeł, sprzedać na Allegro, a i tak zostaje to, co najważniejsze – dodała Majka. – Lubię was, dziewczyny.

– Ja ciebie też – powiedziałyśmy z Ewą chórem, jakbyśmy to ćwiczyły od lat.

Zasnęłyśmy późno, ale spokojnie. Bez ciężaru. Bez pretensji do świata.

W tym mieszkaniu, pośród zapachu artystycznych farb, pieczonych buraków i wspomnień, znalazłyśmy chwilę prawdziwej obecności. Takiej, co nie musi być głośna, żeby zostać w pamięci na zawsze.

***

Obudziłam się przed ósmą. Światło przez firankę malowało na ścianie cienie liści. Cicho, prawie nabożnie, słychać było szuranie mioteł na chodniku i świergot ptaków w parku. Powietrze było rześkie, pachniało wilgotnym parkiem…

Wstałam cicho, żeby nie budzić Majki. W kuchni znalazłam Ewę pochyloną nad ekspresem.

– Jesteś jak duch dobrej kawy – powiedziałam.

– Wiesz, że zawsze wstaję pierwsza. To jedyne chwile, kiedy dom należy tylko do mnie – odparła. – Chcesz z mlekiem?

– Z życiem.

– Czyli bez – roześmiała się.

Usiadłam na parapecie, nogi podciągnęłam pod brodę. Ewa podała mi filiżankę i usiadła naprzeciwko, z herbatą.

– Masz w oczach coś nowego – powiedziała po chwili. – Coś, czego nie miałaś wczoraj.

– Może sen. A może spokój. Albo to wino zrobiło ze mnie poetkę.

– Wino to tylko pretekst. Prawdziwe wiersze piszą się z przeżycia. A ty chyba coś przeżyłaś tej wiosny, co?

Skinęłam głową. Ewa nie zadawała więcej pytań. Potrafiła to – być w rozmowie obecna, ale nie nachalna.

Po chwili przyszła Majka, jeszcze w piżamie w drobne kropki.

– Pachnie jak dzieciństwo – powiedziała. – Kto smaży jajka?

– Ja – rzuciła Ewa. – I będzie jeszcze domowa chałka. Z masłem. Z prawdziwym masłem.

Zjadłyśmy śniadanie przy stole, który już poprzedniego wieczoru uznałyśmy za magiczny. Kawa, jajka, konfitura z czarnej porzeczki i cisza, która nie była pustką.

Nad Zalew Wiślany miałyśmy ruszyć dopiero następnego dnia. Tego dnia Elbląg był nasz – cały, w pełnym słońcu, pachnący lipami i rozgrzanym brukiem. Plan? Spacery po starówce, zwiedzanie, dobre jedzenie i jeszcze lepsza kawa.

– Nie śpieszmy się – rzuciła Ewa, kiedy wychodziłyśmy z jej mieszkania. – Elbląg najlepiej smakuje w wolnym tempie.

Zgodziłyśmy się bez dyskusji. Czasem właśnie tak trzeba – pozwolić miastu mówić do siebie powoli, między krokami, spojrzeniem rzuconym w górę, zapachem piekarni.

Stare Miasto przywitało nas brukowanymi uliczkami, kolorowymi kamieniczkami i dźwiękiem dzwonów z wieży katedry. W słońcu fasady budynków wyglądały jak z kartki pocztowej – pastelowe, odrestaurowane, a jednocześnie pełne historii.

– Tam jest Brama Targowa – wskazała Ewa. – I zaraz obok Pomnik Piekarczyka, który rozwalił łopatą most zwodzony i ocalił miasto przed najazdem Krzyżaków.

Majka podeszła bliżej, z zaciekawieniem wpatrując się w niewielką figurkę chłopca z łopatą.

– Serio? Łopatą rozwalił most zwodzony i ocalił miasto? – zapytała z niedowierzaniem.

– A co, nie wierzysz w piekarzy z misją? – roześmiałam się.

– Ja to bym raczej uratowała miasto ciastkami – dodała Majka, teatralnie przeczesując włosy. – Krzyżacy nie mieliby szans.

Ewa opowiadała dalej – o historii miasta, o Katedrze św. Mikołaja, której miedziana wieża błyszczała w słońcu, o relikwiach Krzyża Świętego i widoku z tarasu na trzydziestym metrze, który – jak powiedziała – „zmienia perspektywę nie tylko geograficznie”.

– Wchodzimy? – zapytałam.

– W poniedziałki zamknięta – westchnęła Ewa. – Teraz tylko z dołu można podziwiać. Ale nie szkodzi. I tak wiesz, co tam jest – dachy, park, rzeka, świat.

Ruszyłyśmy dalej, w stronę Ścieżki Kościelnej – wąskiego przesmyku między domami, pełnego cienia i historii. Kamienie pod stopami wyglądały, jakby pamiętały modlitwy sprzed setek lat.

– To tu, prawda? – Majka zwolniła krok. – Ta uliczka łączyła trzy kościoły?

– Tak – potwierdziła Ewa. – Świętego Ducha, Świętego Mikołaja i Mariacki. W dokumentach z XIV wieku nazwano ją po prostu „wąską”. I nic się nie zmieniło.

Zatrzymałyśmy się na chwilę. W cieniu ścian panował niemal sakralny spokój – chłodny i milczący. Przez moment żadna z nas się nie odezwała. To był ten rodzaj ciszy, który mówi więcej niż słowa.

Później był obiad – lekki, letni. W ogródku kawiarnianym na jednej z bocznych uliczek zamówiłyśmy zupy i sałatki, a potem kawę i ciasto.

– Wiecie, że nie zwiedziłyśmy nawet połowy? – zapytałam z uśmiechem.

– Ale znamy to miejsce – odpowiedziała Ewa, sięgając po filiżankę. – Tu nie trzeba wszystkiego oglądać. Trzeba tylko być.

Majka westchnęła przeciągle, przeciągając palcem po rancie filiżanki.

– Lubię Elbląg – powiedziała. – Ma w sobie coś… prawdziwego. I dużo nieopowiedzianych historii.

– Może to my je kiedyś opowiemy – dodałam.

Zamilkłyśmy na chwilę, patrząc na przechodzących ludzi, na tańczące w powietrzu światło i na miasto, które tego dnia postanowiło być dla nas łaskawe.

Wieczorem usiadłyśmy na balkonie z kubkami herbaty, patrząc na niebo zacierające się powoli w błękitnej szarości. Miasto brzmiało inaczej niż Kraków – wolniej, ciszej, z większą ilością oddechu między dźwiękami.

– Czasem trzeba po prostu gdzieś pojechać, żeby poczuć, że jeszcze jesteśmy w drodze – powiedziała Majka. – I że to wcale nie musi być donikąd.

***

Z Elbląga wyjechałyśmy około dziesiątej. Ewa prowadziła swoją wysłużoną Skodę z gracją kobiety, która zna każdy zakręt na tej drodze. Majka z tyłu nuciła piosenki z Radia Gdańsk, a ja siedziałam z przodu, z nogami podciągniętymi na siedzenie, notując coś w podręcznym notesie.

Suchacz przywitał nas światłem. Takim światłem, które przecieka przez liście i zostaje na skórze. Wieś była niemal pusta – parę starszych kobiet w chustach, kilku mężczyzn przy kutrach, pies śpiący pod ławką…

– Tutaj zawsze miałam wrażenie, że czas idzie bokiem – powiedziała Ewa, kiedy stanęłyśmy nad wodą. – Jakby się nie liczył. Jakby się po prostu rozchodził po horyzoncie.

Zeszłyśmy na plażę. Wiatr był mocny, pachniał wodą, glonami i solą. Fale uderzały o brzegi z tępym, miarowym dźwiękiem. Usiadłyśmy na wielkim kamieniu i milczałyśmy chwilę. Majka wyjęła termos z herbatą i nalała każdej z nas po kubku.

– Chciałabym tu zamieszkać – powiedziałam cicho. – W takim drewnianym domu z oknami na zalew. Piec kaflowy, kot i cisza.

– I co byś robiła? – zapytała Majka.

– Nic. Wreszcie.

Zrobiłyśmy kilka zdjęć. Ewa pokazała nam opuszczony domek z przeszkloną werandą – podobno kiedyś mieszkał tam malarz, który całe życie malował tylko jedną linię horyzontu. Co dzień od nowa.

Zjadłyśmy prowiant pod wiatą: chleb z pastą jajeczną, ogórki kiszone, jabłka. Smakowało lepiej niż w najlepszej restauracji. W tle – mewy, śmiejące się z naszego miejskiego pośpiechu.

Pod wieczór wróciłyśmy do Elbląga zmęczone, ale uspokojone.

– Czasem wystarczy jeden dzień, żeby coś w sobie uporządkować – powiedziałam w aucie.

***

Rano ruszyłyśmy do Kadyn. Droga prowadziła przez gęste lasy, pachnące lipą, mchem i… dawną opowieścią. Bo Kadyny to nie miejsce. To nastrój.

Zatrzymałyśmy się najpierw przy klasztorze franciszkanów. Kamienne mury w słońcu wyglądały jak z baśni. Weszłyśmy do środka. Było chłodno, cicho, jakby ktoś zakrył świat grubym kocem spokoju.

– Czuć tu ciszę – szepnęła Majka. – Taką, która zostaje w kościach.

W ogrodzie obok pasły się konie. Jeden, kasztanowy, podszedł do nas. Głaskałam jego szyję, gładką i ciepłą.

– Kiedyś jeździłam konno – powiedziała Ewa. – Wtedy myślałam, że wszystko można okiełznać. Teraz już wiem, że nie trzeba.

Spacerowałyśmy po parku wokół dawnego pałacu cesarza Wilhelma II. Stare lipy szumiały jak modlitwa. Kadyny pachniały historią, ale też jakimś luksusem zapomnienia – jakby można było tu naprawdę zostawić wszystko, co niepotrzebne.

Obiad zjadłyśmy w gospodzie z widokiem na zalew. Ryba, ziemniaki z koperkiem, kompot z truskawek.

– Tu smakuje wszystko – stwierdziła Majka.

Wieczorem wróciłyśmy do Elbląga zbyt zmęczone, by mówić. Położyłyśmy się od razu. W nocy śniły mi się lipy. I koń, który patrzył mi w oczy.

***

Tolkmicko to nie jest miejsce, do którego się pędzi. To miejsce, do którego się dojeżdża, z ulgą. Z uczuciem, że nigdzie indziej nie trzeba już być.

Zajechałyśmy tam późnym porankiem. Rynek był niemal pusty. Parę sklepów, piekarnia, fryzjer, zegarmistrz… I kawiarnia z czarno-białym szyldem. Weszłyśmy bez słowa.

W środku – stół z marmuru, kilka tapicerowanych krzeseł i dwoje klientów: starszy mężczyzna czytający gazetę i dziewczyna o fioletowych włosach, pisząca coś w zeszycie. Pachniało kawą, szarlotką i czymś jeszcze – jakby domem, którego się już nie ma, ale pamięta się dokładnie, gdzie w nim skrzypiała podłoga.

Usiadłyśmy pod oknem. Kelnerka – może właścicielka – podeszła z notesem i uśmiechem.

– Dwie kawy z mlekiem i czarna herbata z cytryną?

Dostałyśmy też ciasto – sernik z nutą pomarańczy. Siedziałyśmy długo. Za długo. Ale właśnie po to przyjeżdża się do Tolkmicka.

– Kiedyś myślałam, że szczęście to coś spektakularnego – powiedziała Majka, mieszając herbatę. – A teraz myślę, że to może być dokładnie to. Kawa. Ciasto. I trzy kobiety, które niczego od siebie nie oczekują, tylko są.

– To starość? – zażartowała Ewa.

– To wolność – odpowiedziałam.

Po kawie poszłyśmy w stronę przystani. Na pomoście siedział chłopak w bluzie z kapturem, rzucał kamyki do wody. Obok – stara łódź z odrapaną nazwą „Julia”.

– Kiedyś w takim miejscu marzyłoby się o ucieczce – powiedziała Majka. – A dzisiaj… bierzcie ten zachód słońca, bo jutro ma lać.

I miała rację. Zachód był teatralny – jakby ktoś zbyt mocno podkręcił kolory. Czerwień, pomarańcz, głęboki fiolet. Siedziałyśmy na ławce i nie mówiłyśmy nic. Czasem milczenie lepiej smakuje niż najpiękniejsze słowa.

***

Rano obudził nas deszcz. Ale nie taki zwyczajny. To był deszcz łagodny – jakby nie chciał przeszkadzać, tylko przypomnieć, że nie wszystko musi być słoneczne, żeby było piękne.

– Dzisiaj astronomia – rzuciła Ewa, siadając z kawą na parapecie. – Lecimy do Kopernika.

Spakowałyśmy się szybko – kurtki, parasole, termos z herbatą. Droga do Fromborka była zamglona, a świat za oknem wyglądał jak stara pocztówka. Wszystko miękkie, rozmyte, jakby ktoś lekko rozlał tusz na papierze.

Monumentalna katedra wznosiła się nad miastem. W środku pachniało kadzidłem i ciszą minionych wieków. Przeszłyśmy powoli przez nawę, rozmawiałyśmy półgłosem. Z wieży rozciągał się widok na zalew – spowity mgłą, niemal niewidoczny, ale obecny.

– On tu naprawdę patrzył w niebo – szepnęła Majka. – I zobaczył coś, czego nikt wcześniej nie widział.

– Może dlatego, że miał czas. I samotność – dodałam.

– I nikt mu nie kazał być „produktywnym” – dodała Ewa.

Spacerowałyśmy po wzgórzu, później po sadzie. Kupiłyśmy kilka, mokrych jeszcze od deszczu jabłek. Usiadłyśmy na ławce z widokiem na Zalew.

– Wiesz, że kiedyś myślałam, że życie to linia? – zaczęła Majka. – Szkoła, studia, praca, dzieci, emerytura.

– A teraz?

– Teraz myślę, że to raczej spirala. Wracasz ciągle w to samo miejsce, ale jesteś już trochę inna. I widzisz je z innej wysokości.

Prom z Fromborka do Krynicy Morskiej odpłynął wczesnym popołudniem. Zalew był spokojny jak tafla mleka. Siedziałyśmy na ławkach owinięte w ciepłe szale, z herbatą w kubkach termicznych.

– Pamiętasz ten moment, kiedy jako dziecko myślałaś, że świat kończy się na horyzoncie? – zapytała Majka, opierając głowę na moim ramieniu.

– Tak. I pamiętam moment, w którym zrozumiałam, że nie kończy się tam, tylko tam się zaczyna.

Prom dopłynął do Krynicy. Molo, stragany, lody, pokój z balkonem i widokiem na drzewa. Czyste powietrze. Leniwe psy na piasku. Szum.

Zatrzymałyśmy się w pensjonacie prowadzonym przez małżeństwo starszych ludzi – Danutę i Zdzisława. On – milczący, wiecznie z nożem do drewna w ręce. Ona – życzliwa, ale z rezerwą, jakby znała wszystkie historie i nie potrzebowała kolejnych.

Nasz pokój był prosty. Drewniane łóżka, firanki w żółte słoneczniki, stary kredens. Pachniało mydłem i sosną. Otworzyłyśmy okna. Do środka wpłynęło morze.

***

Pierwszy dzień minął na nicnierobieniu. Spacery po plaży. Kawa w kubkach, zakopane stopy w piasku. Zbieranie muszelek, jakbyśmy były dziećmi. Jedna z nich – różowa, jak paznokcie babci w latach 70. – została w mojej kieszeni na zawsze.

Wieczorem zaszłyśmy do smażalni, gdzie sandacz był podany na brązowym papierze, z frytkami i kapustą. Piliśmy piwo z sokiem malinowym. Ludzie wokół – para emerytów, rodzina z krzyczącym dzieckiem, samotny mężczyzna z książką.

– Wiesz – powiedziała Ewa – ja bym chciała tak raz: przyjechać tu, zostać i nikomu nie mówić, gdzie jestem.

– Myślisz, że nikt by nie szukał?

–  Myślę, że niektórzy by szukali… aż w końcu by zapomnieli.

Po powrocie do pensjonatu, na werandzie, piliśmy herbatę z mięty. Danuta dołączyła do nas bez słowa.

– Ładny wieczór – powiedziała po dłuższej chwili. I została z nami przez całą ciszę.

***

Wczesnym rankiem pojechałyśmy rowerami na granicę. Na sam koniec Polski. Jechałyśmy przez las, mijając tylko kilku rowerzystów i starsze małżeństwo z kijkami nordic walking. Ścieżka prowadziła prosto. I nagle: znak. Koniec. Dalej już tylko Rosja, miedza, symbol.

Zatrzymałyśmy się. Stałyśmy chwilę bez słowa. Jakby granica zewnętrzna pozwoliła zajrzeć do tej wewnętrznej.

W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się na plaży… Próba kąpieli w morzu – zimna, śmieszna, pełna krzyków. Później zaszłyśmy do knajpki na śledzia w śmietanie i ziemniaki z koperkiem. Po obiedzie pisanie pocztówek do siebie sprzed lat. Napisałam do siedemnastoletniej mnie:

„Nie bój się niczego. Nawet tego, że się pogubisz. Właśnie wtedy coś odnajdziesz.”

Wieczorem, kiedy już myślałyśmy, że dzień się kończy, usłyszałyśmy muzykę. Okazało się, że niedaleko od naszego pensjonatu jest klub i dyskoteka. Skusiłyśmy się. Parkiet pełen był ludzi – starszych, młodszych, tańczących lepiej lub tylko z zapałem. Fajna muzyka – klasyczne disco i coś do kołysania się w rytmie letniego powietrza.

Zatańczyłyśmy z chłopakami, których poznaliśmy chwilę wcześniej – kończyli właśnie swój kilkudniowy pobyt.

– Jutro wracamy do domu – powiedział jeden z nich, Paweł. – Ale dzisiaj jeszcze zatańczę tyle, ile się da.

I tańczył – jakby jutra miało nie być. My też.

W nocy szliśmy razem przez miasto. Z promenady został tylko szmer rozmów i roztańczone światła. Żegnaliśmy się pod naszym pensjonatem. Chłopcy wrócili do swojej kwatery, a my – zmęczone, ale z uśmiechami – jeszcze chwilę siedziałyśmy na schodach werandy.

– To był dobry dzień – powiedziała Majka.

– Jak większość tych nieplanowanych – dodała Ewa.

Następnego dnia pożegnałyśmy Danutę, Zdzisława i Krynicę Morską. Za nami zostało morze, ale też coś jeszcze – lekkość. Jakbyśmy przez kilka dni oddychały czymś innym niż codzienność. Jakbyśmy przypomniały sobie, jak to jest po prostu być.

Autobus do Elbląga wyruszył punktualnie. Trasa była malownicza, a podróż zajęła nieco ponad godzinę. Majka czytała katalog kamieni półszlachetnych. Ja przeglądałam zdjęcia na ekranie aparatu – między innymi to z Tolkmicka, gdzie ona patrzy na mewę jakby rozmawiały. I to z Fromborka, gdzie jabłko w jej dłoni wygląda jak miniaturowa planeta.

– Pokaż to jeszcze raz – szepnęła, zaglądając przez moje ramię. – Z tego zrobimy wisior. Jabłko świata.

Wieczorem przyszedł czas na odpoczynek i przygotowania do drogi. Przed nami było ponad osiem godzin jazdy samochodem, a w sercach – śmiech, dobra energia i wspomnienia, które dodawały sił.

***

Kraków przywitał nas gorącym, miejskim powietrzem i dźwiękiem tramwajów, które znały nas lepiej niż niektórzy ludzie. Wróciłam do mieszkania na Dębnikach. Tego wieczoru rozpakowałam tylko jedno pudełko – to z muszlami. Ułożyłam je w białym naczyniu po babci, tym samym, które kiedyś wystawiłam na Allegro, ale nie znalazło kupca. Może dobrze.

W nocy nie spałam długo. Przeglądałam zdjęcia, obracałam w palcach mały bursztyn znaleziony w Krynicy i szkicowałam pierwsze projekty – długie, wąskie kolczyki inspirowane linią horyzontu w Suchaczu. Brzeg morza, który nigdy nie jest linią prostą, ale zawsze jest granicą.

Rano wpadła do mnie Majka – w lnianej sukience, z mokrymi włosami i torbą z materiałami.

– Chodź, robimy biżuterię. – Powiedziała z uśmiechem

– Zobacz, zrobiłam już „Linię Kadyn” i „Tolkmicko I”. –  Odpowiedziałam, pokazując moje projekty.

Włączyłam płytę z jazzem, Majka rozłożyła narzędzia. Słońce weszło przez okno.

I tak siedziałyśmy przy pracy.  Między nami rozmowy, zapach herbaty z miodem… Z każdego z tych dni – powstało coś. Kolczyk, wisiorek, zdjęcie, szkic. I coś jeszcze – może czułość, która zostaje w dłoniach.

2025-05-20 9 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • Saga. Rozdział III – Svyata Kyrnychka

    2026-04-10
  • Saga. Rozdział II – Rozkaz: trwać!

    2026-03-30
  • Saga. Rozdział I – Na skraju świata

    2026-03-20
  • Szkocja

    2026-03-10
  • Otwarci na zmiany

    2026-02-20

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    Tajemnica

    2025-08-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga