Część czwarta opowiadania genealogicznego „W cieniu starych drzew” stanowi jego naturalną kontynuację. Tym razem oddaję głos wspomnieniom mojego ojca — Stanisława Strażyca — dotyczącym jego dziadka, Stefana Skarbek-Kruszewskiego. Są to wspomnienia spokojne i rzeczowe, pozbawione patosu, lecz niosące w sobie ciężar czasu oraz spraw finansowych, które nie zawsze wypowiada się wprost — a które nieustannie pracują w tle.
Stanisław nigdy nie poznał swojego dziadka. Stefan zmarł półtora roku przed jego narodzinami, a cała wiedza o nim pochodzi z opowieści jego matki, Ireny z Kruszewskich Strażycowej.
Postać Stefana była w rodzinie żywa. Już za jego życia krążyły o nim legendy — był człowiekiem rozrywkowym, obdarzonym fantazją, wyprzedzającym swoją epokę. Budził zainteresowanie krewnych i znajomych, pozostawiając po sobie ślad, który nie zatarł się wraz z jego odejściem.
Stanisław Krzywda-Strażyc, Wspomnienia
Gdy Stefan Skarbek-Kruszewski sprzedał Gruszczyn, miał niespełna trzydzieści lat i poczucie, że zamyka się za nim coś więcej niż tylko brama dworska. Majątek nie był wielki, ale był ojcowski — a to znaczyło, że ciążył. Po śmierci ojca nie było testamentu: tylko matka i czworo rodzeństwa, wszyscy z prawem do tej samej ziemi, do tych samych morgów, które nie potrafiły się same rozmnożyć. Sprzedaż na przełomie 1895 i 1896 roku była więc nie tyle wyborem, co koniecznością.
Wieczorem, już po podpisaniu papierów, Stefan długo siedział przy stole. Dokumenty leżały równo ułożone, przyciśnięte kałamarzem. Przeliczył sumę raz jeszcze, chociaż znał ją na pamięć. Liczby się zgadzały.
Przez okno było widać drogę prowadzącą do dworu.
— Nikt nie patrzył — powiedział w końcu sam do siebie.
Z pieniędzy, które przypadły na jego część, nie dało się już żyć jak dziedzic — raczej jak człowiek, który musi umieć liczyć.
Ożenił się w tym samym czasie. Posag żony, równy wartości porządnego folwarku, był pierwszym momentem, gdy Stefan poczuł, że grunt pod nogami znowu się zagęszcza. Nie był to majątek, który można było roztrwonić, ale taki, który — przy ostrożności — mógł przynosić dochód.
— Pieniądz musi pracować — powiedział raz Franciszce.
— A my? — zapytała. — My musimy stać prosto.
Stefan był ostrożny. Z natury nie ufał nagłym ruchom, a już najmniej pieniądzom, które leżą bezczynnie.
Pożyczył na procent szwagrowi żony — Janowi Tymienieckiemu — na modernizację jego majątku Mokrsko Górne.
— Oddam — powiedział Jan.
— Odda pan — odpowiedział Stefan. — I to nie jest groźba.
— A co?
— Porządek.
Kapitał wrócił wraz z odsetkami, ale w latach 1895–1905 zrobił się ogromny ruch na ziemię: ceny doszły do 200 rubli za morgę. Na kupno własnego majątku nie było już szans.
Od 1897 roku Stefan przez kilka lat dzierżawił majątek Rataje. Był to czas uczenia się na cudzym: rachunków, ludzi, pogody, kaprysów rynku. Zysk nie był oszałamiający, ale pewny.
— Tu nie chodzi o posiadanie — powiedział kiedyś do zarządcy. — Ziemia ma słuchać.
Kolejną dzierżawą — tej, której nazwa dziś już nic nie mówi — był majątek pod samymi Kielcami. Na początku 1908 roku przybył do Kotlic na prośbę teścia, Franciszka Chelińskiego.
Franciszka stanęła przy oknie.
— Tu jest jasno — powiedziała.
— Jasno to nie argument – odpowiedział.
— Jest też cicho.
Stefan skinął głową.
— Cisza jest dobra. Ale to wciąż cudze.
Po śmierci Franciszka Chelińskiego w 1910 roku i przejęciu majątku przez Walentynę i Włodzimierza Majewskich przyszła spłata — trzydzieści tysięcy rubli.
— To już wszystko? — zapytała Franciszka.
— To dopiero początek – odpowiedział.
— Pieniędzy mamy dość?
— Mamy tyle, żeby nie musieć udawać.
Stefan nie mówił o tym głośno. Część pieniędzy ulokował w papierach, część w ziemi, część trzymał w walucie, której nie trzeba było tłumaczyć na żaden język.
Walentyna i Włodzimierz Majewscy nie mieli dzieci. Za namową Franciszka Chelińskiego zaadoptowali młodszego syna Stefana i Franciszki Skarbek-Kruszewskich — Stanisława.
— Będzie miał punkt zaczepienia — powiedział Stefan.
— A ty? – zapytała Franciszka.
— Ja już mam.
Ostatnim majątkiem dzierżawionym przez Stefana był należący do Radziwiłłów Kotuszów. Zerwanie umowy przyszło nagle, ale bez upokorzenia. Wypłacone przez Radziwiłła odszkodowanie, było bardzo wysokie.
Od tego momentu Kielce stały się jego stałym miejscem. Ulica Lipowa 15 — adres porządny, nieafiszujący się z bogactwem.
— Tu jest spokojnie — powiedziała Franciszka.
— O to chodziło – odpowiedział, przekładając dokumenty na biurku.
Pieniądze schodziły regularnie: na nauczycieli, stancje, książki. Stefan nie żałował. Uważał, że to jedyna inwestycja, której nie może zjeść inflacja ani wojna.
— Tato, a my jesteśmy bogaci? – zapytała jedna z córek.
Stefan spojrzał na nią z uśmiechem.
— Jesteśmy przygotowani – odpowiedział.
Dopiero po chwili dodał, już ciszej, jakby bardziej do siebie niż do dziecka:
— To musi wystarczyć.
Stefan Skarbek-Kruszewski zmarł 8 grudnia 1926 roku. Miał sześćdziesiąt lat. Nie zostawił po sobie wielkiego majątku. Zostawił coś trudniejszego do policzenia: ciągłość.
W świecie, który kilka razy zaczynał od zera, on potrafił kończyć z bilansem dodatnim.
