jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga
Category:

Historia

GenealogiaHistoriaSaga

Saga. Rozdział IV – Powrót

by Jolanta Strażyc 2026-04-20

Połowa października, 1640 rok

Pod niebem o barwie stali, przeciętym gdzieniegdzie smugą późnojesiennego błękitu, podążał jeździec zakapturzony. Towarzyszyło mu dwóch żołnierzy, również konno, w milczeniu i skupieniu. Droga, sypka i trudna do przebycia, kręta jak losy ludzkie, wiła się przez dziką, zalesioną okolicę, w której drożyny niknęły wśród zarosłych ostępów, a człowieka spotkać można było rzadko — chyba że z muszkietem i niepewnym zamiarem.

Wioski i osady rozsypane były po tej ziemi jak ziarno z rozszarpanego worka, daleko jedna od drugiej, jakby same nie chciały zbliżać się do siebie z obawy przed tym, co niesie czas.

— Panie — odezwał się wreszcie jeden z towarzyszy, poprawiając pas przy siodle — powiadają, że w tych stronach już od tygodnia widywano czambuły.

Jeździec nie odwrócił głowy.

— Powiadają wiele rzeczy — odparł spokojnie. — Większość z nich rodzi się przy ognisku, a nie w polu.

— A jeśli tym razem to nie bajanie? — wtrącił drugi, młodszy.

Jan Straż uniósł lekko głowę. Pod kapturem połyskiwały jego oczy — bystre, lśniące, osadzone głęboko w pociągłej twarzy o wyraźnie zarysowanym, orlim nosie.

— Wtedy — rzekł cicho — tym bardziej trzeba jechać dalej.

Miał dwadzieścia pięć lat. Urodzony na Podolu, lecz wykształcony w kolegium jezuickim we Lwowie, wracał po raz pierwszy od lat w rodzinne strony — tam, gdzie przyszedł na świat i których nie widział, odkąd ukończył czternaście lat.

Wąs, bujny i starannie wypielęgnowany, nadawał mu powagi i dojrzałości, jakiej nie powstydziłby się żaden z jego przodków. Nie był wysoki, lecz mocno zbudowany — proporcjonalny, z ciałem wyćwiczonym zarówno w sztuce fechtunku, jak i w ławach uczelni.

Na chwilę przymknął oczy. Pamięć, jak zawsze, wróciła nieproszona.

Lwów, kilka dni wcześniej

Deszcz dopiero co przestał padać, a bruk pod kopytami koni lśnił jak stal. Uratowany z opresji mężczyzna — elegancki mimo pobrudzonego płaszcza — wyprostował się w siodle, z wdzięcznością zerkając na młodego szlachcica.

— Jam Stefan Horváth — rzekł, wyciągając dłoń, silną i ciepłą mimo jesiennego chłodu. — Węgrzyn, choć od lat bardziej Lwowianin niż niejedna tutejsza dusza.

Jan uścisnął jego rękę pewnie.

— Jan Straż, z Wojtowca nad Bohem.

— Wojtowiec? — Horváth uniósł brew. — Daleka droga przed tobą.

Jan uśmiechnął się lekko i spojrzał na leżącego w rowie zbója, który jęknął cicho, próbując się podnieść.

— Ten już dziś nikomu drogi nie zastąpi — dodał chłodno.

Horváth parsknął cichym śmiechem.

— I niech będzie Bogu chwała, że zesłał cię właśnie tu. Zapraszam, panie Janie. Mój dom niedaleko. Odpoczniesz, koniom damy wytchnienie, a i dobrego tokaju nie pożałuję.

Jan zawahał się przez ułamek chwili, po czym skinął głową.

— Skoro gospodarz nalega, nie godzi się odmawiać.

— O, widzę, żeś nie tylko szermierz, ale i człek obyty — ucieszył się Horváth.

Godzinę później, w domu Horvátha przy ul. Ormiańskiej

Wnętrze było przytulne, jakby czas stanął tu w miejscu. Na ścianach wisiały zielone arrasy, ciężkie, pachnące kadzidłem i ciepłem. Na kominku trzaskał ogień, a za oknem lwowska złota jesień.

Dźwięk klawikordu gdzieś z głębi domu ledwo muskał powietrze.

— Moja córka, Katarzyna — mruknął Horváth z wyraźną dumą. — Ćwiczy gamy. Marzy o Italii, o muzyce, o wolności, jaką może dać tylko sztuka… a ja marzę, by choć trochę ochronić ją przed światem.

Jan uniósł kielich.

— Macie wielkie szczęście, panie Stefanie. Dom pełen życia. Dobrze, że nie zabrakło dziś miecza.

— Ani rozumu — dodał gospodarz, siadając naprzeciw. — Zbóje tylko miecza się boją, ale to ludzie w senatach i aptekach zmieniają losy świata.

— A pan do których należy? — zapytał Jan z lekkim uśmiechem.

Horváth zamyślił się na moment.

— Do tych, którzy próbują nie dać się ani jednym, ani drugim.

Po chwili zapadła cisza. Tylko ogień trzaskał, jakby opowiadał starą historię.

— Skończyłeś kolegium jezuickie? — zapytał wreszcie Horváth.

— Sześć lat za mną. Teologia, retoryka, łacina… a potem jazda, broń, służba. Ojciec zawsze powtarzał: „Słowo jest ważne, ale kraj trzeba obronić”.

— Mądre słowa — przyznał Horváth. — Choć moje dzieci poszły innym torem. Stefan — zakonnik benedyktyn, Fryderyk — profesor w Zamościu, Ludwik — lekarz i rajca. A Katarzyna…

Uśmiechnął się lekko.

— Chodźmy. Przedstawię pana mojej córce.

W salonie rozbrzmiewały ciche, niemal szeptem wygrywane dźwięki klawikordu. Każdy ton zdawał się lewitować w powietrzu jak jesienne liście.

Jan wszedł ostrożnie, jakby bojąc się zakłócić tę delikatną harmonię.

— Można? — zapytał cicho.

Muzyka ucichła.

Przy instrumencie siedziała panna Katarzyna.

Uniósłszy głowę, spojrzała na niego bez lęku.

— Muzyka nie jest własnością jednego człowieka — odpowiedziała łagodnie. — Można.

Jej błękitna sukienka, oszczędna w formie, lecz staranna w kroju, delikatnie opinała sylwetkę. Drobne dłonie, ozdobione złotymi manelami, spoczęły na klawiszach. We włosach miała jesienne kwiaty.

Jan przez chwilę nie potrafił znaleźć słów.

— Gra pani… jakby świat poza tym pokojem nie istniał — powiedział w końcu.

— A czy istnieje? — zapytała z lekkim uśmiechem.

— Niestety — odparł. — I bywa znacznie mniej łaskawy niż muzyka.

Do pokoju wszedł Horváth.

— Katarzyno, to jest Jan Straż — młody rycerz, który dziś miał więcej odwagi niż niejeden senator.

Dziewczyna spojrzała na Jana uważniej.

— Miło mi, panie Janie.

— Panno Katarzyno, zaszczyt po mojej stronie.

— Ojciec mówi, że uratował mu pan życie.

Jan wzruszył lekko ramionami.

— Raczej przeszkodziłem komuś je odebrać.

— To czasem więcej — odparła cicho.

Cisza, która zapadła, nie była ciszą pustki — była ciszą poznania.

Jeszcze tego samego dnia, gdy zostali na chwilę sami, Jan ujął jej dłoń.

— Katarzyno…

Spojrzała na niego bez słowa.

— Przyrzekam ci — wrócę. Niech tylko czas stanie się bardziej przychylny… I wtedy, jeśli mi pozwolisz, zostaniesz moją żoną.

Jej palce zacisnęły się lekko na jego dłoni.

— A jeśli czas nie stanie się przychylny?

Jan uśmiechnął się lekko.

— Wtedy będę musiał go do tego przekonać.

Katarzyna skinęła głową.

— Będę czekać.

Podróż z Lwowa na Podole — ciąg dalszy

— Jesień na Podolu nie zmieniła się ani trochę — rzekł Jan cicho, bardziej do siebie niż do towarzyszy. — Pachnie mokrą ziemią i dymem z ognisk.

— I wojną — dodał jeden z żołnierzy.

Jan nie zaprzeczył.

Po kilku dniach podróży dotarli wreszcie do Wojtowca.

Dwór wyłonił się spośród drzew nagle, jak wspomnienie z dzieciństwa.

Nie była to rezydencja wielkopańska, choć jej właściciel mógł uchodzić za zamożnego. Budynek, zbudowany z grubych, porządnych kłód, z wysokim dachem, przypominał bardziej warownię niż dom: klecony, przerabiany, z komnatami, izbami, alkierzami i komorami, które nie trzymały się żadnego planu — poza jednym: by wytrzymać czas i wojnę.

— To tu? — zapytał młodszy z towarzyszy.

— Tu — odparł Jan.

— Wygląda… solidnie.

— Musi taki być.

Zatrzymali konie przed dworem.

Na progu stał on. Stanisław Straż. Mężczyzna po latach, z obliczem naznaczonym przez czas i wojny. Jego oczy patrzyły czujnie — lecz zmiękły na widok syna.

Jan zsiadł z siwego wierzchowca.

Zrobili kilka kroków ku sobie.

Zatrzymali się.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu — jakby każdy szukał w twarzy drugiego tego, kim był dawniej.

— Ojciec.

— Synu.

Stanisław przyjrzał się uważnie Janowi.

— Wąs masz już jak należy — mruknął.

— Staram się nie przynieść wstydu rodowi — odparł Jan.

— A przyniosłeś coś więcej? — zapytał ojciec, lekko unosząc brew.

Jan zawahał się przez moment.

— Wieści… i zobowiązanie.

— To dobrze — skinął głową Stanisław. — Bo tutaj jedno i drugie bywa cięższe od szabli.

Po chwili położył dłoń na ramieniu syna.

— Chodź. Dom jeszcze stoi.

— I oby stał jak najdłużej — odpowiedział Jan.

— To już nie zależy tylko od Boga — rzekł cicho ojciec. — Ale i od ludzi.

I choć nie padły wielkie słowa, w tej rozmowie było wszystko: powitanie, duma, ciężar lat i cicha nadzieja, że to, co zostało rozdzielone przez czas, jeszcze może zostać ocalone.

2026-04-20 8 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoriaSaga

Saga. Rozdział III – Svyata Kyrnychka

by Jolanta Strażyc 2026-04-10

Rok Pański 1625 przyniósł na podolskie pogranicze jedno z tych gorących, niespokojnych lat, kiedy powietrze pachniało dymem jeszcze zanim pojawił się ogień. Między Bracławiem a Hajsynem, tam gdzie lasy schodziły stromymi jarami ku wodom Bohu Południowego, stała nadal mała kamienna strażnica, którą dowodził rotmistrz Stanisław Straż – wciąż twardy jak klinga szabli.

— Panie rotmistrzu — mawiali ludzie — jeszcze was kule nie biorą, ani choroby.

— Kule? — odpowiadał krótko. — Kule mają swoje sprawy. Ja mam swoje.

Urodzony w 1585 roku, miał za sobą kilkanaście lat służby na kresach. Znał tatarski ślad, kozacką mowę i ciszę lasu lepiej niż większość ludzi znało własną chałupę.

Tego lata psy wyły dłużej niż zwykle.

— Nie podoba mi się to — mruknął jeden z wachmistrzów.
— Psy zawsze coś wiedzą — odparł drugi. — Tylko gadać nie umieją.

Najpierw przyszła wieść, że duży czambuł przeszedł przez okolice Hajsyna.

— Ilu ich? — zapytał Straż.

— Mówią, że jak mrówek — odpowiedział posłaniec.

Potem zobaczono dymy. A potem przyszli oni – szybcy, okrutni, znajomi jak coroczna zaraza. Spalili kilka wsi, zabrali ludzi w jasyr, pognali bydło. Ci, co ocaleli, uciekli do okolicznych lasów.

Do strażnicy dobiegli pierwsi uciekinierzy.

— Ratujcie, panie! — krzyczała kobieta z dzieckiem. — Wszystko spalili!
— Spokojnie — powiedział Straż, kładąc jej dłoń na ramieniu. — Kto żyw, zostanie pod opieką.

Rotmistrz Straż nie czekał na rozkazy.

— Siodłać konie — rzucił krótko. — Ruszamy.

— Panie rotmistrzu, a rozkazy z Bracławia? — zapytał Grzegorz.
— Ogień nie czeka na pieczęcie
wachmistrzu— uciął Straż. — My też nie będziemy.

Zebrał swój oddział i ruszył w pościg wzdłuż doliny Bohu. Dogonili Tatarów następnego dnia.

— Na Boga, ilu ich! — syknął ktoś w szeregu.

— Tylu, ilu trzeba, żebyśmy mieli robotę — odpowiedział Straż.

Bitwa była krótka, zaciekła i krwawa.

— Za mną! — krzyknął rotmistrz, tnąc z góry.

— Bij! Nie puszczaj! — niosło się po polu.

Odbili część jeńców, odzyskali część łupu. Lecz zwycięstwo, jak to na pograniczu, miało gorzki smak.

Gdy wrócili do obozu, choroba przyszła cicho, jak złodziej.

— Co z nim? — zapytał Straż, patrząc na jednego z żołnierzy.
— Gorączka, panie
rotmistrzu. Trzęsie nim jak w febrze.

Najpierw gorączka chwyciła zwykłych żołnierzy. Potem podoficerów.

— To od koni tatarskich — mówił jeden.

— Kara Boska — szeptał drugi.

W końcu padł i sam rotmistrz.

Leżał na posłaniu w strażnicy, trawiony ogniem, majaczący, bliski śmierci.

— Wody… — szeptał przez spierzchnięte usta.

— Już, panie, już — odpowiadał któryś z ludzi, bezradnie.

— Trzymajcie go — mówił inny. — Bo się rzuca.

Ludzie szeptali po kątach.

— Nie przeżyje — powiedział ktoś cicho.

— Taki człowiek? — zaprzeczył drugi. — Nie może tak odejść.

Trzeciej nocy nikt już nie dawał mu szans.

Wtedy przyszedł sen.

Rotmistrz zobaczył las spowity gęstą, srebrzystą mgłą. Spomiędzy drzew sączyło się jasne, spokojne światło.

Usłyszał głos – niski, spokojny, jakby sama ziemia przemawiała:

— Nie w rzece szukaj ratunku, bo rzeka niesie ze sobą wszystko, co minęło. Idź tam, gdzie woda rodzi się w ciszy. Tam jest życie.

— Kto mówi?… — wyszeptał we śnie.

Lecz odpowiedzi już nie było.

Obudził się zlany potem, lecz przytomny.

— Słyszycie… — wyszeptał, ledwo poruszając ustami. — Źródło…

— Co mówi? — zapytał jeden z żołnierzy.

— Źródło — powtórzył drugi. — Jakie źródło?

Wtedy odezwał się stary Kozak, Hryćko.

— A bo ja słyszałem — powiedział powoli — że w lesie, niedaleko stąd, jest takie miejsce… źródełko. Małe, ale czyste. Zapomniane.

— Czemuś wcześniej nie gadał? — burknął ktoś.

— Bo kto by wierzył starym bajkom? — wzruszył ramionami Hryćko. — A teraz… spróbować nie zaszkodzi.

— Idźcie — rozkazał cicho Grzegorz. — Przynieście tej wody.

Przynieśli wodę.

Najpierw obmyli rany rotmistrza.

— Delikatnie, do diabła — syknął Grzegorz.

— Ciszej, wachmistrzu — odpowiedział Hryćko. — Jak dziecko go myjemy.

Potem dali mu pić.

— Pijcie, panie rotmistrzu — powiedział Grzegorz, podtrzymując mu głowę. — To dobra woda. Ja to czuję.

Następnego ranka gorączka wyraźnie osłabła.

— Patrzcie… — szepnął ktoś. — Już tak nie płonie.

Po trzech dniach Straż usiadł.

— Gdzie ja… — mruknął.

— Między swoimi, panie — uśmiechnął się Hryćko. — Jeszcze was ziemia nie chce.

Po tygodniu chodził.

— Mówiłem wam — rzucił jeden z żołnierzy — że go kule nie biorą.
— Ani febra — dodał drugi.

A ci, którzy pili z tego samego źródła, zdrowieli – nie wszyscy, lecz na tyle wielu, by nawet najwięksi niedowiarkowie zamilkli.

Gdy siły mu wróciły, rotmistrz kazał zbudować przy źródełku prosty drewniany krzyż i obłożyć go kamieniami.

— Tu — powiedział, wskazując miejsce. — Tu stanie.

— Zwykły krzyż, panie? — zapytał cieśla.

— Najprostszy — odparł Straż. — Tym lepszy.

Gdy wszystko było gotowe, stanął przed nim i przemówił głośno, tak by wszyscy słyszeli:

— Nie myśmy się ocalili. To nas ocalono.

Zapadła cisza.

— Niechaj więc to miejsce zwie się odtąd Svyata Kyrnychka – Święta Studzienka.

— Święta… — powtórzył ktoś cicho.

— Zapamiętajcie — dodał Straż. — Bo przyjdą czasy, gdy tylko takie miejsca zostaną.

Kilka lat później, za zasługi w obronie kresów, król nadał Stanisławowi Strażowi ziemie. Wśród nich był Wojtowiec, zwany też Semenkami, położony niedaleko strażnicy i świętego źródła.

Starzał się rotmistrz.

— Coraz rzadziej na koń, panie — zauważył Hryćko.

— Bo koń młodszy ode mnie — uśmiechnął się Straż.

Częściej za to siadywał wieczorami przy Kyrnychce.

— Czego słuchacie? — zapytał kiedyś młody chłopak.

— Wody — odpowiedział rotmistrz. — Ona więcej pamięta niż my.

Czasem tylko głową kiwał, jakby z kimś rozmawiał.

A gdy przyszły wielkie wojny – Chmielnickiego, potop szwedzki, kolejne najazdy – strażnica obróciła się w ruinę, wsie zmieniły nazwy, ludzie się rozeszli.

Lecz źródło zostało.

Do dziś starzy ludzie z Kunówki, Kropiwny i Semenek mówią:

— Woda tam zimna jak dawniej.

— I pomaga — dodaje drugi. — Ale nie każdemu.

— A komu?

— Temu, co przychodzi nie tylko po wodę.

Bo na tej ziemi, gdzie nigdy nie było pewności jutra, czasem największe cuda przychodzą w najcichszych miejscach.

2026-04-10 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoriaSaga

Saga. Rozdział II – Rozkaz: trwać!

by Jolanta Strażyc 2026-03-30

Szabla nasza nie dla gniewu, lecz dla prawa.

Stal zadźwięczała krótko, sucho. Cios rotmistrza Stanisława Strasza zatrzymał się na krzywiźnie tatarskiej szabli, lecz impet uderzenia wyrwał napastnika z siodła. Koń uskoczył, zarżał dziko, a tatarski wojownik padł na kolana, kryjąc głowę w ramionach.

— Do bramy! — rzucił rotmistrz, nie oglądając się.

Stanisław cofnął się o krok, drugi — i w tej samej chwili poczuł, jak powietrze przecina strzała. Minęła go o włos.

Na murach huknęły rusznice. Dym poszedł w górę, ciężki i gryzący. Jeden z Tatarów zachwiał się w siodle, drugi runął w bok, pociągając za sobą konia. Reszta rozlała się szerzej, jak woda omijająca przeszkodę.

— Teraz! — krzyknął ktoś z góry.

— Most! — powtórzył inny.

Stanisław cofnął się za próg bramy.

— Zamykać!

Łańcuchy jęknęły. Wrota opadły z głuchym łoskotem. W tej samej chwili rozległo się uderzenie — ktoś próbował wedrzeć się za nimi, lecz było już za późno.

Zapadła chwila ciszy. Tylko krzyki z doliny, trzask ognia i rżenie koni przypominały, że napastnicy są w pobliżu.

Tatarzy nie przyszli zdobywać zamku — przyszli po ludzi. Gdy zobaczyli zamkniętą bramę i ogień z murów, odstąpili bez wahania. Rozproszyli się między chatami jak drapieżniki, które nie tracą czasu na trudną zdobycz, jeśli łatwiejsza jest pod ręką.

Z dołu niósł się płacz i wrzask.

— Biorą ich… — wyszeptał któryś z żołnierzy.

Stanisław patrzył w milczeniu.

Widział, jak pędzą z powrotem — już nie w rozsypce, lecz zwartą grupą. Między końmi szarpali się ludzie: związani, potykający się w biegu. Jedni próbowali uciekać — ginęli natychmiast. Inni szli jak w otępieniu.

— Ilu? — zapytał cicho.

— Kilkudziesięciu… może więcej — odparł wachmistrz Grzegorz Bodzanta, stojący obok.

Rotmistrz skinął głową.

— Konie.

— Teraz? — zdziwił się żołnierz.

Stanisław nie spojrzał na niego.

— Teraz.

Na dziedzińcu panował chaos. Ludzie klęczeli, płakali, ściskali się nawzajem. Ktoś szukał dziecka, ktoś inny wołał żonę. Jeden z rannych jęczał cicho pod ścianą, trzymając się za bok.

Stanisław przeszedł między nimi bez słowa. Zatrzymał się dopiero przy studni, gdzie kilku jeźdźców już siodłało konie.

— Ilu gotowych? — zapytał.

— Dwudziestu — odpowiedział Grzegorz. — Reszta na murach albo ranni.
— Wystarczy.

— Panie rotmistrzu… — zawahał się ktoś. — Oni mają przewagę. I jeńców.
— Właśnie dlatego — odparł krótko Stanisław.

Spojrzał jeszcze raz ku bramie. Wiedział, co oznacza zwłoka. Każda chwila oddalała ich od łupu — i od porwanych ludzi.

— Ruszamy.

Słońce skryło się za chmurami, gdy opuszczali strażnicę. Most skrzypiał pod kopytami, a potem została już tylko ziemia — sucha, twarda, rozorana śladami ucieczki.

Nie trzeba było tropić. Ślady były świeże, wyraźne: setki kopyt, porzucone przedmioty. Tu chusta, tam dziecięcy but, dalej rozbite naczynie.

— Idą wolno — mruknął Grzegorz.

— Bo z jasyrem — odparł Stanisław.

Step rozciągał się przed nimi jak morze — złoty, cichy, obojętny. Tylko ślady prowadziły naprzód, jak rana przecinająca ziemię. Byli blisko. Zbyt blisko — musieli uważać, aby Tatarzy ich nie zauważyli. Ukryli się za wzgórzem i obserwowali z daleka. Po kilku godzinach zobaczyli dym. Niewielki, ledwie widoczny.

— Obóz — powiedział ktoś.

Poniżej, w zagłębieniu terenu, Tatarzy rozłożyli się na krótki postój. Konie stały spętane, część ludzi siedziała przy ogniu. Jeńcy zbici byli w grupę, pilnowani przez kilku uzbrojonych.

— Odpoczywają — szepnął Grzegorz.

— Nie spodziewają się nas — dodał inny.

Stanisław milczał przez chwilę. Liczył.

— Trzydziestu… może czterdziestu — powiedział w końcu.

— To co robimy?

Rotmistrz odwrócił się ku swoim ludziom. W jego oczach nie było wahania.

— Uderzymy.

— Wprost?

— Z dwóch stron. — Wskazał ręką.

— Ty, Grzegorzu — obejdziesz ich od zachodu. Weź siedmiu ludzi. Reszta za mną.

Ktoś przełknął ślinę.

— A jeśli zabiją jeńców?

Stanisław spojrzał na niego ostro.

— Nie zabiją.

Zapadła cisza.

— Gotowi?

— Wedle rozkazu — odpowiedzieli jednocześnie.

Zjechali ze wzgórza powoli, kryjąc się w nierównościach terenu. Serce biło szybciej. Nie z lęku. Z oczekiwania. Stanisław pierwszy dostrzegł moment.

Jeden z Tatarów oddalił się od grupy. Drugi pochylił się nad ogniskiem. Straż przy jeńcach rozluźniła się — zmęczenie zrobiło swoje.

Rotmistrz podniósł rękę.

— Teraz!

Runęli w dół jak burza. Krzyk rozdarł powietrze.

— Bij!

Zaskoczenie było ich największą bronią. Pierwszy Tatar padł, zanim zdążył sięgnąć po broń. Drugi poderwał się z miejsca — dostał cios w pierś i runął w tył. Konie zarżały, ludzie zerwali się na nogi.

— Polacy! — krzyknął ktoś.

Z drugiej strony uderzył Grzegorz.

Zrobiło się wielkie zamieszanie. Jeńcy zaczęli krzyczeć. Kto mógł, przystąpił do walki. Jeden z Tatarów próbował ich powstrzymać — Grzegorz strzelił do niego z pistoletu. Upadł.

Stanisław wpadł między nich. Szabla pracowała szybko, bez wahania. Jeden cios, drugi — krótki, pewny. Ktoś rzucił się na niego z boku. Zablokował uderzenie, obrócił się i odpowiedział. Krew trysnęła na trawę.

Żołnierze Stanisława byli jak w transie. Jeńcy pomagali, jak mogli.

— Uciekają! — krzyknął ktoś.

I rzeczywiście — część napastników już się cofała. Bez łupu. Bez jeńców.

Po wszystkim zapadła cisza. Przerywana tylko ciężkimi oddechami i cichym płaczem. Na ziemi leżeli zabici. Kilku Tatarów. Trzech ludzi Stanisława. Reszta uciekła. Jeńcy stali w grupie, oszołomieni, niepewni.

— Wolni jesteście — powiedział ktoś.

Po chwili jedna kobieta upadła na kolana. Potem druga. Ktoś zaczął płakać głośno.

Stanisław otarł szablę o trawę. Rozejrzał się.

— Zbierać się — powiedział cicho. — Wracamy.

Grzegorz podszedł bliżej.

— Udało się.

Rotmistrz spojrzał na uwolnionych, a potem na horyzont.

— Następnym razem będzie ich więcej.

— A my?

Stanisław wsiadł na konia.

— Nas też. Młodzi i zdrowi chłopi z podzamcza muszą walczyć z nami.

I ruszyli z powrotem — wolniej, ciężej, lecz nie sami.

Minęły miesiące. A potem lata. Życie na kresach wciąż było pełne niepokoju. Napady wracały jak burze — nagle, bez ostrzeżenia. Raz z południa, raz od wschodu. Jedne większe, inne ledwie zauważalne. Lecz zawsze zostawiały po sobie to samo: dym, pustkę i ciszę. I coraz częściej — pogoń.

Oddział Stanisława, choć niewielki, stał się legendą w okolicy. Ludzie powtarzali historie o tym, jak „ten ze Strażnicy” w ostatniej chwili odbiera Tatarom łup i wyprowadza jeńców z rąk wroga.

— Ten Strasz… ze Strażnicy — mówił jeden kmieć do drugiego — ilu on ludzi uratował.

— A no! Bije i goni psubratów jak trzeba.

Z czasem jego nazwisko zaczęto szeptać inaczej.

— Straż jedzie.

— Jaka straż?

— No… Strasz.

Ktoś się zaśmiał.

— To Strasz czy straż?

— A jedno i drugie — odparł stary furman. — Bo stoi jak straż między nami a stepem.

I tak zostało.

Kolejna burza

Stanisław Strasz, zwany przez ludzi Strażem, stojąc na murach zamku, patrzył w dal.

— Zobacz — odezwał się w końcu do wachmistrza Grzegorza Bodzanty, wskazując daleki punkt, gdzie step zdawał się drżeć pod ciężarem koni. — Ich siła rośnie. To już nie są małe oddziały.

Następnego dnia Straż zebrał oddział. Tym razem wyruszyli w przemyślaną wyprawę. Osady miały być chronione, zasadzki ustawione w wąwozach, a starcy, kobiety i dzieci ewakuowani z najważniejszych punktów. Młodzi i zdrowi chłopi z podzamcza, przyuczeni do walki i uzbrojeni, strzegli osad i wspierali żołnierzy. Pierwsza bitwa nowej kampanii była nieuchronna. Nie było miejsca na błąd.

Gdy Tatarzy dotarli do wąwozów, Straż uderzył pierwszy. Zasadzki, grupy na wzgórzach i szybkie kontrataki przynosiły zwycięstwo.

Po bitwie Stanisław zebrał swoich ludzi na wzgórzu.

— Jeszcze nie koniec — powiedział.

Ale tego dnia wszyscy wiedzieli jedno: Kresy mają swoich strażników.

Następnego dnia step wciąż były spowity dymem i kurzem. Stanisław stał na murach zamku, pogrążony we wspomnieniach. Myśl o synu, dorastającym w bezpieczniejszym miejscu, zawsze przynosiła mu spokój.

— Gdy wrócisz, nauczę cię — pomyślał — jak stać się obrońcą pokrzywdzonych. Bo imię Straż, które mi nadali, nie jest tylko moje. I kiedyś przejdzie na ciebie.

Kresy Podola wciąż były surowe, lecz legenda o rotmistrzu Strażu stała się obietnicą: że nawet na dzikich, nieprzewidywalnych stepach może istnieć sprawiedliwość.

2026-03-30 8 komentarzy
13 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoriaSaga

Saga. Rozdział I – Na skraju świata

by Jolanta Strażyc 2026-03-20

Rok Pański 1610. Kresy południowo-wschodnie Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Krajobraz rozciągał się bez końca. Falujące trawy stepów uginały się pod wiatrem, który niósł zapach rozgrzanej ziemi i dalekich ognisk. Słońce złociło wszystko dookoła — topole i wierzby nad rzeką, drogi ginące w pustce, sylwetki ludzi i koni. Był to świat surowy i dziki, a zarazem piękny — świat jeszcze nie do końca oswojony.

Stanisław Strasz, rotmistrz królewskiego wojska, siedział na siwym koniu i patrzył w dal, tam gdzie niebo stykało się z ziemią.

— Widzisz to, Grzegorzu? — rzucił przez ramię.

— Step jak step, panie rotmistrzu — odparł jeździec. — Tylko końca nie widać.

Stanisław uśmiechnął się lekko.

— Właśnie dlatego tu jedziemy.

Za nim posuwała się niewielka karawana — wozy, służba i kilkunastu towarzyszy broni. Ludzie, którzy zdecydowali się szukać losu tam, gdzie inni widzieli jedynie pustkę i zagrożenie.

— Naprzód! — zawołał po chwili. — Jeszcze dziś chcę zobaczyć Boh!

Pochodził ze starego rodu herbu Odrowąż, lecz niewiele z dawnej świetności mu pozostało. Po śmierci ojca majątek rozpadł się wśród sporów i nieuczciwych podziałów — a starszy, przyrodni brat dopilnował, by Stanisławowi przypadło najmniej. Dla młodego szlachcica bez ziemi wybór był prosty: sutanna albo miecz. Wybrał miecz.

Choć wcześnie poznał ciężar żałoby i smak zdrady, w wojsku odnalazł porządek, którego brakowało mu w domu. Rozkaz, kara, nagroda — wszystko miało swoje miejsce. W 1610 roku, kierowany niepokojem i żądzą życia, ruszył na kresy. Tam, gdzie kończyło się prawo, a zaczynała siła — postanowił zbudować własny los.

Strażnica

Na rubieżach Podola, wśród wzgórz porośniętych dębowym lasem, stał zamek zwany strażnicą. Ukryty między wąwozami i skałami, zdawał się zapomniany przez świat. Prowadziły do niego wąskie, trudne drogi, a sama okolica była niemal bezludna. Wędrowiec, który trafiał tu przypadkiem, nie mógł się nadziwić widokowi samotnej twierdzy pośród dzikiej przyrody. U podnóża wzgórza rozciągała się niewielka osada — bardziej zbiór chat niż miasteczko. Jej mieszkańcy żyli skromnie, uprawiając ziemię i trudniąc się prostym rzemiosłem. Nie budowali solidnych domów — zbyt często przychodziło je porzucać.

— Tatarzy? — zapytał kiedyś Stanisław starego kmiecia stojącego na pogorzelisku swojego domostwa.

— A kto by inny, panie — odpowiedział tamten. — Jak przyjdą, to ogień idzie pierwszy.

W razie zagrożenia ludność chroniła się w zamku albo uciekała w lasy i wąwozy. Okolica sprzyjała obronie — wąskie przejścia, ukryte ścieżki i skalne kryjówki czyniły ją trudną do zdobycia. Nawet niewielki oddział mógł tu długo odpierać przeważające siły. Dlatego strażnicę często omijano. Nie dlatego, że była bezpieczna — lecz dlatego, że była niewygodna do zdobycia.

Zamek wznosił się na cyplu nad stawem. Od strony wody chroniły go strome zbocza i skały, od strony osady — fosa i umocnienia. Dwie okrągłe baszty strzegły murów, a bramy broniły wysunięte bastiony i kilka dział. Do środka prowadził most, który w razie potrzeby można było szybko zniszczyć.

Dziedziniec był przestronny, otoczony zabudowaniami gospodarczymi i wałami. W jednym z narożników znajdował się ogród warzywny, w innym — szopy i stajnie. Najważniejszym budynkiem był dwukondygnacyjny dom mieszkalny. Nad wejściem widniały herby, a w niszy — figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem. To tutaj skierowano Stanisława Strasza.

Pierwsze starcie

Budzący się świt rozpraszał mrok, lecz słońce jeszcze spało pod linią horyzontu  Wiatr ucichł, jakby ktoś zdusił go w garści. Nad doliną zawisła ciężka cisza. Pierwszy pies zaszczekał krótko — jakby ktoś nagle uciął dźwięk. Potem drugi. Stanisław poderwał głowę. Z ciemności dobiegł przeciągły gwizd. A potem krzyk.

— Tatarzy!

W jednej chwili cisza pękła. Z doliny wystrzeliły płomienie — jedna chata, potem druga. Konie zarżały dziko, ktoś wybiegł na dziedziniec boso, ktoś inny w samej koszuli.

— Do broni! Na mury! — ryknął Stanisław, już zbiegając ze schodów.

Strzały spadły jak deszcz. Jedna z nich utkwiła w drzwiach tuż obok jego głowy. Na dole ludzie biegli ku bramie, potykając się o siebie. Kobieta biegła z dzieckiem na ręku, które nie płakało — tylko patrzyło szeroko otwartymi oczami.

— Otwierać! Na Boga, otwierać!

— Zamknąć po nich! — krzyknął ktoś z załogi.

— Jeszcze nie! — uciął Stanisław. — Jeszcze żyją!

W świetle ognia zobaczył ich. Jechali szybko, nisko przy końskich grzbietach, jakby byli częścią kończącej się nocy. Krzyki, śmiech, błysk stali. Jeden z napastników dopadł uciekającego chłopa i ściął go bez zatrzymania.

Stanisław zacisnął zęby.

— Strzelać.

Huknęły pierwsze wystrzały z murów. Jeden z jeźdźców runął z konia. Reszta nawet nie zwolniła.

— Most! — krzyknął ktoś.

— Jeszcze chwila! — rozkazał Stanisław.

Patrzył, jak ostatni ludzie dobiegają do bramy. Jedna dziewczyna upadła. Podniosła się. Upadła znowu. Jeździec był już przy niej. Stanisław nie czekał. Zeskoczył ze schodów i wybiegł na most.

— Panie rotmistrzu! — krzyknął za nim ktoś.

Nie odpowiedział. Dobiegł do dziewczyny w chwili, gdy Tatar zamierzył się szablą. Uderzył pierwszy. Stal spotkała stal. Koń zarżał, dziewczyna krzyknęła, a świat na moment skurczył się do jednego ciosu. Potem wszystko ruszyło naraz.

Miłość

Życie na kresach szybko odsłoniło swoją naturę — surową, lecz prostą. Stanisław odnalazł się w niej lepiej, niż się spodziewał. Brakowało mu jednak jednego. Towarzystwa.

Poznał Helenę — młodą wdowę po Michale Bajbuzie. Była piękna, lecz to nie uroda przyciągnęła go najbardziej. Spokój. Rozwaga. Cicha siła, której brakowało wielu ludziom na tych ziemiach.

— Nie boisz się pani tu żyć? — zapytał ją kiedyś.

Spojrzała na niego spokojnie.

— Bać się można wszędzie, panie Stanisławie. Tu przynajmniej wiadomo, czego.

Poślubił ją. Ich szczęście trwało krótko. Helena zmarła kilka dni po narodzinach syna. Chłopcu nadano imię Jan.

W pierwszych latach opiekę nad dzieckiem sprawowała niania, lecz z czasem sam przejął jego wychowanie. Uczył go jazdy konnej, władania szablą i życia na pograniczu. A jednak wiedział, że to nie wystarczy.

— Nie wychowam cię na dzikiego człowieka — powiedział kiedyś do kilkunastoletniego Jana.

Dlatego wysłał go do szkół, do Lwowa.

Bo choć kresy hartowały ludzi, potrafiły też ich zamknąć w świecie zbyt wąskim, zbyt surowym — i zbyt odległym od reszty Rzeczypospolitej.

2026-03-20 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoriaSaga

Zwiastun sagi: pierwsze rozdziały

by Jolanta Strażyc 2026-03-10

Za kilka dni rozpocznę publikację pierwszych pięciu rozdziałów opowieści, która dojrzewała we mnie od dawna.

To saga, której historia rozpoczyna się na siedemnastowiecznych Kresach Rzeczypospolitej – na Podolu, gdzie granicy nie wyznaczały mury, lecz czujność ludzi, odwaga i ślad końskich kopyt na stepie.

Pierwsze rozdziały opowiadają o strażnikach pogranicza – o tych, którzy żyli między spokojem a nieustannym zagrożeniem. O ludziach, dla których obowiązek był codziennością, a wybory – często ostateczne. To także historia pierwszego i drugiego pokolenie żołnierskiego rodu.

Głównym bohaterem jest rotmistrz Stanisław Straż, dowódca kamiennego grodu obronnego. W trzecim rozdziale, po dziesięciu latach nauki, powraca syn Stanisława – porucznik Jan Straż – młody dowódca obrony potocznej, lekkiej jazdy, która była oczami i uszami granic.

Wyruszymy więc na kresowe szlaki – do strażnic, stanic i miejsc, gdzie czasem jedyną obroną była wiara, krzyż i garstka ludzi gotowych stanąć do walki.

To opowieść o:
– honorze i odpowiedzialności
– relacji ojca i syna
– pamięci, której nie można porzucić
– i granicy, która istnieje nie tylko na mapie

Mam nadzieję, że zechcecie wyruszyć w tę drogę razem ze mną.

2026-03-10 9 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • Saga. Rozdział IV – Powrót

    2026-04-20
  • Saga. Rozdział III – Svyata Kyrnychka

    2026-04-10
  • Saga. Rozdział II – Rozkaz: trwać!

    2026-03-30
  • Saga. Rozdział I – Na skraju świata

    2026-03-20
  • Zwiastun sagi: pierwsze rozdziały

    2026-03-10

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    Tajemnica

    2025-08-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga