Adam został w Krakowie cztery dni. Tyle wystarczyło, żeby Majka zdążyła sobie przypomnieć, dlaczego kiedyś go kochała, i jednocześnie zrozumieć, dlaczego przez dwadzieścia lat nauczyła się bez niego żyć.
Pierwszego dnia poszli na Rynek. Drugiego pojechali na Kazimierz. Trzeciego usiedli nad Wisłą i przez prawie godzinę nie rozmawiali o niczym ważnym.
Adam pamiętał drobiazgi.
Że nie lubi kawy bez mleka.
Że czasem spóźnia się pięć minut, choć twierdzi, że nigdy się nie spóźnia.
Że kiedy się denerwuje, poprawia włosy za uchem.
Pamiętał nawet, że jako dziecko bała się psów, choć później przez kilka lat miała własnego.
Majka natomiast odkryła, że Adam bardzo się zmienił.
Śmiał się ciszej.
Mówił wolniej.
Nie gestykulował już tak jak kiedyś.
Miał zmarszczki wokół oczu i siwe włosy na skroniach.
Ale czasami, kiedy się uśmiechał, widziała tego samego chłopaka, który stał przed nią dwadzieścia lat wcześniej i uważał, że można zaplanować całe życie w ciągu jednego wieczoru.
W sobotę zaprosiła go do swojego mieszkania.
Adam wszedł do środka i rozejrzał się.
— To tutaj?
— Tutaj.
Przeszedł kilka kroków.
— Wygląda inaczej.
— Wszystko wygląda inaczej.
Spojrzał na nią.
— Ty też.
— To komplement?
— Stwierdzenie faktu.
Uśmiechnęła się.
— Ty również.
— Wiem.
Roześmiali się.
A potem Adam podszedł do okna.
— Pamiętasz, jak chcieliśmy otworzyć wspólny sklep?
— Pamiętam.
— Miałaś robić biżuterię.
— A ty drewniane meble.
— Byliśmy bardzo rozsądni.
— Niezwykle.
Stali obok siebie i patrzyli przez okno na podwórko.
— Wiesz, co jest dziwne? — powiedział Adam.
— Co?
— Przez lata pamiętałem to wszystko zupełnie inaczej.
— Jak?
— Myślałem, że pamiętam ciebie.
Odwróciła się do niego.
— A nie pamiętałeś?
— Pamiętałem to, jaka byłaś.
— To chyba to samo.
Pokręcił głową.
— Nie. To dwie różne rzeczy.
Nie zapytała, co miał na myśli. Bała się, że odpowiedź może być zbyt ważna.
Zaparzyła kawę.
Adam siedział naprzeciwko niej i mieszał łyżeczką, chociaż nie miał już czego mieszać.
Majka obserwowała jego dłonie.
Na palcu miał obrączkę.
Zauważyła ją dopiero wtedy. A może zauważyła wcześniej i przez cały czas udawała przed sobą, że jej nie widzi.
Nie powiedziała nic.
Adam również.
To było dziwne.
Przez cztery dni rozmawiali o wszystkim. Ale nie o jego żonie. Nie o jej samotności. Nie o tym, co wydarzyło się w ich życiu przez te dwadzieścia lat. Jakby oboje zgodzili się bez słów, że istnieją tematy, których nie należy dotykać.
Wieczorem spojrzał na zegarek.
— Muszę już iść.
— Jasne.
Podniósł się.
— Jutro rano mam samolot.
— Wiem.
— Napiszę, jak wyląduję.
— Dobrze.
Stała przed nim i nagle poczuła coś dziwnego.
Nie chciała, żeby wyjeżdżał.
Ale nie chciała też, żeby został.
To była chyba najuczciwsza rzecz, jaką czuła od dawna.
Adam podszedł i ją przytulił.
Nie było w tym niczego romantycznego.
— Dziękuję, że napisałaś — powiedział.
Majka zamknęła oczy.
— To ja powinnam podziękować za to, że przyjechałeś.
Puścił ją.
Przez chwilę patrzyli na siebie.
— Dobranoc, Majka.
— Dobranoc.
I odszedł.
Nie powiedział: „Przyjadę znowu”.
Nie powiedział: „Przyjedź do Vancouver”.
Nie powiedział nawet: „Musimy się jeszcze zobaczyć”.
Po prostu odszedł.
Następnego dnia napisał.
Wylądowałem. Dzięki za te kilka dni. Było naprawdę dobrze.
Majka przeczytała wiadomość.
Odpisała:
Mnie też było dobrze.
Po chwili pojawiło się:
Trzymaj się.
I nic więcej.
Odłożyła telefon. Przez kilka minut siedziała przy stole. Potem wstała, zrobiła sobie kawę i otworzyła okno. Kraków był dokładnie taki jak zawsze. Tramwaj przejechał po torach. Ktoś krzyczał na ulicy. Pies sąsiadki szczekał na balkonie. Życie toczyło się dalej.
Majka spojrzała na telefon. Miała ochotę napisać. Cokolwiek.
„Brakuje mi ciebie”.
„Dobrze, że przyjechałeś”.
„A co teraz?”
„Czy zobaczymy się jeszcze?”
Nie napisała nic.
Położyła telefon ekranem do dołu.
Wieczorem przyszła do mnie i przyniosła wino.
— To niedobrze — powiedziałam.
— Co?
— Że przyniosłaś wino.
— Dlaczego?
— Bo jak przynosisz wino, to znaczy, że coś się wydarzyło.
— Nic się nie wydarzyło.
Usiadła przy stole.
Przez chwilę milczała.
— Wyjechał.
— Wiem.
— Było dobrze… nawet bardzo dobrze.
Spojrzała na mnie.
— A teraz czuję się jak idiotka.
— Dlaczego?
— Bo go znalazłam.
Nie odpowiedziałam.
— Mogłam zostawić ten profil w spokoju. Mogłam wyrzucić zdjęcie i żyć dalej. Tak jak żyłam.
Wzięła kieliszek.
— A teraz znowu o nim myślę.
— Bo przez kilka dni był obok.
— Rozdrapałam ranę.
— To nie była rana.
— A co?
Zastanowiłam się.
— Blizna.
Spojrzała na mnie.
— To jeszcze gorzej.
— Nie. Blizna oznacza, że coś się zagoiło.
Majka przez chwilę patrzyła w kieliszek.
— Tylko że teraz znowu boli.
— Boli, bo dotknęłaś miejsca, o którym zapomniałaś.
— To po co było dotykać?
— Bo chciałaś wiedzieć, co tam jest.
Pokiwała głową.
— I już wiem. Że przez dwadzieścia lat wyobrażałam sobie Adama.
— A spotkałaś człowieka.
Uśmiechnęła się smutno.
— I lubię tego człowieka.
— To chyba dobrze.
— Tak.
— A czego się bałaś?
Westchnęła.
— Że będzie gorzej.
— Jest gorzej?
Pokręciła głową.
— Nie. Jest inaczej.
Dopiero kilka dni później powiedziała mi o obrączce.
Siedziałyśmy w kawiarni, tej samej, w której spotkali się po raz pierwszy.
— Jest żonaty — powiedziała.
Spojrzałam na nią.
Przez chwilę milczała.
— Nie zapytałam o żonę. On też nic nie powiedział.
Spuściła wzrok.
— Nie zadzwonił do mnie ani razu. Nawet zanim przyjechał. Cały czas pisał.
— Może łatwiej było mu pisać.
— Albo bezpieczniej.
Nie odpowiedziałam.
— Nie zaprosił mnie do Kanady — powiedziała. — Nie powiedział, że przyjedzie znowu i nie zapytał, czy chciałabym przyjechać.
Popatrzyła przez okno.
— Czyli wszystko jasne. On ma swoje życie. Dom. Żonę. Dzieci. I nie chce, żebym się w to życie wpakowała.
Nie odpowiedziałam.
— No i dobrze. Bo gdyby powiedział: „Przyjedź do Vancouver”, musiałabym się zastanawiać.
— Nad czym?
— Nad wszystkim.
Przez chwilę obie milczałyśmy.
— A teraz nie muszę.
Tego wieczoru Majka wyjęła z szuflady list (ten, którego nie wysłała przez dwadzieścia lat) i rozłożyła go na stole. Czytała powoli. Potem przeczytała jeszcze raz. Na końcu wzięła długopis i dopisała pod spodem jedno zdanie.
Dobrze, że nie wysłałam.
Złożyła kartkę i włożyła ją z powrotem do koperty. Ale tym razem nie schowała jej do szuflady.
Wstała, podeszła do kosza i przez chwilę trzymała kopertę nad nim.
— No dalej — powiedziała do siebie.
I wyrzuciła. Nie dlatego, że przestało boleć, ale dlatego, że już nie musiała tego bólu przechowywać.
Minęły trzy tygodnie.
Adam napisał jeszcze dwa razy.
Raz wysłał zdjęcie Vancouver.
Raz zapytał, jak idzie jej z pracownią.
Odpisała.
Normalnie.
Nie dopisała nic więcej
Patrzyła na ekran. Tym razem nie poczuła bólu, tylko coś ciepłego. Położyła telefon na stole i rozejrzała się po pokoju. Na parapecie leżał mały ametyst. Pamiętała, od kogo go dostała. Podniosła go i przez chwilę trzymała kamień w dłoni. Potem schowała go do kieszeni.
Nie wyrzuciła.
Nie wszystko trzeba wyrzucać tylko dlatego, że się skończyło.
Zamknęła drzwi i zeszła po schodach. Przed blokiem było chłodno.
Wyjęła telefon.
Przez chwilę patrzyła na ikonę Facebooka.
Potem schowała telefon do kieszeni.
I poszła przed siebie.
Bez Adama.
Bez pytania, co by było, gdyby.
Po raz pierwszy od dwudziestu lat wiedziała.
Było dobrze.
Było pięknie.
I może właśnie dlatego wystarczyło.
