jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
Author

Jolanta Strażyc

Jolanta Strażyc

Wspomnienia

Nowa kolekcja biżuterii

by Jolanta Strażyc 2025-09-20

Jesienne światło, zapach suszonych liści i paleta barw, które wręcz domagały się zamknięcia w formie – tak powstawały nasze projekty biżuterii na sezon jesienno-zimowy 2009/10. Kolory? Nasycone jak wspomnienia: purpurowe wino, mech, espresso, chili. Projektowałam z myślą o kobiecie, która chce nosić kawałek jesieni przy sobie – nie smutnej, ale barwnej i nastrojowej.

Majka, z niesamowitym wyczuciem rękodzieła, przekładała moje szkice na rzeczywistość – jej palce znały te kolory lepiej niż niejeden pędzel. Potem brałam do rąk aparat – światło naturalne, tekstura skóry, cień liścia na dłoni modelki – i powstawały zdjęcia, które nie tyle dokumentowały, co oddychały tą samą energią co biżuteria.

Nasze prace trafiały do sklepu internetowego Majki, ale nie były to „produkty”. To były małe opowieści. Każda para kolczyków, każda bransoletka miała swój tytuł, często cytat, czasem dedykację.

To była kolekcja, którą nosiło się jak wspomnienie – ciepłe, kolorowe i osobiste.

Kolory, które grzeją duszę

W sezonie jesień – zima 2009/10 czuło się coś wyjątkowego. Kolory przychodziły same — purpurowe wino, kaszmirowa róża, zielony mech, brąz espresso… Jakby ktoś celowo stworzył paletę właśnie dla nas.

To był jeden z tych okresów, kiedy wszystko się układało. Ja projektowałam – siadałam z notatnikiem, filiżanką herbaty i głową pełną barw. Kolory zamieniały się w kształty. Każdy miał swój zapach, nastrój, dźwięk. Mech był miękki i cichy. Espresso miało rytm. Chili rozbrzmiewało jak śmiech w środku zimy.

Majka – od razu czuła, co chcę przekazać. Siadała w swojej pracowni i z materiałów, które czasem wyglądały jak nic, wyczarowywała coś z duszą. Kamienie, szkło, metal, sznurki – wszystko w jej rękach ożywało. Biżuteria, którą tworzyła, była dokładnie taka, jakiej chciałam – najpiękniejsza.

Gdy gotowe projekty leżały już na lnianym tle albo na kawałku drewna, wtedy wchodziłam ja z aparatem. Światło szeptało obrazy, których sama nie potrafiłam wypowiedzieć. Uchwycić cień na skórze, błysk szkła w porannym słońcu, albo jak cień liścia pada na bransoletkę – to był mój świat. Zdjęcia nie były czystą dokumentacją, były opowieścią. Zawsze chciałam, żeby kobieta patrząc na nie, czuła: to jest dla mnie.

Potem Majka wrzucała te cuda do swojego sklepu internetowego. Opisywałyśmy je wspólnie – każda rzecz miała swoją nazwę, często osobistą. Czasem pojawiały się tam nasze cytaty, drobne historie, jakby biżuteria miała swój mały pamiętnik.

To była kolekcja stworzona z ciepła, kolorów i przyjaźni. W sam raz na zimę.

Dni z mchem i chili w tle

Pamiętam jedno z tych październikowych popołudni, kiedy siedziałyśmy u Majki w pracowni, popijając kawę z kardamonem. Na stole – rozsypane kamienie, sznurki, karteczki z nazwami kolorów, szkice. W tle grał jazz, za oknem szarówka, a my – jak dwie czarownice z krainy artystycznej magii – zastanawiałyśmy się, czy cytrynowy kryształ lepiej gra z ametystem czy może z kawałkiem oksydowanej miedzi.

– A może zróbmy kolczyki, które wyglądają jak pierwszy łyk czerwonego wina po spacerze? – rzuciłam.

Majka tylko się uśmiechnęła, po czym wyciągnęła z pudełka coś, co wyglądało jak dokładnie ten moment. Jakby wiedziała, zanim jeszcze powiedziałam.

To była nasza wspólna magia. Nie trzeba było wielkich słów. Kolory, faktury i emocje mówiły za nas.

Później zrobiłam zdjęcia – nie na białym tle, jak „trzeba”, tylko na mchu, na porowatej desce, na skórze dłoni z pierścionkiem, który miał w sobie kroplę lasu i ciepło herbaty. Zdjęcia pachniały tą jesienią. I nasze klientki to czuły – pisały do nas wiadomości, że kolory naszyjników są dokładnie „jak ich jesień”. Że to nie ozdoba, tylko nastrój.

Naszyjnik, który pachniał zimą

Był taki jeden projekt, do którego wracam w pamięci wyjątkowo często. Naszyjnik z ametystów i lawendowego szkła, w odcieniach zimnej mgły i miękkiej chmurki. Zawieszka przypominała zaszroniony liść – Majka wymyśliła ją z przypadkowo znalezionego kawałka metalowej blaszki, którą ozdobiła delikatnym motywem roślinnym. Wyglądała jak coś znalezionego na dnie starej szkatułki w domu babci.

Kiedy go zobaczyłam, wiedziałam, że nie mogę go sfotografować „na sucho”. Zabrałam go do ogrodu, tuż po pierwszym przymrozku. Na trawie były srebrne kryształki lodu, światło miało ten idealny chłodny ton. Położyłam naszyjnik na starym drewnianym stołku i czekałam na słońce. W końcu wyszło – i odbiło się w ametystach tak, jakby w środku były krople deszczu.

To jedno ze zdjęć, z których byłam naprawdę dumna. Nie tylko dlatego, że było ładne. Ale dlatego, że czuło się zimę. Zimę z jej spokojem, z ciszą, z oddechem mroźnego poranka.

A potem… ten naszyjnik kupiła klientka z Norwegii. Napisała, że przypomina jej światło o 10 rano, kiedy wychodzi z domu i słońce odbija się w śniegu. I że będzie go nosić zawsze, gdy będzie jej brakować światła.

Kolczyki z dźwiękiem śniegu

Nie planowałyśmy ich. To miał być dzień przerwy. Pogoda – klasyczna listopadowa: ciemno, zimno, wilgotno. Majka zaparzyła herbatę z imbirem i cytryną, ja przyniosłam aparat, ale bez większego zapału. Myślałyśmy, że po prostu posiedzimy, pogadamy, może coś posortujemy.

I wtedy zobaczyłam je. Leżały wśród innych półproduktów – dwa nieregularne kamienie, trochę przezroczyste, jakby ktoś zamknął w nich kawałek mrozu. Obok cienkie, srebrzyste druciki, maleńkie koraliki w kolorze przybrudzonej bieli. I coś w tym zestawieniu zagrało. Coś bardzo cichego, ale nie do przeoczenia.

– A co, jeśli zrobiłybyśmy kolczyki, które brzmią jak pierwszy śnieg? – zapytałam półżartem.

Majka się uśmiechnęła i po chwili zaczęła je składać. Jej palce poruszały się szybko, sprawnie, zupełnie jakby już wcześniej je zrobiła – tylko czekały na ten dzień.

Efekt był niezwykły. Kolczyki wyglądały jak zrobione z ciszy. Białoszare, lekkie, z błyskiem srebra, który przypominał iskrzenie śniegu pod lampą. Kiedy się nimi poruszyło, wydawały niemal niesłyszalny dźwięk – jak szelest płatków na kurtce.

Zrobiłam im zdjęcia na tle szronu na parapecie. Ujęcia były proste, ale miały w sobie spokój, który trudno uchwycić. Nazwałyśmy je Pierwszy Śnieg. Rozeszły się w ciągu dwóch dni.

Później dostałyśmy wiadomość od dziewczyny, która je kupiła – że nosi je do ciepłego swetra i wraca w myślach do spacerów z dzieciństwa.

Biżuteria, światło i kot na stole

Była taka sesja, której nigdy nie zapomnę. Mimo że światło było idealne, biżuteria gotowa, a ja miałam w głowie całą koncepcję – wszystko poszło zupełnie… po kociemu.

Miałam kota. Czarny jak smoła, z bursztynowymi oczami. Nazywał się Bolek. W zasadzie był częścią naszego zespołu. Oceniał kolory z wyższością, siadał na materiałach do zdjęć i uwielbiał spać w pudełkach z koralikami. Miał też szczególny dar: pojawiał się zawsze, gdy nie był potrzebny.

Tamtego dnia rozłożyłam tło – lniany materiał w kolorze przygaszonego złota, do tego fragment kory drewna. Na nim kolczyki: Chili i Kawa – ciepłe czerwienie, brąz, kropla bursztynu. Idealne światło, idealna kompozycja. Ujęcie, które miałam już prawie w kadrze…

…i wtedy Bolek wszedł na stół. Wolno. Z dumą. I położył się dokładnie na środku tła. Na kolczykach.

Nie zareagowałam od razu. Było coś pięknego w tym, jak wyglądał – czarna sierść, bursztynowe oczy, biżuteria przy łapie. Wzięłam aparat i zrobiłam zdjęcie. Potem drugie. A potem jeszcze piętnaście.

I wiesz co? Jedno z tych ujęć trafiło do sklepu Majki. Z kotem w tle. Kolczyki Chili i Kawa miały swój własny entourage. Były najbardziej rozchwytywanym modelem z całej kolekcji.

Klientki pisały: Czy ten kot będzie w zestawie? albo Czy mogę zamówić wersję z sierścią? Majka zaczęła żartować, że Bolek powinien mieć prowizję.

Od tamtej pory Bolek był już „oficjalnym konsultantem artystycznym”. I tylko czasem pozwalał nam pracować bez siebie.

2025-09-20 7 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Czerwone Wierchy – wrześniowe światło w Tatrach

by Jolanta Strażyc 2025-09-10

Wrzesień, 2009

Tatry jesienią to zupełnie inna opowieść. Nie krzyczą zielenią ani nie tętnią życiem jak w czerwcu. We wrześniu cichną. Nabierają powagi. I każą się zatrzymać, chociaż na chwilę.

– To już nie jest czas zdobywania – powiedziała Ewa, gdy pakowaliśmy się w Krakowie. – To czas patrzenia.

Wyjechaliśmy rano, jak zwykle z Karolem za kierownicą. Auto sunęło znajomą trasą, radio cicho grało jazz, a rozmowa toczyła się leniwie – o pogodzie, o książkach, o tym, gdzie najlepiej zjeść po zejściu ze szlaku.

– Oscypki z żurawiną na Gubałówce. Koniec dyskusji – oznajmił Konrad, spoglądając w lusterko jakby w poszukiwaniu poparcia.

– Proszę cię… – westchnęła Ewa z przekąsem. – Może jeszcze bigos w kubku? Ja marzę o czymś estetycznym.

– Estetycznym, czyli czym? Jedzeniem z liścia?

Majka z tyłu wybuchnęła śmiechem.

– Byle nie z paproci, bo będziesz się domyślać smaku do grudnia.

Droga do Zakopanego minęła szybko. Plan był prosty: z Kir przez Dolinę Kościeliską na Ciemniak, potem Krzesanica, Małołączniak, Kopa Kondracka, i zejście przez Halę Kondratową.

Dolina przywitała nas zapachem świerków i lekką mgłą unoszącą się nad ścieżką. Poranek był chłodny, ale wciągaliśmy to powietrze jak najczystszą wodę.

– Wiesz, że jak się dobrze wpatrzeć, to te Wierchy faktycznie robią się czerwone? – zagaiła Majka, poprawiając czapkę robioną na drutach, która rzeczywiście wyglądała jak pamiątka z pracowni babci-artystki.

– To przez sit skucina. Roślina zmienia barwę jesienią – odparł Karol z tym swoim tonem człowieka, który naprawdę to wie.

– Sit skucina… – powtórzył Konrad. – I znowu zapomnę to za pięć minut. Dla mnie i tak wygląda to jakby ktoś polał góry malinowym winem.

Podejście na Ciemniak dało nam w kość. Dziewczyny szły z kijkami, równo i konsekwentnie. Chłopaki bez – choć pod koniec już z wyraźnym grymasem.

– Nie wiem, jak wy, ale ja czuję każdą kanapkę, którą zjadłem w sierpniu – jęknął Konrad, opierając się na głazie.

– To jedz mniej, a nie mów więcej – rzuciła Ewa i podała mu orzeszka z uśmiechem, który był mieszanką troski i lekkiej złośliwości.

Na grani zmieniło się wszystko. Świat zwolnił. Przestrzeń otwarła się bez ostrzeżenia. Tatry Zachodnie tonęły w świetle. Skały miały kolor stali, trawy rudziały, a niebo wydawało się tak blisko, że można było po nim głaskać chmury.

Przysiedliśmy na Krzesanicy. Przez długą chwilę nikt się nie odzywał. Po prostu siedzieliśmy.

– Cisza to najpiękniejszy dźwięk Tatr – powiedziała Ewa cicho. – I nie da się jej usłyszeć, jeśli sam w sobie jesteś zbyt głośny.

Zrobiliśmy zdjęcie grupowe – jedno z tych z samowyzwalacza, gdzie zawsze ktoś zdąży mrugnąć. A potem portrety – Majka z rozwianymi włosami, Konrad udający filozofa, Karol próbujący wyglądać poważnie (i nieudolnie), ja – z aparatem na szyi. Ewa stała na tle nieba, z zamkniętymi oczami, jakby słuchała wiatru.

Zejście było spokojne. Małołączniak, potem Kopa Kondracka – jakby góry nas już znały i tylko odprowadzały do drzwi. Słońce cofało się za grań, cień zaglądał w doliny, robiło się chłodniej.

Na Hali Kondratowej – herbata z cytryną, gorące kubki w zmarzniętych dłoniach, rozmowy szeptem, żeby nie zakłócać zmierzchu.

– To było… inne – powiedziała Majka. – Spokojne. Ale takie, że chce się to zatrzymać.

Wieczorem w Zakopanem znaleźliśmy mały lokal z pizzą i grzanym winem. Karol – jako kierowca – poprosił o wodę z cytryną, ale nie przestał się uśmiechać, słuchając, jak opowiadamy o rękawiczkach (to ja je zapomniałam), o zgubionej mapie (to Konrad), i o tym, kto zjadł prowiant jeszcze przed południem (wszyscy, tylko się nie przyznali).

Wrzesień 2009 zostawił w nas coś innego niż czerwiec. Nie euforię, lecz ciszę. Ukojenie. To złote światło, które oświetlało zbocza Czerwonych Wierchów, zdawało się wsiąknąć w nas – zostać na dłużej.

Nie potrzebowaliśmy już adrenaliny. Tylko obecności. Równych kroków. I świadomości, że w tym milczeniu jesteśmy razem.

I że jeszcze wrócimy.

2025-09-10 9 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Urlop na Roztoczu

by Jolanta Strażyc 2025-08-30

Był czerwiec 2009, połowa miesiąca – czas, w którym lato dopiero się zaczyna. Lubię właśnie ten moment – przed sezonem, kiedy wszystko jeszcze oddycha spokojem, a przyroda dopiero się rozkręca. Z Majką i Ewą z Elbląga spakowałyśmy plecaki, zabrałyśmy termos z kawą, kanapki i ruszyłyśmy w drogę – na Roztocze.

Naszą bazą był mały pensjonat w Krasnobrodzie – cichy, niedrogi, z dużą rozłożystą jabłonką, pod którą codziennie siadałyśmy z książką, winem i planem: odpoczywać, gdzie się da, chodzić, gdzie warto, i zjeść, co lokalne.

Krasnobród

Pierwszy dzień urlopu spędziłyśmy na spokojnym rozpoznaniu okolicy. Przespacerowałyśmy się do zalewu, gdzie kilkoro dzieci pluskało się w wodzie, a starsi wczasowicze leniwie opalali się na kocach. Woda w zalewie była chłodna, ale przejrzysta, a rzeka Wieprz szemrała spokojnie wśród trzcin i sitowia. W powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy i dzikiej mięty. 

– Zobacz, jak tu spokojnie. – powiedziała Majka, siadając na brzegu pomostu i zanurzając stopy w wodzie. – Ani hałasu, ani tłoku. Zupełnie jakbyśmy cofnęły się w czasie.

Potem weszłyśmy na wzgórze z kamieniołomem. Widok był wart każdego kroku – z baszty rozciągał się szeroki pejzaż na lasy Roztocza i taflę zalewu błyszczącą w słońcu jak rozlana rtęć. Wiatr pachniał żywicą i nagrzanym wapieniem.

Po południu zwiedziłyśmy zespół pałacowo-parkowy Leszczyńskich, gdzie dzieci spacerowały, trzymając się za ręce. Było w tym coś wzruszającego – stara architektura, kasztanowa aleja i głosy dzieci niosące się echem po dziedzińcu.

Wieczorem poszłyśmy do Kościoła Nawiedzenia NMP. Chłodne wnętrze, ciężkie organy i światło przechodzące przez kolorowe witraże stworzyły niesamowitą atmosferę. Po mszy usiadłyśmy przy „Kaplicy na Wodzie”, gdzie szemrał niewielki strumień. Ewa nabrała trochę wody do butelki.

– Podobno uzdrawia, – mruknęła z uśmiechem. – Nie zaszkodzi mieć przy sobie coś świętego.

Wieczorem siedziałyśmy na tarasie pensjonatu, owinięte w wełniane szale, popijając piwo z sokiem malinowym. Powietrze było ciepłe, ale już z lekką nutą wieczornego chłodu. Rozłożyłam mapę na stole, wygładzając zagięcia dłonią.

– Zobaczcie – zaczęłam. – Miejsca, które warto zobaczyć: Zwierzyniec z Kościołem na Wodzie, szumy nad Tanwią, koniki polskie w rezerwacie, Zamość – wiadomo. I coś bardziej osobistego… cerkiew w Szczebrzeszynie, gdzie księdzem dziekanem był mój praprapradziadek, Józef Lisowski. I jeszcze Topólcza – tam mieszkał z rodziną. Co wy na to?

Majka podeszła bliżej i nachyliła się nad mapą.

– Ty jesteś naszym przewodnikiem – powiedziała. – To zaczynamy od Szczebrzeszyna.

Cerkiew praprapradziadka

Z Krasnobrodu wyjechałyśmy rano, gdy mgła jeszcze tańczyła między polami, jakby nie wiedziała, że dzień już się zaczął. Droga do Szczebrzeszyna wiła się wśród pagórków, pól i lasów – wszędzie widoki jakby wymalowane ręką zapomnianego artysty.

– Jakie to piękne… – powiedziała Majka, wychylając się przez okno. – Jakby tu czas się zatrzymał.

– Albo przynajmniej zgubił zegarek – dodała Ewa, z nosem przyklejonym do szyby. – Czuję się, jakbyśmy były w środku pocztówki.

Szczebrzeszyn przywitał nas powolnym ruchem przechodniów i zapachem świeżego chleba z piekarni przy rynku. Cerkiew stała na uboczu, niemal schowana za drzewami – jakby wciąż niepewna, czy jej miejsce jeszcze tu jest. Milczałyśmy chwilę, patrząc w ciszy, aż w końcu powiedziałam cicho:

– Dziwne uczucie… Że ktoś z moich przodków tu żył, oddychał tym powietrzem, chodził tymi ścieżkami…

– Historia jest jak kurz na książkach – powiedziała Ewa, chowając przewodnik po Roztoczu do torebki. – Niewidoczna, dopóki nie dmuchniesz.

Do wnętrza cerkwi wprowadził nas starszy mężczyzna. Uśmiechnął się bez słowa i zaprosił gestem dłoni. W środku pachniało drewnem, woskiem i odrobiną kadzidła, jakby liturgia wciąż gdzieś tu była – ukryta w kątach, nie do końca gotowa odejść.

Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny w Szczebrzeszynie to najstarsza zachowana świątynia prawosławna w Polsce. Jej wnętrze zdobią polichromie z XVI i XVII wieku – wyblakłe, ale wciąż poruszające. Sceny Apokalipsy, kuszenie Chrystusa, postaci aniołów i świętych – wszystko jakby mówiło do nas innym językiem, ale prosto do serca.

Wpatrywałyśmy się w stare ikony, w kolory, które czas przygasił, ale nie zniszczył. Gdzieniegdzie złoto błyszczało jeszcze w świetle porannego słońca wpadającego przez wąskie okna.

– A tam można? – zapytała Ewa, wskazując na prezbiterium.

Mężczyzna potrząsnął głową.

– Tylko mężczyźni. Tradycja.

Zatrzymałyśmy się więc u progu, patrząc przed siebie, jakbyśmy przez tę niedostępność widziały jeszcze więcej. Może nawet tak miało być – żeby poczuć nie wszystko, ale coś głębszego. Tajemnicę.

– On naprawdę tu był… – szepnęłam. – Może tym kluczem otwierał drzwi? Może modlił się tak, jak my teraz milczymy.

Wyszłyśmy w ciszy. Każda z nas trochę bardziej zamyślona niż wcześniej. Czasem to nie widoki robią największe wrażenie, ale echo, które zostaje po nich w człowieku.

– Zazdroszczę ci tych wszystkich praprzodków – odezwała się cicho Majka. – I tego, że znasz ich historie. U mnie to wszystko się gdzieś urwało… nic się nie zachowało.

– Weźmiemy się kiedyś za twoją genealogię – uśmiechnęłam się.

– A ja pomogę – dorzuciła Ewa z entuzjazmem.

– Nic z tego nie będzie – westchnęła Majka. – Nie znam nawet miejscowości, z których moi pradziadkowie się wywodzą. Nie wiem, jak się za to zabrać… gdzie szukać, kogo pytać…

Na chwilę zapadła cisza, tylko wiatr poruszał liśćmi starych lip. Może właśnie tak zaczynają się poszukiwania – od rozmowy, od niedosytu, od pragnienia, by coś odzyskać.

Ze Szczebrzeszyna pojechałyśmy jeszcze do Topólczy. Ksiądz Józef Lisowski mieszkał tam niegdyś z żoną Marianną, na plebanii, gdzieś w pobliżu cerkwi. W Topólczy przyszły na świat ich dzieci, w tym syn Paweł – ojciec Leokadii Lisowskiej TU

Stara, drewniana cerkiew już nie istnieje, ale nowa, murowana, nadal stoi wtopiona w krajobraz. Obok niej zaczyna się wąwóz lessowy – wąski, porośnięty trawą i wysokimi paprociami, jak brama do innego świata.

U jego podnóża ciągnie się ścieżka, prowadząca na okoliczne pola i cmentarz. Ta droga, cicha i malownicza, bywa czasem ostatnią drogą tutejszych mieszkańców.

Szłyśmy przez wąwóz w milczeniu. Rzeczka szemrała cicho, jakby opowiadała coś bardzo starego i ważnego – ale tylko tym, którzy potrafią słuchać. Nad nią pochylały się drzewa, porośnięte mchem i pamięcią. To było prawdziwe Roztocze – piękne, surowe i ciche. Takie, które nie krzyczy, tylko zostaje w pamięci.

Zamość – dzień sztuki

Do Zamościa wyruszyłyśmy około dziesiątej. Pogoda była idealna: słońce, ale bez upału, lekki wiatr i czyste niebo. Miasto powitało nas tak, jakby wiedziało, że jesteśmy z tych, którzy potrafią patrzeć.

Ratusz z wachlarzowymi schodami górował nad rynkiem. Kamienice w pastelowych kolorach — każda inna, a razem olśniewające.

– To naprawdę perła renesansu — powiedziała Majka, robiąc zdjęcie z takim zaangażowaniem, jakby od tego zależała przyszłość rodzinnego albumu.

Zaczęłyśmy od kawy z widokiem na rynek i parasole. Obok nas usiadła grupa Niemców z przewodnikiem. Potem odwiedziłyśmy lokalną galerię sztuki — wystawa zaskoczyła nas nowoczesnością. Instalacje z metalu, obrazy w stylu ekspresjonizmu… Majka zatrzymała się przy rzeźbie przypominającej plątaninę wieszaków i zapytała:

– Co to ma być?

– Może dusza urzędnika po godzinach — zażartowałam.

Na obiad trafiłyśmy do restauracji na uboczu rynku. Menu regionalne, bez zbędnych udziwnień. Po posiłku zrobiłyśmy ostatnią rundkę po rynku i spacer pod mury twierdzy.

W sklepie z lokalnymi produktami kupiłyśmy miód fasolowy.
– Najlepszy na serce i na nerwy. I na sąsiadów — powiedziała sprzedawczyni, wkładając słoik do papierowej torby.

Wieczorem, już w Krasnobrodzie, rozsmarowałyśmy miód na kromkach chleba. Smak był delikatny, słodki, z lekkim ziołowym tłem. Niby fasola, a jednak nie do końca. Jak nasz urlop — niby zwyczajny, a jednak nie do opisania.

Wieczorem, na tarasie, milczałyśmy dłużej niż zwykle. Na niebie zapalały się gwiazdy jedna po drugiej — jakby ktoś włączał światło w pokojach nieba.

– Jak wrócimy, muszę to wszystko zapisać — powiedziała Ewa, z głową opartą o pień drzewa.

– Już zapisałaś. Tylko w sobie — odparłam.

Majka spojrzała na nas z uśmiechem:

– Pomyśleć, że wystarczyło przyjechać tu, żeby przypomnieć sobie, że życie nie musi być aż tak poważne.

Obok jabłonka szumiała coś cicho. Może potakiwała. Może słuchała.

Wykorzystać każdą chwilę

Kolejne dni mijały między wędrówkami a wieczornym siedzeniem na tarasie. Patrzyłyśmy, jak niebo zmienia barwy. Czasem mówiłyśmy dużo, czasem wcale — i to „nic” też było dobre.

Nad Tanwią słuchałyśmy „szumów” – miniaturowych progów rzecznych, które grały koncert tylko dla nas. Woda spływała kaskadami po kamieniach, tworząc biały, pienisty dywan.

– Tu mógłby się zaczynać jakiś film — powiedziała Ewa, wyciągając aparat.
– Albo kończyć — dodała Majka. — Szczęśliwe zakończenie z przyrodą w tle.

W Zwierzyńcu wąskie uliczki, wybrukowane kamieniem, prowadziły nas wśród kolorowych domów z czerwonymi dachami, których okiennice trzaskały lekko na wietrze.

Kościół na Wodzie wyglądał jak z baśni: biały, elegancki, odbijający się w tafli stawu, otoczony starymi wierzbami, których gałęzie leniwie muskają wodę. W powietrzu unosił się zapach lipy i świeżo skoszonej trawy, a wokół świergotały ptaki…

Przeszłyśmy się po parku, gdzie dzieci biegały z latawcami, a ich rodzice siedzieli na ławkach i wymieniali się opowieściami. Odwiedziłyśmy też browar – małą perełkę, gdzie właściciel z pasją opowiadał o tradycji piwowarskiej Roztocza. W urokliwej knajpce, zjadłyśmy obiad, który smakował jak dawniej – w rodzinnym domu, pachnącym ziołami i czasem spędzonym przy wspólnym stole.

Ostatniego dnia wybrałyśmy się do rezerwatu, gdzie żyją koniki polskie. Mgła unosiła się nad łąkami, a konie — spokojne — pasły się w oddali. Niektóre podchodziły bliżej, ciekawskie, z mokrymi chrapami i błyszczącymi oczami.

– To było dobre pięć dni — podsumowała Majka.

– Idealne wakacje bez presji — dodała Ewa. — Bez zegarka, bez Internetu, z przyjaciółkami.

Wracałyśmy do pensjonatu w milczeniu, zmęczone, ale szczęśliwe. Czekała tam na nas butelka wina i słoik miodu, który kupiłyśmy w Zamościu.

Roztocze zostało z nami na długo — nie tylko na zdjęciach i w pamięci, ale w zapachach poranka, w ciszy i w dotyku trawy na bosych stopach.
W tym, co się nie kończy, nawet kiedy urlop dawno minął.

2025-08-30 9 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

Tajemnica

by Jolanta Strażyc 2025-08-20

Rok 2008

Sierpniowy wieczór był ciepły i spokojny. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi, rozlewając złote światło po ścianach mojego pokoju. Gdzieś w oddali dzieciaki grały jeszcze w piłkę, słychać było ich śmiech i pokrzykiwania, ale tu, w moim mieszkaniu, panował spokój.

Siedziałam przy biurku, zanurzona w dokumentach genealogicznych, zaczytana w metrykach, aktach chrztu i pożółkłych notatkach. O tej porze dnia często siadałam do swojej „papierologii”, jak mawiała Majka – moja przyjaciółka od lat.

Drzwi otworzyły się bez pukania. To oczywiście Majka – jak zawsze wpadła bez zapowiedzi, w biegu, z jakimś świeżym zamieszaniem w oczach.

– Cześć! – zawołała radośnie. – Ależ dzień miałam! W sklepie kolejka jak za PRL-u, a potem… wyobraź sobie, pani Ania z trzeciego piętra zgubiła kota! Cała klatka go szukała. A okazało się, że zasnął w bębnie pralki! Prawie go wyprała, biedaka…

Zaśmiałam się, kręcąc głową.

– Tylko u was takie historie. Siadaj, zobacz, znowu grzebię w dokumentach, które dostałam od taty.

Majka usiadła na brzegu łóżka, popijając przyniesioną ze sobą butelkę lemoniady.

– Pamiętasz, w tym segregatorze są papiery dotyczące mojego dziadka Michała – powiedziałam, wskazując otwarty skoroszyt. – Jest wszystko, co dotyczy jego i jego przodków, ale… o jego matce nie ma prawie nic. Tylko imię i wiek w metryce urodzenia. A o ojcu – też niewiele. Zastanawiające, prawda?

Majka pochyliła się nad dokumentami.

– Hm… jakaś tajemnica, czy co? Musimy zrobić dochodzenie!

– Jeśli dochodzenie, to mamy tylko jeden dokument, w którym wymieniono rodziców Michała – powiedziałam, sięgając po kopię metryki chrztu z 1891 roku.

– Michał Strażyc, urodzony 29 maja 1891 w Krasnymstawie, syn Mieczysława lat 29, urzędnika Akcyzy i Leokadii Lisowskiej lat 18. Chrzestni: Michał Dworakowski lat 40, urzędnik Akcyzy i Antonina Lisowska – żona księdza.

– Żona księdza? – powtórzyła Majka ze zmarszczonym czołem. – To chyba jakiś wschodni obrządek. Prawosławny pewnie. Ale czekaj… Przecież w życiorysie z 1966 roku Michał napisał, że jego ojciec był stolarzem, a nie urzędnikiem.

– To były czasy PRL-u… – westchnęłam. – Raczej nie przyznawano się do tego, że ojciec był carskim urzędnikiem. W tamtych czasach tylko klasa robotnicza była mile widziana. Szlachta i klasa średnia – to byli „wrogowie ludu”.

– Czyli coś musiał ukrywać – przyznała Majka. – Może dla własnego bezpieczeństwa. Jeśli pracował jako nauczyciel, a później dyrektor szkoły, to przeszłość rodzinna mogła mu zaszkodzić.

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, tylko cykady za oknem grały swoją jednostajną wieczorną pieśń.

– Krasnystaw leży na Lubelszczyźnie – powiedziałam cicho. – Ciekawe, czy w lubelskim archiwum są jakieś dokumenty Akcyzy. Może teczki osobowe pracowników?

Majka już sięgała po telefon.

– To sprawdzimy teraz. W końcu od czego jest Internet!

Nazajutrz rano, gdy tylko archiwum otworzyło swoje linie telefoniczne, zadzwoniłyśmy. Rozmowa była rzeczowa, choć niezbyt owocna – potwierdzono jedynie, że dokumenty Akcyzy się zachowały. Między innymi – teczki osobowe.

Ale przez telefon nic więcej się nie dowiedziałyśmy.

Spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.

– Trzeba jechać do Lublina – powiedziała Majka. – Pakujemy się?

– Najpierw zaparzę kawę – odparłam z uśmiechem. – I zrobimy plan działania. Tajemnice same się nie odkryją.

Minął tydzień od tamtego sierpniowego wieczoru

Dokumenty leżały uporządkowane w teczce, notes z pytaniami gotowy, telefon do Archiwum w Lublinie zapisany w komórce. Majka przygotowała zapas kanapek i termos z herbatą, a ja… no cóż, odpaliłam mojego niezawodnego Renault 19 cupé  – granatowego jak wieczorne niebo i niemal równie romantycznego w prowadzeniu.

– Gotowa na przygodę? – zapytałam, wrzucając bieg z lekkim oporem, jakby samochód nie był do końca pewien, czy na pewno chce jechać.

– Jeśli dojedziemy do Sandomierza bez lawety, to uznam to za sukces – mruknęła Majka, poprawiając pas i przytrzymując termos między kolanami.

Kraków żegnał nas upałem, a klimatyzacja w moim Renault działała jak zawsze – czyli w trybie „otwórz okno”. Ale co tam! Miałyśmy przed sobą ponad 280 kilometrów drogi i całą masę historii do odkrycia.

Trasa przez Sandomierz była celowa – po pierwsze: piękne miasto, po drugie: pierogi u pani Zosi w Rynku, które Majka wspominała od zeszłego lata.

Oczywiście po drodze musiało się coś wydarzyć. W okolicach Połańca Renault postanowił zagrać z nami w grę „Zgadnij, co piszczy”. Majka, jak zwykle opanowana, zagrała rolę mechanika-psychologa:

– To pewnie pasek klinowy, on czasem lubi sobie pomarudzić. Albo duch dziadka Michała daje znaki.

Ale po kilku minutach pisk zniknął, jakby samochód sam doszedł do wniosku, że przesadza. Albo po prostu Sandomierz działał na niego kojąco.

W mieście zatrzymałyśmy się na krótki spacer – wąskie uliczki, czerwone dachy, widok na Wisłę… Dwie godziny później, ruszyłyśmy dalej – przez Kraśnik, który przywitał nas korkiem i zapachem rozgrzanego asfaltu.

– A może by tak zostawić to auto na parkingu i przejść się pieszo do Lublina? – zaproponowała Majka, gdy przez dziesięć minut nie ruszyłyśmy się nawet o metr.

– A potem wrócić po nie autobusem? Wolę korek – odparłam, stukając palcami w kierownicę w rytm muzyki z radia, które szumiało jak radio Wolna Europa.

W końcu dotarłyśmy do Lublina. Było późne popołudnie, słońce przesiadło się na zachodni horyzont, a moje Renault wydało z siebie ostatnie westchnienie, gdy wyłączyłam silnik pod blokiem mojej córki.

Na powitanie wybiegł Michałek – a raczej poturlał się jak to dwuletni brzdąc – z szerokim uśmiechem i łapkami wyciągniętymi do góry. Moja córka stała w drzwiach z nieco zaskoczonym wyrazem twarzy.

– Mamo? Myślałam, że przyjedziesz pociągiem… albo czymś nowszym.

– Renault to klasyk. Poza tym, nie zawiódł. Jeszcze.

Majka cmoknęła Michałka w czółko, po czym wypaliła:

– No, to teraz możemy zabrać się za szpiegowanie przeszłości. Czas ruszyć na trop carskiego urzędnika!

Wieczorem, przy kuchennym stole, planowałyśmy naszą wyprawę do Archiwum. Szykowałyśmy się na kolejne rozdziały rodzinnej tajemnicy.

Archiwum i tajemnice z teczki

Dzień był upalny, Lublin tętnił wakacyjnym rytmem… Wnętrze archiwum pachniało kurzem, starym papierem i czymś jeszcze – może ciszą, może przeszłością. Po wypełnieniu wniosków, sprawdzaniu danych i rozmowie z pomocną panią w okularach na sznurku, nadszedł ten moment: przyniesiono nam teczkę osobową Mieczysława Strażyca.

Wyglądała niepozornie. Gruba, lekko pożółkła, pachnąca historią. Otworzyłam ją powoli, niemal uroczyście.

I wtedy zaczęła się podróż wstecz.

Było tam ponad 40 dokumentów. Przeniosły nas do XIX wieku: pisma urzędowe, raporty służbowe, odręczne listy, świadectwa pracy… Wśród nich – prawdziwe skarby:

– Metryka urodzenia Mieczysława z 1861 roku, z miejscowości Wola Ostrowicka. Syn Ignacego Strażyca – dziedzica, właściciela wsi Równo, Wola Ostrowiecka i Piskorów, oraz Adeli Wunderlich.

– No proszę… – mruknęła Majka.

– Wunderlich… – przeczytałam z niedowierzaniem. – Jakie nazwisko! Jak u bohaterki z niemieckiej powieści.

Majka zachichotała, ale od razu spoważniałyśmy, bo kolejnym dokumentem był akt ślubu Mieczysława z Leokadią Lisowską.

W akcie zapisano jasno: ojcem Leokadii był Paweł Lisowski – ksiądz prawosławny, a jego żona, Antonina z Zańskich, była obecna przy ślubie. I wtedy złożyło się wszystko – chrzestna Michała, Antonina Lisowska, to właśnie ta sama Antonina – żona księdza.

– To dlatego Michał milczał o tym wszystkim w swoim życiorysie – powiedziała Majka. – Ojciec carski urzędnik, jeden dziadek – ksiądz prawosławny, babka – żona duchownego, a drugi dziadek – właściciel ziemski. W latach 60. takie pochodzenie to była prawdziwa kompromitacja.

Skinęłam głową. W PRL, w środku głębokiej komuny, trzeba było wpisać „stolarz” i przemilczeć wszystko inne. Szlachta, urzędnicy carscy, duchowieństwo? To mogło oznaczać jedno – utrudnienia w karierze, brak zaufania, a może i kłopoty.

– Michał to wszystko ukrył, by przeżyć – powiedziałam z namysłem. – Żeby móc pracować, wychowywać dzieci, prowadzić szkołę. A teraz… teraz my odkrywamy to, czego sam nie mógł powiedzieć.

Wyszłyśmy z archiwum oszołomione. Świat na zewnątrz wydawał się jakby mniej realny – samochody, gwar, trolejbusy, a w głowie – Ignacy Strażyc, Adela, Paweł Lisowski, Antonina…

Wieczorem siedziałyśmy na balkonie, popijając herbatę. Po mieszkaniu biegał mały Michałek, a moja córka opowiadała, jak uczy się nowych rzeczy i krzyczy „daj!” na wszystko. Życie płynęło dalej, ale my miałyśmy wrażenie, że właśnie zamknęłyśmy jeden rozdział – a może otworzyły następny.

– To co teraz? – spytała Majka.

– Teraz… szukamy dalej. Przecież każdy dziedzic i ksiądz ma jakąś historię, a każda panna też zostawiła jakiś ślad.

Wróciłyśmy z Lublina z teczką zeskanowanych dokumentów i głowami pełnymi historii, ale jedna postać nie dawała nam spokoju.

Leokadia – imię na marginesie

W metryce chrztu Michała miała zaledwie 18 lat. Młodziutka, niemal dziewczyna, kiedy urodziła syna. W akcie ślubu – jasno zapisano: córka Pawła Lisowskiego, księdza prawosławnego, i Antoniny z Zańskich.

To jedno zdanie uruchomiło we mnie lawinę pytań.

Kim była Leokadia? Czy miała rodzeństwo? Czy była wychowywana w duchu cerkwi, czy może przeciwnie – szukała dla siebie miejsca poza cieniem ojca–duchownego? Jak to się stało, że wyszła za mąż za Mieczysława, urzędnika Akcyzy, człowieka starszego o jedenaście lat, o zupełnie innym statusie społecznym?

Zaczęłam wertować dokumenty raz jeszcze, tym razem nie pod kątem Mieczysława, ale jej. Przeszukiwałam bazę metryk, szukałam śladów w spisach ludności, ale imię Leokadia pojawiało się rzadko, a nazwisko Lisowski – zbyt często. Bez imienia ojca – niewiele bym zdziałała.

Na razie wiedziałam tyle:

– Leokadia urodziła się około 1873 roku, najprawdopodobniej na terenach Lubelszczyzny lub Podlasia.

– Jej ojciec – Paweł Lisowski, ksiądz prawosławny – to już sporo. Tytuł „ksiądz” przy nazwisku to nie kapryśny dodatek. W tamtych czasach duchowni prawosławni nie mogli się przemieszczać bez zgody władz cerkiewnych. To oznaczało, że najpewniej służył w jednej z parafii wschodniego obrządku – może w Krasnymstawie, może w Szczebrzeszynie, może gdzieś na uboczu – w jakiejś drewnianej cerkwi na granicy etnicznych i religijnych światów.

Zaczęłam dopisywać możliwe wątki, jakby była bohaterką powieści.

Może Leokadia była najstarszą córką, tą odpowiedzialną, uległą, która nie miała wyboru – a może przeciwnie, była zbyt niezależna, zbyt „łacińska” jak na cerkiewne realia?

Może zakochała się w Mieczysławie wbrew woli rodziców, a może był to związek z rozsądku – młoda dziewczyna i starszy, ustabilizowany urzędnik? Może była wykształcona, znała rosyjski i polski, pisała ładnie pismem kancelaryjnym, a może przeciwnie – była cicha, schowana, pokorna?

– Przecież była żoną, matką, córką duchownego – powiedziałam któregoś wieczora do Majki. – A w dokumentach istnieje tylko w jednym zdaniu. Jakby jej nie było.

Majka podniosła wzrok znad kubka z herbatą.

– Bo kobiety wtedy istniały tylko jako „czyjaś” – córka, żona, matka. Nikt nie pytał o ich historię.

– To my zapytamy – odparłam cicho.

I wtedy coś mnie tknęło. Antonina z Zańskich, żona księdza, czyli babka Michała. Jeśli Zańscy to również rodzina stanu duchownego, a wszystko na to wskazuje – może tędy prowadzi kolejna nić?

Zapisałam sobie w notesie:

„Poszukać: Zańscy – parafie greckokatolickie i prawosławne – Krasnystaw, Chełm i okolice.”

Nie wiedziałam jeszcze, gdzie mnie to zaprowadzi, ale wiedziałam jedno: Leokadia zasługiwała na więcej niż tylko przypis w metryce. A jeśli ślady są zatarte – to nie znaczy, że jej nie było.

Gruba księga i dwie linie krwi

Nie spodziewałam się, że coś takiego znajdę w Archiwum. Stała na półce, oprawiona w ładną okładkę, gruba, ciężka, z literami jeszcze nie wytartymi od czasu. Chełmski Konsystorz Greckokatolicki – książka, którą można było kupić. Więc kupiłam. Dopiero kilka dni po powrocie z Lublina wzięłam ją do rąk. Nie przypuszczałam wtedy, że ta książka odmieni moje spojrzenie na historię rodziny.

W środku – surowy język administracyjny, rejestry, sprawozdania… Pomiędzy nimi – nazwiska, które znałam tylko z metryk. Ale teraz… nabierały głosu.

Paweł Lisowski – ksiądz prawosławny, którego znałam z metryki ślubu Leokadii i Mieczysława – okazał się synem księdza dziekana Józefa Lisowskiego, postaci wpływowej, dobrze znanej w strukturach cerkwi w połowie XIX wieku.

I nie tylko on…

Na kolejnych stronach – jakby historia specjalnie zostawiła mi wskazówkę – znalazłam Dymitra Zańskiego, także księdza dziekana, który okazał się ojcem Antoniny Zańskiej, żony Pawła i matki Leokadii. A więc Michał, mój dziadek, był potomkiem szlachty – od strony ojca urzędnika carskiego oraz duchowieństwa unickiego i prawosławnego od strony matki.

I właśnie Dymitr Zański, jak podawała książka, zginął za wiarę przy kasacie unii.

Zamarłam, czytając te słowa. Nie jako genealog, nie jako badacz, ale jako wnuczka kogoś, kto przez całe życie milczał o swoich korzeniach.

Kasata unii – to nie był tylko akt administracyjny. To był dramatyczny rozdział polskiej historii. Cerkiew unicka, przez wieki wiążąca duchowość wschodnią z katolicką, została brutalnie rozwiązana przez władze carskie. Duchownych unickich zmuszano do przejścia na prawosławie. Wielu odmówiło. Niektórzy zostali zesłani, inni – jak Dymitr – zapłacili życiem.

To nie była tylko historia – to była moja historia.

– Majka – powiedziałam później, pokazując jej stronę z odręczną notatką o śmierci Dymitra. – Mój praprapradziadek zginął za to, że nie chciał wyrzec się swojej religii. A jego córka była żoną prawosławnego księdza. A ich córka… Leokadia… wyszła za carskiego urzędnika. A ich syn – Michał – musiał to wszystko przemilczeć.

Majka wzięła książkę w ręce jak relikwię.

– To jest historia ziem wschodnich. Unici, prawosławni, katolicy, carscy urzędnicy, PRL… I ty – pośrodku tego wszystkiego.

Zrobiło się cicho. Z zewnątrz dochodził śmiech dzieci bawiących się na podwórku, gdzieś zadzwonił tramwaj. Ale ja byłam tam – w połowie XIX wieku, w wiejskiej cerkwi, gdzie ksiądz Dymitr stawał przed wyborem. W więzieniu, gdzie może konał. W duszy Leokadii, która być może całe życie próbowała pogodzić dziedzictwa dwóch światów.

I wtedy zrozumiałam – to nie była tylko historia rodzinna. To była opowieść o przetrwaniu. O milczeniu, które mówi więcej niż tysiąc słów. O tym, jak łatwo można zostać imieniem w metryce, a jak trudno odzyskać głos po pokoleniach.

Wybory sumienia. Dymitr Zański i Paweł Lisowski

W tamtych czasach, na wschodnich terenach Królestwa Polskiego, wiara nie była sprawą prywatną. Była aktem przynależności. Do Kościoła, do wspólnoty, do historii. I kiedy w 1875 roku car Aleksander II rozkazał zlikwidować cerkiew unicką, wszystko zaczęło się rozpadać – jak stare, wyschnięte drewno cerkiewnych ikonostasów.

W parafii Biszcza i w parafii Rostoka służyli wtedy dwaj duchowni, związani rodziną, ale oddzieleni decyzją, której nie dało się cofnąć.

Dymitr Zański – doświadczony ksiądz unicki, dziekan, wdowiec, ojciec dorosłych dzieci – stanął w obronie religii greckokatolickiej, której służył przez całe życie. Nie przeszedł na prawosławie. Wiedział, co go czeka. Nie miał złudzeń. Miał już swoje lata, swoją historię i swoje sumienie. Nie miał nic do stracenia – oprócz wiary.

W swoim ostatnim nabożeństwie wypowiedział słowa, które przetrwały w sercach parafian:

Zabrać możecie dach nad głową, zabrać możecie sutannę i księgi, ale wiary z duszy nie wyrwiecie.

Nie wszyscy jednak mogli sobie pozwolić na ten gest.

Jego zięć – Paweł Lisowski, mąż Antoniny z Zańskich, też był początkowo księdzem greckokatolickim. Ale życie nie dało mu wyboru łatwego ani czystego.

Miał żonę i trzy małe córki. Gdyby odmówił podporządkowania się dekretowi i nie przyjął prawosławia, czekało go więzienie lub zesłanie – a jego rodzina zostałaby bez środków do życia, bez dachu nad głową, być może na ulicy. Areszt dla niego mógł oznaczać śmierć dla nich.

Więc Paweł przeszedł na prawosławie.

Czy z przekonania, czy ze strachu? Tego nie wiemy. Ale na pewno z poczucia odpowiedzialności.

Antonina, jego żona – córka męczennika – musiała ten wybór przyjąć w milczeniu. Może rozumiała. Może się buntowała. Może właśnie z tego milczenia narodziło się całe późniejsze milczenie ich córki, Leokadii, a potem wnuka Michała.

To był dramat bez patosu. Cichy dramat codziennego przetrwania.

Dymitr poszedł drogą heroizmu – za wiarę, wierność, godność. Paweł poszedł drogą życia – za chlebem, bezpieczeństwem, rodziną. Obaj przegrali na swój sposób, obaj ocalili coś innego.

I w tym podzielonym świecie urodziła się Leokadia – córka prawosławnego księdza, wnuczka unickiego męczennika.

W jej oczach mogło być coś z obu tych historii. A jej syn – Michał, w głębokim PRL-u – zrobił to, co robili wszyscy: przemilczał. Zamienił historię rodziny na życiorys funkcjonalny. Z ojca szlachcica zrobił „stolarza”. Z cerkiewnych śladów – puste rubryki.

Nie ze wstydu. Z konieczności.

Ale teraz, po latach, wszystko wraca – przez nazwiska w księdze, przez litery odręcznie pisane, przez mój upór.

2025-08-20 9 komentarzy
9 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Frankfurt nad Menem

by Jolanta Strażyc 2025-08-10

Samolot wystartował punktualnie. Majka, jak zawsze, zasnęła przed oderwaniem kół od pasa. Ja robiłam zdjęcia chmurom, a Karol przeglądał przewodnik po Frankfurcie:

– A wiecie, że Frankfurt to taki niemiecki Manhattan? – Nazywają go „Mainhattan”, bo leży nad rzeką Men.

– To już wiem, jak się będziemy przedstawiać – mruknęła Majka, budząc się z półsnu. – Cześć, jesteśmy z Krakowa, a przylecieliśmy do Mainhattanu w celach artystyczno-rekreacyjnych.

– Brzmi drożej, niż wygląda – skomentował Konrad.

Lot trwał niecałe dwie godziny. Gdy wyszliśmy z samolotu, uderzyło nas niemieckie uporządkowanie. Wszystko działało: pociąg z lotniska ruszył punktualnie, a automat do biletów mówił po angielsku, niemiecku i – o dziwo – po polsku.

– Frankfurt wita nas w swoim stylu – stwierdziłam, gdy przez okno pociągu zobaczyliśmy pierwsze drapacze chmur błyszczące w popołudniowym słońcu.

Hotel znaleźliśmy niedaleko Hauptbahnhof(u) – „średniej klasy z klimatem”, jak to zwykle bywa. Klimat był – trochę jak z filmu z lat 80.: wykładzina pamiętała czasy euro przed euro, a klucz ważył prawie pół kilo. Ale z okna mieliśmy widok na lśniącą Main Tower.

– To nasz „Pegaz” – powiedziała Majka, patrząc na nią z zachwytem. – Tylko nie odlatuje, stoi i błyszczy.

– Pegaz ze szkła i stali – dopowiedział Konrad. – Idealny symbol Frankfurtu.

Po obiedzie ruszyliśmy na pierwszy spacer. Po drodze mijaliśmy szklane ściany biurowców, w których odbijały się stare kamieniczki i światła tramwajów.

Na placu przed dawną siedzibą Europejskiego Banku Centralnego stanęliśmy przed ogromnym, błękitnym znakiem euro.

– Patrzcie, symbol naszych codziennych wydatków – westchnął Karol.

– I marzeń – dodała Majka. – Bo żeby zwiedzać świat, najpierw trzeba coś zarobić.

– A żeby zarobić, trzeba pracować – uśmiechnął się Karol. – Ale najpierw kawa.

I tak wylądowaliśmy w małej kawiarni przy Kaiserstraße, z widokiem na drapacze chmur i przemykające tramwaje.

Kawa była mocna i aromatyczna – jak całe miasto.

– To nie Kraków – powiedziała Majka, patrząc przez okno. – Tam historia pachnie obwarzankami. Tutaj pachnie… stalą i espresso.

– Ale też dobrze – odpowiedziałam. – Zobaczysz, jutro znajdziemy coś, co połączy jedno i drugie.

Wróciliśmy do hotelu zmęczeni, ale szczęśliwi. Zasnęliśmy przy dźwięku miasta – gdzieś w oddali słychać było pociąg, a za oknem błyszczały światła Main Tower.

Poniedziałek – Stare Miasto i kawa z widokiem na wieżowce

Pierwszy poranek we Frankfurcie. Za oknem słońce wspinało się po szklanych ścianach wieżowców, a w powietrzu unosił się zapach świeżych bułek i porannego ruchu. Zeszliśmy do hotelowej jadalni, gdzie wszystko działało jak w zegarku: jajka były idealnie ugotowane, kawa mocna, a obsługa uśmiechnięta tak, jakby każdy poniedziałek był ich ulubionym dniem tygodnia.

– Tu nawet masło jest równo ułożone – zauważył Konrad, patrząc z podziwem na bufet.

– Niemiecki porządek w praktyce – mruknął Karol, nalewając sobie soku.

Po śniadaniu ruszyliśmy w stronę Römerberg(u) – serca starego Frankfurtu. Droga prowadziła między nowoczesnymi biurowcami, aż nagle… jakby ktoś przeniósł nas w inny świat. Przed nami wyrósł plac otoczony kamienicami z muru pruskiego, z kolorowymi frontami i spiczastymi dachami. Balkoniki tonęły w kwiatach, a w tle majaczyły błyszczące wieże Commerzbank(u).

– To jest właśnie Frankfurt – powiedział Karol, zatrzymując się. – Średniowiecze i XXI wiek w jednym kadrze.

– I jeszcze tysiące turystów – dodał Konrad, rozglądając się po tłumie z aparatami.

– Nie narzekaj – odparłam. – Przynajmniej nie muszę się tłumaczyć, czemu fotografuję każdą doniczkę.

Zatrzymaliśmy się przy Fontannie Sprawiedliwości (Gerechtigkeitsbrunnen). Z zachwytem oglądaliśmy figurę bogini Justitii.

– Zobaczcie, ona nie ma opaski na oczach! – zauważyłam. – Wreszcie ktoś pozwolił sprawiedliwości widzieć, co się dzieje.

– To dlatego, że jesteśmy w Niemczech – zażartował Karol. – Tu wszystko musi być dokładnie sprawdzone, a sprawiedliwość ma patrzeć prosto w oczy.

– Tak powinno być. Niestety, sprawiedliwość często ma zamknięte oczy i zatyczki w uszach – dorzucił Konrad, rozśmieszając wszystkich.

Nieopodal rozbrzmiały dzwony z kościoła św. Mikołaja. Była dokładnie 12:05 – tak, jak w przewodniku: codziennie o 9:05, 12:05 i 17:05 dzwonią 35 dzwonów.

Zatrzymaliśmy się na chwilę, słuchając melodii, która niosła się nad placem.

– To brzmi jak intro do jakiegoś filmu – szepnęła Majka. – Może powinniśmy zrobić film o naszych podróżach?

– Już widzę tytuł – powiedział Konrad. – Zgubiony bilet, odnalezione wspomnienia.

Śmialiśmy się tak, że kilku turystów spojrzało na nas z ciekawością.

Przy ratuszu Römer, jednym z najstarszych w Niemczech, poznaliśmy naszego przewodnika – Thomasa.

Wysoki, siwiejący Niemiec z brodą i błyskiem humoru w oku.

– Dzień dobry, witam w moim mieście – powiedział płynną polszczyzną. – Moja mama była z Wrocławia, więc jeśli coś źle powiem, proszę nie śmiać się za głośno.

– Obiecujemy – odparłam, a po chwili dodałam: – Ale nie gwarantujemy.

Thomas miał dar opowiadania.

– Römer to serce Frankfurtu od XV wieku – mówił. – Tutaj koronowano cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, tutaj bije duch miasta. Po wojnie wszystko zniszczono, ale odbudowaliśmy z dumą, cegła po cegle. Widzicie? – wskazał na ratusz. – To historia, która nie poddała się ruinie.

– Jak my po weekendzie – mruknął Konrad.

Po zwiedzaniu usiedliśmy w kawiarni przy samym placu. Kawa smakowała nieco inaczej niż w Krakowie – była mocna, gęsta i podana z niemal wojskową precyzją.

– U nich nawet pianka stoi na baczność – zauważył Karol.

Z kawiarni widać było panoramę miasta – spomiędzy starych dachów wyrastały szklane wieżowce: Commerzbank Tower, Messeturm, Tower185.

– Wygląda jak rozmowa przeszłości z przyszłością – powiedziałam, robiąc zdjęcie.

– I my jesteśmy gdzieś pośrodku – dodała Majka. – Tacy pół retro, pół nowoczesność.

W drodze powrotnej Thomas zatrzymał nas przy ogromnej rzeźbie – Hammering Man. Czarny, stalowy człowiek z poruszającym się ramieniem, który nieustannie „pracował” przed Messeturm.

– To symbol wszystkich, którzy pracują – wyjaśnił Thomas. – Artysta, Jonathan Borofsky, zrobił takie rzeźby w kilku miastach świata.

– Czyli także nas – powiedział Karol. – My też codziennie stukamy w klawiatury.

– Idealny symbol współczesnego Frankfurdu – dodał Konrad. – I naszego życia w IT.

Zachodzące słońce odbijało się w rzece Men, a niebo różowiało nad dachami.

– Wiesz, co? – powiedziała Majka. – Chyba wiem, jak nazwę nową kolekcję.

– Jak? – spytałam.

– „Mainhattan Lights”.

– Brzmi jak tytuł wystawy – odparłam. – I jak obietnica, że jeszcze tu wrócimy.

W hotelu długo przeglądaliśmy zdjęcia. Na jednym Thomas opowiada coś z zapałem, na innym Majka śmieje się tak, że ledwo trzyma kawę. Karol i Konrad na zdjęciu robią miny, które same mówią: „Patrzcie na nas!”, a ja też daję się ponieść chwili radości. A w tle – Frankfurt: miasto kontrastów, w którym każdy kadr ma swoją historię.

Wtorek – Main Tower, Commerzbank i spacer nad Menem

Poranek zaczął się od śmiechu. Majka, stojąc przy lustrze, poprawiała włosy i zapytała:

– A jak myślicie, czy w tych wieżowcach ludzie też tak długo wybierają, co na siebie włożyć do pracy?

– Nie – odpowiedział Konrad. – Oni mają dress code zapisany w systemie. Jak nie założysz garnituru, drzwi się nie otwierają.

– I kawa się nie parzy – dodał Karol, dopinając plecak. – Automat rozpoznaje poziom formalności po kolorze koszuli.

Po śniadaniu byliśmy już w drodze do Main Tower – czwartego co do wielkości budynku w Niemczech i jedynego z publicznym tarasem widokowym.

Winda ruszyła z prędkością, przy której nasze uszy same się przytkały, a Karol zbladł lekko, udając, że podziwia panel z przyciskami.

– Zawsze chciałem pracować w miejscu, gdzie winda ma własne tempo życia – mruknął.

– Spokojnie, zaraz będziemy na górze – pocieszył go Konrad. – I wtedy już tylko 200 metrów w dół pod nami.

– Dziękuję, teraz czuję się lepiej – odparł z przekąsem.

Na tarasie widokowym zaparło nam dech. Frankfurt rozciągał się pod nami jak misterny model z klocków: rzeka Men połyskiwała w słońcu, mosty wyglądały jak linie narysowane cienkim piórkiem, a szklane wieżowce błyszczały jak kolczyki w świetle dnia.

– Spójrzcie – powiedziałam, kierując obiektyw w stronę południa. – Tam Messeturm, ten „ołówek”.
– A tam Commerzbank Tower – dodał Thomas, który dołączył do nas przy wejściu. – 300 metrów wysokości, projekt Normana Fostera. Najwyższy w Unii Europejskiej. I ekologiczny – ma w środku ogrody.

– Ogrody? – zdziwiła się Majka. – Czyli w pracy mogą podlewać kwiatki między spotkaniami?

– Dokładnie tak – uśmiechnął się Thomas. – W Niemczech nawet powietrze jest zaplanowane.

Zrobiliśmy dziesiątki zdjęć: aparatem, telefonem, Karol z drona (którego teoretycznie nie miał prawa wnieść). A wszystko „na wysokości marzeń”.

– Patrz, jakie światło! – zawołałam. – Zrobimy kolekcję biżuterii inspirowaną szkłem i stalą.

– To będzie hit – powiedziała Majka. – Nazwiemy ją „Skyline”.

Po zejściu z Main Tower przeszliśmy w stronę Commerzbank Tower i Messeturm. Miasto dudniło rytmem biur, rozmów telefonicznych i stukotu butów na granicie. A jednak, między stalą i szkłem, co chwilę pojawiały się drzewa, małe kawiarenki i fontanny.

– Frankfurt to takie miasto, które wstaje o szóstej, ale potrafi się uśmiechać – zauważyła Majka.

Potem ruszyliśmy w stronę rzeki. Nad Menem wiatr był łagodny, woda odbijała błękit nieba i światła mostów. Po drugiej stronie widać było zarysy starych kościołów i domów.

– Niby Europa, a jednak inna – powiedziałam, robiąc zdjęcie. – Tu nowoczesność nie przykrywa historii, tylko ją podświetla.

– Dobrze powiedziane – stwierdził Thomas. – Frankfurt to miasto kontrastów. Zniszczony w wojnie, a dziś błyszczy.

Usiedliśmy w małej kawiarni nad rzeką. Thomas zamówił apfelwein – lokalne wino jabłkowe.

– Spróbujcie – powiedział. – Frankfurt bez apfelwein to jak Kraków bez obwarzanka.

Smakowało orzeźwiająco, lekko cierpko.

– Idealne na dzień pełen szkła i wysokości – stwierdziła Majka. – I do rozmów o życiu.

– I o tym, że czasem warto spojrzeć z góry, żeby docenić to, co pod nogami – dodałam.

Wieczorem wracaliśmy spacerem wzdłuż Menu. Miasto lśniło tysiącem świateł. W oddali błyszczała iglica Main Tower, a w wodzie odbijały się refleksy mostów. Zatrzymałam się na chwilę i zrobiłam ostatnie zdjęcie dnia – Majka z rozwianą fryzurą, Karol i Konrad śmiejący się z czegoś, Thomas tłumaczący coś z pasją.

Środa – Stara Opera, Japan Center i niemiecki porządek w praktyce

Poranek zaczął się spokojnie, co w naszym przypadku zawsze znaczyło, że zaraz wydarzy się coś nieplanowanego. Majka wstała pierwsza i zaparzyła kawę w hotelowym ekspresie, który wyglądał jak miniaturowa wersja statku kosmicznego.

– Nie wiem, co wcisnęłam – powiedziała, podając nam filiżanki. – Ale pachnie jak energia w płynie.

– W takim razie wypijmy zanim zacznie parować dymem – zażartował Konrad, ziewając.

Plan na dzień był ambitny: Stara Opera, potem spacer Aleją Bockenheimer Landstraße w stronę Japan Center, a na koniec – trochę „sztuki współczesnej” w postaci niemieckiego porządku.

Thomas czekał na nas punktualnie o 10:00.

– Dzień dobry! – przywitał się. – Dzisiaj mniej wysokości, więcej muzyki i kultury.

– Czyli szpilki, nie buty trekkingowe? – spytała Majka.

– Tylko jeśli chcesz konkurować z Pegazem – odparł z uśmiechem.

Stara Opera (Alte Oper) wyglądała jak sen architekta z XIX wieku – elegancka, neorenesansowa, z rzeźbami, kolumnami i Pegazem na dachu.

– To właśnie on – powiedział Thomas, wskazując na konia z rozpostartymi skrzydłami. – Symbol sztuki, która unosi człowieka ponad codzienność.

– Czyli coś jak kawa – mruknął Karol. – Tylko tańsze bilety.

Zatrzymaliśmy się przy fontannie przed Operą.

Majka rozłożyła szkicownik.

– Ten Pegaz jest cudowny – westchnęła. – Może zrobię wisiorek w jego kształcie.

– Zrób całą kolekcję – zachęciłam. – „Opera Collection”.

– Ja dorzucę nazwę w języku HTML – wtrącił Konrad. – „<pegaz class=‘artystyczny’>”.

Śmialiśmy się tak głośno, że grupa starszych turystów spojrzała na nas z lekkim oburzeniem.

Thomas tylko się uśmiechnął. – Widzę, że sztuka was poruszyła.

Obok Opery uliczny artysta grał na skrzypcach. Ten moment był magiczny – dźwięki skrzypiec mieszały się z szumem ulicy, a słońce odbijało się w złotych literach nad wejściem: „Dem Wahren, Schönen, Guten” – „Prawdziwemu, Pięknemu, Dobremu”.

– Ładne motto – powiedziałam cicho.

– I aktualne – dodał Karol. 

Z Opery ruszyliśmy dalej, mijając eleganckie biurowce. Po chwili przed nami wyrósł Japan Center – budynek o surowych, geometrycznych kształtach.

– Zbudowany według wymiarów japońskiej maty tatami – tłumaczył Thomas. – Wszystko tu jest wymierzone w proporcjach 90 na 180 centymetrów.

– Niemiecka precyzja spotyka japońską harmonię – powiedział Konrad. – To musi być najbardziej uporządkowane miejsce na świecie.

– Dopóki nie wejdziemy – dodał Karol z uśmiechem.

Po południu znaleźliśmy małą kawiarnię obok Goetheplatz. Drewniane stoliki, jazz w tle, zapach świeżego ciasta. Kelnerka z akcentem zdradzającym pochodzenie zza Odry uśmiechnęła się, słysząc nasz język.

– Polacy? – zapytała. – Mój tata też z Polski!

Zamówiliśmy espresso i apfelstrudel. Majka wyjęła z torby koraliki i zaczęła coś nawlekać, Thomas poprawiał notatki, a Karol z Konradem wdali się w dyskusję:

– Widzisz, co się dzieje? – powiedział Karol, rozglądając się. – W tym mieście nawet my zaczynamy działać systematycznie.

– Nie przesadzaj – odparła Majka. – Jak tylko skończę ten naszyjnik, chaos wróci do normy.

Wieczorem, gdy wróciliśmy do hotelu,  patrzyłam na panoramę miasta z naszego okna: na szklane wieże, które świeciły jak latarnie, a pod nimi płynął równy rytm miasta: tramwaje, ludzie, rozmowy, dźwięk kroków na bruku...

Czwartek – Spacer nad Menem i rejs po „Mainhattanie”

Poranek przywitał nas słońcem i zapachem świeżych bułeczek w hotelowej jadalni.

– To chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie croissanty leżą w równych odstępach – mruknął Karol, robiąc zdjęcie.

– Daj spokój, to sztuka użytkowa – odparł Konrad, smarując masłem bagietkę z dokładnością godną architekta.

Thomas czekał na nas przed wejściem, elegancki jak zawsze, z małą mapką w dłoni.

– Dzisiaj spokojnie – powiedział. – Rzeka, mosty i trochę sztuki. Bez drapaczy chmur, ale z dużą ilością światła.

Nadbrzeże Menu okazało się jednym z tych miejsc, gdzie nowoczesność spotyka oddech historii. Po jednej stronie – szkło i stal, po drugiej – kamieniczki z muru pruskiego, jakby wyrwane z innego wieku.

– To właśnie Frankfurt w pigułce – tłumaczył Thomas. – Miasto kontrastów. Biznes i sztuka, tempo i spokój.

– Jak my – powiedziała Majka. – Informatycy i artyści w jednym kadrze.

Usiedliśmy w małej kawiarni na rogu, zamówiliśmy apfelwein i przez chwilę po prostu patrzyliśmy na przechodniów.

– „Mainhattan” – westchnęła Majka.

– To taki niemiecki Nowy Jork, tylko z lepszym systemem recyklingu – odpowiedział Karol.

– I z czystszym powietrzem – dodałam. – No i bez pośpiechu. Tu nawet czas płynie w rytmie rzeki.

Po południu wsiedliśmy na statek. Słońce odbijało się w wodzie, a wiatr mieszał zapach kawy i rzeki. Thomas stanął przy burcie, jak przewodnik z filmu:

– Z lewej strony widzicie Commerzbank Tower – 300 metrów wysokości. Zaprojektowany przez Normana Fostera. Pierwszy ekologiczny wieżowiec w Europie.

Mijaliśmy kolejne mosty, każdy inny, każdy elegancki w swojej prostocie. Na pokładzie panowała cisza, przerywana tylko kliknięciami mojego aparatu.

– To niesamowite – powiedziała cicho Majka. – Z tej perspektywy wszystko wygląda inaczej.

– Bo w podróży zawsze chodzi o perspektywę – odparł Thomas. – A Frankfurt najlepiej rozumie się właśnie znad Menu.

Kiedy wracaliśmy do hotelu, nad rzeką zapaliły się światła. Na jednym z mostów ktoś grał na skrzypcach, a dźwięki niosły się daleko po wodzie. Zatrzymałam się, żeby zrobić ostatnie zdjęcie – rzeka, światła, most i nasze odbicia w szybie pobliskiego biurowca.

Piątek – Pożegnanie z „Mainhattanem”

Poranek był chłodny, ale słoneczny. W hotelu pachniało świeżo parzoną kawą i rogalikami, które w tym momencie smakowały jak nagroda za wszystkie wczorajsze spacery.

– Ostatni dzień – westchnęła Majka. – Trzeba wykorzystać każdą minutę.

Thomas zaproponował spacer po uliczkach wokół Starej Opery.

– Neorenesans w całej krasie – mówił z pasją, pokazując rzeźby Franza Krugera i Pegaza autorstwa Hütera.

– Wygląda jak teatr, w którym historia wciąż gra – zauważyłam, robiąc zdjęcie wejścia.

Przeszliśmy przez Römerberg, odwiedzając znów Fontannę Sprawiedliwości i Marshall Fountain.

– Czy tylko ja uważam, że Justitia wygląda tu trochę jak szef kuchni? – zażartował Karol, wskazując na miecz i wagę w jej rękach.

Konrad uwielbiał robić zdjęcia ludziom, więc między fontannami fotografował przechodniów, którzy zatrzymywali się, żeby podziwiać detale zabytków.

– Patrzcie na te kolory – szepnął. – To miasto nigdy nie jest szare.

Nie mogliśmy opuścić Frankfurtu bez spojrzenia na Messeturm, Commerzbank i Main Tower.

– Tak, to nasze „Mainhattan moments” – powiedział Thomas, uśmiechając się pod nosem.

– Pamiętacie wczorajszy rejs? – przypomniała Majka. – Widok z wody jest zupełnie inny niż z punktu widokowego.

Na końcu poszliśmy jeszcze raz na apfelwein, tym razem w małej knajpce nad Menem.

– Do Frankfurtu wrócimy – powiedziałam.

– Koniecznie. – uśmiechnęła się Majka.

Thomas wspominał najciekawsze momenty wycieczki…

– W podróży zawsze chodzi o ludzi i momenty – powiedział. – A nie tylko o miejsca.

Kiedy pociąg ruszał w stronę lotniska, spojrzeliśmy ostatni raz na panoramę Frankfurtu – rzeka, mosty, wieżowce, zabytki… i poczuliśmy, że nawet jeśli odjeżdżamy, trochę miasta zostaje w nas.

– Następny przystanek? – zapytałam, pakując aparat.

– Świat! – odparł Karol. – Albo przynajmniej kolejna wyprawa w Tatry.

I tak kończy się nasza frankfurcka przygoda, pełna kontrastów, śmiechu, sztuki i rzeki, która nieustannie płynie – jak podróż i nasze wspomnienia.

2025-08-10 8 komentarzy
20 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Lato w mieście

by Jolanta Strażyc 2025-07-20

Lipiec – sierpień 2008

Wakacje we własnych czterech kątach – nie dlatego, że nie lubimy podróżować. Wręcz przeciwnie! Ale nie w sezonie, kiedy wszędzie tłumy, a sam pomysł wyjazdu wiąże się z logistyką, pakowaniem i stresem. A potem i tak człowiek ląduje w zatłoczonym miejscu, które miało być odpoczynkiem, a staje się kolejnym źródłem zmęczenia. W takich momentach myśl o powrocie do domu to jedyne, co naprawdę cieszy.

– A może w tym roku po prostu zostaniemy w Krakowie? – zaproponowałam, popijając poranną kawę.
– W domu? Hm… a może to wcale nie jest taki zły pomysł – odpowiedziała Majka z lekkim uśmiechem.

– Po co rezygnować z komfortu własnego łóżka, ulubionej kawiarni czy znajomych uliczek, – dodałam – skoro właśnie tu – w Krakowie – można odpocząć najlepiej?

Poranki zaczynały się spokojnie. Słońce wschodziło nad miastem, a lekki powiew lipowego powietrza mieszał się z zapachem świeżo parzonej kawy. Za oknem ptaki śpiewały tak, jakby chciały powitać nasz kolejny staycation.

Spacerem po mieście

Lipiec – sierpień 2008. To był mój czas w Krakowie. Miasto, które kocham za jego energię, piękno i dostępność wszystkiego – dosłownie w zasięgu spaceru. Nie trzeba zamawiać taksówki, żeby odwiedzić Wawel, Rynek, Kazimierz czy Podgórze.

Poranki zaczynały się od jogilatesu – trochę rozciągania, trochę medytacji w ruchu. Potem śniadanie, kawa i pierwsze spojrzenie na listę zadań.

Plac Nowy o poranku był naszym pierwszym przystankiem. Stoiska tętniły kolorami, w powietrzu mieszał się zapach warzyw, pieczywa i najróżniejszych towarów na straganach.

– Zobacz, te kolczyki z turkusem są idealne do nowego naszyjnika – szepnęłam do Majki, pokazując sfatygowaną biżuterię na stoisku, na którym znaleźć można było dosłownie wszystko.
– Też je zauważyłam. Jak wrócimy do pracowni zaraz je przerobię, ale musisz obiecać, że zrobisz im zdjęcia tak, jak tylko ty potrafisz – odpowiedziała z uśmiechem.

Kolejnym miejscem – nie tylko na spacer, ale też na pracę był Ogród Botaniczny. W powietrzu unosił się zapach kwiatów i świeżo skoszonej trawy. Spacerowaliśmy między alejkami pełnymi róż, lawendy i kolorowych, egzotycznych roślin. Czasem siadałyśmy na ławce pod rozłożystym drzewem, projektowałyśmy, robiłyśmy zdjęcia i opisy do sklepu internetowego. Piękna pogoda, śpiew ptaków, lekki powiew wiatru – idealne tło do tworzenia.

Mimo turystów, lato w Krakowie miało w sobie wyjątkową magię: gwar ogródków, zapach nagrzanych kamienic i słońce, które trzymało się murów aż do późnego wieczora.

Praca i pasja

Majka była mistrzynią detalu. Z pudełka wyciągała srebrne kółeczka, drobne kamienie, perły i kryształki. Każdy element był częścią większej całości. Promienie popołudniowego słońca wpadały przez okno, odbijając się od srebra i kamieni, tworząc migoczące refleksy na ścianach pracowni.

– Ten kamień tu pasuje, a ten nie… hmm… może spróbujmy tak? – zastanawiała się Majka, przekładając drobiazgi pęsetą.
– Tak, tak, to wygląda magicznie. Muszę uchwycić ten moment! – odparłam, wyciągając aparat.

Około godziny trzynastej robiłyśmy przerwę na lunch w wegetariańskiej restauracji tuż za rogiem. Smacznie, zdrowo, chwilę oddechu między rozdziałami dnia. Czasem rozmawiałyśmy o nowych projektach, czasem milczałyśmy ciesząc się ciszą i smakiem jedzenia.

Popołudnia spędzaliśmy na zdjęciach i opisach biżuterii do sklepu internetowego. Każdy detal musiał być idealny: złote zapięcia, drobne kamienie, faktura srebra. Czasem słońce zachodziło, zanim zauważyłyśmy, że dzień znów minął nam na tworzeniu – w rytmie pasji, rozmów i muzyki cicho sączącej się z głośnika.

Wieczorem światło przygasało, a w mieszkaniu unosił się zapach herbaty z jaśminem i świeżo wypiekanego chleba z pobliskiej piekarni. Przeglądałyśmy zdjęcia, wybierałyśmy najlepsze, planowałyśmy kolejny dzień. Zmęczenie mieszało się z satysfakcją – takim cichym szczęściem, które przychodzi, gdy robisz coś, co naprawdę kochasz.

Karol i Konrad

Nie wyobrażałyśmy sobie tych wakacji bez Karola i Konrada – dwóch informatyków z naszej paczki, którzy wprowadzali do naszych dni odrobinę technologicznego porządku i sporą dawkę śmiechu.

Karol był perfekcjonistą. Potrafił godzinami dopieszczać kod, by wszystko działało „niewidocznie, ale idealnie”. Konrad za to był jego przeciwieństwem – spontaniczny, pełen pomysłów, które często kończyły się słowami: „a może spróbujmy inaczej?”. Razem tworzyli duet, który nie tylko ratował nasz sklep internetowy, ale też rozładowywał każdą napiętą chwilę.

– Nie wierzę, że spędzam urlop przy komputerze – narzekał Karol, konfigurując stronę Majki.
– To jest wakacyjny luksus – dodał Konrad. – Laptop, kawa, Kraków i Wy. Czego chcieć więcej?
– No to wszyscy szczęśliwi – zaśmiałam się. – Ja przy zdjęciach, Majka przy biżuterii, a wy przy technologii.

Wieczorami wychodziliśmy razem. Spacerowaliśmy po mieście, zaglądaliśmy do kawiarni i klubów – Lokator, Alchemia na Kazimierzu, albo Tak przy Małym Rynku. Świece rzucały ciepłe światło na twarze gości. Śmiech mieszał się z muzyką ulicznych grajków, a rozmowy z dźwiękiem tętniącego miasta.

Czasem siadaliśmy przy stoliku w ogródku i rozmawialiśmy o wszystkim: o planach, o podróżach, o życiu. Konrad żartował, że Kraków to najlepsze biuro świata – z nieba światło idealne do zdjęć, z Rynku inspiracja, a z lodziarni pod Wawelem energia w postaci dwóch gałek sorbetu.

Te wieczory miały w sobie coś wyjątkowego – lekkość i bliskość, której nie da się zaplanować. Wtedy właśnie czuliśmy, że wakacje w domu mogą być równie piękne jak te najdalsze podróże.

Lato, które zostało z nami

Noc była ciepła, Planty pachniały lipą, a w powietrzu unosił się cichy szmer miasta. Kamienice odbijały złociste światło latarni, tworząc wrażenie, że całe miasto śpi, a my jesteśmy jego cichymi świadkami.

– Wiesz, że czasem najpiękniejsze podróże zdarzają się wtedy, gdy nigdzie nie jedziesz? – powiedziałam, patrząc na spokojny Rynek.
– Dokładnie. I chyba w tym roku to właśnie poczułam najbardziej – odparła Majka, uśmiechając się lekko.

Czas płynął wolniej, każdy dzień był pełen, choć pozornie zwyczajny. Tworzenie biżuterii, fotografia, opisy do sklepu, rozmowy z Karolem i Konradem – wszystko układało się w rytm, który był naszym własnym, wakacyjnym tempem.

Te wakacje były dowodem na to, że najpiękniejsze podróże zdarzają się wtedy, gdy zostajesz dokładnie tam, gdzie jesteś – w domu, w mieście, które kochasz, wśród ludzi, którzy dają energię i radość. I choć lato dobiegało końca, te drugie wakacje w Krakowie pozostawiły wspomnienia, które zostaną na długo: spokojne, szczęśliwe i pełne życia.

Zdjęcie: Widok z okna na Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie.

2025-07-20 9 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

W sercu Tatr – czerwcowa wyprawa z przyjaciółmi

by Jolanta Strażyc 2025-06-20

Czerwiec, 2008

Nie trzeba czekać na wakacje, by poczuć smak gór. Czerwcowe Tatry – spokojniejsze, mniej zatłoczone, jakby bardziej autentyczne. Gdy inni dopiero planują urlopy, my już wyruszamy.

– Nie chcę się przeciskać między tłumami w sierpniu – mówiłam, pakując plecak. – Czerwiec jest dla ludzi z wyobraźnią.

Wyruszyliśmy z Krakowa, piątką przyjaciół po czterdziestce, ale z energią, której mógłby nam pozazdrościć niejeden dwudziestolatek. Samochód Karola – ciemny, duży i wygodny – pomieścił nas wszystkich i nasze plecaki. Marka auta umknęła mi z pamięci, ale nie podróż.

– Wzięliście na pewno wszystko? – zapytał Konrad, kiedy jeszcze staliśmy przed blokiem.

– A ty wziąłeś poczucie humoru? – rzuciła Majka, mrugając.

– To ja mam zawsze na pokładzie – odpowiedział z uśmiechem.

Majka – artystyczna dusza, z bransoletkami własnego wyrobu, które dźwięczały lekko przy każdym ruchu. Ewa – malarka z Elbląga, wiecznie zamyślona, ale z takim spojrzeniem, jakby dostrzegała barwy tam, gdzie inni widzą tylko szarość. Karol i Konrad – informatycy, zaskakująco dobrze odnajdujący się poza światem ekranów i kodów. I ja – z aparatem, który od lat był moim trzecim okiem i przedłużeniem mojej dłoni.

Nasza wędrówka rozpoczęła się w Kuźnicach. Szlak przez Dolinę Jaworzynki wiódł łagodnie pod górę, potem coraz ostrzej, aż na Halę Gąsienicową.

– Czuję już w nogach każdy kilometr – westchnęła Ewa, kiedy wyłoniło się schronisko Murowaniec.

– Ale za to jaka nagroda! – odpowiedział Karol, zaciągając się zapachem herbaty, który unosił się nad stołówką.

Zatrzymaliśmy się tam tylko na chwilę – herbata, kanapki i kilka zdjęć. Potem Czarny Staw Gąsienicowy – lustrzana tafla, odbijająca szczyty jakby z innego świata.

– Tu musimy się zatrzymać – powiedziałam, już wyciągając aparat.

– To ty ustawiaj, my będziemy pozować – śmiała się Majka, wdrapując się na głaz.

Zrobiliśmy całą sesję zdjęciową – śmiech, wygłupy, a potem momenty ciszy, zapatrzenia. Potem ruszyliśmy w stronę Zawratu. Trasa już poważniejsza – łańcuchy, ekspozycja.

– Kto się boi wysokości, niech teraz się przyzna – zażartował Konrad, ale w jego głosie pobrzmiewało napięcie.

Szliśmy ostrożnie, uważnie. Gdy wreszcie dotarliśmy na przełęcz, otworzył się przed nami widok, który – jak mówiła Ewa – namalowałoby nawet beztalencie.

Deszcz złapał nas dopiero w drodze do Doliny Pięciu Stawów. Kamienie błyszczały jak szkło, ścieżka ślizgała się pod nogami. Ale wiedzieliśmy, że w schronisku czeka na nas rezerwacja – dokonana z wyprzedzeniem, jak przystało na kogoś, kto planuje z głową.

– Dwa pokoje – potwierdziłam z ulgą recepcjonistce. – Dla dziewczyn i chłopaków.

Wieczorem usiedliśmy przy długim stole. Schroniskowa kolacja – skromna, ale po całym dniu smakowała jak w restauracji z gwiazdką Michelin.

– Za to, że jeszcze umiemy się cieszyć deszczem – wzniósł kubek Karol.

– Za przyjaźń – dodała Ewa, patrząc gdzieś za okno, w stronę gór, które właśnie otulała mgła.

Poranek w Dolinie Pięciu Stawów

Gdy obudziłam się nad ranem, świat był jeszcze cichy, jakby góry wstrzymały oddech. Okno w pokoju dziewczyn było zaparowane – wilgoć po wczorajszym deszczu wciąż wisiała w powietrzu. Ewa siedziała już na parapecie, zapatrzona w dal.

– Nie mogłam spać – szepnęła. – Jak się budzisz w takim miejscu, to czujesz się… prawdziwa.

Zeszliśmy na śniadanie – jajka na twardo, herbata i chleb z dżemem. Prosto, ale wystarczająco. Konrad próbował żartować o górskiej diecie cud, ale jego myśli były już kilka kilometrów dalej.

– Dzisiaj Siklawa, tak? – upewnił się, odgryzając kęs bułki. – Huk wody na dzień dobry.

– Tylko nie próbuj się kąpać – odparła Majka. – Jeszcze cię porwie i zrobisz karierę jako tatrzański topielec.

– Tylko pod warunkiem, że ktoś zrobi mi zdjęcie – mruknął i spojrzał na mnie znacząco.

Wyruszyliśmy przed ósmą. Ścieżka była jeszcze mokra, pachniała nocą, deszczem i świerkami. Siklawa – wodospad, który rozdzierał ciszę jak krzyk. Staliśmy w zachwycie, pozwalając, by jego huk przemywał nasze myśli.

– To nie jest tylko woda – powiedziała Ewa. – To czas, który spada z góry.

Schodziliśmy wzdłuż Doliny Roztoki, towarzyszył nam potok o tej samej nazwie – szumiący, opowiadający coś po swojemu. Po godzinie marszu dotarliśmy do schroniska Roztoka. Drewniane ściany pachniały żywicą. Słońce znów wychodziło zza chmur – czerwiec przypomniał sobie, że powinien być łaskawy.

Zasiedliśmy na ławkach przed schroniskiem. Brydżowe karty, termos z kawą, śmiech, rozmowy, które tylko przyjaciołom wolno prowadzić bez skrępowania.

– Wiesz, że to nasze schroniskowe SPA? – zażartował Karol. – Sauna z plecaków, masaż z potu i cisza terapeutyczna.

– A jak dodasz brydża, to już luksus pełną gębą – dodała Majka, tasując karty.

Czas płynął powoli. Nie śpieszyliśmy się – tu nikt nie gonił. Kiedy zrobiło się chłodniej, wróciliśmy do środka. Kominek nie grzał, ale ciepło między nami wystarczyło. Wieczorem przegadaliśmy pół nocy – o książkach, o życiu, o tym, co zostało z młodości, a co dopiero nadchodzi.

Ku Morskiemu Oku

Następnego ranka opuściliśmy Roztokę. Najpierw przez las, potem asfaltem – tym, który przypominał o czymś, czego nie da się przemilczeć.

Zza zakrętu wyłonił się zaprzęg konny. Dwa konie, spocone, z opuszczonymi łbami, ciągnęły wóz pełen turystów. Dzieci machały do nas wesoło, ale my nie odpowiadaliśmy. Widok boli. Wszyscy to czuliśmy.

– Nie mogę na to patrzeć – powiedziała Ewa cicho. – Każdy krok tych koni to dla mnie krzyk.

– I nic się nie zmienia – dodał Karol. – Co roku ta sama historia. Górskie widoki i miejski wyzysk.

Szliśmy dalej, w ciszy. Dopiero przy Morskim Oku wróciła lekkość.

Jezioro jak z bajki – gładkie, spokojne, w nim odbicie nieba i granitowych ścian. Majka rzuciła plecak i zaczęła się rozglądać za idealnym miejscem na zdjęcia.

– Na ten głaz! – krzyknęła. – Tam będą idealne ujęcia!

– Tylko nie spadnij – zawołał Konrad, przejmując ode mnie aparat. – Chcę cię sfotografować, nie ratować!

Śmialiśmy się, jakby góry rozładowały wszystkie napięcia. Pozowaliśmy, robiliśmy zdjęcia, komentowaliśmy nasze miny i pozowane dramaty. Potem ruszyliśmy ku Czarnemu Stawowi pod Rysami – ciemniejszemu, bardziej dzikiemu. Milknącemu.

– To jest miejsce do bycia w sobie – szepnęła Ewa. – Nie dla rozmów. Tylko dla oddechu.

Stanęłam na kamieniu. Konrad zrobił mi zdjęcie – jedno z tych, które mam do dziś. Spojrzenie w dal, twarz skupiona, cisza gór wpisana w kadr.

Powrót

Zeszliśmy do Białki Tatrzańskiej – zmęczeni, ale pełni wrażeń. W dolinie czekał bus, który zawiózł nas z powrotem do Zakopanego po samochód. Po drodze jeszcze pizza i piwo – kierowca, wiadomo, trzeźwy, (choć lubi piwo). Ale bezpieczeństwo ponad wszystko.

– Na zdrowie, za nasze kolana – powiedziała Majka, unosząc szklankę.

– I za to, że góry jeszcze chcą nas nosić – dodał Karol.

Czerwiec 2008 został w nas na zawsze. Nie tylko na zdjęciach. Został w opowieściach, które wracają przy ognisku, przy winie, przy przypadkowym spotkaniu. Góry się nie zmieniają – ale my już wtedy wiedzieliśmy, że to, co najważniejsze, zdarzyło się właśnie tam. Na tych ścieżkach. W tej piątce.

Byliśmy razem. I góry były nasze.

2025-06-20 7 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Kiedy wszystko wydaje się możliwe

by Jolanta Strażyc 2025-05-20

Jesienią 2006 roku wystawiłam na Allegro kilka lat życia. Sprzedawałam książki, bibeloty, drobiazgi – wszystko, co nagromadziłam przez lata. Z każdym przedmiotem czułam się jak archeolog własnej przeszłości. Każda rzecz była artefaktem. Lustro, w którym kiedyś odbijała się twarz mojej matki, zanim sama nią zostałam. Pęknięta patera po babci – z charakterem i historią. Książki… Tyle książek! Zostawiłam może dziesięć. Te, które pachniały duszą, nie tylko drukiem.

Reszta – poszła w świat. Ludzie kupowali moje rzeczy i moje wspomnienia, nie wiedząc, co trzymają w rękach. A ja – traciłam wagę. Nie ciała. Pamięci.

Pod koniec kwietnia 2007 roku było już po wszystkim. Zyskałam przestrzeń, trochę pieniędzy i, co najważniejsze, święty spokój. Po kilku miesiącach monotonnej pracy poczułam, że potrzebuję odmiany – czegoś świeżego i inspirującego. I wtedy zadzwoniła Majka.

Z Majką znałyśmy się od czasów liceum. Nasza przyjaźń była jak stary, rozciągnięty sweter – może trochę znoszony, ale wciąż ciepły i nie do wyrzucenia. Kiedy zaproponowała wyjazd do swojej kuzynki Ewy, nie wahałam się ani chwili. Elbląg był tylko punktem wypadowym. Prawdziwym celem – Zalew Wiślany.

***

Wyjechałyśmy chwilę po dziewiątej. Kraków powoli budził się do życia – światła sygnalizacji odbijały się w szybach tramwajów, a powietrze pachniało jeszcze chłodnym porankiem. Silnik zamruczał cicho, kiedy Majka wrzuciła pierwszy bieg.

– Siedem godzin, jeśli nie utkniemy gdzieś w remoncie – rzuciła, poprawiając okulary przeciwsłoneczne.

– Plus godzina na odpoczynek. Wiadomo – uśmiechnęłam się, zapinając pas.

Mijaliśmy znajome ulice, które z każdą minutą wydawały się coraz bardziej odległe. Za granicami miasta krajobraz rozciągał się spokojnie – zielone pola, rzepaki na horyzoncie, stacje benzynowe jeszcze senne. Słońce wspinało się leniwie na niebo, obiecując ciepły, łagodny dzień.

Zatrzymałyśmy się po drodze w przydrożnej gospodzie gdzieś za Radomiem. Drewniane ławy, kraciasty obrus, tablica z napisem „Dziś polecamy: schabowy z ziemniakami i mizerią”.

– Czułam, że to będzie schabowy – mruknęłam, siadając.

– Jakby mogło być inaczej – Majka roześmiała się, sięgając po kartę. – Ale przynajmniej mają kompot z rabarbaru.

Wybrałyśmy pierogi z kaszy gryczanej, pieczarkami i podsmażaną cebulką. Zjadłyśmy w milczeniu, przerywanym jedynie krótkimi wspomnieniami.

– Pamiętasz, jak jechaliśmy tędy z klasą na wycieczkę? – zapytała nagle, kiedy dopijałyśmy kompot.

– Tak. W autobusie było duszno i ktoś włączył przemówienie Gierka.

– Trauma do dziś – parsknęła.

Wróciłyśmy na drogę. Prowadziłyśmy samochód na zmianę. Na tylnym siedzeniu termos z herbatą, kanapki i jabłka… Czasem rozmawiałyśmy. Czasem tylko patrzyłyśmy przed siebie.

Pod Toruniem krajobraz zmienił się – pojawiły się sosnowe lasy, pachnące żywicą, a niebo zaczęło przygasać. W Elblągu byłyśmy chwilę po osiemnastej, po krótkim korku przy wjeździe do miasta. Prowadziłam ostatni odcinek. Majka drzemała z głową opartą o szybę.

***

Mieszkanie Ewy znajdowało się na drugim piętrze starej kamienicy. Z okien było widać park – stary, dziki, pachnący jaśminem i wilgotną ziemią. Wieczorne powietrze było ciężkie od zapachu lata.

Zapukałyśmy. Drzwi otworzyły się niemal od razu. W progu stanęła Ewa – wysoka, smukła, z rudymi włosami spiętymi w luźny kok, który zawsze wyglądał, jakby zaraz miał się rozsypać, ale nigdy nie tracił formy.

– Dziewczyny! No wreszcie! – rzuciła i przytuliła nas jedną ręką, drugą przytrzymując drzwi. – Macie jeszcze siłę na kolację, czy od razu pod kołdrę?

– A co jest na kolację? – zapytała Majka, zdejmując sandały i zostawiając za sobą smugę zapachu kurzu i upału.

– Sałatka z pieczonego buraka, ser kozi, rukola i ciepła focaccia. Plus wino, pół butelki białego. Wystarczy?

– Jak zawsze przesadzasz – uśmiechnęła się Majka. Ale już czuję, że robi się we mnie miejsce na to jedzenie, ten dom, ten wieczór.

Mieszkanie było z duszą. Wysokie sufity, drewniana podłoga, której deski skrzypiały jak stare anegdoty. Ściany pełne obrazów – niektóre malowała Ewa, inne – jej znajomi z ASP. W kącie pokoju stał kredens po babci, który pachniał ziołami i lawendą. W kącie kuchni – radio grające cicho jazz z jakiejś francuskiej stacji.

W kuchni usiadłyśmy przy stole, który wyglądał jakby pamiętał jeszcze czasy PRL-u.

– Kiedy tu byłaś pierwszy raz? – zapytała mnie Ewa, stawiając przed nami miski z sałatką i chleb w lnianym koszyku.

– W siedemdziesiątym dziewiątym. Miałam siedemnaście lat, spałam wtedy na wersalce, chyba u twoich rodziców?

– Tak. Wtedy jeszcze mieszkaliśmy w bloku. Ojciec grał Ci Cohena na gitarze.

– Pamiętam. I tę twoją zieloną sukienkę. Szyłaś ją sama?

– Z firanki. – roześmiała się. – Czego się nie robi, żeby być poetką na schodach kina „Światowid”.

Zjadłyśmy wszystko. Rozmowy nie ustawały – o starych chłopakach, o kobietach, które znałyśmy tylko z opowieści matek. O tym, jak bardzo różnią się nasze życia, a jednak jesteśmy w tym samym punkcie – tuż przed czymś nowym albo już po czymś ważnym.

Potem było wino. A po winie herbata z imbirem i plastrem cytryny, podana w grubych szklankach z koszyczkiem.

W salonie Ewy były dwie rozkładane sofy i mnóstwo poduszek. Wszystko miękkie, pachnące świeżo wypranym lnem i czymś korzennym – może kadzidłem, może wspomnieniem jakiejś dalekiej podróży.

– Przyniosłam wam koce – powiedziała Ewa, wchodząc z ramionami pełnymi miękkości. – W nocy bywa chłodno. Okna otwarte?

– Tak, cudowny zapach z parku – odpowiedziała Majka i zawinęła się kocem po szyję.

Zgasły światła. Została tylko lampka w rogu pokoju – żółta, ciepła jak bursztyn.

– Pamiętacie te noce z dzieciństwa? – zaczęłam, bardziej do siebie. – Kiedy człowiek leżał w łóżku, słuchał świerszczy za oknem i miał wrażenie, że całe życie dopiero się zaczyna?

– A teraz mamy wrażenie, że już trwa – odpowiedziała Ewa cicho.

– Albo że nie wiadomo, kiedy się zaczęło – dodała Majka.

Leżałyśmy chwilę w ciszy. Gdzieś w oddali zaszczekał pies.

– Wiesz, co jest najdziwniejsze? – zapytała nagle Ewa.

– Co?

– Że czasem naprawdę musisz się rozebrać z całego swojego życia, jak z ciężkiego płaszcza, żeby znów poczuć, kim jesteś.

– I że to nie boli aż tak bardzo, jak się wcześniej wydawało – powiedziałam. – Czasem jest wręcz ulgą.

– I że wszystko można spakować do pudeł, sprzedać na Allegro, a i tak zostaje to, co najważniejsze – dodała Majka. – Lubię was, dziewczyny.

– Ja ciebie też – powiedziałyśmy z Ewą chórem, jakbyśmy to ćwiczyły od lat.

Zasnęłyśmy późno, ale spokojnie. Bez ciężaru. Bez pretensji do świata.

W tym mieszkaniu, pośród zapachu artystycznych farb, pieczonych buraków i wspomnień, znalazłyśmy chwilę prawdziwej obecności. Takiej, co nie musi być głośna, żeby zostać w pamięci na zawsze.

***

Obudziłam się przed ósmą. Światło przez firankę malowało na ścianie cienie liści. Cicho, prawie nabożnie, słychać było szuranie mioteł na chodniku i świergot ptaków w parku. Powietrze było rześkie, pachniało wilgotnym parkiem…

Wstałam cicho, żeby nie budzić Majki. W kuchni znalazłam Ewę pochyloną nad ekspresem.

– Jesteś jak duch dobrej kawy – powiedziałam.

– Wiesz, że zawsze wstaję pierwsza. To jedyne chwile, kiedy dom należy tylko do mnie – odparła. – Chcesz z mlekiem?

– Z życiem.

– Czyli bez – roześmiała się.

Usiadłam na parapecie, nogi podciągnęłam pod brodę. Ewa podała mi filiżankę i usiadła naprzeciwko, z herbatą.

– Masz w oczach coś nowego – powiedziała po chwili. – Coś, czego nie miałaś wczoraj.

– Może sen. A może spokój. Albo to wino zrobiło ze mnie poetkę.

– Wino to tylko pretekst. Prawdziwe wiersze piszą się z przeżycia. A ty chyba coś przeżyłaś tej wiosny, co?

Skinęłam głową. Ewa nie zadawała więcej pytań. Potrafiła to – być w rozmowie obecna, ale nie nachalna.

Po chwili przyszła Majka, jeszcze w piżamie w drobne kropki.

– Pachnie jak dzieciństwo – powiedziała. – Kto smaży jajka?

– Ja – rzuciła Ewa. – I będzie jeszcze domowa chałka. Z masłem. Z prawdziwym masłem.

Zjadłyśmy śniadanie przy stole, który już poprzedniego wieczoru uznałyśmy za magiczny. Kawa, jajka, konfitura z czarnej porzeczki i cisza, która nie była pustką.

Nad Zalew Wiślany miałyśmy ruszyć dopiero następnego dnia. Tego dnia Elbląg był nasz – cały, w pełnym słońcu, pachnący lipami i rozgrzanym brukiem. Plan? Spacery po starówce, zwiedzanie, dobre jedzenie i jeszcze lepsza kawa.

– Nie śpieszmy się – rzuciła Ewa, kiedy wychodziłyśmy z jej mieszkania. – Elbląg najlepiej smakuje w wolnym tempie.

Zgodziłyśmy się bez dyskusji. Czasem właśnie tak trzeba – pozwolić miastu mówić do siebie powoli, między krokami, spojrzeniem rzuconym w górę, zapachem piekarni.

Stare Miasto przywitało nas brukowanymi uliczkami, kolorowymi kamieniczkami i dźwiękiem dzwonów z wieży katedry. W słońcu fasady budynków wyglądały jak z kartki pocztowej – pastelowe, odrestaurowane, a jednocześnie pełne historii.

– Tam jest Brama Targowa – wskazała Ewa. – I zaraz obok Pomnik Piekarczyka, który rozwalił łopatą most zwodzony i ocalił miasto przed najazdem Krzyżaków.

Majka podeszła bliżej, z zaciekawieniem wpatrując się w niewielką figurkę chłopca z łopatą.

– Serio? Łopatą rozwalił most zwodzony i ocalił miasto? – zapytała z niedowierzaniem.

– A co, nie wierzysz w piekarzy z misją? – roześmiałam się.

– Ja to bym raczej uratowała miasto ciastkami – dodała Majka, teatralnie przeczesując włosy. – Krzyżacy nie mieliby szans.

Ewa opowiadała dalej – o historii miasta, o Katedrze św. Mikołaja, której miedziana wieża błyszczała w słońcu, o relikwiach Krzyża Świętego i widoku z tarasu na trzydziestym metrze, który – jak powiedziała – „zmienia perspektywę nie tylko geograficznie”.

– Wchodzimy? – zapytałam.

– W poniedziałki zamknięta – westchnęła Ewa. – Teraz tylko z dołu można podziwiać. Ale nie szkodzi. I tak wiesz, co tam jest – dachy, park, rzeka, świat.

Ruszyłyśmy dalej, w stronę Ścieżki Kościelnej – wąskiego przesmyku między domami, pełnego cienia i historii. Kamienie pod stopami wyglądały, jakby pamiętały modlitwy sprzed setek lat.

– To tu, prawda? – Majka zwolniła krok. – Ta uliczka łączyła trzy kościoły?

– Tak – potwierdziła Ewa. – Świętego Ducha, Świętego Mikołaja i Mariacki. W dokumentach z XIV wieku nazwano ją po prostu „wąską”. I nic się nie zmieniło.

Zatrzymałyśmy się na chwilę. W cieniu ścian panował niemal sakralny spokój – chłodny i milczący. Przez moment żadna z nas się nie odezwała. To był ten rodzaj ciszy, który mówi więcej niż słowa.

Później był obiad – lekki, letni. W ogródku kawiarnianym na jednej z bocznych uliczek zamówiłyśmy zupy i sałatki, a potem kawę i ciasto.

– Wiecie, że nie zwiedziłyśmy nawet połowy? – zapytałam z uśmiechem.

– Ale znamy to miejsce – odpowiedziała Ewa, sięgając po filiżankę. – Tu nie trzeba wszystkiego oglądać. Trzeba tylko być.

Majka westchnęła przeciągle, przeciągając palcem po rancie filiżanki.

– Lubię Elbląg – powiedziała. – Ma w sobie coś… prawdziwego. I dużo nieopowiedzianych historii.

– Może to my je kiedyś opowiemy – dodałam.

Zamilkłyśmy na chwilę, patrząc na przechodzących ludzi, na tańczące w powietrzu światło i na miasto, które tego dnia postanowiło być dla nas łaskawe.

Wieczorem usiadłyśmy na balkonie z kubkami herbaty, patrząc na niebo zacierające się powoli w błękitnej szarości. Miasto brzmiało inaczej niż Kraków – wolniej, ciszej, z większą ilością oddechu między dźwiękami.

– Czasem trzeba po prostu gdzieś pojechać, żeby poczuć, że jeszcze jesteśmy w drodze – powiedziała Majka. – I że to wcale nie musi być donikąd.

***

Z Elbląga wyjechałyśmy około dziesiątej. Ewa prowadziła swoją wysłużoną Skodę z gracją kobiety, która zna każdy zakręt na tej drodze. Majka z tyłu nuciła piosenki z Radia Gdańsk, a ja siedziałam z przodu, z nogami podciągniętymi na siedzenie, notując coś w podręcznym notesie.

Suchacz przywitał nas światłem. Takim światłem, które przecieka przez liście i zostaje na skórze. Wieś była niemal pusta – parę starszych kobiet w chustach, kilku mężczyzn przy kutrach, pies śpiący pod ławką…

– Tutaj zawsze miałam wrażenie, że czas idzie bokiem – powiedziała Ewa, kiedy stanęłyśmy nad wodą. – Jakby się nie liczył. Jakby się po prostu rozchodził po horyzoncie.

Zeszłyśmy na plażę. Wiatr był mocny, pachniał wodą, glonami i solą. Fale uderzały o brzegi z tępym, miarowym dźwiękiem. Usiadłyśmy na wielkim kamieniu i milczałyśmy chwilę. Majka wyjęła termos z herbatą i nalała każdej z nas po kubku.

– Chciałabym tu zamieszkać – powiedziałam cicho. – W takim drewnianym domu z oknami na zalew. Piec kaflowy, kot i cisza.

– I co byś robiła? – zapytała Majka.

– Nic. Wreszcie.

Zrobiłyśmy kilka zdjęć. Ewa pokazała nam opuszczony domek z przeszkloną werandą – podobno kiedyś mieszkał tam malarz, który całe życie malował tylko jedną linię horyzontu. Co dzień od nowa.

Zjadłyśmy prowiant pod wiatą: chleb z pastą jajeczną, ogórki kiszone, jabłka. Smakowało lepiej niż w najlepszej restauracji. W tle – mewy, śmiejące się z naszego miejskiego pośpiechu.

Pod wieczór wróciłyśmy do Elbląga zmęczone, ale uspokojone.

– Czasem wystarczy jeden dzień, żeby coś w sobie uporządkować – powiedziałam w aucie.

***

Rano ruszyłyśmy do Kadyn. Droga prowadziła przez gęste lasy, pachnące lipą, mchem i… dawną opowieścią. Bo Kadyny to nie miejsce. To nastrój.

Zatrzymałyśmy się najpierw przy klasztorze franciszkanów. Kamienne mury w słońcu wyglądały jak z baśni. Weszłyśmy do środka. Było chłodno, cicho, jakby ktoś zakrył świat grubym kocem spokoju.

– Czuć tu ciszę – szepnęła Majka. – Taką, która zostaje w kościach.

W ogrodzie obok pasły się konie. Jeden, kasztanowy, podszedł do nas. Głaskałam jego szyję, gładką i ciepłą.

– Kiedyś jeździłam konno – powiedziała Ewa. – Wtedy myślałam, że wszystko można okiełznać. Teraz już wiem, że nie trzeba.

Spacerowałyśmy po parku wokół dawnego pałacu cesarza Wilhelma II. Stare lipy szumiały jak modlitwa. Kadyny pachniały historią, ale też jakimś luksusem zapomnienia – jakby można było tu naprawdę zostawić wszystko, co niepotrzebne.

Obiad zjadłyśmy w gospodzie z widokiem na zalew. Ryba, ziemniaki z koperkiem, kompot z truskawek.

– Tu smakuje wszystko – stwierdziła Majka.

Wieczorem wróciłyśmy do Elbląga zbyt zmęczone, by mówić. Położyłyśmy się od razu. W nocy śniły mi się lipy. I koń, który patrzył mi w oczy.

***

Tolkmicko to nie jest miejsce, do którego się pędzi. To miejsce, do którego się dojeżdża, z ulgą. Z uczuciem, że nigdzie indziej nie trzeba już być.

Zajechałyśmy tam późnym porankiem. Rynek był niemal pusty. Parę sklepów, piekarnia, fryzjer, zegarmistrz… I kawiarnia z czarno-białym szyldem. Weszłyśmy bez słowa.

W środku – stół z marmuru, kilka tapicerowanych krzeseł i dwoje klientów: starszy mężczyzna czytający gazetę i dziewczyna o fioletowych włosach, pisząca coś w zeszycie. Pachniało kawą, szarlotką i czymś jeszcze – jakby domem, którego się już nie ma, ale pamięta się dokładnie, gdzie w nim skrzypiała podłoga.

Usiadłyśmy pod oknem. Kelnerka – może właścicielka – podeszła z notesem i uśmiechem.

– Dwie kawy z mlekiem i czarna herbata z cytryną?

Dostałyśmy też ciasto – sernik z nutą pomarańczy. Siedziałyśmy długo. Za długo. Ale właśnie po to przyjeżdża się do Tolkmicka.

– Kiedyś myślałam, że szczęście to coś spektakularnego – powiedziała Majka, mieszając herbatę. – A teraz myślę, że to może być dokładnie to. Kawa. Ciasto. I trzy kobiety, które niczego od siebie nie oczekują, tylko są.

– To starość? – zażartowała Ewa.

– To wolność – odpowiedziałam.

Po kawie poszłyśmy w stronę przystani. Na pomoście siedział chłopak w bluzie z kapturem, rzucał kamyki do wody. Obok – stara łódź z odrapaną nazwą „Julia”.

– Kiedyś w takim miejscu marzyłoby się o ucieczce – powiedziała Majka. – A dzisiaj… bierzcie ten zachód słońca, bo jutro ma lać.

I miała rację. Zachód był teatralny – jakby ktoś zbyt mocno podkręcił kolory. Czerwień, pomarańcz, głęboki fiolet. Siedziałyśmy na ławce i nie mówiłyśmy nic. Czasem milczenie lepiej smakuje niż najpiękniejsze słowa.

***

Rano obudził nas deszcz. Ale nie taki zwyczajny. To był deszcz łagodny – jakby nie chciał przeszkadzać, tylko przypomnieć, że nie wszystko musi być słoneczne, żeby było piękne.

– Dzisiaj astronomia – rzuciła Ewa, siadając z kawą na parapecie. – Lecimy do Kopernika.

Spakowałyśmy się szybko – kurtki, parasole, termos z herbatą. Droga do Fromborka była zamglona, a świat za oknem wyglądał jak stara pocztówka. Wszystko miękkie, rozmyte, jakby ktoś lekko rozlał tusz na papierze.

Monumentalna katedra wznosiła się nad miastem. W środku pachniało kadzidłem i ciszą minionych wieków. Przeszłyśmy powoli przez nawę, rozmawiałyśmy półgłosem. Z wieży rozciągał się widok na zalew – spowity mgłą, niemal niewidoczny, ale obecny.

– On tu naprawdę patrzył w niebo – szepnęła Majka. – I zobaczył coś, czego nikt wcześniej nie widział.

– Może dlatego, że miał czas. I samotność – dodałam.

– I nikt mu nie kazał być „produktywnym” – dodała Ewa.

Spacerowałyśmy po wzgórzu, później po sadzie. Kupiłyśmy kilka, mokrych jeszcze od deszczu jabłek. Usiadłyśmy na ławce z widokiem na Zalew.

– Wiesz, że kiedyś myślałam, że życie to linia? – zaczęła Majka. – Szkoła, studia, praca, dzieci, emerytura.

– A teraz?

– Teraz myślę, że to raczej spirala. Wracasz ciągle w to samo miejsce, ale jesteś już trochę inna. I widzisz je z innej wysokości.

Prom z Fromborka do Krynicy Morskiej odpłynął wczesnym popołudniem. Zalew był spokojny jak tafla mleka. Siedziałyśmy na ławkach owinięte w ciepłe szale, z herbatą w kubkach termicznych.

– Pamiętasz ten moment, kiedy jako dziecko myślałaś, że świat kończy się na horyzoncie? – zapytała Majka, opierając głowę na moim ramieniu.

– Tak. I pamiętam moment, w którym zrozumiałam, że nie kończy się tam, tylko tam się zaczyna.

Prom dopłynął do Krynicy. Molo, stragany, lody, pokój z balkonem i widokiem na drzewa. Czyste powietrze. Leniwe psy na piasku. Szum.

Zatrzymałyśmy się w pensjonacie prowadzonym przez małżeństwo starszych ludzi – Danutę i Zdzisława. On – milczący, wiecznie z nożem do drewna w ręce. Ona – życzliwa, ale z rezerwą, jakby znała wszystkie historie i nie potrzebowała kolejnych.

Nasz pokój był prosty. Drewniane łóżka, firanki w żółte słoneczniki, stary kredens. Pachniało mydłem i sosną. Otworzyłyśmy okna. Do środka wpłynęło morze.

***

Pierwszy dzień minął na nicnierobieniu. Spacery po plaży. Kawa w kubkach, zakopane stopy w piasku. Zbieranie muszelek, jakbyśmy były dziećmi. Jedna z nich – różowa, jak paznokcie babci w latach 70. – została w mojej kieszeni na zawsze.

Wieczorem zaszłyśmy do smażalni, gdzie sandacz był podany na brązowym papierze, z frytkami i kapustą. Piliśmy piwo z sokiem malinowym. Ludzie wokół – para emerytów, rodzina z krzyczącym dzieckiem, samotny mężczyzna z książką.

– Wiesz – powiedziała Ewa – ja bym chciała tak raz: przyjechać tu, zostać i nikomu nie mówić, gdzie jestem.

– Myślisz, że nikt by nie szukał?

–  Myślę, że niektórzy by szukali… aż w końcu by zapomnieli.

Po powrocie do pensjonatu, na werandzie, piliśmy herbatę z mięty. Danuta dołączyła do nas bez słowa.

– Ładny wieczór – powiedziała po dłuższej chwili. I została z nami przez całą ciszę.

***

Wczesnym rankiem pojechałyśmy rowerami na granicę. Na sam koniec Polski. Jechałyśmy przez las, mijając tylko kilku rowerzystów i starsze małżeństwo z kijkami nordic walking. Ścieżka prowadziła prosto. I nagle: znak. Koniec. Dalej już tylko Rosja, miedza, symbol.

Zatrzymałyśmy się. Stałyśmy chwilę bez słowa. Jakby granica zewnętrzna pozwoliła zajrzeć do tej wewnętrznej.

W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się na plaży… Próba kąpieli w morzu – zimna, śmieszna, pełna krzyków. Później zaszłyśmy do knajpki na śledzia w śmietanie i ziemniaki z koperkiem. Po obiedzie pisanie pocztówek do siebie sprzed lat. Napisałam do siedemnastoletniej mnie:

„Nie bój się niczego. Nawet tego, że się pogubisz. Właśnie wtedy coś odnajdziesz.”

Wieczorem, kiedy już myślałyśmy, że dzień się kończy, usłyszałyśmy muzykę. Okazało się, że niedaleko od naszego pensjonatu jest klub i dyskoteka. Skusiłyśmy się. Parkiet pełen był ludzi – starszych, młodszych, tańczących lepiej lub tylko z zapałem. Fajna muzyka – klasyczne disco i coś do kołysania się w rytmie letniego powietrza.

Zatańczyłyśmy z chłopakami, których poznaliśmy chwilę wcześniej – kończyli właśnie swój kilkudniowy pobyt.

– Jutro wracamy do domu – powiedział jeden z nich, Paweł. – Ale dzisiaj jeszcze zatańczę tyle, ile się da.

I tańczył – jakby jutra miało nie być. My też.

W nocy szliśmy razem przez miasto. Z promenady został tylko szmer rozmów i roztańczone światła. Żegnaliśmy się pod naszym pensjonatem. Chłopcy wrócili do swojej kwatery, a my – zmęczone, ale z uśmiechami – jeszcze chwilę siedziałyśmy na schodach werandy.

– To był dobry dzień – powiedziała Majka.

– Jak większość tych nieplanowanych – dodała Ewa.

Następnego dnia pożegnałyśmy Danutę, Zdzisława i Krynicę Morską. Za nami zostało morze, ale też coś jeszcze – lekkość. Jakbyśmy przez kilka dni oddychały czymś innym niż codzienność. Jakbyśmy przypomniały sobie, jak to jest po prostu być.

Autobus do Elbląga wyruszył punktualnie. Trasa była malownicza, a podróż zajęła nieco ponad godzinę. Majka czytała katalog kamieni półszlachetnych. Ja przeglądałam zdjęcia na ekranie aparatu – między innymi to z Tolkmicka, gdzie ona patrzy na mewę jakby rozmawiały. I to z Fromborka, gdzie jabłko w jej dłoni wygląda jak miniaturowa planeta.

– Pokaż to jeszcze raz – szepnęła, zaglądając przez moje ramię. – Z tego zrobimy wisior. Jabłko świata.

Wieczorem przyszedł czas na odpoczynek i przygotowania do drogi. Przed nami było ponad osiem godzin jazdy samochodem, a w sercach – śmiech, dobra energia i wspomnienia, które dodawały sił.

***

Kraków przywitał nas gorącym, miejskim powietrzem i dźwiękiem tramwajów, które znały nas lepiej niż niektórzy ludzie. Wróciłam do mieszkania na Dębnikach. Tego wieczoru rozpakowałam tylko jedno pudełko – to z muszlami. Ułożyłam je w białym naczyniu po babci, tym samym, które kiedyś wystawiłam na Allegro, ale nie znalazło kupca. Może dobrze.

W nocy nie spałam długo. Przeglądałam zdjęcia, obracałam w palcach mały bursztyn znaleziony w Krynicy i szkicowałam pierwsze projekty – długie, wąskie kolczyki inspirowane linią horyzontu w Suchaczu. Brzeg morza, który nigdy nie jest linią prostą, ale zawsze jest granicą.

Rano wpadła do mnie Majka – w lnianej sukience, z mokrymi włosami i torbą z materiałami.

– Chodź, robimy biżuterię. – Powiedziała z uśmiechem

– Zobacz, zrobiłam już „Linię Kadyn” i „Tolkmicko I”. –  Odpowiedziałam, pokazując moje projekty.

Włączyłam płytę z jazzem, Majka rozłożyła narzędzia. Słońce weszło przez okno.

I tak siedziałyśmy przy pracy.  Między nami rozmowy, zapach herbaty z miodem… Z każdego z tych dni – powstało coś. Kolczyk, wisiorek, zdjęcie, szkic. I coś jeszcze – może czułość, która zostaje w dłoniach.

2025-05-20 9 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Dogoniłam pociąg

by Jolanta Strażyc 2025-04-20

Przez pięć może sześć lat, śnił mi się często wciąż ten sam sen. Biegnę na dworzec kolejowy, a mój pociąg właśnie rusza. Gonię go, ale nie zdążam. Widzę tylko oddalający się ostatni wagon.

Jesienią 1999 roku ten sen niemal się spełnił — tyle że naprawdę.

Przed wyjazdem do Warszawy poszłyśmy z koleżankami na kawę do kawiarni na krakowskim dworcu. Zagadałyśmy się. Gdy spojrzałam na zegarek, do odjazdu zostało może pięć minut. A zanim się zebrałam — może nawet trzy. Przebiec przez cały dworzec w takim czasie to był wyczyn. Ale zdążyłam.

Zdyszana padłam na siedzenie w wagonie. I wtedy, zupełnie bez powodu, dotknęłam szyi. Wyczułam guzek.

Po powrocie poszłam do lekarza. Badania — USG, biopsja — początkowo nie wykazały nic niepokojącego. Ale guzek rósł. Szybko. W końcu dostałam skierowanie na operację.

Pod koniec maja, dzień przed zabiegiem, miałam sen.

Wchodzę do starego, drewnianego kościółka. Podchodzę do ołtarza głównego z dużym, czarnym krzyżem i wizerunkiem Chrystusa. Patrzę — a z krzyża wypływa czysta woda. W tej samej chwili słyszę kroki. Odwracam się. W drzwiach stoi mój tata. Zmarł trzy miesiące wcześniej. Ale stoi tak, jak zawsze — w trenczu z zawiązanym paskiem, kapelusz na głowie, ręce w kieszeniach. Wyglądał jak Humphrey Bogart w Casablance.

Nazajutrz pojechałam do szpitala. Opieka była doskonała. Operacja przebiegła sprawnie. Później badanie histopatologiczne guzka. Diagnoza: rak pęcherzykowy tarczycy.

Wtedy, w tych cichych dniach po operacji,

kiedy ciało dochodziło do siebie, a myśli układały się na nowo, zdałam sobie sprawę, że już nigdy nie miałam tego snu o uciekającym pociągu. Przestał wracać. Jakby coś się domknęło. Jakby moja podświadomość zrozumiała, że już zdążyłam. Że jestem na swoim peronie. We właściwym miejscu. We właściwym czasie.

Dziś myślę, że ten sen był moją opowieścią o dojrzewaniu do siebie. Do decyzji, do odpowiedzialności, do życia, które nie zawsze było proste… A może, kto wie — był to prezent od taty, który, zanim odszedł, podarował mi więcej, niż wtedy rozumiałam. Meble, obrazy, archiwum rodzinne. I coś jeszcze: pamięć. Więź. Wiarę, że to wszystko ma sens.

I sen, który przestał się śnić.

Kiedy lekarz powiedział rak tarczycy, pomyślałam tylko: dobrze, że nie mózgu. Nie płakałam. Przestałam tylko wierzyć w słowo „jutro” – jakby było luksusem, na który nie miałam już prawa.

Po chorobie coś się we mnie zmieniło. Na zawsze. Coś się przestawiło – jak zwrotnica na torach, jak mapa, która nagle pokazuje nową drogę.

Zrozumiałam, że życie nie polega na gromadzeniu rzeczy, ale na przeżywaniu chwil.

Przestałam zbierać przedmioty.

Zaczęłam zbierać piękne wspomnienia.

Zaczęłam żyć uważniej. Prościej. Piękniej.

Bo skoro dogoniłam tamten pociąg, to teraz wiem:

czasem wystarczy zdążyć do siebie.

Nie, nie byłam silna. Byłam zdeterminowana. A to nie to samo. Siła pozwala nieść, determinacja każe iść mimo wszystko.

Wszystko toczyło się dalej, ale z nową świadomością.

Tamte chwile były już za mną, ale teraz nadszedł nowy etap – wyjazdy do Centrum Onkologii w Gliwicach.

Wiosną 2002 roku, musiałam przyjąć radioaktywny jod. Po trzech dniach pobytu w szpitalu wróciłam do domu, do pracy w ogrodzie. Maj przyniósł zapach wiosny, wilgotnej gleby i tętniącego życia. Razem z chłopakiem z sąsiedztwa zrobiliśmy porządki na działce. Lipiec – to już prawdziwe ogrodnicze szaleństwo. Z pomocą braci mojego męża, mamy i mojej córki – Uli, powstał ogród.

Mama z zapałem wyrywała chwasty, a ja i Ula założyłyśmy oczko wodne z fontanną. Chłopcy z sąsiedztwa pomagali latem. Część z nich dorabiała przy remontach z moim mężem, część przy pracach w ogrodzie…

Latem dom tętnił życiem.

Goście przyjeżdżali niemal w każdy weekend – głównie na jeden dzień. Noclegów jeszcze wtedy nie miałam przygotowanych, ale drzwi były zawsze otwarte.

Życie sąsiedzkie – to inny świat. Miałam trzy serdeczne sąsiadki. Uczyłam się od nich, jak pielęgnować ogród, ale też jak żyć w zgodzie z rytmem przyrody. Inaczej niż w bloku, gdzie „dzień dobry” często bywa końcem, a nie początkiem znajomości.

Z początkiem 2003 roku, postanowiłam zadbać wreszcie o siebie.

Nie tylko o dom, ogród czy kolejny remont – ale o własne zdrowie, rozwój, wewnętrzne ciepło. Od lat wszystko było „dla”: dla domu, dla rodziny, dla przyszłości… Dworek był już w stanie zadowalającym. Bez przepychu, bez luksusów, ale wygodnie. Zaczęłam od fotografii.

Kurs fotograficzny odbywał się w starej kamienicy w samym sercu Krakowa.

Było nas siedmioro – każdy dostał analogową lustrzanką z lat 80. Prowadzący – szczupły mężczyzna z siwiejącymi skroniami – miał tatuaż aparatu Rolleiflex na przedramieniu i mówił tak cicho, jakby każde jego słowo było ekspozycją – przemyślane, ostrożne, niemal święte.

– Fotograf to nie ten, kto robi zdjęcie – mówił. – To ten, kto widzi więcej.

Uśmiechałam się wtedy pod nosem. Bo ja już widziałam. Od czternastego roku życia. Pierwszy aparat, ciemnia w przedpokoju, rosyjska Smiena, później Fied, Zenit, Canon… Zdjęcia rodzinne, szkolne, wywoływanie, zapach chemikaliów. Fotografia była ze mną całe życie – teraz tylko wracała.

Kurs trwał przez zimę. Wiosna była już dla ogrodu.

W kwietniu odwiedziło mnie kilku mieszkańców wioski.

– Pani Jolu, może by tak… Figurę Maryjną… wyremontować?

Zaskoczyło mnie to. Spojrzałam na ich twarze – zakłopotane, pełne nadziei. Figura była rzeczywiście zniszczona, smutna. Milczałam chwilę, a potem skinęłam głową.

– Zrobimy tak – powiedziałam. – Wy złożycie się na materiały, a ja zajmę się resztą. Niech to będzie mój podarunek dla wioski.

Córka wzięła się za oczyszczanie starej farby. Ja za renowację.

W maju figura była już gotowa. Odbyło się nabożeństwo, poświęcenie, a przez cały miesiąc majowe nabożeństwa. Ludzie stali z kwiatami, śpiewali, dziękowali. Poczułam, że zrobiłam coś naprawdę dobrego. Ale to nie był koniec.

Pod koniec lata zgłosili się mieszkańcy sąsiedniej wioski – z kolejną figurą, bardziej zniszczoną. Matka Boża z Dzieciątkiem. Dzieciątko niemal bez twarzy, Matka – bez jednej dłoni. I tym razem się udało. Farba, gips, cierpliwość. Odkryłam w sobie coś, o czym nie miałam pojęcia. Zdolność tworzenia, odnawiania, przywracania piękna.

– Nigdy bym nie przypuszczała – mówiłam później córce. – Że mam w sobie coś takiego.

W czerwcu, pojechałam z Majką w Tatry, a we wrześniu do Pragi.

I tam, spacerując brukowanymi uliczkami, pijąc kawę w maleńkiej kawiarni z widokiem na Wełtawę, zrozumiałam, jak bardzo brakuje mi podróży. Wolności. Ruchu.

Od dziecka zawsze gdzieś jeździłam – kolonie, obozy sportowe, Roztocze, Bieszczady, Karkonosze, Tatry. Potem, już jako dorosła – Węgry, Niemcy, Dania, Czechosłowacja… z mężem, z córką. Przygoda.

Ale odkąd kupiłam dworek w 1997 roku, wszystko zeszło na dalszy plan. Wszystkie pieniądze, wszystkie siły – w dom. Wycieczki, modne ubrania – zostały za drzwiami remontu…

Tylko Kraków mi został.

Tam próbowałam być przynajmniej raz w tygodniu. Spotkania z Majką, koleżankami, rodziną. Teatr, wernisaż, muzeum. Córka studiowała zaocznie, więc weekendy należały do niej. Ja wybierałam wtorek albo czwartek, wsiadałam do mojego niezawodnego Renault 19 Coupé i jechałam. Na cały dzień, czasem dwa. Jechałam do miasta, które po zamieszkaniu we Włostowicach, było już tylko moim drugim domem,*

Wiosna 2004 roku przyszła nie tylko z kwiatami – ale z ruchem, światłem i podróżami.

Tatry, Warszawa, Nieborów, Arkadia, Żelazowa Wola. Potem dwukrotne wypady do Czech – zamki, pałace, brukowane uliczki pachnące historią. A jesienią – Lewocza – perła Słowacji. Do tego coraz częstsze powroty do Krakowa – do bliskich, do miasta, które na nowo stawało się moją bazą i moją sceną.

W styczniu, podczas opłatka u kardynała Macharskiego, spotkało mnie coś zupełnie nieoczekiwanego. W Pałacu Arcybiskupim, pośród szmeru rozmów, podszedł do mnie starszy pan.

– Władysław Psarski – przedstawił się z wyciągniętą ręką.

Nazwisko zabrzmiało znajomo.

– Psarski? – zapytałam. – Czy jest pan spokrewniony z Chelińskimi?

– Tak – odparł nieco zaskoczony.

– A od której córki? – Wypytuję dalej.

– Od Rudzkiej…

– Ja jestem od Kruszewskiej – uśmiechnęłam się szeroko. – Czyli jesteśmy kuzynami.

Śmialiśmy się wtedy z tego nieoczekiwanego spotkania. Genealogia znów zatoczyła koło – i pokazała, że nie jest tylko suchym drzewem pełnym nazwisk. Ona żyje, oddycha, łączy ludzi.

Władysław napisał później list:

Droga Jolu, wczoraj zrobiłaś mi niespodziankę. Przesyłka od Ciebie dosłownie mnie zatkała – genealogia nie tylko Rudzkich, ale całej rodziny Chelińskich! Dziękuję Ci ogromnie za ten trud. Gdy będziesz w Krakowie – zapraszam do Noworolskiego.

Właściwie to był już czas, kiedy coraz odważniej wyrywałam się z objęć dworku,

remontów, codzienności z łopatą i motyką. Pojawiali się ludzie – nowi, interesujący, inspirujący. Dołączyłam do Związku Szlachty Polskiej, do Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa. Początkowo chodziłam na opłatki, jajeczka, spotkania w podziemiach Bernardynów czy przy Kopcu Piłsudskiego. Z czasem… zaangażowałam się bardziej.

Pewnego dnia poproszono mnie, bym przygotowała wystawę herbów szlacheckich, która miała się odbyć w Zamku w Niepołomicach. Zadanie było proste – odnaleźć najbardziej znane herby, zeskanować, wydrukować, oprawić. A jednak, kiedy wystawa ruszyła, patrzyłam na nią z dumą. Moja wystawa na Zamku w Niepołomicach – brzmiało nieźle, prawda?

Potem przyszły wystawy fotograficzne – już moje,

w Domu Kultury przy Poselskiej. Najpierw zdjęcia dworku „przed i po” – od 1997 do 2004 roku. Czarno-białe klisze kontrastowały z kolorowym dziś – i budziły emocje. Druga wystawa nosiła tytuł 40 minut od Krakowa – przedstawiała mało znane zabytki powiatu proszowickiego, z drobnym ukłonem w stronę Kazimierzy Wielkiej. Odbiór był ciepły. Ludzie podchodzili, pytali, dziękowali.

Władysław znów napisał:

W załączeniu przesyłam parę fotografii Twojego dworu. Wasz dom jest coraz piękniejszy. Proszę, napisz historię tego dworku – kto tu mieszkał przed reformą, jak udało Ci się go zdobyć i doprowadzić do życia. To niezwykle rzadkie, by ktoś z ziemiańskiego rodu wrócił do swojego dziedzictwa. Umieścimy to w piśmie ziemiańskim. Może Twoje Włostowice rozsławimy na całą Polskę.

Zaczęłam pisać. Początkowo nieśmiało. Potem – z coraz większą pasją.

Dworek, genealogia, historia – wszystko to otworzyło mi nowe drzwi. A co najważniejsze – przyprowadziło do mnie wartościowych ludzi.

Kiedy córka wyszła za mąż i wyprowadziła się z domu, a mąż wyjechał do pracy,

zaczęłam odczuwać niepokój. Niby codzienność wyglądała tak samo – karmienie zwierzaków, sprzątanie, herbata z sąsiadkami, czasem ktoś przyjechał, ktoś wpadł na chwilę. Ale między tymi zwykłymi zajęciami rosło we mnie coś cichego, trudnego do nazwania – uczucie zawieszenia. Jakby ten dom, dotąd pełen gwaru, rozmów, młodzieńczych śmiechów Ulki i jej przyjaciół, przestawał być miejscem życia, a zaczynał stawać się… muzeum wspomnień.

Przyroda wciąż była zachwycająca – jesień tego roku była naprawdę piękna.

Liście klonu przed gankiem przybierały odcienie purpury i pomarańczy, tworząc dywan godny królewskiego orszaku. Ale piękno, które dawniej dawało ukojenie, zaczęło mnie przytłaczać. Każdy krzak wymagał przycięcia, każde drzewo – troski, a do tego dochodziło palenie w piecu, odśnieżanie, koszenie trawnika…

Byłam zmęczona.

Tego dnia po raz pierwszy pomyślałam o sprzedaży nie jak o porażce, ale jak o otwarciu drzwi. Dla siebie. Dla spokoju. Dla nowych planów.

Ale zanim dałam ogłoszenie, zanim przyszli nowi właściciele – były jeszcze tygodnie pełne rozterek. Jak się pakuje życie? Co się zostawia, co zabiera? Bo dwór we Włostowicach był nie tylko miejscem – był częścią mnie.

Dom miał duszę – a my byłyśmy jego biciem serca.

Z Ulą tworzyłyśmy w Włostowicach coś więcej niż tylko domowy rozkład dnia. Dom rozbrzmiewał śmiechem, muzyką, rozmowami przy kominku i zapachem pieczonego chleba.

Zawsze coś się działo. Jeśli nie kawa z sąsiadkami, to listy od krewnych, książki, które przychodziły pocztą, czasem prace nad drzewem genealogicznym rozłożonym na całym stole w jadalni, pełnym papierów, notatek, zdjęć…

A przecież nie tylko my – goście, znajomi, kuzyni, młodzież z sąsiedztwa. Pamiętam, jak pewnego lata dzieciaki pomagały nam porządkować ogród – śmiech, nawoływania… W nagrodę smażyłam im naleśniki, a potem do późna siedzieliśmy na tarasie, słuchając świerszczy i snując historie. Ktoś grał na gitarze. Ktoś inny zasypiał na leżaku.

Włostowicki dwór był żywy. 

Oddychał naszym rytmem. Wiosną budził się razem z pierwszymi przebiśniegami, latem pachniał miętą i kwiatami z rabaty, jesienią brzmiał szelestem liści pod stopami, a zimą zapadał w sen razem z nami, przy trzaskających polanach w kominku.

Ale gdy podjęłam decyzję o sprzedaży, a rzeczy zostały wyniesione, meble zabrane, książki spakowane w kartony – coś się skończyło.*

Zima rozgościła się we Włostowicach z pełnią swego chłodu.

Stare lipy, które latem rzucały cień na aleję prowadzącą do dworku, teraz stały nagie, zamarznięte… Śnieg przykrył ścieżki, które latem przemierzały dzieci sąsiadów, znajomi niosący ciasto i konfitury, ja z Ulą podczas popołudniowych spacerów z psami. Wszystko nagle stało się ciche.

W styczniu, gdy podpisywałam akt notarialny, padał gęsty śnieg.

Wiedziałam, że tak trzeba – że już nie mam sił, żeby dźwigać codzienność związaną z tym miejscem. Ale z serca nie da się tak po prostu wyprowadzić.

W mroźne poranki, kiedy przyjeżdżałam do Włostowic, by jeszcze coś spakować, uporządkować, zamknąć, wiatr szumiał wokół starych okien. Mróz rzeźbił kwiaty na szybach. Pewnego dnia, gdy wychodziłam z pustego już domu, odwróciłam się na podjeździe i spojrzałam raz jeszcze. Światło słońca odbijało się od okien, jakby dom sam próbował mi powiedzieć „do widzenia” – z wdzięcznością.*

Mąż w dalszym ciągu pracował za granicą… A córka – Ula, była już matką siedmiomiesięcznego Michałka. Lublin stawał się dla niej domem.  Ja też zaczynałam szukać w sobie nowych przestrzeni – tych cichych, jeszcze niezagospodarowanych.

2025-04-20 7 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Dworek do remontu

by Jolanta Strażyc 2025-03-20

Czasem życie prowadzi nas tam, gdzie wcale nie planowaliśmy iść. Nie po linii najmniejszego oporu, nie na skróty — ale w miejsca zapomniane, zarośnięte, pełne historii, zapachu starego drewna i skrzypienia schodów. W miejsca, które czekają, aż ktoś je usłyszy, zobaczy, odkurzy z kurzu niepamięci.

Ludzie pytają mnie czasem, dlaczego się na to zdecydowałam. Dlaczego dworek na wsi — z piecami kaflowymi, z ogrodem większym niż rozum, z dachem do poprawy i schodami, które skrzypią, jakby opowiadały własne historie.

Nie umiem odpowiedzieć jednym zdaniem. Bo to nie była decyzja podjęta przy stole, z planem w ręku. To była raczej potrzeba. Żeby coś zacząć od nowa. Żeby wrócić do czegoś, co jeszcze nie miało słów, ale już miało miejsce.

Wszystko zaczęło się latem 1997 roku, kiedy przypadkiem trafiłam na ogłoszenie w gazecie. Urząd Gminy w Koszycach sprzedawał dworek — do remontu. Nie pojechałam od razu. Dopiero pod koniec miesiąca, gdy lato było w pełnym rozkwicie, zdecydowałam się go zobaczyć.

Stał wśród drzew, krzaków, komórek, klatek na króliki… Czego tam nie było. Wszystko zarośnięte, zaniedbane, walące się. A jednak miał w sobie coś.

Dom był zamieszkany w jednej czwartej — jeden pokój z kuchnią zadbany, reszta w stanie opłakanym. A mimo to, we wrześniu 1997 roku, kupiłam go. Moje własne miejsce na ziemi. Chciałam pokazać je przyjaciółce.

Majka obejrzała wszystko dokładnie, z przerażeniem w oczach. Powiedziała tylko:

— Nie wiem, co ty w tym domu widzisz. Ja bym tu przyjechała, zobaczyła i więcej nie wróciła.

Tak, przyznaję — dworek robił przygnębiające wrażenie. Ale ja patrzyłam inaczej. Widziałam to, co było pod spodem: pod odpadającym tynkiem — piękną czerwoną cegłę, pod łuszczącą się farbą — dwuskrzydłowe drewniane drzwi, parkiety, kafle, gzymsy na piecach. Może nie wszystkie się nadawały, ale jeden piec na pewno uda się odrestaurować…

Remont ruszył na wiosnę 1998 roku. Latem 1999 roku rozpoczęliśmy przeprowadzkę z miasta na podkrakowską wieś. Do domu, który jeszcze nie pachniał domem, tylko cementem, farbą i kurzem z cegieł. Podłogi były gołe, ściany bez koloru, a w łazience panowała prowizorka.

Rano budził mnie nie tramwaj, ale kogut sąsiadów. W nocy słychać było świerszcze i ciszę — prawdziwą ciszę, w której można było usłyszeć własne myśli. Czasem się jej bałam, bo niosła pytania: Czy dobrze zrobiłam? Co będzie dalej? Ale jednocześnie — czułam spokój. I ciekawość.

Zaćmienie i pierwsze miesiące na wsi

Niebo było czyste. Powietrze ciężkie od upału i milczenia ptaków. Wszystko jakby się zatrzymało — psy nie szczekały, nie jechały traktory. Nawet dzieciaki z sąsiedztwa przestały biegać. Każdy patrzył w górę, trzymając w dłoniach klisze, szybki, szkła i różne domowe wynalazki.

Wyszłam przed dom. I nagle zrobiło się ciemno.

Nie jak w nocy. Nie jak przed burzą.

To był inny mrok — cichszy, głębszy, jakby świat na chwilę… zniknął.

Patrzyłam przez osmoloną szybkę. Widziałam, jak Słońce znika za cieniem Księżyca — jakby ktoś gasił lampę. I poczułam, że jestem w jakiejś granicznej chwili. Że coś się kończy, a coś też się zaczyna. Jakby wszechświat przyszedł zobaczyć, jak się tu urządzam.

Potem przyszły wrzosy, pierwsze chłodne poranki i dźwięk deszczu uderzającego o dach. Dom coraz bardziej przypominał dom. Pokój miał już firanki, w kuchni unosił się zapach pieczonego jabłka. W łazience wreszcie pojawiła się ciepła woda.

We wrześniu nasze życie rodzinne rozdzieliło się na trzy części. Córka wróciła do miasta — klasa maturalna. Mąż wyjechał za granicę, do pracy. Kolejny raz. Tym razem miał wrócić dopiero na święta.

Zostałam sama.

No… niezupełnie sama.

Była Saba — dog niemiecki, dostojny jak lew. Był też rudy kundelek, zwinny jak iskra, wiecznie plączący się pod nogami. I dwa czarne kociaki, ślepe jeszcze, porzucone gdzieś pod szopą. Kiedy je znalazłam, były jak dwa kawałki węgla z bijącymi serduszkami.

Trzymałam je w dłoniach i wiedziałam, że muszę spróbować.

Karmiłam je butelką po wodzie utlenionej. Co trzy godziny. Nawet w nocy. Podgrzewałam mleko, trzymałam je w chustce, masowałam brzuszki… Obydwa przeżyły. W listopadzie miały już otwarte oczy i biegały po kuchni jak małe duchy nocy.

Wieczorami parzyłam herbatę i siadałam przy oknie. Słuchałam radia. Mówili o końcu wieku i nowym tysiącleciu, o systemach komputerowych, które miały się zawiesić w sylwestra. O tym, że ludzie się boją.

A ja się nie bałam. Miałam zwierzęta. Ciepło. I ciszę, której nauczyłam się słuchać.

Mąż wrócił na święta. Córka też. Przywieźli ze sobą hałas miasta i śmiech. Wreszcie w domu zrobiło się głośno. Gotowaliśmy razem, kroiliśmy sałatkę warzywną. W tle grała jakaś muzyka z radia… Nasze pierwsze Boże Narodzenie w tym domu.

A potem — sylwester 1999/2000. U nas. My i sąsiedzi. Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy sernik, rozmawialiśmy o codziennych sprawach. O północy wyszliśmy na podwórko. Nie było fajerwerków. Tylko gwieździste niebo. I my. Saba szczekała, Rudzielec biegał w kółko, a kociaki siedziały na parapecie, patrząc z zaciekawieniem na ten dziwny, hałaśliwy świat.

I wtedy pomyślałam:

Stare minęło. A tutaj, w tym domu, zaczyna się coś od nowa.

Rok 2000 i pierwsze zmiany

Zima mijała powoli. Trzeba było wstawać wcześnie, przynieść węgiel, rozpalić w piecach, czekać, aż się rozgrzeją. Czasem dymiły. Czasem nie chciały ciągnąć. Ale kiedy wreszcie zaczynały grzać, w kuchni pachniało ogniem, a dom napełniał się spokojem.

Na zewnątrz wciąż panował chaos. Ogród był bardziej zarośnięty niż „dziki” — chwasty jak małe drzewa, krzaki, których nikt nie sadził, a jednak rosły z uporem. Każdy dzień oznaczał kolejne zmagania: z ziemią, z korzeniami, z własnym zmęczeniem. 

Bo każdy wyrwany chwast to jakby kawałek odzyskanej przestrzeni — i trochę więcej światła wpadającego do życia.

Latem 2000 roku zrobiliśmy drugi pokój — z kominkiem. Cegła jeszcze pachniała świeżością, a zapach drewna palącego się w nowym palenisku był jak nagroda. I nagle… zaczęli przyjeżdżać goście. Najpierw rodzina. Potem znajomi. Dom wypełnił się rozmowami, śmiechem, zapachem świeżo upieczonego ciasta. 

Każdy chciał zobaczyć ten dom — z jego drewnianymi oknami, piecami kaflowymi, ogrodem przypominającym zarośnięty park z tajemnicą. Siadali na ławce pod jabłonią, pytali o historię dworku, o życie „po staremu”, z kotami, kominkiem, bez asfaltu pod bramą. Dla mnie to była codzienność. Dla nich — bajka.

Nadszedł październik. Znowu zostałam sama.

Córka wróciła do miasta. Mąż znów wyjechał za granicę. Zostały ze mną tylko psiaki i kociaki. Początkowo czułam, jakby dom opustoszał. Ogrodowe ścieżki pokrywał szron, liście opadały z drzew. Cisza zaczęła wypełniać przestrzeń, jakby dom przygotowywał się do zimy. Aż pewnego dnia zaczął sypać pierwszy śnieg.

Wstawałam wcześnie. W piecu jeszcze nie było ognia, więc ciepło szło z kubka herbaty trzymanego w dłoniach. Zima 2000/2001 roku nie była sroga, ale zanim dom się rozgrzał, musiałam przetrwać chłód, który wciskał się przez każdą szczelinę. Okna skrzypiały przy wietrze. W nocy czuło się, że dom „oddycha” (…)

2025-03-20 6 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • W cieniu starych drzew – część 3

    2026-01-10
  • W cieniu starych drzew – część 2

    2025-12-29
  • W cieniu starych drzew – część 1

    2025-12-20
  • Grudzień – Święta, Sylwester i moje urodziny

    2025-12-10
  • Wspomnienia Marianny Dygasińskiej

    2025-11-25

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    Tajemnica

    2025-08-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia