jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga
Author

Jolanta Strażyc

Jolanta Strażyc

Wspomnienia

Ewa zostaje w Krakowie

by Jolanta Strażyc 2025-11-14

Sierpień 2010

Po powrocie z Budapesztu mieliśmy jeszcze kilka dni wspólnego luzu. Kraków pachniał po deszczu, a Kazimierz po nocach był jak zwykle pełen rozmów i śmiechu. Spotykaliśmy się codziennie – niby bez planu, niby „na chwilę”, ale te chwile potrafiły się przeciągnąć do późna, kiedy miasto już cichło, a my dalej siedzieliśmy przy stoliku, z głowami pełnymi planów na nic konkretnego.

Ewa nie spieszyła się z powrotem do Elbląga. Najpierw mówiła, że chce tylko odpocząć po podróży, potem – że musi jeszcze zobaczyć kilka miejsc w Krakowie, bo „tak dawno tu nie była”. My wiedziałyśmy, że to tylko wymówki. Już drugiego dnia rzuciła z uśmiechem:

– A może ja wcale nie wrócę?

Wszyscy się śmialiśmy, ale gdzieś w tym śmiechu było coś poważnego. Widać było, że jej tu dobrze. Rano wychodziłyśmy z Majką do pracy, a Ewa zostawała w kuchni, robiła sobie kawę i mówiła, że lubi ten krakowski rytm – trochę powolny, trochę uporządkowany, zupełnie inny niż w jej Elblągu.

Wieczorami wracałyśmy z Majką zmęczone, a ona już czekała z winem i świeżo upieczonym ciastem. Siadałyśmy na balkonie, patrzyłyśmy na zachód słońca nad dachami i słuchałyśmy, jak Ewa coraz śmielej mówi:

– Tu jest inaczej. Tu mi lepiej.

Trzeciego dnia już wiedziałyśmy, że to nie tylko chwilowe zauroczenie. Coś się w niej przestawiło. Nie mówiła o powrocie. Zamiast tego pytała, ile mogą kosztować małe mieszkania w Krakowie.

Kiedy w końcu nadszedł dzień wyjazdu, nikt z nas nie mówił za dużo. Ewa pakowała swoje rzeczy powoli, jakby celowo przeciągała każdą czynność. Walizka leżała otwarta na kanapie, a obok niej leżał kubek z niedopitą kawą — zimną już od godziny. W kuchni pachniało chlebem, który Majka właśnie wyjęła z piekarnika, choć nikt nie był głodny.

– Wracasz? – zapytałam, choć wiedziałam, że to pytanie nie ma sensu.

– No chyba muszę – odpowiedziała, uśmiechając się bez przekonania. – Ale nie na długo.

Uśmiechnęłyśmy się, choć obie wiedziałyśmy, że to nie żart. Kraków już w niej został, tak jak zostaje w człowieku zapach lata po burzy — nie do końca uchwytny, ale nie do zapomnienia.

Pojechała wieczornym pociągiem. Pamiętam, jak machała nam z okna, a my z Majką jeszcze długo stałyśmy na peronie, jakbyśmy czekały, że ten pociąg zaraz wróci.

Potem zaczęły się telefony. Najpierw krótkie: „Co u was?”, „Jak tam wasza nowa kolekcja”, „Widziałam fajne zdjęcia”. Z czasem coraz częściej pojawiały się słowa o tęsknocie. „U was jakoś inaczej”, „Wszędzie dobrze, ale w Krakowie najlepiej”.

W głosie Ewy było coś, co znałam z własnego doświadczenia – to moment, kiedy człowiek zaczyna czuć, że jego miejsce jest gdzie indziej. Nie, że gdzieś ucieka, tylko że wreszcie wraca.

Aż któregoś dnia, zupełnie zwyczajnego, zadzwoniła i powiedziała:
– Dziewczyny, sprzedaję mieszkanie po babci. Kupię sobie coś małego w Krakowie.
Na chwilę zapadła cisza. Pamiętam, że Majka spojrzała na mnie i obie jednocześnie zaczęłyśmy się śmiać – takim śmiechem z radości, że coś się właśnie zaczyna.

Sprzedaż i poszukiwania

Ewa zadzwoniła w środku tygodnia, w samo południe. Było gorąco, takie typowe, sierpniowe upały w Krakowie, kiedy nawet powietrze wydaje się zmęczone. W słuchawce usłyszałam jej głos — spokojny, ale z tym charakterystycznym błyskiem, który znałam doskonale.

– Dziewczyny, zrobiłam to. Mieszkanie po babci wystawione na sprzedaż.

– Serio? – zapytała Majka, choć już wiedziała, że Ewa nie żartuje.

– Serio. Teraz wasza kolej. Znajdźcie mi coś w Krakowie. Nie chcę willi, tylko małe, ciepłe gniazdko. Tyle, żebym miała gdzie postawić kubek z kawą i dwa kwiatki na parapecie.

I tak się zaczęło.

Jeszcze tego samego dnia z Majką umówiłyśmy się w naszej ulubionej kawiarni na Miodowej, z laptopem i notatnikiem. Wysłałyśmy kilka zapytań do biur nieruchomości. Wieczorem przyszły pierwsze oferty — za duże, za drogie, albo w miejscach, które Ewa od razu skreślała przez telefon.

– Nie, nie chcę Nowej Huty. Nie żebym miała coś przeciwko, ale ja to muszę mieć blisko Wisły – mówiła. – I koniecznie z balkonem.

Kiedy kilka dni później przyszła nowa wiadomość z agencji, coś nas tknęło.

Mieszkanie na Osiedlu Podwawelskim. Niewielkie, trzydzieści parę metrów, do małego remontu. Cena przyzwoita. Zdjęcia może nie zachwycały, ale lokalizacja – idealna. Spokój, zieleń, parę minut na piechotę do Wawelu.

– To jest to – powiedziała Majka po chwili milczenia. – Ewa się zakocha.

I rzeczywiście. Ewa przyjechała tydzień później. Kiedy tylko przekroczyła próg mieszkania, popatrzyła na nas i powiedziała:

– Już widzę, gdzie postawię kwiaty.

Śmiałyśmy się, bo wiedziałyśmy, że decyzja zapadła. Formalności były już tylko kwestią czasu.

Remont i przygotowania

Ewa zamieszkała u Majki. Tymczasowo, oczywiście — chociaż wszyscy wiedzieliśmy, że w praktyce oznacza to kilka tygodni wspólnego życia w rytmie kawy, pomysłów i pyłu budowlanego.

Na stole w kuchni leżały katalogi, próbki farb, skrawki tkanin, a między tym wszystkim talerzyki po cieście i filiżanki po espresso.

Każdy dzień zaczynał się od słów:

– No to co dziś załatwiamy?

Rano – telefon do Adama i Tomka, naszych niezawodnych fachowców, którzy już nie raz ratowali nasze mieszkania z opresji. Potem – wizyta na budowie, czyli w przyszłym mieszkaniu Ewy. Jeszcze pachniało kurzem, stare tapety odchodziły od ścian, a przez okna wpadało jesienne światło.

– Wyobraźcie sobie tu drewnianą podłogę – mówiła Ewa, stając pośrodku pustego pokoju. – I biały regał na książki.

– I lampę z wikliny – dopowiadała Majka.

– A ja widzę tu rośliny, dużo zieleni – dodałam.

Tak zaczynał się każdy dzień – od wizji. A kończył w markecie budowlanym.

Nie wiem, czy można się bardziej zmęczyć niż po kilku godzinach chodzenia między półkami z farbami, płytkami, fugami i karniszami. Ale to było przyjemne zmęczenie. Śmiałyśmy się z własnej nieporadności, kłóciłyśmy o odcienie bieli („to nie biała, to złamana śmietanka!”), a pan z działu farb, widząc nas trzeci raz tego samego dnia, tylko uśmiechał się porozumiewawczo.

Remont ruszył pełną parą. Adam i Tomek pojawiali się codziennie, a kiedy trzeba było coś przytrzymać, przykręcić albo przenieść, Karol i Konrad zjawiali się z narzędziami, jakby tylko na to czekali.

W weekendy nosiliśmy wiadra z farbą, rozkładaliśmy folię, a w przerwach na kawę siedzieliśmy na podłodze, popijając cappuccino z plastikowych kubków.

Coraz bardziej było widać efekty – ściany rozjaśniały, podłoga lśniła nowym drewnem, a kuchnia nabierała ciepła. Ewa mówiła wtedy często:

– Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.

A my odpowiadałyśmy: – A my wierzymy. I to od początku.

Przeprowadzka

Remont zakończył się późną jesienią. Jeszcze przez kilka dni chodziłyśmy po mieszkaniu w skarpetkach, żeby nie porysować świeżego parkietu, i wieszałyśmy zasłony, które Majka skracała na swojej maszynie do późna w nocy. W powietrzu wciąż unosił się zapach farby i nowego drewna, a mimo to – już było przytulnie.

Kiedy tylko ostatnie gniazdko zostało przykręcone, Karol z Konradem ruszyli w misję specjalną: po rzeczy Ewy do Elbląga. Wypożyczyli dużego busa, zapakowali termosy z kawą i ruszyli bladym świtem. Dla nich to była wyprawa jak z filmu drogi – dla Ewy, coś więcej.

Zadzwoniła do nas, kiedy już byli na miejscu.

– Dziwnie tak – powiedziała. – Jakbym odwiedzała kogoś, kogo kiedyś dobrze znałam.

Po chwili dodała cicho: – Ale dobrze, że to już za mną.

Chłopaki załadowali busa po brzegi – pudła, książki, kilka ramek ze zdjęciami, rośliny owinięte w papier i oczywiście stół po babci, ten, którego Ewa nie chciała zostawić.

Kilka dni później wrócili do Krakowa, zmęczeni, ale uśmiechnięci.

Rozpakowywanie trwało cały weekend. Każde pudełko było jak mała historia – znajdowały się w nim wspomnienia, śmiech, czasem wzruszenie. Ewa układała wszystko z takim spokojem, jakby wiedziała, że to jej miejsce.

W niedzielny wieczór usiedliśmy wszyscy w jej nowym salonie. Na podłodze, bo stół jeszcze czekał na skręcenie. Wino w plastikowych kubkach, świeczki w słoikach i pizza z pobliskiej pizzerii – świętowanie po krakowsku.

Ewa patrzyła przez okno na światła miasta i powiedziała cicho:

– No to jestem. Naprawdę jestem.

A my tylko kiwnęliśmy głowami. Nie było potrzeby nic dodawać. Kraków miał nową mieszkankę, a my – znów byliśmy w komplecie.

Zakończenie

Czasem życie nie potrzebuje wielkich rewolucji. Wystarczy jeden telefon, jedno zdanie wypowiedziane z przekonaniem: „Sprzedaję mieszkanie. Przeprowadzam się.”

I nagle wszystko układa się jak puzzle, które czekały tylko na ten moment.

Ewa odnalazła swoje miejsce.

Nie dlatego, że Kraków jest piękny — choć jest.

Nie dlatego, że ma widok na Wawel i kawiarnię tuż za rogiem.

Ale dlatego, że tu czekało na nią coś więcej niż nowe ściany.

Czekaliśmy my.

Wycieczka do Budapesztu TU

Wycieczka do Elbląga i nad Zalew Wiślany TU

2025-11-14 10 komentarzy
6 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Budapeszt

by Jolanta Strażyc 2025-10-30

Czerwiec 2010

Lotnisko w Krakowie. Piątka znajomych rusza w kilkudniową wyprawę do Budapesztu. Ja z aparatem na szyi, Majka z plecakiem pełnym koralików, „na wypadek, gdyby natchnienie przyszło w Budapeszcie”, Ewa ze szkicownikiem, Karol i Konrad – z laptopami, „bo może coś trzeba będzie poprawić w kodzie”.

Samolot startował o dziewiętnastej. Majka, jak zwykle, zasnęła przed oderwaniem kół od pasa, a Ewa próbowała narysować stewardesę, zanim ta zdążyła się zorientować. Ja dokumentowałam wszystko – od chmur po plastikowy kubeczek z sokiem.

W połowie lotu Majka się ocknęła i zapytała:

– A wiecie, że Budapeszt to właściwie trzy miasta w jednym?

– Serio? – zdziwił się Karol.

– Tak. Buda, Óbuda i Peszt połączyły się dopiero w XIX wieku – odpowiedziała z dumą. – Widziałam w przewodniku.

– To znaczy, że mamy do zwiedzenia nie jedno, tylko trzy miasta – mruknął Konrad. – Czuję, że będzie bolało.

Po przylocie wzięliśmy taksówkę i trafiliśmy do naszego hotelu, opisanego w Internecie jako „średniej klasy z klimatem”. Klimat rzeczywiście był – trochę jak w filmie z lat 80. Windy nie było, klucz ważył pół kilo, a pokoje miały widok na podwórko, gdzie ktoś wieszał pranie w rytm muzyki z radia. Ale kto by tam narzekał – w końcu to Budapeszt!

Zasnęliśmy szybko – zbyt zmęczeni, by zastanawiać się, czy w nocy zgaśnie światło (zgasło).

Poniedziałek – zderzenie z historią i kawą po węgiersku

Pierwszy poranek rozpoczął się od bohaterskiej próby odnalezienia śniadania. Konrad stwierdził, że „kawa po węgiersku” musi być mocna jak palinka – i miał rację. Po dwóch łykach byłam gotowa zwiedzić cały parlament i pół Pesztu.

Zaczęliśmy od Mostu Łańcuchowego. Karol próbował tłumaczyć, że to „symbol jedności”, ale bardziej jednoczyło nas to, że w połowie mostu Ewa przypomniała sobie, że ma lęk wysokości. Zdjęcie grupowe wyszło dzięki temu wyjątkowo dynamicznie – z Ewą przyczajoną za moimi plecami.

Tu po raz pierwszy poznaliśmy naszego przewodnika – Gábora, a właściwie Gabriela po polsku, który uśmiechnął się szeroko, mówiąc:

– Most Łańcuchowy to pierwszy most na Dunaju w granicach dawnych Węgier. Dzięki niemu Buda i Peszt połączyły się nie tylko mostem, ale i losem – stąd dziś Budapeszt. W 1950 roku do miasta przyłączono jeszcze 23 miejscowości. Dlatego dziś Budapeszt ma rozmach, ale wciąż widać jego dawne małomiasteczkowe serce.

– Ładne – przyznała Ewa. – Czy to pan wymyślił? – zażartowała.
– Nie, historia. Ja tylko ją lubię opowiadać – odpowiedział Gábor z uśmiechem.

Wieczorem, siedząc nad brzegiem Dunaju, śmialiśmy się z Ewy i jej „bohaterskiego uśmiechu”. W tle odbijały się światła parlamentu, a Gábor tłumaczył:
– Parlament to prawdziwa perła neogotyku. Zbudowano go na przełomie XIX i XX wieku. Ma siedemset pomieszczeń i jest trzecim co do wielkości parlamentem świata. Ma 96 metrów wysokości – tyle samo co bazylika św. Stefana. To symbol, że władza świecka i duchowa są sobie równe.

Patrzyłam wtedy na odbicie gmachu w rzece i pomyślałam, że nawet gdyby nic więcej nie zobaczyć, już warto było tu przylecieć.

Wtorek – Wzgórze Zamkowe

Tu bije historyczne serce Budapesztu. Wzgórze i Zamek Królewski należą do światowego dziedzictwa UNESCO. W zamku mieści się dziś Węgierska Galeria Narodowa i Muzeum Historii Budapesztu.

Plan był prosty: Wzgórze Zamkowe, Baszta Rybacka, Kościół św. Macieja. Plan prosty – do momentu, aż zaczęliśmy iść pod górę.

– To tylko 235 metrów! – powiedział Karol, patrząc w mapę.

– W pionie? – sapnęła przestraszona Ewa.

„Budapeszt najlepiej zwiedzać pieszo” – przypomniałam sobie słowa Gábora. – „Bo tylko wtedy naprawdę słychać jego rytm.”

Na szczycie widok był wart wszystkiego. Baszta Rybacka błyszczała w słońcu, a Majka stwierdziła, że jej następna kolekcja biżuterii będzie „w stylu neoromańskim”. Karol pozował jak św. Stefan – z poważną miną i ręką uniesioną ku niebu.

– Brakuje ci tylko korony – powiedziałam, robiąc zdjęcie.

– Korony z ryb – dodał Konrad. – W końcu Baszta Rybacka.

Gábor, który dołączył do nas przy Baszcie, opowiadał:

– Zbudowano ją z okazji tysiąclecia państwa węgierskiego. Te siedem wież symbolizuje siedmiu wodzów, którzy założyli Węgry. Stąd właśnie zaczęła się nasza państwowość. A widok na Peszt? Proszę spojrzeć – parlament, bazylika, mosty. Każdy inny, a razem tworzą harmonię.

Środa – metro, zgubiony bilet i węgierska elegancja

Majka upierała się, że musimy przejechać się żółtą linią metra, tą najstarszą w Europie. Wsiedliśmy pełni entuzjazmu – i wysiedliśmy po dwóch stacjach, bo Ewa zgubiła bilet. Konrad bohatersko wrócił, by go odnaleźć… i znalazł bilet, ale z Krakowa.

– Linia M1, zwana „żółtą” – mówił Gábor, gdy się z nim znowu spotkaliśmy – powstała w XIX wieku, pod Aleją Andrássyego. To pierwsze metro w kontynentalnej Europie i drugie najstarsze na świecie. W 2002 roku wpisano ją na listę UNESCO.

– No proszę, zgubiłam bilet w zabytku! – stwierdziła Ewa, puszczając oko do Gábora.

Po południu spacerowaliśmy Aleją Andrássyego – reprezentacyjną, szeroką, z pałacami i drzewami po obu stronach. Wystawy butików wyglądały jak scenografie do filmu o życiu w luksusie.

– Wejdźmy tu – powiedziała Majka, wskazując sklep z biżuterią.

– To nie sklep, to ambasada – ostrzegł Karol.

– Tym bardziej! – odparła z uśmiechem.

– Pod tą aleją właśnie jedzie nasze metro – wyjaśnił Gábor. – A na końcu czeka Plac Bohaterów i Park Miejski z zamkiem Vajdahunyad.

Wieczorem w małej kawiarni Ewa rozłożyła szkicownik i zaczęła rysować kelnera. Ten, zadowolony z zainteresowania, przyniósł nam deser „na koszt szefa”. Do dziś nie wiemy, co to było, ale wszyscy zgodnie twierdziliśmy, że pyszne.

Czwartek – termalne przygody

Dzień term. Wchodzimy do Széchenyiego, a tam – baseny, pary, starsi panowie grający w szachy po szyję w wodzie. Karol wyglądał, jakby się zgubił w filmie o sanatorium.

– To my też możemy tak siedzieć? – zapytał niepewnie.

– Możemy, ale z klasą – odpowiedziała Majka, po czym poślizgnęła się i wpadła z pluskiem do basenu.

Po godzinie wszyscy byliśmy rozluźnieni jak po trzech masażach. Ewa stwierdziła, że para nad wodą wygląda „malarsko” i zaczęła szkicować ludzi, którzy natychmiast przyjęli „naturalne” pozy.

Gábor, który pojawił się przy szachowym stoliku, powiedział:
– Budapeszt to największe miasto uzdrowiskowe w Europie. Mamy tu ponad sto źródeł termalnych i ponad trzydzieści łaźni. Rzymianie kąpali się tu dwa tysiące lat temu – a jak widać, tradycja trwa.

– I temperatura też – dodał Karol, wyciągając się w gorącej wodzie.

Wieczorem zjedliśmy gulasz, który Karol opisał jako „kulinarne doświadczenie graniczne”. Zgodnie z etykietą poprosiliśmy o coś mniej pikáns – dostaliśmy to samo, tylko w większej porcji.

Piątek – pożegnanie z Dunajem

Poranek był mglisty i cichy. W hotelu zgasło światło (pożegnanie z klasą!). Spakowani, zmęczeni, ale szczęśliwi, wsiedliśmy do taksówki.

Na lotnisku Majka zauważyła, że ma w torbie garść węgierskich forintów. – Zostawmy na następny raz – powiedziała. A ja pomyślałam, że to świetny pomysł. Bo choć widziałyśmy wszystko, co „trzeba zobaczyć”, to, co najfajniejsze, zdarzyło się między zdjęciem a łykiem kawy, między śmiechem a kolejnym zgubionym biletem.

Samolot wystartował, a ja patrzyłam przez okno na Dunaj, który połyskiwał w słońcu jak długi, srebrny łańcuch. Pomyślałam wtedy, że Budapeszt to nie tylko zabytki i historia, ale też nasze śmiechy, potknięcia i rozmowy, które wciąż słyszę w głowie, gdy przeglądam tamte zdjęcia.

I że najpiękniejsze wspomnienia robią się same – wystarczy dobra paczka znajomych i aparat fotograficzny, który zawsze jest pod ręką.

2025-10-30 11 komentarzy
17 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

Wspomnienia Pani Zofii

by Jolanta Strażyc 2025-10-20

Dziś wracam myślami do zabużańskiej miejscowości Równo TU – do domu praprababci Adeli, do dwóch synów, co poszli w różne strony życia, i do wachlarza, który potrafił uciszyć niejednego urzędnika. To opowieść o czułej pamięci, jaką pani Zofia Stelmach z Chełma zachowała o mojej rodzinie.

(…) Dziadek mój wspominał, że pani Adela miała wachlarz. A jak nim zatrzepotała, to nawet rosyjski urzędnik zapominał, po co przyszedł. Dobra pani z niej była. Ale miała z chłopakami, ho ho ho.

Starszy, Mieczysław, był mądry chłopak, ale jak to się mówi – nie na pole, tylko do papierów. W wieku 21 lat, gdy zbliżał się pobór do carskiego wojska, powiedział pani Adeli:

Matko, ja pójdę do pracy, do urzędu. Nie będę przecież z jakimiś Kałmukami po Syberii chodził.

I poszedł. Załatwił sobie posadę w akcyzie, urzędnikiem carskim został. Pani Adela mówiła: Wolałabym, żeby do ludzi, a nie do papierów. Ale z drugiej strony – wiedziała, że to mu uratowało skórę. Bo jak się nie miało pracy, to los się ciągnęło. I tu przechodzimy do drugiego.

Bronisław, to był domowy. Z tych, co do matki serce mają. Pomagał w gospodarstwie. Ale los to nie patrzy na serce, tylko ciągnie kogo popadnie. I pan Bronuś wyciągnął los. Do carskiego wojska poszedł. Na cztery lata, ale wrócił wcześniej (i mój dziadek Kostek poszedł wtedy razem z nim). Zabrali ich jesienią. Pani Adela płakała, ale powiedziała do pana Bronusia tylko jedno:

Ubierz się ciepło i nie daj się złamać.

Pan Bronuś wrócił po dwóch (a dziadek mój po czterech) latach, cały, ale inny był pan Bronuś. Mniej mówił, więcej patrzył. A jak raz usłyszał rosyjski na jarmarku, to odszedł, zanim zdążył kupić machorkę. Pan Mieczysław, potem pomagał panu Bronusiowi wrócić do siebie. Załatwił mu kawałek ziemi i kontakt z kim trzeba. Bo może i był urzędnikiem carskim, ale bratem był dobrym.

Jeden syn poszedł do ludzi, drugi został w domu, a matka, jak to matka, kochała obu jednakowo i piekła szarlotkę, kiedy wracali, żeby choć przez chwilę znowu byli chłopcami.

Synowie pisali do pani Adeli listy z dwóch światów. A te listy? O matko jedyna, one to były jak relikwie. Pani Adela chowała je pod poduszkę, a jak ktoś chciał tylko dotknąć, to mówiła: Tylko przez chusteczkę! Pan Mieczysław zawsze pisał jakby z urzędu, nawet do matki i zawsze podpis imieniem i nazwiskiem, jakby się bał, że mu list odbiją na rejestrze. A pan Bronisław to był dusza człowiek. Pisał, jak mówił: prosto z serca. I miał taki dobry charakter.

Ale wie Pani, co mnie wzrusza najbardziej? Że choć żyli w dwóch różnych światach – jeden za biurkiem, drugi w mundurze – to obaj zawsze myśleli o matce. I dlatego pani Adela co roku na święta piekła mazurki dla jednego i gotowała żurek dla drugiego, nawet jak byli daleko. A wachlarz kładła na stole, żeby porządek rodzinny był zachowany.

Tropem Adeli Wunderlich TU

Historia rodziny Wunderlich TU

2025-10-20 9 komentarzy
8 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

Tropem Adeli Wunderlich

by Jolanta Strażyc 2025-10-10

Rok 2010

Był jeden z tych wiosennych poranków, kiedy świat pachnie jeszcze nocnym chłodem, ale słońce już przymierza się do zapanowania nad dniem. Gałęzie drzew delikatnie dygotały w chłodnym powiewie, a na parapecie okiennym kot przeciągał się leniwie, jakby chciał powiedzieć: „Jeszcze pięć minut”.

W kuchni parzyła się kawa, kiedy drzwi otworzyły się z impetem.

– Dawno się nie zajmowałyśmy genealogią! – oznajmiła Majka, wpadając do mieszkania jak burza w rozkwicie.

Miała ten błysk w oku, który zwiastował jedno: nową zagadkę. Odruchowo sięgnęłam po kubek z kawą i podsunęłam jej drugi. Znałam ją zbyt dobrze, żeby nie wyczuć, że dziś nie przychodzi z byle czym.

– Widzę po twojej twarzy, że masz jakieś nowe wieści – powiedziałam z uśmiechem.

– A tak! – niemal krzyknęła, siadając na krześle z energią godną reportera śledczego. – Wczoraj na warsztat wrzuciłam Adelę Wunderlich. Bo wiesz – oprócz tego, że była żoną Ignacego Strażyca, dziedzica trzech wsi w powiecie lubomelskim i matką carskiego urzędnika, to… nic. Ciemna plama. Ale pół nocy grzebałam w sieci i… patrz!

Podała mi swój notes. Pismo miała drobne, ale pełne pasji, z podkreśleniami, strzałkami i wykrzyknikami.

– Marcin Medyński: „Rafała Leona Sucheckiego opis Kamiennej w latach 20. XIX w.” (…) potem odbywał praktykę w aptece u Wunderlicha w Lubomlu. (…).

Zmarszczyłam brwi.

– W Lubomlu…?

– No właśnie! – Majka aż podskoczyła. – W miasteczku powiatowym, w którym Ignacy miał swoje włości! To nie może być przypadek!

– To mamy ślad – powiedziałam, wciągnięta już całkowicie w ten trop.

– To nie wszystko, zobacz na drugiej stronie! – niemal krzyknęła z ekscytacją, przekręcając kartkę.

– Rafał Gerber, „Studenci Uniwersytetu Warszawskiego 1808-1831″: Wunderlich Henryk ur. ok. 1793, wydz. Lekarski, rodzice: Grudziądz.

– Z Grudziądza? – spojrzałam na nią pytająco.

– Tak! Wunderlich z Pomorza to w większości szlachta. A w innych regionach? Już niekoniecznie. Przecież właściciel trzech wsi nie wziąłby sobie za żonę chłopki.

– Przydałyby się metryki…

– Są w AGAD w Warszawie – przerwała mi z triumfem.

Spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.

– Jedziemy do Warszawy? – zapytałam.

– A później do Grudziądza! – odpowiedziała z szerokim uśmiechem.

Za oknem kwitły forsycje, złocąc poranek ciepłym blaskiem. Wszystko wskazywało na to, że wiosna będzie pełna przygód.

Warszawa: Trop w AGAD

Warszawski poranek powitał nas zapachem rozgrzanego asfaltu, świergotem miejskich wróbli i nieodłącznym szumem autobusów. AGAD – Archiwum Główne Akt Dawnych – wyglądało jak zawsze: dostojnie, cicho, z jakimś tajemniczym „coś” unoszącym się w powietrzu, jakby każda kartka w jego wnętrzu szeptała własną historię.

– Wiesz, że czuję się tu jak u ciotki, która trzyma w piwnicy skarb? – szepnęłam z uśmiechem, poprawiając torbę z laptopem i batonikami zbożowymi.

– Oby tylko nie wpadła na pomysł, żeby nas tam razem z nim zamknąć – mruknęła Majka z półuśmiechem i ruszyłyśmy do czytelni.

Poszukiwania nie były łatwe. Księgi pisane po rosyjsku, czasami jak kura pazurem, papier z XIX wieku o fakturze delikatnej jak opłatek, mikrofilmy, sygnatury – wszystko wymagało cierpliwości.

Ale wtedy… pojawił się on – ślad, którego się nie spodziewałyśmy, a jednocześnie dokładnie tego, czego szukałyśmy:

– Jan Henryk Wunderlich, szlachcic – aptekarz, żona Olimpia z Wyrzykowskich. Dzieci: synowie, córki… I jest – Adela Erazma, urodzona w Lubomlu.

– Erazma?! – syknęłam. – Ach te podwójne imiona w rodzinie…

– Czekaj, czekaj! – Majka niemal podskoczyła, gdy przewróciła kartę kolejnej księgi.

I wtedy to zobaczyłyśmy: akt ślubu.

– Ignacy Strażyc, dziedzic, lat 29. Adela Wunderlich, panna, lat 18. Ślub zawarty w… Lubomlu.

– Lubomlu! – powiedziałyśmy chórem, z takim przejęciem, że pan z sąsiedniego stołu spojrzał na nas spod okularów z wyrazem: „proszę nie zakłócać sacrum mikrofilmów”.

Majka szybko zanotowała sygnaturę, datę, imiona świadków. A ja… ja po prostu siedziałam chwilę w ciszy, czując jak wszystkie te nazwiska – z pozoru suche – nagle nabierają barw.

– To wszystko się złożyło jak puzzle – szepnęłam.

– I to jakie ładne puzzle! Dziedzic, córka szlachcica – aptekarza z Pomorza, miłość! – powiedziała z błyskiem w oku.

– I to wszystko w Lubomlu. – powtórzyłam jak zaklęcie.

Za oknem ktoś przejechał na rowerze, dzwonek zabrzmiał jak fanfara zwycięstwa. A my wiedziałyśmy jedno: to dopiero początek tej rodzinnej epopei.

Wspomnienia Pani Zofii o Adeli i jej synach TU

Historia rodziny Wunderlich TU

2025-10-10 10 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

W poszukiwaniu miejsca na ziemi

by Jolanta Strażyc 2025-09-30

Wiosenne słońce leniwie przeciągało się nad rozległymi równinami Żuław. Wiatr poruszał młode źdźbła traw, a na horyzoncie zarysowywały się ciemne sylwetki wierzb, rosnących wzdłuż wijących się kanałów melioracyjnych. Wśród tych krajobrazów, osiadła rodzina Wunderlich — nieliczni przedstawiciele niemieckiej szlachty, którzy w XVI wieku przybyli na Żuławy jako gutsbesitzerzy, właściciele majątków ziemskich.

Ich dom, wzniesiony w stylu muru pruskiego, otoczony starymi lipami, był znany w okolicy. W jego wnętrzu unosił się zapach miodu i suszonych ziół — charakterystyczny dla życia Jana Wunderlicha, syna ziemianina, który odchodząc od rodzinnej tradycji, ukończył studia medyczne, został aptekarzem i osiedlił się w Grudziądzu.

To właśnie tutaj, około roku 1793, przyszedł na świat jego syn, Jan Henryk Wunderlich.

Był pogodnym chłopcem, z bystrym spojrzeniem i zamiłowaniem do książek. Ojciec z dumą obserwował, jak chłopiec przesiaduje w aptece i przegląda zielniki albo słowniki łacińsko-niemieckie.

— Henryku, nie czytaj tyle przy lampie — upominała go czasem matka. — Oczy sobie popsujesz.

— Ale mamo, to tylko do końca tego rozdziału. Opisują tu właściwości korzenia arcydzięgla — odpowiadał chłopiec z entuzjazmem.

Ojciec śmiał się z boku, stojąc przy drewnianym stole, na którym właśnie ucierał miksturę z szałwii i kory wierzbowej.

— Niech czyta, Doroto. Może z niego będzie nie tylko aptekarz, ale i uczony. Kto wie, może kiedyś poprowadzi własną aptekę.

Gimnazjum w Grudziądzu, do którego Jan Henryk trafił jako nastolatek, otworzyło przed nim nowy świat. Miasto, pod panowaniem pruskim, tętniło życiem handlowym i wojskowym. W cieniu cytadeli i wzdłuż Wisły, pełnej barek i tratw, chłopak dorastał, chłonąc wiedzę i marząc o przyszłości większej niż Żuławy.

Po ukończeniu szkoły, bez wahania rozpoczął praktykę w aptece ojca. Pracował sumiennie, ucząc się od podstaw: od rozpoznawania ziół, przez odmierzanie proporcji, po kontakt z pacjentami.

— Pamiętaj, synu — mawiał ojciec — aptekarz nie tylko leczy lekarstwami. On też leczy rozmową. Musisz umieć słuchać.

Z biegiem lat Jan Henryk nabierał doświadczenia. Aż w końcu, wiosną roku 1817, z duszą pełną ambicji i sercem gotowym na nowe, pożegnał rodzinny Grudziądz.

Stał na progu domu, z niewielką walizą i starannie złożonym listem polecającym w kieszeni płaszcza. Matka go objęła, a ojciec podał mu rękę — mocno, z szacunkiem.

— Jedź, synu. Warszawa to inne życie. Ale nie zapomnij, skąd jesteś.

Jan Henryk skinął głową.

— Nie zapomnę, ojcze. Nigdy.

Z wiatrem w plecy i nadzieją w sercu ruszył do stolicy, nieświadomy jeszcze, jak bardzo ta podróż odmieni jego los.

Studia

Warszawa pachniała bzem i kurzem brukowanych ulic. Miasto tętniło życiem, mieszały się w nim języki, stroje i obyczaje, echo dawnej świetności i cichy szelest nadchodzących zmian. Ulice były gwarne, powozy mijały pieszych, gazeciarze nawoływali z rogów, a w kawiarniach dyskutowano o nauce, polityce i nowinkach z Paryża.

Jan Henryk zatrzymał się przed drzwiami apteki Henricha, mieszczącej się w parterowej kamienicy z okiennicami malowanymi na zielono. W dłoni trzymał list polecający od ojca. Przez chwilę wahał się, po czym nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Za kontuarem stał starannie ubrany aptekarz o lekko siwiejących skroniach. Przez chwilę przyglądał się młodzieńcowi.

— Czym mogę służyć?  — zapytał spokojnym, rzeczowym tonem.

Jan Henryk podszedł bliżej i podał mu list. Aptekarz rozłożył go i zaczął czytać. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

– A więc to pan jest synem Jana Wunderlicha… – rzekł po chwili. – Proszę usiąść. Porozmawiamy.

Apteka była przestronna i pachniała mieszaniną ziół, spirytusu oraz świeżo mielonych korzeni. Regały pełne były słoików z etykietami wypisanymi po łacinie. W powietrzu unosiła się cisza, przerywana jedynie cichym stukiem moździerza.

— Praca zaczyna się o szóstej rano. Prócz przygotowywania leków, będzie pan porządkował zioła, obsługiwał klientów i – mam nadzieję – uczył się czegoś więcej niż tylko receptur — powiedział Henrich, zerkając spod okularów.

Jan Henryk skinął głową z szacunkiem.

— To zaszczyt, mistrzu.

Zamieszkał w niewielkim pokoiku przy ulicy Chmielnej, na piętrze niewielkiej kamienicy. Z okna rozciągał się widok na dziedziniec, gdzie rosła stara czereśnia. Tam właśnie poznał swojego współlokatora – Kazimierza Wyrzykowskiego.

— Wunderlich? Brzmi niemiecko, ale mówi pan czystą polszczyzną — zauważył Kazimierz, podając mu dłoń.

— Pochodzę z Grudziądza. Ojciec mój jest aptekarzem, dziad także. A pan?

— Wyrzykowski. Z Podlasia, z majątku nad Bugiem. Studiuję prawo na Uniwersytecie. I modlę się, żeby zima nie była sroga – bo piec tu zieje chłodem — zaśmiał się szczerze.

Od tej pory stali się nie tylko współlokatorami, ale i przyjaciółmi. Wspólne kolacje, rozmowy o książkach i losach kraju, spacery po Ogrodzie Saskim i słuchanie koncertów w salonach sprawiały, że Warszawa zaczęła przypominać dom.

Na Uniwersytecie Warszawskim, Jan Henryk chłonął wiedzę z zakresu chemii, botaniki, anatomii i farmakognozji. Profesorowie byli surowi, a egzaminy — bezlitosne. Studenci farmacji stanowili zwartą grupę, wyróżniającą się białymi fartuchami i wiecznym zapachem terpentyny.

— Farmacja to nie tylko nauka o miksturach — mówił profesor Wroński — to odpowiedzialność za życie. Wasze decyzje będą miały wagę większą niż pieczęcie kancelarii!

Wieczorami Jan Henryk wracał do apteki Henricha, gdzie pomagał przy sporządzaniu preparatów, nalewek i maści. Pod okiem starszego farmaceuty nauczył się, jak z suszonych płatków róży robić łagodzącą miksturę dla niemowląt, a z kory chinowca — lek przeciw febrze.

Pewnej nocy, gdy kończyli pracę, Henrich podał mu niewielką buteleczkę z brązowego szkła.

— To pan zrobił. Nalewka z kozłka i rumianku. Doskonała. Proszę, na sen — powiedział z lekkim uśmiechem.

Jan Henryk poczuł się dumny. Mały gest, a jednak znaczył tak wiele.

W maju 1819 roku, dwa lata po rozpoczęciu nauki, Jan Henryk przystąpił do egzaminu końcowego. Odpowiadał płynnie, ręce miał lekko wilgotne, ale głos nie drżał. Kiedy wyszedł z sali, na schodach spotkał Kazimierza.

— I jak?

— Zdałem.

— No to teraz zostaje tylko jedno — westchnął Kazimierz. — Trzeba gdzieś znaleźć swoje miejsce.

Jan Henryk spojrzał przez okno na zachodzące słońce nad Warszawą.

— Może gdzieś na wschodzie. Gdzie niebo większe, a ludziom potrzeba lekarstw i rozmowy.

Kazimierz uśmiechnął się pod nosem.

— Zabiorę cię kiedyś na Polesie Wołyńskie. Tam niebo rzeczywiście ogromne. I jeziora jak lustra.

Jan Henryk nie wiedział jeszcze, że ta obietnica zmieni jego życie.

Miłość

Było lato, początek lat dwudziestych XIX wieku. Powietrze pachniało zbożem, miodem i słodką wonią kwitnących lip. Jan Henryk i Kazimierz, wolni na czas wakacji, wsiedli do powozu i wyruszyli na wschód – najpierw na Podlasie, do rodzinnego majątku Wyrzykowskich, a potem dalej, ku nieznanym krainom między Bugiem a Prypecią.

Dni mijały w rytmie końskich kopyt, nocy spędzanych w dworskich izbach i rozmów, które toczyły się przy herbacie z samowara lub kieliszku domowego wiśniaku.

— Aż trudno uwierzyć, że tu kończy się Rzeczpospolita, a zaczyna coś zupełnie innego — powiedział Jan Henryk pewnego dnia, patrząc na rozległe jezioro wśród lasów.

— To Polesie. Tutejsze jeziora mają w sobie coś baśniowego — odpowiedział Kazimierz. — Widzisz to? To Świteź. Szklane jezioro, lśniące pod światłem późnego popołudnia. Otoczone lasami, jakby świat je chronił przed zgiełkiem reszty ziemi.

Po tafli przesuwały się czółna z rybakami, a na brzegu, pod rozłożystym dębem, siedziały kobiety, przędząc len i śpiewając pieśni.

— Słyszysz ten śpiew? — zapytał Kazimierz. — To „Oj u luzi na Prypeci”… Moja babka śpiewała mi to przed snem.

Jan Henryk zamilkł. W powietrzu drgała wilgoć, zapachy ziół i ziemi. Czuł, że to miejsce zostanie z nim na zawsze.

W dworze Wyrzykowskich w Wólce Chrypskiej (dziś Rostań), zorganizowano dla gości letnie przyjęcie. Pachniały pieczone kaczki, słychać było śmiechy dzieci, a w salonie brzmiały dźwięki fortepianu.

Tam właśnie Jan Henryk ujrzał ją.

Stała przy oknie, w białej sukni z haftowanym pasem, z włosami zebranymi w warkocz. Miała w sobie prostotę i godność – nie tą salonową, wystudiowaną, ale prawdziwą, głęboką.

— Olimpia — powiedział Kazimierz cicho, zauważając spojrzenie przyjaciela. — Moja kuzynka. Przyjechała z matką na lato.

— Piękne imię — odpowiedział Jan Henryk. — Jak bogini z greckich poematów.

Kazimierz uśmiechnął się.

— Tylko uważaj, Janie. U nas na Polesiu, kto spojrzy na dziewczynę przy Świtezi, szybko się zakochuje.

Tak też się stało.

Ich rozmowy były najpierw nieśmiałe – o książkach, ziołach, jeziorach. Później o marzeniach, podróżach i miłości.

— A pan, panie Janie — zapytała któregoś dnia, gdy siedzieli pod starym dębem — wierzy w przeznaczenie?

— Nie wiem, czy to przeznaczenie, czy mądrość chwili. Ale wiem, że odkąd panią spotkałem, wszystko inne wydaje się mniej ważne.

Zaręczyny odbyły się w sierpniu 1823 roku, tuż po żniwach. W ogrodzie rozstawiono stoły, grała muzyka, a młoda para wpatrywała się w siebie tak, jakby świat przestał istnieć.

— Janie — powiedziała Olimpia, ściskając jego dłoń — czy myślisz, że w Warszawie będziemy szczęśliwi?

— Myślę, że gdziekolwiek będziesz ty, tam będę w domu.

Ślub zaplanowano po świętym Marcinie – 22 listopada. Zgodnie z obowiązkiem, spisano akt uszanowania, gdyż ojciec Jana Henryka już nie żył. Wesele było skromne, lecz pełne wzruszeń i życzliwych słów.

Pan młody miał trzydzieści lat. Panna młoda – dwadzieścia.

Ich pierwsze miesiące jako małżeństwa upłynęły w Warszawie, w rytmie nauki, pracy i coraz śmielszych planów na przyszłość.

Ale serca ciągnęły ich na wschód…

Dom i apteka

Zima 1824 roku była sroga. Mróz skrzypiał pod butami, a śnieg lśnił jak sproszkowane szkło. Gdy Jan Henryk i Olimpia zbliżali się saniami do Lubomla, koń wiózł ich przez śnieżne pola, między sosnami i nagimi sadami, nad którymi wisiała mlecznoszara mgła.

— To tutaj zaczniemy nasze nowe życie. — powiedziała Olimpia, patrząc z uśmiechem na kamienne domy otaczające rynek.

— Tak — odpowiedział Jan Henryk, obejmując ją. — Tutaj stworzymy coś własnego. Aptekę. Dom. Przyszłość.

Ich mieszkanie mieściło się tuż nad apteką – przytulne, z jasnym salonem, kuchnią pachnącą ziołami i dziecięcym pokoikiem, który wkrótce miał wypełnić się śmiechem. Meble przyjechały z Warszawy – solidne, proste, z ciemnego drewna. Na ścianach zawisły portrety rodzinne, nad kominkiem – ikona Matki Boskiej, a obok niej – obraz Świtezi, pamiątka z miejsca, gdzie narodziła się ich miłość.

Sama apteka była dumą Jana Henryka. Za kontuarem stały szklane słoiki z łacińskimi etykietami: Salvia, Valeriana, Mentha, Belladonna… W drewnianych szufladach – wysuszone korzenie, liście, kora. Był też kredens z miksturami, balsamami, nalewkami. Dawniej aptekarz przyuczony był nie tylko do przygotowywania lekarstw. Musiał również umieć udzielić chorym odpowiedniej porady medycznej i pomocy.

W 1825 roku przyszło na świat ich pierwsze dziecko — Władysław Jan Henryk. Rok później – Karol Mikołaj Jan. Potem córki: Józefa Róża i Adelia Augustyna Maria – ale ich życie przerwała choroba, Malwina Julia, Joanna Zofia, Adela Erazma i najmłodsza — Ludwika Konstancja.

Dom wypełnił się dziecięcym śmiechem i tupotem małych stóp.

Olimpia była matką oddaną i mądrą, potrafiła z czułością zarządzać domem i jednocześnie pomagać mężowi w aptece.

— Twoje mieszanki są coraz lepsze — powiedział Jan Henryk pewnego wieczoru, podając jej filiżankę ziołowej herbaty.

— Bo robię je z sercem — odpowiedziała z uśmiechem. — Jak wszystko dla ciebie.

W wolnych chwilach jeździli do Wyrzykowskich nad Jezioro Świteź. Przyjaźnili się z sąsiadami. Święta, chrzty, śluby i zgony były okazją do towarzyskich spotkań. Odwiedzali właścicieli okolicznych majątków – między innymi zaprzyjaźnioną rodzinę Strażyców z Równa, oddalonego o kilkanaście kilometrów od Lubomla.

— Franciszku, muszę ci przyznać, twoja wiśniówka wciąż nie ma sobie równych — żartował Jan Henryk, wznosząc kieliszek podczas świątecznego spotkania.

— Ale twoja nalewka z anyżku ratuje mi żołądek po każdej mojej — śmiał się Franciszek Strażyc.

Dni płynęły w rytmie natury i pracy. Apteka działała od świtu do zmierzchu, ale Jan Henryk nigdy nie odmówił nikomu pomocy. Czasem wstawał w nocy, gdy ktoś pukał do drzwi z dzieckiem na ręku albo kobietą w gorączce.

— Niech pan ratuje, panie aptekarzu. Bóg zapłać, że pan nie śpi.

A on nie spał. Bo czuł, że jego miejsce jest tu – pośród ludzi, ziół i zapisków w zeszytach receptur.

W letni wieczór 1840 roku, siedząc na ganku z Olimpią, patrzył na bawiące się dzieci.

— Pamiętasz, co ci powiedziałem, gdy jechaliśmy do Lubomla?

— Że stworzymy tu coś własnego?

— Tak. I myślę… że nam się udało.

Powaga życia

Lata czterdzieste XIX wieku. Dzieci Wunderlichów dorastały. Apteka wciąż działała pełną parą, a Jan Henryk stawał się coraz bardziej znaną postacią w Lubomlu i okolicach. Kobiety przynosiły mu kosze jaj lub miodu w podzięce, a chłopi z sąsiednich wsi przysięgali, że jego zioła mają moc większą niż modlitwa.

Wszystko miało rytm: poranki z pierwszymi klientami, popołudnia z rodziną, niedziele w kościele Świętej Trójcy i serdeczne spotkania z przyjaciółmi…

Olimpia często mawiała:

— Luboml to nie Warszawa, ale tu ludzie żyją spokojnie. I chyba szczęśliwiej.

Pewnego dnia, latem 1851 roku, Jan Henryk wracał z wizyty u chorego dziecka. Słońce stało już nisko nad polami, a powietrze drgało od ciepła i zapachu dojrzałego żyta. Czuł zmęczenie – to było inne zmęczenie niż zwykle, głębsze, jakby dochodziło z samych kości.

Wieczorem położył się wcześniej niż zwykle. Olimpia nalała mu ziół, zmierzyła czoło dłonią.

— Janie, nie masz gorączki, ale jesteś blady.

— To tylko zmęczenie, Olimpio. Może zbyt długo dzisiaj pracowałem.

Ale nie minęło wiele dni, gdy stan się pogorszył. Słabł. Ledwo schodził na dół do apteki, aż w końcu został w łóżku.

Przy jego łożu zgromadziła się rodzina. Najstarszy syn, Władysław, trzymał go za rękę, Karol przygotowywał miksturę z kozłka, a Olimpia trwała przy nim dzień i noc.

— Powiedz mi, Olimpio… — szepnął któregoś ranka — czy sądzisz, że dobrze przeżyłem to życie?

Jej oczy zaszkliły się łzami.

— Janie… dałeś ludziom zdrowie, dzieciom dom, mnie – miłość. Czego chcieć więcej?

8 sierpnia 1851 roku, nad ranem, Jan Henryk odszedł. W księdze parafii rzymskokatolickiej w Lubomlu zapisano:

Dnia ósmego sierpnia roku Pańskiego 1851, zmarł w wieku 61 lat szlachcic Jan Henryk Wunderlich, pozostawił żonę Olimpię z Wyrzykowskich, synów: Władysława i Karola oraz córki: Malwinę, Joannę, Adelę i Ludwikę.

Pogrzeb był wielki. Mieszkańcy Lubomla i okolicznych wiosek przybyli aby towarzyszyć Janowi Henrykowi w ostatniej drodze. W kościele Świętej Trójcy zabrzmiały dzwony, a przed ołtarzem zapłonęły świece.

Mowę pożegnalną wygłosił jego stary przyjaciel — Franciszek Strażyc z Równa:

— Jan Henryk Wunderlich nie był tylko aptekarzem. Był opiekunem naszych dzieci, powiernikiem naszych lęków, przyjacielem w chorobie i w zdrowiu. W jego domu było światło, w jego słowach – mądrość, a w jego oczach – wiara w dobro człowieka.

Na cmentarzu, wśród brzozowych krzyży i starych kamiennych nagrobków, stanął prosty pomnik z napisem:

JAN HENRYK WUNDERLICH,
aptekarz, mąż, ojciec, przyjaciel.
Żył mądrze, służył sercem.
1793 – 1851.

Olimpia długo nie mogła pogodzić się z jego odejściem. Siadywała wieczorami przy oknie, patrzyła na ogród i mówiła do synów:

— Wasz ojciec byłby dumny z tego, co razem zbudowaliśmy. Trzeba żyć dalej. Dla niego. Dla siebie. Dla sióstr.

Ostatnie lata w Lubomlu

Po śmierci Jana Henryka aptekę przejęli Władysław i Karol, dwaj bracia o łagodnych twarzach i oczach pełnych pokory. Obaj już wtedy nosili w sobie zarazki choroby, która w XIX wieku była wyrokiem – gruźlicy. Mimo to, z niegasnącym oddaniem obsługiwali klientów, ważyli mikstury i pilnowali porządku w aptekarskich księgach.

Ich matka, Olimpia, choć sama przytłoczona żałobą, nie pozwoliła sobie na bezczynność.

— Wasz ojciec mówił zawsze, że nie ma większej chwały, niż dobrze służyć ludziom — powtarzała, podwijając rękawy i pomagając synom w prowadzeniu apteki.

Wciąż przychodziły do niej kobiety z pytaniami, dzieci z drobnymi skaleczeniami, a sąsiedzi z potrzebą porady.

Władysław i Karol nie założyli rodzin. Byli świadomi swojej choroby, która raz po raz odbierała im oddech i siły. Ich dni były liczone, choć nie mówili o tym głośno.

Ale w życiu rodziny nie brakowało nadziei.

W styczniu 1855 roku, odbył się pierwszy ślub. Malwina Julia, najstarsza z żyjących córek, miała dwadzieścia dwa lata, kiedy wyszła za Edwarda Gilde, lekarza ze Lwowa.

Niedługo potem, w lipcu tego samego roku, Olimpia – matka, opiekunka, powierniczka – zmarła. Odeszła cicho, w wieku zaledwie pięćdziesięciu lat. Jej śmierć była ciosem, ale życie w rodzinie nie zatrzymało się.

Jesienią 1855 roku, mimo świeżej żałoby, odbyła się kolejna uroczystość. Tym razem dziewiętnastoletnia Joanna Zofia, wyszła za Wincentego Gerleckiego, lekarza z Zasławia. Ślub był cichy, pełen wzruszeń, skromniejszy niż zwykle, ale z pięknym błogosławieństwem od Karola.

— Mama byłaby dumna — powiedziała Joanna, ściskając dłoń starszego brata.

Karol tylko skinął głową. Jego twarz bielała z dnia na dzień, ale usta wciąż były pogodne.

W sierpniu 1856 roku w kościele Świętej Trójcy zabrzmiały znów dzwony – tym razem na ślub osiemnastoletniej Adeli Erazmy z Ignacym Strażycem, synem starego przyjaciela domu, Franciszka Strażyca z Równa.

Uroczystość była bardziej wystawna niż poprzednie. Kościół ozdobiono girlandami z ziół i dzikich kwiatów. Przed cudownym obrazem Matki Boskiej Lubomelskiej, Adela złożyła przysięgę. Wesele odbyło się w majątku w Równie – dworku otoczonym lipami, gdzie podawano pyszne potrawy i domowe nalewki, a orkiestra grała aż do świtu.

— Patrz, bracie — powiedział Władysław do Karola — ojciec i matka pewnie na to patrzą. I się cieszą.

Karol uśmiechnął się, patrząc na tańczącą siostrę.

— Trzy wydane… Jeszcze jedna została.

Ich najmłodsza siostra – Ludwika Konstancja, miała wtedy zaledwie szesnaście lat.

Cicha, łagodna, od najmłodszych lat chorowita – również nosiła w sobie zarazki choroby, która zbierała żniwo wśród młodych i dobrych. Zawsze mówiła o życiu zakonnym.

— Chciałabym do klasztoru, bracia — mówiła szeptem. — Ale chyba nie przyjmą mnie z tak słabym zdrowiem.

I rzeczywiście – nie przyjęto.

Ale Ludwika się nie poddała. Została świecką zakonnicą, pomagając w parafii, ucząc dzieci modlitwy, odwiedzając chorych.

— Życie to nie tylko wybór miejsca — mawiała. — Ale wybór serca.

Wszyscy troje zmarli młodo — gruźlica zabrała ich, nim zdążyli przekroczyć trzydziesty piąty rok życia. Jakby nad ich życiem ktoś postawił niewidzialną kreskę — w tym samym miejscu, w tym samym wieku.

Najpierw, zimą 1862 roku, odszedł Władysław, starszy z braci. Rok później — Karol, który do końca prowadził aptekę. Ludwika, najmłodsza z rodzeństwa, żyła jeszcze kilkanaście lat. Odeszła wiosną 1876 roku, tak jak oni — mając zaledwie trzydzieści pięć lat.

Echo pamięci

Pod koniec lat 70. XIX wieku apteka Wunderlichów przeszła w ręce nowego właściciela – Karola Rodziewicza, krewnego znanej pisarki Marii Rodziewiczówny. Był to moment, w którym w Lubomlu kończyła się historia ludzi, którzy na co dzień pomagali innym w chorobie.

Rodziewicz, również był świetnym aptekarzem i szybko zyskał uznanie mieszkańców miasteczka. Chociaż z wielką ostrożnością i szacunkiem wchodził w buty poprzedników, zauważył coś, czego nie dostrzegali ci, którzy nie znali historii Lubomla: apteka była sercem tej społeczności, miała swoje miejsce w pamięci ludzi.

I choć czas nieubłaganie płynął, a dom Wunderlichów zmienił właściciela, w sercach ludzi pozostał ten sam obraz: Jan Henryk Wunderlich, którego apteka była nie tylko punktem na mapie Lubomla, ale także miejscem spotkań, rozmów, gdzie niosło się pomoc, nie tylko w postaci lekarstw, ale także zwykłej, ludzkiej troski.

Podobno w młodym wieku Maria Rodziewiczówna bywała w Lubomlu, obserwowała ludzi, notowała różne wydarzenia, które później umieszczała w swoich powieściach. Czy spotkała kiedyś potomków Jana Henryka Wunderlicha? Może jego córkę Adelę – żonę Ignacego Strażyca z Równa? Możliwe. Jeden z bohaterów powieści Barbara Tryźnianka nosi nazwisko „Strażyc”.

Tropem Adeli Wunderlich TU

Wspomnienia Pani Zofii o Adeli Wunderlich TU

2025-09-30 8 komentarzy
8 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Nowa kolekcja biżuterii

by Jolanta Strażyc 2025-09-20

Jesienne światło, zapach suszonych liści i paleta barw, które wręcz domagały się zamknięcia w formie – tak powstawały nasze projekty biżuterii na sezon jesienno-zimowy 2009/10. Kolory? Nasycone jak wspomnienia: purpurowe wino, mech, espresso, chili. Projektowałam z myślą o kobiecie, która chce nosić kawałek jesieni przy sobie – nie smutnej, ale barwnej i nastrojowej.

Majka, z niesamowitym wyczuciem rękodzieła, przekładała moje szkice na rzeczywistość – jej palce znały te kolory lepiej niż niejeden pędzel. Potem brałam do rąk aparat – światło naturalne, tekstura skóry, cień liścia na dłoni modelki – i powstawały zdjęcia, które nie tyle dokumentowały, co oddychały tą samą energią co biżuteria.

Nasze prace trafiały do sklepu internetowego Majki, ale nie były to „produkty”. To były małe opowieści. Każda para kolczyków, każda bransoletka miała swój tytuł, często cytat, czasem dedykację.

To była kolekcja, którą nosiło się jak wspomnienie – ciepłe, kolorowe i osobiste.

Kolory, które grzeją duszę

W sezonie jesień – zima 2009/10 czuło się coś wyjątkowego. Kolory przychodziły same — purpurowe wino, kaszmirowa róża, zielony mech, brąz espresso… Jakby ktoś celowo stworzył paletę właśnie dla nas.

To był jeden z tych okresów, kiedy wszystko się układało. Ja projektowałam – siadałam z notatnikiem, filiżanką herbaty i głową pełną barw. Kolory zamieniały się w kształty. Każdy miał swój zapach, nastrój, dźwięk. Mech był miękki i cichy. Espresso miało rytm. Chili rozbrzmiewało jak śmiech w środku zimy.

Majka – od razu czuła, co chcę przekazać. Siadała w swojej pracowni i z materiałów, które czasem wyglądały jak nic, wyczarowywała coś z duszą. Kamienie, szkło, metal, sznurki – wszystko w jej rękach ożywało. Biżuteria, którą tworzyła, była dokładnie taka, jakiej chciałam – najpiękniejsza.

Gdy gotowe projekty leżały już na lnianym tle albo na kawałku drewna, wtedy wchodziłam ja z aparatem. Światło szeptało obrazy, których sama nie potrafiłam wypowiedzieć. Uchwycić cień na skórze, błysk szkła w porannym słońcu, albo jak cień liścia pada na bransoletkę – to był mój świat. Zdjęcia nie były czystą dokumentacją, były opowieścią. Zawsze chciałam, żeby kobieta patrząc na nie, czuła: to jest dla mnie.

Potem Majka wrzucała te cuda do swojego sklepu internetowego. Opisywałyśmy je wspólnie – każda rzecz miała swoją nazwę, często osobistą. Czasem pojawiały się tam nasze cytaty, drobne historie, jakby biżuteria miała swój mały pamiętnik.

To była kolekcja stworzona z ciepła, kolorów i przyjaźni. W sam raz na zimę.

Dni z mchem i chili w tle

Pamiętam jedno z tych październikowych popołudni, kiedy siedziałyśmy u Majki w pracowni, popijając kawę z kardamonem. Na stole – rozsypane kamienie, sznurki, karteczki z nazwami kolorów, szkice. W tle grał jazz, za oknem szarówka, a my – jak dwie czarownice z krainy artystycznej magii – zastanawiałyśmy się, czy cytrynowy kryształ lepiej gra z ametystem czy może z kawałkiem oksydowanej miedzi.

– A może zróbmy kolczyki, które wyglądają jak pierwszy łyk czerwonego wina po spacerze? – rzuciłam.

Majka tylko się uśmiechnęła, po czym wyciągnęła z pudełka coś, co wyglądało jak dokładnie ten moment. Jakby wiedziała, zanim jeszcze powiedziałam.

To była nasza wspólna magia. Nie trzeba było wielkich słów. Kolory, faktury i emocje mówiły za nas.

Później zrobiłam zdjęcia – nie na białym tle, jak „trzeba”, tylko na mchu, na porowatej desce, na skórze dłoni z pierścionkiem, który miał w sobie kroplę lasu i ciepło herbaty. Zdjęcia pachniały tą jesienią. I nasze klientki to czuły – pisały do nas wiadomości, że kolory naszyjników są dokładnie „jak ich jesień”. Że to nie ozdoba, tylko nastrój.

Naszyjnik, który pachniał zimą

Był taki jeden projekt, do którego wracam w pamięci wyjątkowo często. Naszyjnik z ametystów i lawendowego szkła, w odcieniach zimnej mgły i miękkiej chmurki. Zawieszka przypominała zaszroniony liść – Majka wymyśliła ją z przypadkowo znalezionego kawałka metalowej blaszki, którą ozdobiła delikatnym motywem roślinnym. Wyglądała jak coś znalezionego na dnie starej szkatułki w domu babci.

Kiedy go zobaczyłam, wiedziałam, że nie mogę go sfotografować „na sucho”. Zabrałam go do ogrodu, tuż po pierwszym przymrozku. Na trawie były srebrne kryształki lodu, światło miało ten idealny chłodny ton. Położyłam naszyjnik na starym drewnianym stołku i czekałam na słońce. W końcu wyszło – i odbiło się w ametystach tak, jakby w środku były krople deszczu.

To jedno ze zdjęć, z których byłam naprawdę dumna. Nie tylko dlatego, że było ładne. Ale dlatego, że czuło się zimę. Zimę z jej spokojem, z ciszą, z oddechem mroźnego poranka.

A potem… ten naszyjnik kupiła klientka z Norwegii. Napisała, że przypomina jej światło o 10 rano, kiedy wychodzi z domu i słońce odbija się w śniegu. I że będzie go nosić zawsze, gdy będzie jej brakować światła.

Kolczyki z dźwiękiem śniegu

Nie planowałyśmy ich. To miał być dzień przerwy. Pogoda – klasyczna listopadowa: ciemno, zimno, wilgotno. Majka zaparzyła herbatę z imbirem i cytryną, ja przyniosłam aparat, ale bez większego zapału. Myślałyśmy, że po prostu posiedzimy, pogadamy, może coś posortujemy.

I wtedy zobaczyłam je. Leżały wśród innych półproduktów – dwa nieregularne kamienie, trochę przezroczyste, jakby ktoś zamknął w nich kawałek mrozu. Obok cienkie, srebrzyste druciki, maleńkie koraliki w kolorze przybrudzonej bieli. I coś w tym zestawieniu zagrało. Coś bardzo cichego, ale nie do przeoczenia.

– A co, jeśli zrobiłybyśmy kolczyki, które brzmią jak pierwszy śnieg? – zapytałam półżartem.

Majka się uśmiechnęła i po chwili zaczęła je składać. Jej palce poruszały się szybko, sprawnie, zupełnie jakby już wcześniej je zrobiła – tylko czekały na ten dzień.

Efekt był niezwykły. Kolczyki wyglądały jak zrobione z ciszy. Białoszare, lekkie, z błyskiem srebra, który przypominał iskrzenie śniegu pod lampą. Kiedy się nimi poruszyło, wydawały niemal niesłyszalny dźwięk – jak szelest płatków na kurtce.

Zrobiłam im zdjęcia na tle szronu na parapecie. Ujęcia były proste, ale miały w sobie spokój, który trudno uchwycić. Nazwałyśmy je Pierwszy Śnieg. Rozeszły się w ciągu dwóch dni.

Później dostałyśmy wiadomość od dziewczyny, która je kupiła – że nosi je do ciepłego swetra i wraca w myślach do spacerów z dzieciństwa.

Biżuteria, światło i kot na stole

Była taka sesja, której nigdy nie zapomnę. Mimo że światło było idealne, biżuteria gotowa, a ja miałam w głowie całą koncepcję – wszystko poszło zupełnie… po kociemu.

Miałam kota. Czarny jak smoła, z bursztynowymi oczami. Nazywał się Bolek. W zasadzie był częścią naszego zespołu. Oceniał kolory z wyższością, siadał na materiałach do zdjęć i uwielbiał spać w pudełkach z koralikami. Miał też szczególny dar: pojawiał się zawsze, gdy nie był potrzebny.

Tamtego dnia rozłożyłam tło – lniany materiał w kolorze przygaszonego złota, do tego fragment kory drewna. Na nim kolczyki: Chili i Kawa – ciepłe czerwienie, brąz, kropla bursztynu. Idealne światło, idealna kompozycja. Ujęcie, które miałam już prawie w kadrze…

…i wtedy Bolek wszedł na stół. Wolno. Z dumą. I położył się dokładnie na środku tła. Na kolczykach.

Nie zareagowałam od razu. Było coś pięknego w tym, jak wyglądał – czarna sierść, bursztynowe oczy, biżuteria przy łapie. Wzięłam aparat i zrobiłam zdjęcie. Potem drugie. A potem jeszcze piętnaście.

I wiesz co? Jedno z tych ujęć trafiło do sklepu Majki. Z kotem w tle. Kolczyki Chili i Kawa miały swój własny entourage. Były najbardziej rozchwytywanym modelem z całej kolekcji.

Klientki pisały: Czy ten kot będzie w zestawie? albo Czy mogę zamówić wersję z sierścią? Majka zaczęła żartować, że Bolek powinien mieć prowizję.

Od tamtej pory Bolek był już „oficjalnym konsultantem artystycznym”. I tylko czasem pozwalał nam pracować bez siebie.

2025-09-20 7 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Czerwone Wierchy – wrześniowe światło w Tatrach

by Jolanta Strażyc 2025-09-10

Wrzesień, 2009

Tatry jesienią to zupełnie inna opowieść. Nie krzyczą zielenią ani nie tętnią życiem jak w czerwcu. We wrześniu cichną. Nabierają powagi. I każą się zatrzymać, chociaż na chwilę.

– To już nie jest czas zdobywania – powiedziała Ewa, gdy pakowaliśmy się w Krakowie. – To czas patrzenia.

Wyjechaliśmy rano, jak zwykle z Karolem za kierownicą. Auto sunęło znajomą trasą, radio cicho grało jazz, a rozmowa toczyła się leniwie – o pogodzie, o książkach, o tym, gdzie najlepiej zjeść po zejściu ze szlaku.

– Oscypki z żurawiną na Gubałówce. Koniec dyskusji – oznajmił Konrad, spoglądając w lusterko jakby w poszukiwaniu poparcia.

– Proszę cię… – westchnęła Ewa z przekąsem. – Może jeszcze bigos w kubku? Ja marzę o czymś estetycznym.

– Estetycznym, czyli czym? Jedzeniem z liścia?

Majka z tyłu wybuchnęła śmiechem.

– Byle nie z paproci, bo będziesz się domyślać smaku do grudnia.

Droga do Zakopanego minęła szybko. Plan był prosty: z Kir przez Dolinę Kościeliską na Ciemniak, potem Krzesanica, Małołączniak, Kopa Kondracka, i zejście przez Halę Kondratową.

Dolina przywitała nas zapachem świerków i lekką mgłą unoszącą się nad ścieżką. Poranek był chłodny, ale wciągaliśmy to powietrze jak najczystszą wodę.

– Wiesz, że jak się dobrze wpatrzeć, to te Wierchy faktycznie robią się czerwone? – zagaiła Majka, poprawiając czapkę robioną na drutach, która rzeczywiście wyglądała jak pamiątka z pracowni babci-artystki.

– To przez sit skucina. Roślina zmienia barwę jesienią – odparł Karol z tym swoim tonem człowieka, który naprawdę to wie.

– Sit skucina… – powtórzył Konrad. – I znowu zapomnę to za pięć minut. Dla mnie i tak wygląda to jakby ktoś polał góry malinowym winem.

Podejście na Ciemniak dało nam w kość. Dziewczyny szły z kijkami, równo i konsekwentnie. Chłopaki bez – choć pod koniec już z wyraźnym grymasem.

– Nie wiem, jak wy, ale ja czuję każdą kanapkę, którą zjadłem w sierpniu – jęknął Konrad, opierając się na głazie.

– To jedz mniej, a nie mów więcej – rzuciła Ewa i podała mu orzeszka z uśmiechem, który był mieszanką troski i lekkiej złośliwości.

Na grani zmieniło się wszystko. Świat zwolnił. Przestrzeń otwarła się bez ostrzeżenia. Tatry Zachodnie tonęły w świetle. Skały miały kolor stali, trawy rudziały, a niebo wydawało się tak blisko, że można było po nim głaskać chmury.

Przysiedliśmy na Krzesanicy. Przez długą chwilę nikt się nie odzywał. Po prostu siedzieliśmy.

– Cisza to najpiękniejszy dźwięk Tatr – powiedziała Ewa cicho. – I nie da się jej usłyszeć, jeśli sam w sobie jesteś zbyt głośny.

Zrobiliśmy zdjęcie grupowe – jedno z tych z samowyzwalacza, gdzie zawsze ktoś zdąży mrugnąć. A potem portrety – Majka z rozwianymi włosami, Konrad udający filozofa, Karol próbujący wyglądać poważnie (i nieudolnie), ja – z aparatem na szyi. Ewa stała na tle nieba, z zamkniętymi oczami, jakby słuchała wiatru.

Zejście było spokojne. Małołączniak, potem Kopa Kondracka – jakby góry nas już znały i tylko odprowadzały do drzwi. Słońce cofało się za grań, cień zaglądał w doliny, robiło się chłodniej.

Na Hali Kondratowej – herbata z cytryną, gorące kubki w zmarzniętych dłoniach, rozmowy szeptem, żeby nie zakłócać zmierzchu.

– To było… inne – powiedziała Majka. – Spokojne. Ale takie, że chce się to zatrzymać.

Wieczorem w Zakopanem znaleźliśmy mały lokal z pizzą i grzanym winem. Karol – jako kierowca – poprosił o wodę z cytryną, ale nie przestał się uśmiechać, słuchając, jak opowiadamy o rękawiczkach (to ja je zapomniałam), o zgubionej mapie (to Konrad), i o tym, kto zjadł prowiant jeszcze przed południem (wszyscy, tylko się nie przyznali).

Wrzesień 2009 zostawił w nas coś innego niż czerwiec. Nie euforię, lecz ciszę. Ukojenie. To złote światło, które oświetlało zbocza Czerwonych Wierchów, zdawało się wsiąknąć w nas – zostać na dłużej.

Nie potrzebowaliśmy już adrenaliny. Tylko obecności. Równych kroków. I świadomości, że w tym milczeniu jesteśmy razem.

I że jeszcze wrócimy.

2025-09-10 9 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Urlop na Roztoczu

by Jolanta Strażyc 2025-08-30

Był czerwiec 2009, połowa miesiąca – czas, w którym lato dopiero się zaczyna. Lubię właśnie ten moment – przed sezonem, kiedy wszystko jeszcze oddycha spokojem, a przyroda dopiero się rozkręca. Z Majką i Ewą z Elbląga spakowałyśmy plecaki, zabrałyśmy termos z kawą, kanapki i ruszyłyśmy w drogę – na Roztocze.

Naszą bazą był mały pensjonat w Krasnobrodzie – cichy, niedrogi, z dużą rozłożystą jabłonką, pod którą codziennie siadałyśmy z książką, winem i planem: odpoczywać, gdzie się da, chodzić, gdzie warto, i zjeść, co lokalne.

Krasnobród

Pierwszy dzień urlopu spędziłyśmy na spokojnym rozpoznaniu okolicy. Przespacerowałyśmy się do zalewu, gdzie kilkoro dzieci pluskało się w wodzie, a starsi wczasowicze leniwie opalali się na kocach. Woda w zalewie była chłodna, ale przejrzysta, a rzeka Wieprz szemrała spokojnie wśród trzcin i sitowia. W powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy i dzikiej mięty. 

– Zobacz, jak tu spokojnie. – powiedziała Majka, siadając na brzegu pomostu i zanurzając stopy w wodzie. – Ani hałasu, ani tłoku. Zupełnie jakbyśmy cofnęły się w czasie.

Potem weszłyśmy na wzgórze z kamieniołomem. Widok był wart każdego kroku – z baszty rozciągał się szeroki pejzaż na lasy Roztocza i taflę zalewu błyszczącą w słońcu jak rozlana rtęć. Wiatr pachniał żywicą i nagrzanym wapieniem.

Po południu zwiedziłyśmy zespół pałacowo-parkowy Leszczyńskich, gdzie dzieci spacerowały, trzymając się za ręce. Było w tym coś wzruszającego – stara architektura, kasztanowa aleja i głosy dzieci niosące się echem po dziedzińcu.

Wieczorem poszłyśmy do Kościoła Nawiedzenia NMP. Chłodne wnętrze, ciężkie organy i światło przechodzące przez kolorowe witraże stworzyły niesamowitą atmosferę. Po mszy usiadłyśmy przy „Kaplicy na Wodzie”, gdzie szemrał niewielki strumień. Ewa nabrała trochę wody do butelki.

– Podobno uzdrawia, – mruknęła z uśmiechem. – Nie zaszkodzi mieć przy sobie coś świętego.

Wieczorem siedziałyśmy na tarasie pensjonatu, owinięte w wełniane szale, popijając piwo z sokiem malinowym. Powietrze było ciepłe, ale już z lekką nutą wieczornego chłodu. Rozłożyłam mapę na stole, wygładzając zagięcia dłonią.

– Zobaczcie – zaczęłam. – Miejsca, które warto zobaczyć: Zwierzyniec z Kościołem na Wodzie, szumy nad Tanwią, koniki polskie w rezerwacie, Zamość – wiadomo. I coś bardziej osobistego… cerkiew w Szczebrzeszynie, gdzie księdzem dziekanem był mój praprapradziadek, Józef Lisowski. I jeszcze Topólcza – tam mieszkał z rodziną. Co wy na to?

Majka podeszła bliżej i nachyliła się nad mapą.

– Ty jesteś naszym przewodnikiem – powiedziała. – To zaczynamy od Szczebrzeszyna.

Cerkiew praprapradziadka

Z Krasnobrodu wyjechałyśmy rano, gdy mgła jeszcze tańczyła między polami, jakby nie wiedziała, że dzień już się zaczął. Droga do Szczebrzeszyna wiła się wśród pagórków, pól i lasów – wszędzie widoki jakby wymalowane ręką zapomnianego artysty.

– Jakie to piękne… – powiedziała Majka, wychylając się przez okno. – Jakby tu czas się zatrzymał.

– Albo przynajmniej zgubił zegarek – dodała Ewa, z nosem przyklejonym do szyby. – Czuję się, jakbyśmy były w środku pocztówki.

Szczebrzeszyn przywitał nas powolnym ruchem przechodniów i zapachem świeżego chleba z piekarni przy rynku. Cerkiew stała na uboczu, niemal schowana za drzewami – jakby wciąż niepewna, czy jej miejsce jeszcze tu jest. Milczałyśmy chwilę, patrząc w ciszy, aż w końcu powiedziałam cicho:

– Dziwne uczucie… Że ktoś z moich przodków tu żył, oddychał tym powietrzem, chodził tymi ścieżkami…

– Historia jest jak kurz na książkach – powiedziała Ewa, chowając przewodnik po Roztoczu do torebki. – Niewidoczna, dopóki nie dmuchniesz.

Do wnętrza cerkwi wprowadził nas starszy mężczyzna. Uśmiechnął się bez słowa i zaprosił gestem dłoni. W środku pachniało drewnem, woskiem i odrobiną kadzidła, jakby liturgia wciąż gdzieś tu była – ukryta w kątach, nie do końca gotowa odejść.

Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny w Szczebrzeszynie to najstarsza zachowana świątynia prawosławna w Polsce. Jej wnętrze zdobią polichromie z XVI i XVII wieku – wyblakłe, ale wciąż poruszające. Sceny Apokalipsy, kuszenie Chrystusa, postaci aniołów i świętych – wszystko jakby mówiło do nas innym językiem, ale prosto do serca.

Wpatrywałyśmy się w stare ikony, w kolory, które czas przygasił, ale nie zniszczył. Gdzieniegdzie złoto błyszczało jeszcze w świetle porannego słońca wpadającego przez wąskie okna.

– A tam można? – zapytała Ewa, wskazując na prezbiterium.

Mężczyzna potrząsnął głową.

– Tylko mężczyźni. Tradycja.

Zatrzymałyśmy się więc u progu, patrząc przed siebie, jakbyśmy przez tę niedostępność widziały jeszcze więcej. Może nawet tak miało być – żeby poczuć nie wszystko, ale coś głębszego. Tajemnicę.

– On naprawdę tu był… – szepnęłam. – Może tym kluczem otwierał drzwi? Może modlił się tak, jak my teraz milczymy.

Wyszłyśmy w ciszy. Każda z nas trochę bardziej zamyślona niż wcześniej. Czasem to nie widoki robią największe wrażenie, ale echo, które zostaje po nich w człowieku.

– Zazdroszczę ci tych wszystkich praprzodków – odezwała się cicho Majka. – I tego, że znasz ich historie. U mnie to wszystko się gdzieś urwało… nic się nie zachowało.

– Weźmiemy się kiedyś za twoją genealogię – uśmiechnęłam się.

– A ja pomogę – dorzuciła Ewa z entuzjazmem.

– Nic z tego nie będzie – westchnęła Majka. – Nie znam nawet miejscowości, z których moi pradziadkowie się wywodzą. Nie wiem, jak się za to zabrać… gdzie szukać, kogo pytać…

Na chwilę zapadła cisza, tylko wiatr poruszał liśćmi starych lip. Może właśnie tak zaczynają się poszukiwania – od rozmowy, od niedosytu, od pragnienia, by coś odzyskać.

Ze Szczebrzeszyna pojechałyśmy jeszcze do Topólczy. Ksiądz Józef Lisowski mieszkał tam niegdyś z żoną Marianną, na plebanii, gdzieś w pobliżu cerkwi. W Topólczy przyszły na świat ich dzieci, w tym syn Paweł – ojciec Leokadii Lisowskiej TU

Stara, drewniana cerkiew już nie istnieje, ale nowa, murowana, nadal stoi wtopiona w krajobraz. Obok niej zaczyna się wąwóz lessowy – wąski, porośnięty trawą i wysokimi paprociami, jak brama do innego świata.

U jego podnóża ciągnie się ścieżka, prowadząca na okoliczne pola i cmentarz. Ta droga, cicha i malownicza, bywa czasem ostatnią drogą tutejszych mieszkańców.

Szłyśmy przez wąwóz w milczeniu. Rzeczka szemrała cicho, jakby opowiadała coś bardzo starego i ważnego – ale tylko tym, którzy potrafią słuchać. Nad nią pochylały się drzewa, porośnięte mchem i pamięcią. To było prawdziwe Roztocze – piękne, surowe i ciche. Takie, które nie krzyczy, tylko zostaje w pamięci.

Zamość – dzień sztuki

Do Zamościa wyruszyłyśmy około dziesiątej. Pogoda była idealna: słońce, ale bez upału, lekki wiatr i czyste niebo. Miasto powitało nas tak, jakby wiedziało, że jesteśmy z tych, którzy potrafią patrzeć.

Ratusz z wachlarzowymi schodami górował nad rynkiem. Kamienice w pastelowych kolorach — każda inna, a razem olśniewające.

– To naprawdę perła renesansu — powiedziała Majka, robiąc zdjęcie z takim zaangażowaniem, jakby od tego zależała przyszłość rodzinnego albumu.

Zaczęłyśmy od kawy z widokiem na rynek i parasole. Obok nas usiadła grupa Niemców z przewodnikiem. Potem odwiedziłyśmy lokalną galerię sztuki — wystawa zaskoczyła nas nowoczesnością. Instalacje z metalu, obrazy w stylu ekspresjonizmu… Majka zatrzymała się przy rzeźbie przypominającej plątaninę wieszaków i zapytała:

– Co to ma być?

– Może dusza urzędnika po godzinach — zażartowałam.

Na obiad trafiłyśmy do restauracji na uboczu rynku. Menu regionalne, bez zbędnych udziwnień. Po posiłku zrobiłyśmy ostatnią rundkę po rynku i spacer pod mury twierdzy.

W sklepie z lokalnymi produktami kupiłyśmy miód fasolowy.
– Najlepszy na serce i na nerwy. I na sąsiadów — powiedziała sprzedawczyni, wkładając słoik do papierowej torby.

Wieczorem, już w Krasnobrodzie, rozsmarowałyśmy miód na kromkach chleba. Smak był delikatny, słodki, z lekkim ziołowym tłem. Niby fasola, a jednak nie do końca. Jak nasz urlop — niby zwyczajny, a jednak nie do opisania.

Wieczorem, na tarasie, milczałyśmy dłużej niż zwykle. Na niebie zapalały się gwiazdy jedna po drugiej — jakby ktoś włączał światło w pokojach nieba.

– Jak wrócimy, muszę to wszystko zapisać — powiedziała Ewa, z głową opartą o pień drzewa.

– Już zapisałaś. Tylko w sobie — odparłam.

Majka spojrzała na nas z uśmiechem:

– Pomyśleć, że wystarczyło przyjechać tu, żeby przypomnieć sobie, że życie nie musi być aż tak poważne.

Obok jabłonka szumiała coś cicho. Może potakiwała. Może słuchała.

Wykorzystać każdą chwilę

Kolejne dni mijały między wędrówkami a wieczornym siedzeniem na tarasie. Patrzyłyśmy, jak niebo zmienia barwy. Czasem mówiłyśmy dużo, czasem wcale — i to „nic” też było dobre.

Nad Tanwią słuchałyśmy „szumów” – miniaturowych progów rzecznych, które grały koncert tylko dla nas. Woda spływała kaskadami po kamieniach, tworząc biały, pienisty dywan.

– Tu mógłby się zaczynać jakiś film — powiedziała Ewa, wyciągając aparat.
– Albo kończyć — dodała Majka. — Szczęśliwe zakończenie z przyrodą w tle.

W Zwierzyńcu wąskie uliczki, wybrukowane kamieniem, prowadziły nas wśród kolorowych domów z czerwonymi dachami, których okiennice trzaskały lekko na wietrze.

Kościół na Wodzie wyglądał jak z baśni: biały, elegancki, odbijający się w tafli stawu, otoczony starymi wierzbami, których gałęzie leniwie muskają wodę. W powietrzu unosił się zapach lipy i świeżo skoszonej trawy, a wokół świergotały ptaki…

Przeszłyśmy się po parku, gdzie dzieci biegały z latawcami, a ich rodzice siedzieli na ławkach i wymieniali się opowieściami. Odwiedziłyśmy też browar – małą perełkę, gdzie właściciel z pasją opowiadał o tradycji piwowarskiej Roztocza. W urokliwej knajpce, zjadłyśmy obiad, który smakował jak dawniej – w rodzinnym domu, pachnącym ziołami i czasem spędzonym przy wspólnym stole.

Ostatniego dnia wybrałyśmy się do rezerwatu, gdzie żyją koniki polskie. Mgła unosiła się nad łąkami, a konie — spokojne — pasły się w oddali. Niektóre podchodziły bliżej, ciekawskie, z mokrymi chrapami i błyszczącymi oczami.

– To było dobre pięć dni — podsumowała Majka.

– Idealne wakacje bez presji — dodała Ewa. — Bez zegarka, bez Internetu, z przyjaciółkami.

Wracałyśmy do pensjonatu w milczeniu, zmęczone, ale szczęśliwe. Czekała tam na nas butelka wina i słoik miodu, który kupiłyśmy w Zamościu.

Roztocze zostało z nami na długo — nie tylko na zdjęciach i w pamięci, ale w zapachach poranka, w ciszy i w dotyku trawy na bosych stopach.
W tym, co się nie kończy, nawet kiedy urlop dawno minął.

2025-08-30 9 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

Tajemnica

by Jolanta Strażyc 2025-08-20

Rok 2008

Sierpniowy wieczór był ciepły i spokojny. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi, rozlewając złote światło po ścianach mojego pokoju. Gdzieś w oddali dzieciaki grały jeszcze w piłkę, słychać było ich śmiech i pokrzykiwania, ale tu, w moim mieszkaniu, panował spokój.

Siedziałam przy biurku, zanurzona w dokumentach genealogicznych, zaczytana w metrykach, aktach chrztu i pożółkłych notatkach. O tej porze dnia często siadałam do swojej „papierologii”, jak mawiała Majka – moja przyjaciółka od lat.

Drzwi otworzyły się bez pukania. To oczywiście Majka – jak zawsze wpadła bez zapowiedzi, w biegu, z jakimś świeżym zamieszaniem w oczach.

– Cześć! – zawołała radośnie. – Ależ dzień miałam! W sklepie kolejka jak za PRL-u, a potem… wyobraź sobie, pani Ania z trzeciego piętra zgubiła kota! Cała klatka go szukała. A okazało się, że zasnął w bębnie pralki! Prawie go wyprała, biedaka…

Zaśmiałam się, kręcąc głową.

– Tylko u was takie historie. Siadaj, zobacz, znowu grzebię w dokumentach, które dostałam od taty.

Majka usiadła na brzegu łóżka, popijając przyniesioną ze sobą butelkę lemoniady.

– Pamiętasz, w tym segregatorze są papiery dotyczące mojego dziadka Michała – powiedziałam, wskazując otwarty skoroszyt. – Jest wszystko, co dotyczy jego i jego przodków, ale… o jego matce nie ma prawie nic. Tylko imię i wiek w metryce urodzenia. A o ojcu – też niewiele. Zastanawiające, prawda?

Majka pochyliła się nad dokumentami.

– Hm… jakaś tajemnica, czy co? Musimy zrobić dochodzenie!

– Jeśli dochodzenie, to mamy tylko jeden dokument, w którym wymieniono rodziców Michała – powiedziałam, sięgając po kopię metryki chrztu z 1891 roku.

– Michał Strażyc, urodzony 29 maja 1891 w Krasnymstawie, syn Mieczysława lat 29, urzędnika Akcyzy i Leokadii Lisowskiej lat 18. Chrzestni: Michał Dworakowski lat 40, urzędnik Akcyzy i Antonina Lisowska – żona księdza.

– Żona księdza? – powtórzyła Majka ze zmarszczonym czołem. – To chyba jakiś wschodni obrządek. Prawosławny pewnie. Ale czekaj… Przecież w życiorysie z 1966 roku Michał napisał, że jego ojciec był stolarzem, a nie urzędnikiem.

– To były czasy PRL-u… – westchnęłam. – Raczej nie przyznawano się do tego, że ojciec był carskim urzędnikiem. W tamtych czasach tylko klasa robotnicza była mile widziana. Szlachta i klasa średnia – to byli „wrogowie ludu”.

– Czyli coś musiał ukrywać – przyznała Majka. – Może dla własnego bezpieczeństwa. Jeśli pracował jako nauczyciel, a później dyrektor szkoły, to przeszłość rodzinna mogła mu zaszkodzić.

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, tylko cykady za oknem grały swoją jednostajną wieczorną pieśń.

– Krasnystaw leży na Lubelszczyźnie – powiedziałam cicho. – Ciekawe, czy w lubelskim archiwum są jakieś dokumenty Akcyzy. Może teczki osobowe pracowników?

Majka już sięgała po telefon.

– To sprawdzimy teraz. W końcu od czego jest Internet!

Nazajutrz rano, gdy tylko archiwum otworzyło swoje linie telefoniczne, zadzwoniłyśmy. Rozmowa była rzeczowa, choć niezbyt owocna – potwierdzono jedynie, że dokumenty Akcyzy się zachowały. Między innymi – teczki osobowe.

Ale przez telefon nic więcej się nie dowiedziałyśmy.

Spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.

– Trzeba jechać do Lublina – powiedziała Majka. – Pakujemy się?

– Najpierw zaparzę kawę – odparłam z uśmiechem. – I zrobimy plan działania. Tajemnice same się nie odkryją.

Minął tydzień od tamtego sierpniowego wieczoru

Dokumenty leżały uporządkowane w teczce, notes z pytaniami gotowy, telefon do Archiwum w Lublinie zapisany w komórce. Majka przygotowała zapas kanapek i termos z herbatą, a ja… no cóż, odpaliłam mojego niezawodnego Renault 19 cupé  – granatowego jak wieczorne niebo i niemal równie romantycznego w prowadzeniu.

– Gotowa na przygodę? – zapytałam, wrzucając bieg z lekkim oporem, jakby samochód nie był do końca pewien, czy na pewno chce jechać.

– Jeśli dojedziemy do Sandomierza bez lawety, to uznam to za sukces – mruknęła Majka, poprawiając pas i przytrzymując termos między kolanami.

Kraków żegnał nas upałem, a klimatyzacja w moim Renault działała jak zawsze – czyli w trybie „otwórz okno”. Ale co tam! Miałyśmy przed sobą ponad 280 kilometrów drogi i całą masę historii do odkrycia.

Trasa przez Sandomierz była celowa – po pierwsze: piękne miasto, po drugie: pierogi u pani Zosi w Rynku, które Majka wspominała od zeszłego lata.

Oczywiście po drodze musiało się coś wydarzyć. W okolicach Połańca Renault postanowił zagrać z nami w grę „Zgadnij, co piszczy”. Majka, jak zwykle opanowana, zagrała rolę mechanika-psychologa:

– To pewnie pasek klinowy, on czasem lubi sobie pomarudzić. Albo duch dziadka Michała daje znaki.

Ale po kilku minutach pisk zniknął, jakby samochód sam doszedł do wniosku, że przesadza. Albo po prostu Sandomierz działał na niego kojąco.

W mieście zatrzymałyśmy się na krótki spacer – wąskie uliczki, czerwone dachy, widok na Wisłę… Dwie godziny później, ruszyłyśmy dalej – przez Kraśnik, który przywitał nas korkiem i zapachem rozgrzanego asfaltu.

– A może by tak zostawić to auto na parkingu i przejść się pieszo do Lublina? – zaproponowała Majka, gdy przez dziesięć minut nie ruszyłyśmy się nawet o metr.

– A potem wrócić po nie autobusem? Wolę korek – odparłam, stukając palcami w kierownicę w rytm muzyki z radia, które szumiało jak radio Wolna Europa.

W końcu dotarłyśmy do Lublina. Było późne popołudnie, słońce przesiadło się na zachodni horyzont, a moje Renault wydało z siebie ostatnie westchnienie, gdy wyłączyłam silnik pod blokiem mojej córki.

Na powitanie wybiegł Michałek – a raczej poturlał się jak to dwuletni brzdąc – z szerokim uśmiechem i łapkami wyciągniętymi do góry. Moja córka stała w drzwiach z nieco zaskoczonym wyrazem twarzy.

– Mamo? Myślałam, że przyjedziesz pociągiem… albo czymś nowszym.

– Renault to klasyk. Poza tym, nie zawiódł. Jeszcze.

Majka cmoknęła Michałka w czółko, po czym wypaliła:

– No, to teraz możemy zabrać się za szpiegowanie przeszłości. Czas ruszyć na trop carskiego urzędnika!

Wieczorem, przy kuchennym stole, planowałyśmy naszą wyprawę do Archiwum. Szykowałyśmy się na kolejne rozdziały rodzinnej tajemnicy.

Archiwum i tajemnice z teczki

Dzień był upalny, Lublin tętnił wakacyjnym rytmem… Wnętrze archiwum pachniało kurzem, starym papierem i czymś jeszcze – może ciszą, może przeszłością. Po wypełnieniu wniosków, sprawdzaniu danych i rozmowie z pomocną panią w okularach na sznurku, nadszedł ten moment: przyniesiono nam teczkę osobową Mieczysława Strażyca.

Wyglądała niepozornie. Gruba, lekko pożółkła, pachnąca historią. Otworzyłam ją powoli, niemal uroczyście.

I wtedy zaczęła się podróż wstecz.

Było tam ponad 40 dokumentów. Przeniosły nas do XIX wieku: pisma urzędowe, raporty służbowe, odręczne listy, świadectwa pracy… Wśród nich – prawdziwe skarby:

– Metryka urodzenia Mieczysława z 1861 roku, z miejscowości Wola Ostrowicka. Syn Ignacego Strażyca – dziedzica, właściciela wsi Równo, Wola Ostrowiecka i Piskorów, oraz Adeli Wunderlich.

– No proszę… – mruknęła Majka.

– Wunderlich… – przeczytałam z niedowierzaniem. – Jakie nazwisko! Jak u bohaterki z niemieckiej powieści.

Majka zachichotała, ale od razu spoważniałyśmy, bo kolejnym dokumentem był akt ślubu Mieczysława z Leokadią Lisowską.

W akcie zapisano jasno: ojcem Leokadii był Paweł Lisowski – ksiądz prawosławny, a jego żona, Antonina z Zańskich, była obecna przy ślubie. I wtedy złożyło się wszystko – chrzestna Michała, Antonina Lisowska, to właśnie ta sama Antonina – żona księdza.

– To dlatego Michał milczał o tym wszystkim w swoim życiorysie – powiedziała Majka. – Ojciec carski urzędnik, jeden dziadek – ksiądz prawosławny, babka – żona duchownego, a drugi dziadek – właściciel ziemski. W latach 60. takie pochodzenie to była prawdziwa kompromitacja.

Skinęłam głową. W PRL, w środku głębokiej komuny, trzeba było wpisać „stolarz” i przemilczeć wszystko inne. Szlachta, urzędnicy carscy, duchowieństwo? To mogło oznaczać jedno – utrudnienia w karierze, brak zaufania, a może i kłopoty.

– Michał to wszystko ukrył, by przeżyć – powiedziałam z namysłem. – Żeby móc pracować, wychowywać dzieci, prowadzić szkołę. A teraz… teraz my odkrywamy to, czego sam nie mógł powiedzieć.

Wyszłyśmy z archiwum oszołomione. Świat na zewnątrz wydawał się jakby mniej realny – samochody, gwar, trolejbusy, a w głowie – Ignacy Strażyc, Adela, Paweł Lisowski, Antonina…

Wieczorem siedziałyśmy na balkonie, popijając herbatę. Po mieszkaniu biegał mały Michałek, a moja córka opowiadała, jak uczy się nowych rzeczy i krzyczy „daj!” na wszystko. Życie płynęło dalej, ale my miałyśmy wrażenie, że właśnie zamknęłyśmy jeden rozdział – a może otworzyły następny.

– To co teraz? – spytała Majka.

– Teraz… szukamy dalej. Przecież każdy dziedzic i ksiądz ma jakąś historię, a każda panna też zostawiła jakiś ślad.

Wróciłyśmy z Lublina z teczką zeskanowanych dokumentów i głowami pełnymi historii, ale jedna postać nie dawała nam spokoju.

Leokadia – imię na marginesie

W metryce chrztu Michała miała zaledwie 18 lat. Młodziutka, niemal dziewczyna, kiedy urodziła syna. W akcie ślubu – jasno zapisano: córka Pawła Lisowskiego, księdza prawosławnego, i Antoniny z Zańskich.

To jedno zdanie uruchomiło we mnie lawinę pytań.

Kim była Leokadia? Czy miała rodzeństwo? Czy była wychowywana w duchu cerkwi, czy może przeciwnie – szukała dla siebie miejsca poza cieniem ojca–duchownego? Jak to się stało, że wyszła za mąż za Mieczysława, urzędnika Akcyzy, człowieka starszego o jedenaście lat, o zupełnie innym statusie społecznym?

Zaczęłam wertować dokumenty raz jeszcze, tym razem nie pod kątem Mieczysława, ale jej. Przeszukiwałam bazę metryk, szukałam śladów w spisach ludności, ale imię Leokadia pojawiało się rzadko, a nazwisko Lisowski – zbyt często. Bez imienia ojca – niewiele bym zdziałała.

Na razie wiedziałam tyle:

– Leokadia urodziła się około 1873 roku, najprawdopodobniej na terenach Lubelszczyzny lub Podlasia.

– Jej ojciec – Paweł Lisowski, ksiądz prawosławny – to już sporo. Tytuł „ksiądz” przy nazwisku to nie kapryśny dodatek. W tamtych czasach duchowni prawosławni nie mogli się przemieszczać bez zgody władz cerkiewnych. To oznaczało, że najpewniej służył w jednej z parafii wschodniego obrządku – może w Krasnymstawie, może w Szczebrzeszynie, może gdzieś na uboczu – w jakiejś drewnianej cerkwi na granicy etnicznych i religijnych światów.

Zaczęłam dopisywać możliwe wątki, jakby była bohaterką powieści.

Może Leokadia była najstarszą córką, tą odpowiedzialną, uległą, która nie miała wyboru – a może przeciwnie, była zbyt niezależna, zbyt „łacińska” jak na cerkiewne realia?

Może zakochała się w Mieczysławie wbrew woli rodziców, a może był to związek z rozsądku – młoda dziewczyna i starszy, ustabilizowany urzędnik? Może była wykształcona, znała rosyjski i polski, pisała ładnie pismem kancelaryjnym, a może przeciwnie – była cicha, schowana, pokorna?

– Przecież była żoną, matką, córką duchownego – powiedziałam któregoś wieczora do Majki. – A w dokumentach istnieje tylko w jednym zdaniu. Jakby jej nie było.

Majka podniosła wzrok znad kubka z herbatą.

– Bo kobiety wtedy istniały tylko jako „czyjaś” – córka, żona, matka. Nikt nie pytał o ich historię.

– To my zapytamy – odparłam cicho.

I wtedy coś mnie tknęło. Antonina z Zańskich, żona księdza, czyli babka Michała. Jeśli Zańscy to również rodzina stanu duchownego, a wszystko na to wskazuje – może tędy prowadzi kolejna nić?

Zapisałam sobie w notesie:

„Poszukać: Zańscy – parafie greckokatolickie i prawosławne – Krasnystaw, Chełm i okolice.”

Nie wiedziałam jeszcze, gdzie mnie to zaprowadzi, ale wiedziałam jedno: Leokadia zasługiwała na więcej niż tylko przypis w metryce. A jeśli ślady są zatarte – to nie znaczy, że jej nie było.

Gruba księga i dwie linie krwi

Nie spodziewałam się, że coś takiego znajdę w Archiwum. Stała na półce, oprawiona w ładną okładkę, gruba, ciężka, z literami jeszcze nie wytartymi od czasu. Chełmski Konsystorz Greckokatolicki – książka, którą można było kupić. Więc kupiłam. Dopiero kilka dni po powrocie z Lublina wzięłam ją do rąk. Nie przypuszczałam wtedy, że ta książka odmieni moje spojrzenie na historię rodziny.

W środku – surowy język administracyjny, rejestry, sprawozdania… Pomiędzy nimi – nazwiska, które znałam tylko z metryk. Ale teraz… nabierały głosu.

Paweł Lisowski – ksiądz prawosławny, którego znałam z metryki ślubu Leokadii i Mieczysława – okazał się synem księdza dziekana Józefa Lisowskiego, postaci wpływowej, dobrze znanej w strukturach cerkwi w połowie XIX wieku.

I nie tylko on…

Na kolejnych stronach – jakby historia specjalnie zostawiła mi wskazówkę – znalazłam Dymitra Zańskiego, także księdza dziekana, który okazał się ojcem Antoniny Zańskiej, żony Pawła i matki Leokadii. A więc Michał, mój dziadek, był potomkiem szlachty – od strony ojca urzędnika carskiego oraz duchowieństwa unickiego i prawosławnego od strony matki.

I właśnie Dymitr Zański, jak podawała książka, zginął za wiarę przy kasacie unii.

Zamarłam, czytając te słowa. Nie jako genealog, nie jako badacz, ale jako wnuczka kogoś, kto przez całe życie milczał o swoich korzeniach.

Kasata unii – to nie był tylko akt administracyjny. To był dramatyczny rozdział polskiej historii. Cerkiew unicka, przez wieki wiążąca duchowość wschodnią z katolicką, została brutalnie rozwiązana przez władze carskie. Duchownych unickich zmuszano do przejścia na prawosławie. Wielu odmówiło. Niektórzy zostali zesłani, inni – jak Dymitr – zapłacili życiem.

To nie była tylko historia – to była moja historia.

– Majka – powiedziałam później, pokazując jej stronę z odręczną notatką o śmierci Dymitra. – Mój praprapradziadek zginął za to, że nie chciał wyrzec się swojej religii. A jego córka była żoną prawosławnego księdza. A ich córka… Leokadia… wyszła za carskiego urzędnika. A ich syn – Michał – musiał to wszystko przemilczeć.

Majka wzięła książkę w ręce jak relikwię.

– To jest historia ziem wschodnich. Unici, prawosławni, katolicy, carscy urzędnicy, PRL… I ty – pośrodku tego wszystkiego.

Zrobiło się cicho. Z zewnątrz dochodził śmiech dzieci bawiących się na podwórku, gdzieś zadzwonił tramwaj. Ale ja byłam tam – w połowie XIX wieku, w wiejskiej cerkwi, gdzie ksiądz Dymitr stawał przed wyborem. W więzieniu, gdzie może konał. W duszy Leokadii, która być może całe życie próbowała pogodzić dziedzictwa dwóch światów.

I wtedy zrozumiałam – to nie była tylko historia rodzinna. To była opowieść o przetrwaniu. O milczeniu, które mówi więcej niż tysiąc słów. O tym, jak łatwo można zostać imieniem w metryce, a jak trudno odzyskać głos po pokoleniach.

Wybory sumienia. Dymitr Zański i Paweł Lisowski

W tamtych czasach, na wschodnich terenach Królestwa Polskiego, wiara nie była sprawą prywatną. Była aktem przynależności. Do Kościoła, do wspólnoty, do historii. I kiedy w 1875 roku car Aleksander II rozkazał zlikwidować cerkiew unicką, wszystko zaczęło się rozpadać – jak stare, wyschnięte drewno cerkiewnych ikonostasów.

W parafii Biszcza i w parafii Rostoka służyli wtedy dwaj duchowni, związani rodziną, ale oddzieleni decyzją, której nie dało się cofnąć.

Dymitr Zański – doświadczony ksiądz unicki, dziekan, wdowiec, ojciec dorosłych dzieci – stanął w obronie religii greckokatolickiej, której służył przez całe życie. Nie przeszedł na prawosławie. Wiedział, co go czeka. Nie miał złudzeń. Miał już swoje lata, swoją historię i swoje sumienie. Nie miał nic do stracenia – oprócz wiary.

W swoim ostatnim nabożeństwie wypowiedział słowa, które przetrwały w sercach parafian:

Zabrać możecie dach nad głową, zabrać możecie sutannę i księgi, ale wiary z duszy nie wyrwiecie.

Nie wszyscy jednak mogli sobie pozwolić na ten gest.

Jego zięć – Paweł Lisowski, mąż Antoniny z Zańskich, też był początkowo księdzem greckokatolickim. Ale życie nie dało mu wyboru łatwego ani czystego.

Miał żonę i trzy małe córki. Gdyby odmówił podporządkowania się dekretowi i nie przyjął prawosławia, czekało go więzienie lub zesłanie – a jego rodzina zostałaby bez środków do życia, bez dachu nad głową, być może na ulicy. Areszt dla niego mógł oznaczać śmierć dla nich.

Więc Paweł przeszedł na prawosławie.

Czy z przekonania, czy ze strachu? Tego nie wiemy. Ale na pewno z poczucia odpowiedzialności.

Antonina, jego żona – córka męczennika – musiała ten wybór przyjąć w milczeniu. Może rozumiała. Może się buntowała. Może właśnie z tego milczenia narodziło się całe późniejsze milczenie ich córki, Leokadii, a potem wnuka Michała.

To był dramat bez patosu. Cichy dramat codziennego przetrwania.

Dymitr poszedł drogą heroizmu – za wiarę, wierność, godność. Paweł poszedł drogą życia – za chlebem, bezpieczeństwem, rodziną. Obaj przegrali na swój sposób, obaj ocalili coś innego.

I w tym podzielonym świecie urodziła się Leokadia – córka prawosławnego księdza, wnuczka unickiego męczennika.

W jej oczach mogło być coś z obu tych historii. A jej syn – Michał, w głębokim PRL-u – zrobił to, co robili wszyscy: przemilczał. Zamienił historię rodziny na życiorys funkcjonalny. Z ojca szlachcica zrobił „stolarza”. Z cerkiewnych śladów – puste rubryki.

Nie ze wstydu. Z konieczności.

Ale teraz, po latach, wszystko wraca – przez nazwiska w księdze, przez litery odręcznie pisane, przez mój upór.

2025-08-20 9 komentarzy
9 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Frankfurt nad Menem

by Jolanta Strażyc 2025-08-10

Samolot wystartował punktualnie. Majka, jak zawsze, zasnęła przed oderwaniem kół od pasa. Ja robiłam zdjęcia chmurom, a Karol przeglądał przewodnik po Frankfurcie:

– A wiecie, że Frankfurt to taki niemiecki Manhattan? – Nazywają go „Mainhattan”, bo leży nad rzeką Men.

– To już wiem, jak się będziemy przedstawiać – mruknęła Majka, budząc się z półsnu. – Cześć, jesteśmy z Krakowa, a przylecieliśmy do Mainhattanu w celach artystyczno-rekreacyjnych.

– Brzmi drożej, niż wygląda – skomentował Konrad.

Lot trwał niecałe dwie godziny. Gdy wyszliśmy z samolotu, uderzyło nas niemieckie uporządkowanie. Wszystko działało: pociąg z lotniska ruszył punktualnie, a automat do biletów mówił po angielsku, niemiecku i – o dziwo – po polsku.

– Frankfurt wita nas w swoim stylu – stwierdziłam, gdy przez okno pociągu zobaczyliśmy pierwsze drapacze chmur błyszczące w popołudniowym słońcu.

Hotel znaleźliśmy niedaleko Hauptbahnhof(u) – „średniej klasy z klimatem”, jak to zwykle bywa. Klimat był – trochę jak z filmu z lat 80.: wykładzina pamiętała czasy euro przed euro, a klucz ważył prawie pół kilo. Ale z okna mieliśmy widok na lśniącą Main Tower.

– To nasz „Pegaz” – powiedziała Majka, patrząc na nią z zachwytem. – Tylko nie odlatuje, stoi i błyszczy.

– Pegaz ze szkła i stali – dopowiedział Konrad. – Idealny symbol Frankfurtu.

Po obiedzie ruszyliśmy na pierwszy spacer. Po drodze mijaliśmy szklane ściany biurowców, w których odbijały się stare kamieniczki i światła tramwajów.

Na placu przed dawną siedzibą Europejskiego Banku Centralnego stanęliśmy przed ogromnym, błękitnym znakiem euro.

– Patrzcie, symbol naszych codziennych wydatków – westchnął Karol.

– I marzeń – dodała Majka. – Bo żeby zwiedzać świat, najpierw trzeba coś zarobić.

– A żeby zarobić, trzeba pracować – uśmiechnął się Karol. – Ale najpierw kawa.

I tak wylądowaliśmy w małej kawiarni przy Kaiserstraße, z widokiem na drapacze chmur i przemykające tramwaje.

Kawa była mocna i aromatyczna – jak całe miasto.

– To nie Kraków – powiedziała Majka, patrząc przez okno. – Tam historia pachnie obwarzankami. Tutaj pachnie… stalą i espresso.

– Ale też dobrze – odpowiedziałam. – Zobaczysz, jutro znajdziemy coś, co połączy jedno i drugie.

Wróciliśmy do hotelu zmęczeni, ale szczęśliwi. Zasnęliśmy przy dźwięku miasta – gdzieś w oddali słychać było pociąg, a za oknem błyszczały światła Main Tower.

Poniedziałek – Stare Miasto i kawa z widokiem na wieżowce

Pierwszy poranek we Frankfurcie. Za oknem słońce wspinało się po szklanych ścianach wieżowców, a w powietrzu unosił się zapach świeżych bułek i porannego ruchu. Zeszliśmy do hotelowej jadalni, gdzie wszystko działało jak w zegarku: jajka były idealnie ugotowane, kawa mocna, a obsługa uśmiechnięta tak, jakby każdy poniedziałek był ich ulubionym dniem tygodnia.

– Tu nawet masło jest równo ułożone – zauważył Konrad, patrząc z podziwem na bufet.

– Niemiecki porządek w praktyce – mruknął Karol, nalewając sobie soku.

Po śniadaniu ruszyliśmy w stronę Römerberg(u) – serca starego Frankfurtu. Droga prowadziła między nowoczesnymi biurowcami, aż nagle… jakby ktoś przeniósł nas w inny świat. Przed nami wyrósł plac otoczony kamienicami z muru pruskiego, z kolorowymi frontami i spiczastymi dachami. Balkoniki tonęły w kwiatach, a w tle majaczyły błyszczące wieże Commerzbank(u).

– To jest właśnie Frankfurt – powiedział Karol, zatrzymując się. – Średniowiecze i XXI wiek w jednym kadrze.

– I jeszcze tysiące turystów – dodał Konrad, rozglądając się po tłumie z aparatami.

– Nie narzekaj – odparłam. – Przynajmniej nie muszę się tłumaczyć, czemu fotografuję każdą doniczkę.

Zatrzymaliśmy się przy Fontannie Sprawiedliwości (Gerechtigkeitsbrunnen). Z zachwytem oglądaliśmy figurę bogini Justitii.

– Zobaczcie, ona nie ma opaski na oczach! – zauważyłam. – Wreszcie ktoś pozwolił sprawiedliwości widzieć, co się dzieje.

– To dlatego, że jesteśmy w Niemczech – zażartował Karol. – Tu wszystko musi być dokładnie sprawdzone, a sprawiedliwość ma patrzeć prosto w oczy.

– Tak powinno być. Niestety, sprawiedliwość często ma zamknięte oczy i zatyczki w uszach – dorzucił Konrad, rozśmieszając wszystkich.

Nieopodal rozbrzmiały dzwony z kościoła św. Mikołaja. Była dokładnie 12:05 – tak, jak w przewodniku: codziennie o 9:05, 12:05 i 17:05 dzwonią 35 dzwonów.

Zatrzymaliśmy się na chwilę, słuchając melodii, która niosła się nad placem.

– To brzmi jak intro do jakiegoś filmu – szepnęła Majka. – Może powinniśmy zrobić film o naszych podróżach?

– Już widzę tytuł – powiedział Konrad. – Zgubiony bilet, odnalezione wspomnienia.

Śmialiśmy się tak, że kilku turystów spojrzało na nas z ciekawością.

Przy ratuszu Römer, jednym z najstarszych w Niemczech, poznaliśmy naszego przewodnika – Thomasa.

Wysoki, siwiejący Niemiec z brodą i błyskiem humoru w oku.

– Dzień dobry, witam w moim mieście – powiedział płynną polszczyzną. – Moja mama była z Wrocławia, więc jeśli coś źle powiem, proszę nie śmiać się za głośno.

– Obiecujemy – odparłam, a po chwili dodałam: – Ale nie gwarantujemy.

Thomas miał dar opowiadania.

– Römer to serce Frankfurtu od XV wieku – mówił. – Tutaj koronowano cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, tutaj bije duch miasta. Po wojnie wszystko zniszczono, ale odbudowaliśmy z dumą, cegła po cegle. Widzicie? – wskazał na ratusz. – To historia, która nie poddała się ruinie.

– Jak my po weekendzie – mruknął Konrad.

Po zwiedzaniu usiedliśmy w kawiarni przy samym placu. Kawa smakowała nieco inaczej niż w Krakowie – była mocna, gęsta i podana z niemal wojskową precyzją.

– U nich nawet pianka stoi na baczność – zauważył Karol.

Z kawiarni widać było panoramę miasta – spomiędzy starych dachów wyrastały szklane wieżowce: Commerzbank Tower, Messeturm, Tower185.

– Wygląda jak rozmowa przeszłości z przyszłością – powiedziałam, robiąc zdjęcie.

– I my jesteśmy gdzieś pośrodku – dodała Majka. – Tacy pół retro, pół nowoczesność.

W drodze powrotnej Thomas zatrzymał nas przy ogromnej rzeźbie – Hammering Man. Czarny, stalowy człowiek z poruszającym się ramieniem, który nieustannie „pracował” przed Messeturm.

– To symbol wszystkich, którzy pracują – wyjaśnił Thomas. – Artysta, Jonathan Borofsky, zrobił takie rzeźby w kilku miastach świata.

– Czyli także nas – powiedział Karol. – My też codziennie stukamy w klawiatury.

– Idealny symbol współczesnego Frankfurdu – dodał Konrad. – I naszego życia w IT.

Zachodzące słońce odbijało się w rzece Men, a niebo różowiało nad dachami.

– Wiesz, co? – powiedziała Majka. – Chyba wiem, jak nazwę nową kolekcję.

– Jak? – spytałam.

– „Mainhattan Lights”.

– Brzmi jak tytuł wystawy – odparłam. – I jak obietnica, że jeszcze tu wrócimy.

W hotelu długo przeglądaliśmy zdjęcia. Na jednym Thomas opowiada coś z zapałem, na innym Majka śmieje się tak, że ledwo trzyma kawę. Karol i Konrad na zdjęciu robią miny, które same mówią: „Patrzcie na nas!”, a ja też daję się ponieść chwili radości. A w tle – Frankfurt: miasto kontrastów, w którym każdy kadr ma swoją historię.

Wtorek – Main Tower, Commerzbank i spacer nad Menem

Poranek zaczął się od śmiechu. Majka, stojąc przy lustrze, poprawiała włosy i zapytała:

– A jak myślicie, czy w tych wieżowcach ludzie też tak długo wybierają, co na siebie włożyć do pracy?

– Nie – odpowiedział Konrad. – Oni mają dress code zapisany w systemie. Jak nie założysz garnituru, drzwi się nie otwierają.

– I kawa się nie parzy – dodał Karol, dopinając plecak. – Automat rozpoznaje poziom formalności po kolorze koszuli.

Po śniadaniu byliśmy już w drodze do Main Tower – czwartego co do wielkości budynku w Niemczech i jedynego z publicznym tarasem widokowym.

Winda ruszyła z prędkością, przy której nasze uszy same się przytkały, a Karol zbladł lekko, udając, że podziwia panel z przyciskami.

– Zawsze chciałem pracować w miejscu, gdzie winda ma własne tempo życia – mruknął.

– Spokojnie, zaraz będziemy na górze – pocieszył go Konrad. – I wtedy już tylko 200 metrów w dół pod nami.

– Dziękuję, teraz czuję się lepiej – odparł z przekąsem.

Na tarasie widokowym zaparło nam dech. Frankfurt rozciągał się pod nami jak misterny model z klocków: rzeka Men połyskiwała w słońcu, mosty wyglądały jak linie narysowane cienkim piórkiem, a szklane wieżowce błyszczały jak kolczyki w świetle dnia.

– Spójrzcie – powiedziałam, kierując obiektyw w stronę południa. – Tam Messeturm, ten „ołówek”.
– A tam Commerzbank Tower – dodał Thomas, który dołączył do nas przy wejściu. – 300 metrów wysokości, projekt Normana Fostera. Najwyższy w Unii Europejskiej. I ekologiczny – ma w środku ogrody.

– Ogrody? – zdziwiła się Majka. – Czyli w pracy mogą podlewać kwiatki między spotkaniami?

– Dokładnie tak – uśmiechnął się Thomas. – W Niemczech nawet powietrze jest zaplanowane.

Zrobiliśmy dziesiątki zdjęć: aparatem, telefonem, Karol z drona (którego teoretycznie nie miał prawa wnieść). A wszystko „na wysokości marzeń”.

– Patrz, jakie światło! – zawołałam. – Zrobimy kolekcję biżuterii inspirowaną szkłem i stalą.

– To będzie hit – powiedziała Majka. – Nazwiemy ją „Skyline”.

Po zejściu z Main Tower przeszliśmy w stronę Commerzbank Tower i Messeturm. Miasto dudniło rytmem biur, rozmów telefonicznych i stukotu butów na granicie. A jednak, między stalą i szkłem, co chwilę pojawiały się drzewa, małe kawiarenki i fontanny.

– Frankfurt to takie miasto, które wstaje o szóstej, ale potrafi się uśmiechać – zauważyła Majka.

Potem ruszyliśmy w stronę rzeki. Nad Menem wiatr był łagodny, woda odbijała błękit nieba i światła mostów. Po drugiej stronie widać było zarysy starych kościołów i domów.

– Niby Europa, a jednak inna – powiedziałam, robiąc zdjęcie. – Tu nowoczesność nie przykrywa historii, tylko ją podświetla.

– Dobrze powiedziane – stwierdził Thomas. – Frankfurt to miasto kontrastów. Zniszczony w wojnie, a dziś błyszczy.

Usiedliśmy w małej kawiarni nad rzeką. Thomas zamówił apfelwein – lokalne wino jabłkowe.

– Spróbujcie – powiedział. – Frankfurt bez apfelwein to jak Kraków bez obwarzanka.

Smakowało orzeźwiająco, lekko cierpko.

– Idealne na dzień pełen szkła i wysokości – stwierdziła Majka. – I do rozmów o życiu.

– I o tym, że czasem warto spojrzeć z góry, żeby docenić to, co pod nogami – dodałam.

Wieczorem wracaliśmy spacerem wzdłuż Menu. Miasto lśniło tysiącem świateł. W oddali błyszczała iglica Main Tower, a w wodzie odbijały się refleksy mostów. Zatrzymałam się na chwilę i zrobiłam ostatnie zdjęcie dnia – Majka z rozwianą fryzurą, Karol i Konrad śmiejący się z czegoś, Thomas tłumaczący coś z pasją.

Środa – Stara Opera, Japan Center i niemiecki porządek w praktyce

Poranek zaczął się spokojnie, co w naszym przypadku zawsze znaczyło, że zaraz wydarzy się coś nieplanowanego. Majka wstała pierwsza i zaparzyła kawę w hotelowym ekspresie, który wyglądał jak miniaturowa wersja statku kosmicznego.

– Nie wiem, co wcisnęłam – powiedziała, podając nam filiżanki. – Ale pachnie jak energia w płynie.

– W takim razie wypijmy zanim zacznie parować dymem – zażartował Konrad, ziewając.

Plan na dzień był ambitny: Stara Opera, potem spacer Aleją Bockenheimer Landstraße w stronę Japan Center, a na koniec – trochę „sztuki współczesnej” w postaci niemieckiego porządku.

Thomas czekał na nas punktualnie o 10:00.

– Dzień dobry! – przywitał się. – Dzisiaj mniej wysokości, więcej muzyki i kultury.

– Czyli szpilki, nie buty trekkingowe? – spytała Majka.

– Tylko jeśli chcesz konkurować z Pegazem – odparł z uśmiechem.

Stara Opera (Alte Oper) wyglądała jak sen architekta z XIX wieku – elegancka, neorenesansowa, z rzeźbami, kolumnami i Pegazem na dachu.

– To właśnie on – powiedział Thomas, wskazując na konia z rozpostartymi skrzydłami. – Symbol sztuki, która unosi człowieka ponad codzienność.

– Czyli coś jak kawa – mruknął Karol. – Tylko tańsze bilety.

Zatrzymaliśmy się przy fontannie przed Operą.

Majka rozłożyła szkicownik.

– Ten Pegaz jest cudowny – westchnęła. – Może zrobię wisiorek w jego kształcie.

– Zrób całą kolekcję – zachęciłam. – „Opera Collection”.

– Ja dorzucę nazwę w języku HTML – wtrącił Konrad. – „<pegaz class=‘artystyczny’>”.

Śmialiśmy się tak głośno, że grupa starszych turystów spojrzała na nas z lekkim oburzeniem.

Thomas tylko się uśmiechnął. – Widzę, że sztuka was poruszyła.

Obok Opery uliczny artysta grał na skrzypcach. Ten moment był magiczny – dźwięki skrzypiec mieszały się z szumem ulicy, a słońce odbijało się w złotych literach nad wejściem: „Dem Wahren, Schönen, Guten” – „Prawdziwemu, Pięknemu, Dobremu”.

– Ładne motto – powiedziałam cicho.

– I aktualne – dodał Karol. 

Z Opery ruszyliśmy dalej, mijając eleganckie biurowce. Po chwili przed nami wyrósł Japan Center – budynek o surowych, geometrycznych kształtach.

– Zbudowany według wymiarów japońskiej maty tatami – tłumaczył Thomas. – Wszystko tu jest wymierzone w proporcjach 90 na 180 centymetrów.

– Niemiecka precyzja spotyka japońską harmonię – powiedział Konrad. – To musi być najbardziej uporządkowane miejsce na świecie.

– Dopóki nie wejdziemy – dodał Karol z uśmiechem.

Po południu znaleźliśmy małą kawiarnię obok Goetheplatz. Drewniane stoliki, jazz w tle, zapach świeżego ciasta. Kelnerka z akcentem zdradzającym pochodzenie zza Odry uśmiechnęła się, słysząc nasz język.

– Polacy? – zapytała. – Mój tata też z Polski!

Zamówiliśmy espresso i apfelstrudel. Majka wyjęła z torby koraliki i zaczęła coś nawlekać, Thomas poprawiał notatki, a Karol z Konradem wdali się w dyskusję:

– Widzisz, co się dzieje? – powiedział Karol, rozglądając się. – W tym mieście nawet my zaczynamy działać systematycznie.

– Nie przesadzaj – odparła Majka. – Jak tylko skończę ten naszyjnik, chaos wróci do normy.

Wieczorem, gdy wróciliśmy do hotelu,  patrzyłam na panoramę miasta z naszego okna: na szklane wieże, które świeciły jak latarnie, a pod nimi płynął równy rytm miasta: tramwaje, ludzie, rozmowy, dźwięk kroków na bruku...

Czwartek – Spacer nad Menem i rejs po „Mainhattanie”

Poranek przywitał nas słońcem i zapachem świeżych bułeczek w hotelowej jadalni.

– To chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie croissanty leżą w równych odstępach – mruknął Karol, robiąc zdjęcie.

– Daj spokój, to sztuka użytkowa – odparł Konrad, smarując masłem bagietkę z dokładnością godną architekta.

Thomas czekał na nas przed wejściem, elegancki jak zawsze, z małą mapką w dłoni.

– Dzisiaj spokojnie – powiedział. – Rzeka, mosty i trochę sztuki. Bez drapaczy chmur, ale z dużą ilością światła.

Nadbrzeże Menu okazało się jednym z tych miejsc, gdzie nowoczesność spotyka oddech historii. Po jednej stronie – szkło i stal, po drugiej – kamieniczki z muru pruskiego, jakby wyrwane z innego wieku.

– To właśnie Frankfurt w pigułce – tłumaczył Thomas. – Miasto kontrastów. Biznes i sztuka, tempo i spokój.

– Jak my – powiedziała Majka. – Informatycy i artyści w jednym kadrze.

Usiedliśmy w małej kawiarni na rogu, zamówiliśmy apfelwein i przez chwilę po prostu patrzyliśmy na przechodniów.

– „Mainhattan” – westchnęła Majka.

– To taki niemiecki Nowy Jork, tylko z lepszym systemem recyklingu – odpowiedział Karol.

– I z czystszym powietrzem – dodałam. – No i bez pośpiechu. Tu nawet czas płynie w rytmie rzeki.

Po południu wsiedliśmy na statek. Słońce odbijało się w wodzie, a wiatr mieszał zapach kawy i rzeki. Thomas stanął przy burcie, jak przewodnik z filmu:

– Z lewej strony widzicie Commerzbank Tower – 300 metrów wysokości. Zaprojektowany przez Normana Fostera. Pierwszy ekologiczny wieżowiec w Europie.

Mijaliśmy kolejne mosty, każdy inny, każdy elegancki w swojej prostocie. Na pokładzie panowała cisza, przerywana tylko kliknięciami mojego aparatu.

– To niesamowite – powiedziała cicho Majka. – Z tej perspektywy wszystko wygląda inaczej.

– Bo w podróży zawsze chodzi o perspektywę – odparł Thomas. – A Frankfurt najlepiej rozumie się właśnie znad Menu.

Kiedy wracaliśmy do hotelu, nad rzeką zapaliły się światła. Na jednym z mostów ktoś grał na skrzypcach, a dźwięki niosły się daleko po wodzie. Zatrzymałam się, żeby zrobić ostatnie zdjęcie – rzeka, światła, most i nasze odbicia w szybie pobliskiego biurowca.

Piątek – Pożegnanie z „Mainhattanem”

Poranek był chłodny, ale słoneczny. W hotelu pachniało świeżo parzoną kawą i rogalikami, które w tym momencie smakowały jak nagroda za wszystkie wczorajsze spacery.

– Ostatni dzień – westchnęła Majka. – Trzeba wykorzystać każdą minutę.

Thomas zaproponował spacer po uliczkach wokół Starej Opery.

– Neorenesans w całej krasie – mówił z pasją, pokazując rzeźby Franza Krugera i Pegaza autorstwa Hütera.

– Wygląda jak teatr, w którym historia wciąż gra – zauważyłam, robiąc zdjęcie wejścia.

Przeszliśmy przez Römerberg, odwiedzając znów Fontannę Sprawiedliwości i Marshall Fountain.

– Czy tylko ja uważam, że Justitia wygląda tu trochę jak szef kuchni? – zażartował Karol, wskazując na miecz i wagę w jej rękach.

Konrad uwielbiał robić zdjęcia ludziom, więc między fontannami fotografował przechodniów, którzy zatrzymywali się, żeby podziwiać detale zabytków.

– Patrzcie na te kolory – szepnął. – To miasto nigdy nie jest szare.

Nie mogliśmy opuścić Frankfurtu bez spojrzenia na Messeturm, Commerzbank i Main Tower.

– Tak, to nasze „Mainhattan moments” – powiedział Thomas, uśmiechając się pod nosem.

– Pamiętacie wczorajszy rejs? – przypomniała Majka. – Widok z wody jest zupełnie inny niż z punktu widokowego.

Na końcu poszliśmy jeszcze raz na apfelwein, tym razem w małej knajpce nad Menem.

– Do Frankfurtu wrócimy – powiedziałam.

– Koniecznie. – uśmiechnęła się Majka.

Thomas wspominał najciekawsze momenty wycieczki…

– W podróży zawsze chodzi o ludzi i momenty – powiedział. – A nie tylko o miejsca.

Kiedy pociąg ruszał w stronę lotniska, spojrzeliśmy ostatni raz na panoramę Frankfurtu – rzeka, mosty, wieżowce, zabytki… i poczuliśmy, że nawet jeśli odjeżdżamy, trochę miasta zostaje w nas.

– Następny przystanek? – zapytałam, pakując aparat.

– Świat! – odparł Karol. – Albo przynajmniej kolejna wyprawa w Tatry.

I tak kończy się nasza frankfurcka przygoda, pełna kontrastów, śmiechu, sztuki i rzeki, która nieustannie płynie – jak podróż i nasze wspomnienia.

2025-08-10 8 komentarzy
20 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • Szkocja

    2026-05-15
  • Otwarci na zmiany

    2026-04-15
  • Saga, nad którą pracuję

    2026-03-15
  • To miejsce pamięta

    2026-02-10
  • W cieniu starych drzew – część 4

    2026-01-30

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    W cieniu starych drzew – część 1

    2025-12-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga