jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga
Author

Jolanta Strażyc

Jolanta Strażyc

GenealogiaOpowiadanie

W cieniu starych drzew – część 2

by Jolanta Strażyc 2026-01-10

Upalne lato zdawało się zawisnąć nad Gruszczynem jak jasny, drżący całun. Powietrze migotało nad polami, a od rozgrzanych murów dworu odbijał się zapach nagrzanego kamienia i jaśminu, który zakwitł w tym roku wyjątkowo obficie. Dni płynęły wolno, przynosząc obietnicę zmian, a jednocześnie przywołując ciche, nieomal szeptane wspomnienia dawnych lat spędzonych w Krępie — wspomnienia, które wciąż odzywały się gdzieś na skraju świadomości, jak echo dawno wypowiedzianych słów.

Dwór w Gruszczynie, drewniany, parterowy, wzniesiony na miejscu dawnej średniowiecznej siedziby, stał tuż przy trakcie prowadzącym do Krasocina. W letnim słońcu jego obrysy drżały delikatnie w nagrzanym powietrzu, jakby budynek oddychał wraz z rozpalonym dniem, a w powietrzu unosił się zapach żywicznego drewna, lipowego kwiecia i świeżo skoszonej trawy.

Otaczające go zabudowania folwarczne tworzyły rozległy kompleks. W krajobrazie wyróżniały się drewniane stodoły, trzy murowane budynki gospodarcze oraz dziesięć zabudowań z belek modrzewiowych. Folwark Gruszczyn — niegdyś obszerne dobra zwane Gruszczyn–Krasocin — po podziale w roku 1877 obejmował pola orne, ogrody, łąki, pastwiska, niewielki las i nieużytki. W głębi majątku widniały pokłady torfu, a po drugiej stronie pola — odkrywki kamienia wapiennego, z którego od pokoleń czerpano materiał na fundamenty wszystkich okolicznych domów.

Na progu wakacji

Słońce schowało się za drzewami, zsyłając pierwsze łagodne cienie i dając chwilę wytchnienia od upału. Kazimierz i Adela Skarbek-Kruszewscy, oboje już po czterdziestce, przechadzali się alejkami starego parku, gdzie lipy i kasztany tworzyły zielony korytarz prowadzący aż ku bramie wjazdowej. Zerkali w tamtą stronę coraz częściej — z niecierpliwością, ale i z narastającą czułością, która w nich powracała zawsze, gdy zbliżał się czas letnich powrotów dzieci.

— Powinni już być — mruknął Kazimierz, zerkając na zegarek. — Gdzież oni się podziewają?

W odpowiedzi dobiegł ich z daleka głuchy turkot kół po wyschniętym, piaszczystym trakcie.

Adela zatrzymała się nagle.

— Jadą! — zawołała, wskazując ręką ku bramie.

Wolant zaprzężony w dwa kare konie wyłonił się spomiędzy drzew i szybko zbliżał się ku dworowi, zostawiając za sobą długi obłok kurzu.

Gdy tylko powóz zatrzymał się przed schodami, z wnętrza domu wybiegła Irena — najstarsza z córek, szesnastoletnia, wysoka i smukła, z lekko rozwianymi wiatrem włosami.

— Stefan! Janusz! Już jesteście! — krzyknęła, zatrzymując się tuż przed powozem, jakby wciąż nie wierzyła, że ci dwaj chłopcy, wrócili naprawdę.

Tuż za nią wypadły Adelajda i Konstancja — ich energia przypominała dwa rozbrykane źrebaki. Wpadły w ramiona braci jedna przez drugą, śmiejąc się i próbując jednocześnie wypytać o szkołę, o drogę, o wszystko naraz.

— Dajcie im odetchnąć, dziewczęta! — roześmiała się Irena, choć sama miała ochotę zrobić dokładnie to, co młodsze siostry.

Kiedy gwar powitań zaczął się nieco uspokajać, z alejki podeszli rodzice.

Stefan, osiemnastoletni, wysoki, o poważnym, choć w tej chwili rozpromienionym spojrzeniu, pierwszy podbiegł do matki.

Adela ujęła jego twarz w dłonie.

— Stefanku… — wyszeptała. — Jak ty wyrosłeś.

Przytulił ją mocno, a ona oparła głowę na jego ramieniu na dłuższą niż zwykle chwilę.

Obok nich stał Kazimierz. Wyprostowany, może nazbyt oficjalny, jakby chciał ukryć wzruszenie, które błysnęło w jego oczach.

— No, synu — powiedział głębokim, nieco zachrypniętym głosem, podając Stefanowi dłoń i przyciągając go do siebie w krótkim, męskim uścisku. — Dobrze, że wróciłeś. Lato zapowiada się pracowite, a i w majątku trochę się pozmieniało. Twoja głowa i ręka przydadzą się tu bardziej niż gdzie indziej.

Janusz, młodszy o rok, o żywszym temperamencie i błysku ciekawości w oczach, podszedł zaraz po bracie. Matka ujęła go pod ramię.

— A ty, Januszku, zmizerniałeś czy mi się zdaje?

— Mamuniu… — zaśmiał się chłopak. — Wcale nie! Tylko podróż była długa.

Kazimierz klepnął go lekko po ramieniu.

— No, pokaż się tylko w polu, to od razu sił ci przybędzie.

Cała rodzina roześmiała się serdecznie.

— Chodźcie, moi drodzy, chodźcie do domu — powiedziała Adela. — Kazałam przygotować dla was pokoje. Odpoczniecie, a później opowiecie nam wszystko — czego się nauczyliście, kogo poznaliście… i jak wam tam było, tak daleko od domu.

— Mamo, nie jestem zmęczony, naprawdę — odparł Stefan. — Tylko się obmyjemy i zaraz wracamy.

Adela skinęła głową, patrząc na nich z mieszaniną troski i dumy.

— Dobrze już, dobrze… jak chcecie.

Zwróciła się do lokaja stojącego nieopodal.

— Szymonie, proszę podać obiad. Za kwadrans.

Kazimierz roześmiał się cicho.

— No to się pospieszcie, chłopcy. Bo jak matka zarządzi obiad, to nie ma odwołania.

— Zaraz wracamy! — rzucił Janusz i obaj zniknęli w korytarzu prowadzącym do ich pokoi.

Pierwsze decyzje

Popołudniowe światło przenikało przez ciężkie zasłony jadalni, malując na podłodze długie, złote smugi.

Gdy tylko wszyscy zajęli miejsca przy stole, Stefan spojrzał na rodzinę z cichym uśmiechem. Po miesiącach spędzonych w szkolnych murach ten jeden moment — ciepło domu, znajome twarze, dźwięki uderzeń sztućców o porcelanę — wydawał mu się najbardziej prawdziwym powrotem.

Szymon roznosił półmiski, a Adela zachęcała:

— Jedzcie, jedzcie, zanim wystygnie.

Rozmowy potoczyły się swobodnie. O szkole. O wykładach. O profesorach. O dziwactwach kolegów z klasy. O planach, które Stefan snuł coraz odważniej.

— Berlin…? — powtórzył Kazimierz, marszcząc brwi, choć bez oznak sprzeciwu. — To daleko.

— Ale to najlepsze miejsce dla mnie, tato — powiedział Stefan, prostując się. — Rolnictwo, inżynieria… wszystko, czego potrzebuje przyszły ziemianin.

Janusz pokiwał głową, choć sam milczał. Nie miał jeszcze pewności, czego chce od życia — wiedział tylko, że pociąga go świat liczb, rysunków i maszyn, a nie ziemia i pola, o których Stefan mówił z takim przekonaniem. To milczenie zdawało się mówić o nim więcej niż słowa.

Dziedzictwo

Któregoś ranka, jeszcze przed śniadaniem, Stefan wyruszył z ojcem na obchód folwarku. Powietrze było rześkie, a nad łąkami unosiły się białe, cienkie mgiełki, powoli ustępujące słońcu.

Kazimierz szedł spokojnym, pewnym krokiem człowieka, który zna każdy pagórek, każdy zakątek swojej ziemi. Stefan dotrzymywał mu kroku, czując w sobie mieszankę ciekawości i odpowiedzialności — tej, która pojawia się w życiu młodego człowieka, gdy po raz pierwszy słyszy, że to, co widzi, stanie się kiedyś jego własnym obowiązkiem.

Kazimierz zatrzymał się, oparł dłonie na drewnianej poręczy ogrodzenia i spojrzał przed siebie: na obszerne pola.

— Widzisz, synu — rzekł, wskazując dłonią w stronę pól. — To jest nasza przyszłość. Ziemia.

Zamilkł na chwilę, jakby pozwalając spojrzeniu Stefana oswoić się z ogromem przestrzeni.

— Kiedyś obejmiesz ten majątek — dodał wolniej, głębiej — który będzie wymagał troski, rozwagi i stałej opieki. Ziemia nie wybacza lekkomyślności, ale odpłaca wiernie temu, kto o nią dba.

Stefan skinął głową.

— Wiem, ojcze. Postaram się nie zawieść twojego zaufania.

Kazimierz uśmiechnął się.

— Nie o zawiedzenie chodzi, synu. — Spojrzał mu w oczy. — Chodzi o to, byś rozumiał, dlaczego ta ziemia jest tyle warta — nawet teraz, gdy czasy dla ziemian są ciężkie, a każdy dzień przynosi nowe ograniczenia od zaborcy.

Przeszli dalej między zabudowaniami. Po drodze minęli parobków zbierających narzędzia do pracy.

Kazimierz obserwował ich przez chwilę, po czym powiedział:

— Pamiętaj, synu: ten majątek to nie tylko pola i budynki. To ludzie. Bez nich ziemia milczy. Z nimi — żyje.

Stefan spojrzał na ojca i po raz pierwszy zrozumiał w pełni powagę tych słów. Dopiero teraz dotarło do niego, że każde pole, każda stodoła, każdy spichlerz były tak naprawdę sumą wysiłku ludzi, którzy na tej ziemi pracowali, i że przyszłość majątku zależy nie tylko od jego własnej wiedzy, lecz przede wszystkim od troski o tych, którzy mu służą.

Cisza w Gruszczynie

Jesień 1884 roku była chłodna i deszczowa. Liście opadały z drzew, wirując w powietrzu niczym złote płatki nad drogą do dworu, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej tętnił śmiechem dzieci powracających na wakacje do domu. Teraz jednak unosiła się nad nim cicha, niemal namacalna pustka…

24 października, w wieku zaledwie czterdziestu czterech lat, Kazimierz Skarbek-Kruszewski zmarł nagle. Śmierć męża i ojca była ciosem, którego nikt się nie spodziewał. Adela osunęła się na krzesło w salonie z oczami pełnymi łez. Cisza zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a każdy krok w dworze przypominał o nieobecnym mężu.

— Musimy zachować spokój dla dzieci — powiedziała w końcu. — Nie możemy ich teraz pozostawić samych.

W tej trudnej chwili opiekę nad dziećmi i majątkiem przejął Stefan Piotrowski – ojczym Kazimierza i przyszywany dziadek jego dzieci, od czterdziestu lat obecny w życiu rodziny Kruszewskich. Jego żona – Nepomucena, matka Kazimierza, teraz stała przy Adeli, podpierając ją ramieniem, chociaż jej własne serce rozdzierał ból po stracie syna.

Czas próby

Przełom roku 1884/85 był dla Adeli inny niż zazwyczaj.

Dotąd była jedynie żoną dziedzica, który z naturalną pewnością i niemal bezbłędną intuicją zarządzał wszelkimi sprawami gospodarstwa. Ona sama pozostawała na uboczu tych codziennych trosk. Teraz jednak pragnęła nadrobić stracony czas; chłonęła wiedzę łapczywie – z myślą o dzieciach, o sobie, o zachowaniu tego, co przez lata budował jej niedawno zmarły mąż.

Większość czasu spędzała w towarzystwie teściów – Nepomuceny i Stefana. Przy popołudniowej herbacie rozmawiali o sprawach majątku, planowali wizyty w sąsiednich dworach i podtrzymywali dawne więzi, które od pokoleń scalały okoliczną społeczność.

Wieczorami, Adela siadała w świetle świec i trzaskającego w kominku ognia, przeglądała korespondencję, księgi rachunkowe oraz rolnicze czasopisma, które mąż gromadził latami. Cicha, życzliwa obecność teściów niosła jej ukojenie — dawała poczucie stabilności i bezpieczeństwa, tak potrzebnych w tej nowej, wymagającej rzeczywistości.

22 stycznia 1887 roku Stefan Skarbek-Kruszewski skończył dwadzieścia jeden lat — osiągnął pełnoletność. Los jednak znów okazał się nieprzychylny: zaledwie miesiąc później, 28 lutego, zmarł Stefan Piotrowski, pozostawiając po sobie pustkę i obowiązki, które młody ziemianin musiał przejąć wcześniej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

Kolejne miesiące 1887 roku płynęły pod znakiem decyzji trudnych i odpowiedzialnych — zarządzanie majątkiem, troska o młodsze rodzeństwo, zapewnienie im spadkowych należności i przyszłości. Każda decyzja ważyła na jego barkach jak kamień, a odpowiedzialność wydawała się nie mieć końca

Chwila wytchnienia

Las na zboczu Góry Świętego Michała był jeszcze mokry po nocnej mgle. Pachniał żywicą i czymś chłodnym, metalicznym, co zawsze towarzyszyło temu miejscu, jakby wzgórze oddychało własnym rytmem. Młode sosny przy drodze ocierały się o płaszcz Stefana, gdy wspinał się po piaszczystej ścieżce prowadzącej z Gruszczyna ku szczytowi.

W lesie było cicho. Nawet ptaki, zwykle hałaśliwe o tej porze, jakby przyglądały mu się z ukrycia. Tylko wiatr szumiał w koronach, niosąc delikatny zapach mchu. Stefan zatrzymał się na chwilę, kładąc dłoń na pniu starego dębu, jednego z tych, które — jak mawiał ojciec – pamiętały jeszcze czasy przed zaborem.

Zza wzniesienia, od strony Lipia, słychać było odgłos kroków.

Stefan zmarszczył brwi. Tą ścieżką rzadko kto chodził. Las był gęsty, a droga między majątkami prowadziła raczej polami, nie przez wzgórze. Tutaj, w cieniu ruin dawnego kościoła, przechodzili tylko ci, którzy naprawdę mieli powód.

Po chwili wśród drzew pojawiła się sylwetka — wysoka, szczupła, z charakterystycznym szybkim krokiem. Tomasz Wodziński. Niewiele starszy od Stefana, może o rok, dwa. Podobnie osierocony, podobnie wrzucony za młodu w obowiązki właściciela majątku. Ich drogi splatały się od miesięcy — to rozmowa o granicach pól, to o polowaniach, to o przyszłych planach…

A ostatnio częściej o Adelajdzie.

Gdy dostrzegł Stefana, Tomasz na moment zwolnił, jakby nie był pewien, czy powinien podejść. W końcu jednak uśmiechnął się lekko i ruszył dalej.

— Nie spodziewałem się spotkać cię o tej porze — odezwał się, gdy byli już blisko siebie. — Mgła jeszcze nie opadła.

— Miałem sprawy w folwarku — odparł Stefan, ocierając wilgoć z rękawa. — Cisza w lesie pomaga zebrać myśli.

Tomasz skinął głową, patrząc przez chwilę na górę, której zarys majaczył w gęstym powietrzu.

— To miejsce zawsze było… inne — powiedział cicho. — Ruiny na szczycie stoją tu nie bez powodu. Ktoś je wybudował na starych fundamentach.

Stefan uśmiechnął się.

Przez chwilę obaj milczeli. Tylko wiatr przesuwał się nad sosnami, szarpiąc ich cienkie gałęzie.

— Słyszałeś, że… — Tomasz zawahał się. — Chciałem z tobą porozmawiać wcześniej, ale trudno cię było zastać. To ważne.

Stefan wiedział, co usłyszy. I właśnie dlatego od tygodni unikał tej rozmowy.

— Adelajda jest młoda — powiedział powoli. — Ma dopiero osiemnaście lat.

— A ja dwadzieścia dwa — przytaknął Tomasz, prostując się. — I mam zamiar się o nią starać. Oficjalnie. Uczciwie.

Las jakby stężał wokół nich. Nawet wiatru nie było.

Stefan nie odpowiedział od razu. Patrzył na Tomasza długo, jakby próbował zmierzyć jego słowa, odsunąć od siebie wszystkie troski, obowiązki, lęki. Adelajda była dla niego nie tylko siostrą — była najdelikatniejszą z rodzeństwa, tą, której najbardziej brakowało ojca.

Wreszcie skinął głową.

— Jeśli ją kochasz i zamierzasz zapewnić jej spokojne życie… nie będę stał na przeszkodzie.

Uśmiech Tomasza był krótki, ale szczery.

— Dziękuję.

Stefan odchrząknął, jakby coś w gardle nagle mu zaschło. Przez chwilę jeszcze stał nieruchomo, po czym spojrzał w górę.

— Idziemy?

Tomasz przytaknął i obaj ruszyli ścieżką ku szczytowi, gdzie między drzewami majaczyły cienie ruin, a ściany dawnego kościoła kryły swoje tajemnice… Mgła, która dotąd pełzła w dolinach, zaczęła powoli wspinać się za nimi.

Wizyta Tomasza w Gruszczynie

Dzień był cichy i pogodny, gdy Tomasz zjawił się na podjeździe dworu w Gruszczynie. Zapowiedział się wcześniej — zwłaszcza teraz, kiedy każde odwiedziny młodego dziedzica Lipia mogły wywołać szept wśród służby.

Koń Tomasza parsknął lekko, gdy stajenny przejął wodze. Sam młody właściciel Lipia poprawił surdut i spojrzał na budynek dworu, jakby upewniał się, że nic nie zmieniło się od wczoraj — choć wiedział, że takiej pewności szukał bardziej w sobie niż w murach.

Drzwi otworzył mu stary lokaj Szymon. Po czym zapowiedział przybysza młodym Kruszewskim oczekującym w salonie.

— Pan Tomasz Wodziński — oznajmił tonem godnym większej uroczystości.

Adelajda podeszła powoli, z naturalną, niewymuszoną elegancją.

— Panie Tomaszu — przywitała go z uprzejmym uśmiechem. — Cieszymy się, że pan przyjechał.

— Panno Adelajdo. — Tomasz skłonił się nieco zbyt formalnie, jak ktoś, kto próbuje ukryć własne zdenerwowanie za nienaganną etykietą.

Stefan siedział przy stole, z filiżanką kawy — nieprzypadkowo. Ktoś musiał być obecny podczas wizyty kawalera. Tak należało.

Wstał i z wyciągniętą ręką zbliżył się do gościa.

– Witaj Tomaszu. Kawa jeszcze gorąca.

Usiedli przy stole. Chwilę rozmawiali o rzeczach bezpiecznych: o pogodzie, o stanie pól, o planowanych pracach w majątku.

Po kilkunastu minutach Stefan podniósł się.

— Wybaczcie mi na chwilę. — Spojrzał na siostrę znacząco. — Adelajdo, zajmij się naszym gościem?

— Oczywiście — odpowiedziała spokojnie, rumieniąc się lekko.

Gdy drzwi za Stefanem się zamknęły, salon wydał się cichszy, jakby zawężony do dwojga ludzi. Tomasz przejechał dłonią po poręczy krzesła, jakby szukał w tym drobnym geście odwagi.

— Panno Adelajdo… — zaczął. — Przyznam… od kilku dni wiele myślę o naszych rozmowach. O tym, że spotykamy się coraz częściej. Nie tylko dzięki sąsiedztwu…

Adelajda opuściła wzrok, choć uśmiech nie zniknął z jej ust.

— To naturalne, panie Tomaszu. Nasze rodziny od dawna się znają. A czasy są takie, że ludzie powinni trzymać się blisko, zwłaszcza gdy są… młodzi i… samotni.

W oczach Tomasza pojawił się cień wzruszenia — może ulgi, może wdzięczności.

— Właśnie. I chciałbym, żeby pani wiedziała…

Przez chwilę milczał.

— Adelajdo… — zaczął znowu, z wahaniem. — Jest jeszcze coś, co pragnę powiedzieć. — Czy zechcesz zostać moją żoną?

Adelajda westchnęła — nie z niechęci, a raczej z poruszenia.

— Tomaszu… to miłe. Bardzo miłe. I… nie jest mi obojętne.

— Czyli… zgadza się pani?

— Tak — wyszeptała.

W tym momencie w drzwiach salonu ukazała się Irena — starsza siostra Adelajdy.

— Ach! — zawołała. — Czy ja przeszkadzam?

— Tak — odparła Adelajda, nie podnosząc się z miejsca.

— Właściwie… trochę tak — dodał Tomasz z uśmiechem.

Irena klasnęła w dłonie.

— To świetnie, bo mama zaprasza na podwieczorek.

Tomasz roześmiał się ciepło, jakby zdjęto mu ramion połowę napięcia. Adelajda również się uśmiechnęła. Wstali razem.

Tomasz podał jej dłoń.

— Panno Adelajdo… — szepnął tak, by tylko ona mogła usłyszeć. — Jeśli pozwolisz… wrócę wkrótce, aby porozmawiać z twoją matką

Adelajda skinęła głową, równie cicho odpowiadając:

— Będę czekała.

Adelajda i siostry

Gdy drzwi zamknęły się za Tomaszem, w jadalni zrobiło się dziwnie cicho.

Irena i Konstancja — które jeszcze przed chwilą kręciły się niby to przypadkiem po korytarzu — teraz pojawiły się w drzwiach jednocześnie, jakby ktoś dał im sygnał.

— Noooo? — przeciągnęła Irena, zakładając ręce na biodrach. — I jak było?

— Jak wyglądał? — dołączyła Konstancja, która zawsze dostrzegała szczegóły innych bardziej niż własne.

Adelajda odsunęła filiżankę na stół.

— Jak zwykle. Uprzejmy. Spokojny.

— Ale patrzył na ciebie tak, jakbyś była ostatnim skrawkiem powietrza w dusznym pokoju — powiedziała Konstancja bez wahania.

— Konstancjo! — Adelajda zarumieniła się lekko.

Irena usiadła na podłokietniku fotela i pochyliła się ku siostrze.

— No przyznaj, spodobało ci się, jak mówił? Tak tylko… odrobinkę?

Adelajda westchnęła teatralnie, choć widać było, że jej policzki mają ten kolor, który nawet najlepszy róż do policzków nie potrafi podrobić.

— Przyznaję — powiedziała spokojniej, ale szczerze. — Jest mi… miły. Naprawdę miły. I… dobry.

Irena klasnęła w dłonie.

— Wiedziałam! Od pierwszego dnia, kiedy przyszedł pożyczyć atlas grzybów, patrzył na ciebie tak, jak ja patrzę na placek z wiśniami.

— Ireno, błagam — jęknęła Adelajda, śmiejąc się mimo wszystko.

Konstancja przysiadła obok niej i ujęła jej dłoń.

— Adelko… jeśli on ci się podoba, to dobrze. Nie musisz nic przyspieszać. Ale też nie uciekaj, jeśli serce ci mówi, że warto spróbować.

Adelajda westchnęła głębiej, tym razem serio.

— Nie boję się jego — odpowiedziała cicho. — Boję się tylko, żebyśmy oboje… nie pospieszyli się z uczuciami, gdy tyle wokół zmian. I tyle … tajemnic.

Irena popukała ją lekko w ramię.

— Jeżeli macie zaczynać wspólne życie od rozwiązywania tajemnic, to przynajmniej nie będzie nudno.

— I więcej będziecie mieć do zapisania w pamiętniku niż ja — dodała Konstancja, przewracając oczami.

Adelajda roześmiała się w końcu, szczerze i swobodnie.

— Dobrze, dobrze! — poddała się. — Podoba mi się. Tylko nie róbcie z tego wielkiej sprawy.

— My? Nigdy! — zawołały obie jednocześnie, po czym zamieniły się porozumiewawczym spojrzeniem, które mówiło dokładnie odwrotne rzeczy.

Adelajda tylko pokręciła głową, uśmiechając się szeroko.

A w saloniku — tym zwykłym, jasnym, domowym — było przez chwilę tak ciepło, jakby ktoś rozpalił niewidzialny ogień.

2026-01-10 10 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

W cieniu starych drzew – część 1

by Jolanta Strażyc 2025-12-20

Krępa była miejscem osobliwym nawet jak na tamte okolice: suchą, niewielką wyniosłością wyrastającą spomiędzy mokradeł, jak wyspa, którą ktoś zapomniał schować pod wodą. Nazwa wsi nie była więc przypadkowa — „krępa”, czyli skrawek stałego lądu otoczony podmokłymi łąkami i bagiennymi zastoiskami. Kto tu przyjeżdżał po raz pierwszy, ten zwykle dziwił się, jak domy mogą tak pewnie stać na czymś, co zdawało się odwiecznie chwiać pod ludzką stopą.

Na tym właśnie twardym, suchym pagórku stał dwór Kruszewskich — od południa otoczony sosnowym zagajnikiem, od północy spoglądający na rozległe łąki, które wiosną zamieniały się w jasne jeziora odbijające niebo. W zimie zamarzały na długie tygodnie, tworząc srebrną taflę ciągnącą się aż po zabudowania sąsiednich wsi.

Majątek ziemski Krępa wraz z folwarkiem Długie zajmował ponad tysiąc mórg. Prawie dwie trzecie tej ziemi była orna: żyzna, przechodząca miejscami w piasek po dawnych sosnowych borach. Resztę stanowiły łąki przy mokradłach, pastwiska i zagajniki, które zimą otulały dwór jak cicha, ciemna bariera chroniąca przed wiatrem.

Sam dwór był drewniany, z szerokim gankiem wspartym na czterech kolumnach, z dachem pokrytym gontem, który podczas wichury śpiewał własną, osobliwą melodię.

Polskie dwory z XVIII i XIX wieku były do siebie podobne pod względem układu pomieszczeń. Z obszernej sieni, drzwi wiodły do salonu i innych pokoi, zaś dwoje drzwi prowadziło na zewnątrz.

W salonie wisiały herby Kruszewskich i Walewskich, a obok nich portrety przodków patrzących z dystansem, jakby oceniali każde nowe pokolenie.

Za dworem ciągnął się sad — jabłonie, grusze, kilka starych śliw. Wiosną zakwitał a latem roił się od pszczół. Zimą jednak milczał, ciężki od śniegu, zupełnie jakby zapadł w sen razem z całą okolicą.

W niedalekim sąsiedztwie dworu ciągnęła się włościańska część Krępy – około czterdziestu domów, skupionych tak blisko siebie, że w zimowe poranki dym z kominów mieszał się w jedną wspólną, szarą smugę. Mieszkało tu niespełna trzysta osób, ludzie cisi, przywykli do rytmu mokradeł — takich, które latem dymiły od upału, a jesienią wciągały buty aż po kostki.

Był tu jeszcze drewniany kościół filialny, stojący przy wylocie drogi, który pamiętał XVI wiek. Deski miał spatynowane jak twarz starca, a wewnątrz pachniał żywicą i woskiem. Ksiądz dojeżdżał z Lgoty, która pełniła rolę parafii głównej, ale chrzty, pogrzeby i najważniejsze święta odprawiano tu, w Krępie, bo tak było bliżej, wygodniej — i „po swojemu”.

Droga Radomsko–Sulmierzyce, biegnąca nieopodal, była jedyną arterią łączącą Krępę ze światem. O siedem wiorst dalej tętniło Radomsko — rynek, furmanki, gwar — ale tutaj, w Krępie, czas płynął inaczej, wolniej, jakby bardziej pionowo niż poziomo, prosto w głąb ziemi i dawnych rodowych opowieści.

Taka była Krępa: twardo stojąca na swoim pagórku, otulona mokradłami i tradycją. Miejsce, w którym człowiek rodził się nie tylko do życia, ale i do przynależności — do ziemi, nazwiska i historii.

Stefan Skarbek-Kruszewski, pierwsze chwile życia

Wyobraź sobie noc nad zaśnieżonymi polami Krępy, mróz skrzypiący pod butami… Jeszcze dwie i pół godziny do wschodu słońca, a on – mały chłopiec – bierze swój pierwszy, drżący oddech. Ten moment, w którym ciało po raz pierwszy samo podejmuje rytm życia: płuca otwierają się jak skrzydła, a czasem towarzyszy temu krótki krzyk – nie lament, lecz jasny sygnał dla świata: już jestem.

Zimowa noc ustąpiła blademu porankowi, w którym czas mierzono nie zegarem, lecz oddechem dziecka i krokami tych, którzy czuwali. Nad kołyską pochylił się ojciec i nadał mu imię, wypowiadając je półgłosem, jakby należało je jeszcze oswoić. Zanim jednak miało zabrzmieć w murach kościoła, dziecko musiało przetrwać pierwsze dni — trudne, lecz decydujące — w rytmie rodzinnego domu, pod opieką bliskich i w cieniu zimy, która tego roku nie zamierzała szybko ustąpić.

Chrzest i rodzinne powiązania

Chrzest odbył się drugiego lutego 1866 roku, w mroźne, skrzące się popołudnie. W Lgocie Wielkiej, gdzie ksiądz Tomasz Zakrzewski prowadził parafię, dzwon kościelny rozbrzmiewał powoli, jakby odmierzając czas nie tylko modlitwy, lecz także rodzinnej historii.

Kazimierz Skarbek-Kruszewski, dwudziestosześcioletni dziedzic dóbr Krępa – wszedł do kościoła z synem na rękach. Miał już doświadczenie ojca, bo dwa lata wcześniej powitał na świecie córkę, Zofię, lecz teraz… teraz było inaczej. Syn. Dziedzic. Kontynuator. W jego spojrzeniu było widać nie tylko czułość, ale i tę szlachecką dumę, której nie sposób do końca ukryć.

Obok stanęli świadkowie: Stefan Piotrowski dzierżawca wsi Długie, człowiek stateczny, czterdziestosiedmioletni, oraz młodszy, bo zaledwie dwudziestoośmioletni Stanisław Skarbek-Kruszewski, dziedzic dóbr Woźniki. Jeden był ojczymem, drugi bratem – razem tworzyli ramę, która miała wprowadzić małego Stefana w świat rodowych więzi i zobowiązań.

Matka, Adela z Colonna-Walewskich, delikatna i młoda, patrzyła na syna z taką mieszanką ulgi i zachwytu, jakby nie do końca wierzyła, że ten kruchy człowiek naprawdę należy do niej.

W dniu chrztu, pod sklepieniem kościoła, nadana została mu godna i prosta zarazem linia przyszłości: imię Stefan. Nad czołem dziecka pochylili się chrzestni – Anastazy Turski, dziedzic Chabielic, oraz Izabella Colonna-Walewska, pani na Trojanowicach. Ich obecność była jak pieczęć rodowej sieci, splatającej Krępę, Woźniki, Trojanowice, Chabielice w jedną większą opowieść.

Po uroczystym nabożeństwie, orszak kilku sań, wolno odjeżdżał spod drzwi kościoła.

W pierwszych saniach siedział Kazimierz, a obok niego Adela, szczelnie otulona futrem, trzymająca małego Stefana w ramionach. Za nimi jechali pozostali goście:

Chrzestny Anastazy Turski w towarzystwie sióstr Walewskich: Emilii – jego narzeczonej i Izabelli – matki chrzestnej Stefana.

Walewscy – rodzice i brat Adeli: Konstanty i Olimpia z Oraczewskich z synem Leonem.

Piotrowscy – ojczym i matka Kazimierza: Stefan i Joanna z Colonna-Walewskich.

Starszy brat Kazimierza – Stanisław Skarbek-Kruszewski z żoną Marią z Kruszewskich.

Edward Oraczewski i Klemens Walewski z małżonkami i starszymi dziećmi.

Ksiądz Tomasz Zakrzewski, Władysław i Felicja Miączyńscy…

Cały orszak migał w bieli niczym linia czarnego atramentu przesuwająca się po jasnej kartce zimowego krajobrazu. Wysokie sosny przy drodze uginały się pod ciężarem śniegu, a ich gałęzie iskrzyły się w popołudniowym słońcu jak rozsypane szkło. Czasem zrzucały z siebie cały śnieg naraz, tworząc obłoki białego pyłu, które na moment zasłaniały drogę.

Konie, okryte grubymi derkami, parskały mocno, a para z ich nozdrzy unosiła się w powietrzu jak małe, ulotne chmurki. Dzwonki przypięte do uprzęży dźwięczały rytmicznie, niosąc echo po polach i zagajnikach.

A przed nim, tuż za zakrętem, czekała już Krępa.

Kiedy pierwsze sanie zbliżyły się do dworu, w powietrzu dało się wyczuć ciepło — nie fizyczne jeszcze, bo mróz trzymał twardo, ale to nieuchwytne ciepło domu, które człowiek wyczuwa zanim jeszcze dotknie stopą progu. Z kominów unosił się szary dym, a w oknach migotały światła świec, rozlewając po śniegu złote smugi.

W domu pełnym ciepła

Przed gankiem uwijała się służba: stangreci pomagali gościom wysiadać, parobcy prowadzili konie do stajni, a dziewczęta z kuchni wychylały się ciekawie przez drzwi, chcąc przyjrzeć się maleństwu, o którym od rana krążyła już we dworze opowieść.

Tymczasem goście rozbierali się w holu, otrzepując z ramion resztki śniegu, który topił się natychmiast w cieple.

– Zima się w tym roku zacięła – mruknął Konstanty Walewski, podając futro jednemu z lokajów.

– Ale droga piękna – odparła jego żona, Olimpia, otrzepując śnieg z muślinowej chustki. – Drzewa takie białe, jakby ktoś je obsypał cukrem.

– I dzięki temu będzie co opowiadać – dodał Leon, ich syn, patrząc na Adelę, która właśnie wchodziła z dzieckiem na rękach.

– Byle pamiętał, kto pierwszy go trzymał po chrzcie – powiedziała z dumą Izabella Walewska, matka chrzestna. – Adelo, kochanie, pokaż no jeszcze raz ten mały nosek.

Adela uśmiechnęła się i nachyliła głowę.

– Śpi, jakby nic na świecie nie miało prawa go obudzić.

Za nimi rozległ się gromki głos Anastazego Turskiego:

– A ja mówię: niech śpi, bo jak urośnie, to jeszcze wszystkim nam pokaże, że w rodzinie Walewskich i Kruszewskich nie ma miękkich charakterów!

– Tylko nie strasz dziecka od progu – zganiła go półżartem Emilia Walewska, biorąc małą Zosię na ręce.

– Wuj Anastazy zawsze tak głośno? – szepnęła mała Zofia.

– Zawsze – odparła Emilia, mrugając do niej.

Z jadalni wyszedł rozpromieniony Kazimierz Kruszewski.

– Drodzy państwo, proszę śmiało wchodzić! – powiedział, rozkładając ramiona w szerokim, gościnnym geście. – Czym chata bogata, tym rada. Ogień w kominku już nas wyprzedził, a Adela zarzeka się, że jadła wystarczy i dla wojska.

– Kazimierzu, ty zawsze wiesz, jak przyjąć człowieka – zaśmiał się Edward Oraczewski.

– Byleście się tu czuli jak u siebie wuju – dodał Kazimierz z uśmiechem. – Dzień wielki, więc niech i radość będzie wielka.

Po tych słowach goście przeszli do jadalni. Kiedy wszyscy zasiedli, w powietrzu zawisła ta szczególna mieszanina: głośnych rozmów, stukotu sztućców, śmiechu i cichego, wdzięcznego zmęczenia po uroczystym dniu.

Stefan Piotrowski uniósł kielich jako pierwszy.

– Za zdrowie małego Stefana i za to, żeby rósł mądry i silny – powiedział z serdecznością człowieka, który był obecny przy wielu rodzinnych wydarzeniach.

– I żeby kiedyś zapamiętał, że zaczęło się zimą stulecia – dodał Stanisław Kruszewski, uśmiechając się. – Takiego mrozu za mojego życia drugi raz nie widziałem.

– Niech mu ta twarda zima przyniesie twardy charakter – rzucił Anastazy Turski, stukając kielichem o stół.

– A ja życzę, żeby był dobry – powiedziała Olimpia. – Bo to, panowie, najtrudniejsze.

– O, tu się zgadzam – mruknął Klemens Walewski, poprawiając serwetę. – Siła to jedno, ale dobroć to kapitał na całe życie.

– I żeby miał szczęście do ludzi – dodała Maria Kruszewska, żona Stanisława. – Bo to, proszę panów, dopiero skarb.

– A ja będę go pilnować – wyszeptała mała Zosia, siedząca na kolanach Emilii.

– To bardzo odpowiedzialna funkcja – zauważył z uśmiechem ksiądz Tomasz, który do tej pory spokojnie jadł. – Nie każdy zostaje aniołem stróżem w tak młodym wieku.

Olimpia Walewska nachyliła się do Adeli:

– Musisz być zmęczona. Dziś cały dom na twoich barkach, a jeszcze dzieci…

Adela pokręciła głową.

– To dobre zmęczenie mamo. Człowiek czuje, że dzień był ważny.

– A ja powiem tak – wtrącił Władysław Miączyński. – Z takim obiadem mogę mieć takie zmęczenie codziennie.

– Władziu, ty tylko o jedzeniu – zaśmiała się jego żona, Felicja.

I w tej chwili wszyscy się uśmiechnęli — tak po prostu, rodzinnie, jak wtedy, gdy świat zewnętrzny przestaje być ważny.

Świece migotały na białym obrusie, a w kołysce mały chłopiec spał spokojnie, nieświadom, że właśnie stał się częścią historii, którą jeszcze wiele lat później ktoś spróbuje na nowo odczytać w starych kartach i zapomnianych metrykach.

Rodzeństwo Stefana Skarbek – Kruszewskiego

Zima 1866 roku była wyjątkowo długa i ciężka. Mróz trzymał twardo aż do końca marca, a mokradła wokół Krępy skute były lodem niczym srebrną taflą. Dopiero gdy pierwsze ciepłe promienie słońca zaczęły przebijać się przez ołowiane niebo, lód pękł z cichym trzaskiem, a przyroda powoli budziła się do życia. Z krzewów wysypywały się nieśmiało pąki, a w powietrzu dało się już słyszeć pojedyncze trele ptaków, jakby sprawdzały, czy mogą wrócić na swoje miejsca.

W maju 1866 roku mała Zosia skończyła dwa lata. Dziewczynka była pełna uroku i żywej ciekawości. Jej młodszy braciszek, czteromiesięczny Stefan, był jej ulubioną istotą na świecie. Często przysuwała krzesełko do kołyski, by – na swój dziecięcy sposób – nucić mu piosenki lub opowiadać bajki zasłyszane od piastunki. Adela i Kazimierz patrzyli na swoje pociechy z dumą i szczęściem, które zdawało się wypełniać cały dom.

Wkrótce okazało się, że rodzina ma się powiększyć. Adela, choć nieco zmęczona, nosiła w sobie nowe życie spokojnie i z łagodnością właściwą jej naturze.

Jednak gdy kolejna zima zaczęła już odchodzić, wydarzyło się nieszczęście. Zosia zachorowała na zapalenie płuc. W tamtych czasach choroba ta była niemal wyrokiem. Dziewczynka słabła z dnia na dzień. Adela czuwała przy jej posłaniu, trzymając drobną dłoń Zosi w swojej, jakby siłą miłości chciała zatrzymać ją przy życiu.

– Mamusiu… zaśpiewasz? – szepnęła Zosia pewnego wieczoru.
– Oczywiście, kochanie – odparła Adela, choć głos drżał jej przy każdym słowie.

5 marca 1867 roku Zosia zmarła, przeżywszy niecałe trzy lata. Cisza, która zapadła w dworze po jej odejściu, była niemal namacalna — jakby wszystko, nawet przyroda, zatrzymało się w miejscu.

Dla Adeli był to cios, który niemal pozbawił ją tchu. Miesiąc przed terminem porodu, wyczerpana płaczem, poczuła pierwsze bóle. Mimo wszystko urodziła silnego, dobrze rozwiniętego chłopca.

8 marca 1867 roku na świat przyszedł Jan Edward Zygmunt, zwany później Januszem — trzy dni po śmierci Zosi. Adela, choć złamana bólem, przyjęła syna z czułością i spokojem. Tuląc go, szeptała:

– Musisz być silny, mój maluszku. Dla siebie… i dla mnie.

Kazimierz znosił tę stratę znacznie gorzej. Przez wiele tygodni unikał salonu, a widok dziecięcych zabawek Zosi boleśnie przypominał mu radość, którą los tak okrutnie odebrał. Jego marzenie o rozroście rodu przygasło wraz z odejściem ukochanej córeczki.

Stefan, jako piętnastomiesięczny chłopczyk, nie rozumiał, co właściwie się stało. Jeszcze przez kilka dni biegał po pokojach, zaglądał w kąty i wołał swoim dziecięcym głosikiem:

– Zoja! Zoja!

Widok ten na nowo rozdzierał serca rodziców. Każde takie wołanie było jak ukłucie — delikatne, niewinne, a jednak tak boleśnie przypominające o tym, kogo już zabrakło.

Czas płynął, a chłopiec rósł. Gdy skończył dwa lata, w jego spojrzeniu pojawiła się już ta charakterystyczna dla niego, chłopięca powaga. Pewnego dnia, stojąc przy kołysce, w której spał malutki Januszek, wypiął dumnie pierś i oznajmił:

– Ja go będę pilnować!

Adela uśmiechnęła się przez łzy, a Kazimierz mruknął coś w odpowiedzi, próbując ukryć wzruszenie. Słowa Stefana były proste, ale wypowiedziane z tak wielką determinacją, że przez krótką chwilę wszyscy w pokoju poczuli, jakby wracało światło.

Chwilę później jednak chłopiec, przyciągnięty szelestem na korytarzu, pobiegł dalej bawić się w swoje dziecięce zabawy, zostawiając Januszka pod czujnym okiem niani.

Nie wiedział jeszcze, że to niewinne zdanie — „Ja go będę go pilnować” — stanie się zapowiedzią ich późniejszej, niezwykle silnej, braterskiej więzi.

Wraz z upływem kolejnych lat dwór w Krępie wypełniał się gwarem dziecięcych kroków, płaczu, śmiechu i pierwszych słów. Czas przynosił kolejne narodziny, a dom pulsował życiem jak rozrastające się drzewo.

22 grudnia 1868 roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, przyszła na świat Irena Wiktoria – pierwsza z trzech kolejnych dziewczynek — dziecko drobne, delikatne, jakby stworzone do cichej obecności. Chrzest odbył się dopiero 31 grudnia 1869 roku, w mroźne, jasne popołudnie…

1 lipca 1870 roku urodziła się Adelajda. Pogodna, radosna – szybko wzbudziła sympatię starszego rodzeństwa. Stefan, już czteroletni, lubił siadywać obok jej kołyski i opowiadać, co widział tego dnia — a były to przede wszystkim historie o koniach w stajni, które znał niemal po imieniu.

20 grudnia 1871 roku przyszła na świat Konstancja — najmłodsza z dziewczynek, dziecko o niespożytej energii. Mówiono później, że już jako niemowlę potrafiła jednym spojrzeniem wymóc na wszystkich uwagę, a ta cecha miała jej towarzyszyć przez całe życie

Przez kilka kolejnych lat życie w Krępie toczyło się równym, spokojnym rytmem: narodziny, zabawy i początkowa edukacja dzieci, codzienne obowiązki i długie zimowe wieczory. Wtedy to Adela – pisała listy przy świetle lampy naftowej, Kazimierz przeglądał dokumenty ziemskie, dziewczynki bawiły się lalkami, a chłopcy budowali z drewnianych klocków zamki obronne. W tych miniaturowych budowlach Stefan był zazwyczaj księciem, a Janusz — rycerzem, obaj niezwykle dumni ze swoich funkcji.

Aż nadszedł maj roku 1875, którego później nikt w rodzinie nie wspominał bez ściszenia głosu. Tego miesiąca urodził się Stanisław Zygmunt — jasnowłosy, drobny chłopiec, którego uśmiech miał w sobie tyle ciepła, że rozjaśniał najpochmurniejsze poranki. Przez półtora roku był oczkiem w głowie całej rodziny, a zwłaszcza Janusza, który z powagą starszego brata doglądał jego kołyski, jakby pełnił najważniejszą funkcję na świecie.

Jednak zima 1876/77 przyszła nagle i ostro. Mokradła zamarzły na gładką taflę, a wiatr niósł ze sobą lodowaty pył. Mały Stasio zachorował powoli, cicho — tak, że początkowo nie budziło to niepokoju. Ale choroba postępowała, aż pewnego styczniowego poranka 1877 roku chłopczyk odszedł, mając zaledwie półtora roku.

Dwór pogrążył się w ciszy. W sercu Adeli i Kazimierza pozostał kolejny bolesny ślad…

Janusz długo nie wiedział, co zrobić z własnym żalem; chodził od okna do okna, jakby kogoś wypatrując, i tylko czasem szeptał:

– Gdzie Stasio?

Dzieci rosły. Biegały po sadzie, śmiały się i kłóciły jak każde rodzeństwo, odnajdując swój rytm w codzienności. A jednak w tym pełnym życia gwarze były dwie ciche obecności, których nie sposób było zapomnieć.

Zosia — najstarsza, ta, która pierwsza uczyła się mówić, śmiać i nucić bratu piosenki. Choć odeszła tak wcześnie, w opowieściach powracała jak jasny, krótki przebłysk dawnych lat.

I był też Stasio — najmłodszy, jasnowłosy chłopiec, który był tu zbyt krótko, by opowiedzieć swoją historię, a jednak wystarczająco długo, by stać się częścią ich świata.

Codzienność w Krępie

Życie dzieci w Krępie było proste i zdyscyplinowane. Poranki zaczynały się wcześnie.

Latem słońce wdzierało się do pokoi tak szybko, że Stefan i Janusz niemal zeskakiwali z łóżek, by wybiec do stajni. Zimą budził ich zapach palonego drewna i kroki służby krzątającej się już od świtu.

Po śniadaniu przychodził czas na lekcje. Starsze dzieci uczyła guwernantka – francuskiego, rachunków, pisania i czytania. Stefan lubił geografię, Janusz historię bitew, Irena natomiast przepadała za literaturą i potrafiła czytać bajki młodszym siostrom z przesadną, teatralną manierą.

Popołudniami, gdy tylko pogoda pozwalała, całe rodzeństwo wychodziło na dwór. Bieganie po sadzie, wyprawy nad mokradła, zabawy w „folwark”, gdzie każdy miał swoją rolę – to był ich świat.

Zimą jeździli na sankach z pagórka za dworem albo lepili ze śniegu grody i fortece, które w ich wyobraźni broniły Krępy przed niewidzialnymi najazdami.

Wreszcie nadszedł dla dzieci moment wyjazdu z rodzinnego domu. Pierwszy wyruszył Stefan, za nim Janusz – najpierw do gimnazjum, potem na wyższe studia. Z czasem również dziewczynki musiały opuścić dom i wyjechać na pensję, wkraczając w świat, który dotąd znały jedynie z opowieści.

2025-12-20 8 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Grudzień – Święta, Sylwester i moje urodziny

by Jolanta Strażyc 2025-12-10

Grudzień zawsze był dla mnie miesiącem wyjątkowym – pełnym świateł, zapachów, ciepła i wspomnień. Urodzona tuż przed świętami, od zawsze czułam, że to mój czas – przepełniony magią, rodzinnym ciepłem i tymi chwilami, które zostają z nami na lata.

Tuż przed świętami… niespodzianka

Majka i Ewa, zorganizowały dla mnie urodzinowe spotkanie w kawiarni  Noworolski. Zupełnie się nie spodziewałam – sądziłam, że to zwykłe przedświąteczne popołudnie, trochę plotek przy herbacie i może spacer po Rynku. Tymczasem, kiedy przekroczyłam próg kawiarni, z głośnika sączył się stary utwór Czesława Niemena, a zza filara wychyliły się dwie uśmiechnięte twarze.

– Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! – zaintonowała Majka, śmiejąc się, zanim zdążyłam w ogóle coś powiedzieć.

– No chodź, gwiazdo grudnia! – dodała Ewa i pociągnęła mnie w stronę stolika, gdzie czekała świeczka wbita w kawałek tortu, maleńki bukiet amarylisa i karteczka z napisem: „Nie liczymy świeczek – liczymy wspomnienia”.

Ewa podniosła wzrok znad menu i powiedziała z uśmiechem:

– Mój wernisaż w piątek, ale dzisiaj – twój wieczór.

Usiadłyśmy, a świat wokół jakby się zatrzymał. W kawiarnianym półmroku świeciły ciepłe lampki, za oknami mrugały świąteczne dekoracje, a przy sąsiednich stolikach rozbrzmiewały głosy, ale nasze miejsce zdawało się być wyjęte z czasu. Jak klisza z dawnych lat.

Kelner przyniósł napary – zielona z imbirem, czarna z kardamonem, a do tego filiżanki ciepłej czekolady. Pachniało pomarańczą i cynamonem. Majka wyciągnęła małe pudełko przewiązane złotą wstążką.

– Nie pytaj, co to, po prostu otwórz.

W środku była srebrna zawieszka z wygrawerowanym napisem: „Grudzień to Twój czas”. Nie odpowiedziałam od razu – tylko się uśmiechnęłam i poczułam, że oczy zaczynają mi się szklić.

– No nie płacz, bo rozmaże ci się radość – zażartowała Majka.

Zostałyśmy tam do zamknięcia kawiarni, jak za dawnych lat – kiedy żadna z nas nie patrzyła na zegarek, a rozmowy płynęły bez końca. Opowiadałyśmy sobie o planach, wernisażu Ewy, o nowych wzorach Majki, o moich pomysłach na biżuterię z bursztynu z Elbląga – z tamtej naszej czerwcowej wyprawy. Śmiałyśmy się, wspominałyśmy, wzruszałyśmy.

Wychodząc, powiedziałam:

– Dziękuję wam. To były moje najbardziej krakowskie urodziny. I może właśnie dlatego – takie niezapomniane.

Ewa objęła mnie lekko, Majka podała parasol i powiedziała:

– No, skoro dziś były urodziny i wspomnienia, to na Nowy Rok będzie szampan i plany!

I tak szłyśmy przez zimowy Rynek, trzy przyjaciółki – z ciepłem urodzinowego wieczoru pod płaszczem.

Wigilia i Święta Bożego Narodzenia

Tuż przed Wigilią wyruszyłam z Krakowa do Lublina moim niezawodnym Renault 19 coupé, granatowym jak wieczorne niebo. Silnik mruczał jak zadowolony kot, mimo że całą drogę nie przestawało padać.
Szyby co chwilę zalewały się strugami deszczu, a ja śmiałam się do siebie, że ten mój francuski rumak nie boi się żadnej pogody.

– No jedź, kochanie, tylko nie brykaj na tych kałużach! – mruknęłam do kierownicy, kiedy po raz dziesiąty wpadłam w coś, co wyglądało jak płytki staw.

W Lublinie zatrzymałam się u córki. Michałek miał już pięć lat – energiczny, rozbrykany i śmiejący się na cały dom. Każdego ranka witał mnie okrzykiem:

– Babciaaaa! Gdzie autko? – a ja musiałam udawać, że Renault to jakiś magiczny transformer, co nocą znika i wraca rano w nowej postaci.

Dwa przedpołudnia spędziłam w Archiwum Państwowym, gdzie buszowałam w papierach, jak Sherlock Holmes w bibliotece. Udało mi się zdobyć kilka wyjątkowych dokumentów o rodzinie Lisowskich, Zańskich i (nowy nabytek) Bojarskich. Prawdziwe perełki! Skany zapisałam starannie na pendrive z breloczkiem w kształcie sowy – prezent od córki, dla której jestem „mądra jak sowa”.

Wigilię spędziliśmy razem: córka, wnuk, mój mąż, który akurat miał kilka dni urlopu i wrócił do kraju, no i ja – babcia z aparatem fotograficznym.

Na stole jak zawsze zupa grzybowa, ryba morska, pierogi, sałatka, makowiec, kompot z suszonych owoców… Miłe chwile, dużo śmiechu – wnuk, ubrany w czerwony sweter z reniferem, próbował coś recytować.

Pierwszy dzień świąt to już klasyk – rodzinny spacer. Poszliśmy na Stare Miasto, gdzie migotały świąteczne lampki, a nad brukiem unosił się zapach pieczonych kasztanów.

W drugi dzień świąt, zaraz po śniadaniu i ostatnich uściskach, znów zapakowałam się do mojego Renault, które tym razem przywitało mnie suchym dachem, a dzień promieniami słońca. Jechałam z powrotem do Krakowa, podśpiewując pod nosem kolędy i co jakiś czas pogłaskując deskę rozdzielczą.
– Dobrze jedziesz, staruszku. Prawie jak sanie Mikołaja.

Po powrocie do Krakowa od razu wciągnęłam się w pomoc Majce przy jej biżuterii. Zrobione cudeńka fotografowałam ze wszystkich stron. Majka wystawiła wszystko w swoim sklepie internetowym, a ja poczułam się jak asystentka artystyczna z katalogu Vogue.

Znalazłam też chwilę na własne projekty: bransoletki, kolczyki, komplety – każdy z nich miał swoją historię. Jeden zestaw nazwałam „Sylwestrowa Noc”, inny „Zimowy Spacer z Babcią” – i przyznam, że ten ostatni był naprawdę rozchwytywany!

Koniec roku 2010

Na Sylwestra wybrałyśmy się z Majką do Marty i Tomka – naszych wspólnych znajomych. Towarzyszyli nam Karol i Konrad – duet, który mógłby spokojnie prowadzić własny kabaret. Kiedy tylko weszliśmy do mieszkania, przywitała nas kartka na drzwiach:

„Witamy w przyszłości! W środku szampan, śledzik i tańce do rana”.

– No to chyba dobrze trafiliśmy – mruknęła Majka, zdejmując szalik i zdmuchując z niego płatki śniegu.

– Pytanie tylko, czy śledzik był wcześniej, czy dopiero będzie – dodał Karol i wymownie spojrzał na zegarek.

– Jeśli to przyszłość, to wszystko już się wydarzyło – filozofował Konrad, otwierając drzwi z teatralnym gestem. – Zapraszam do wehikułu czasu!

Tego wieczoru było wszystko: tańce do Abby, bitwa na konfetti, toast za każdego psa i kota obecnych w sercach gości, a nawet konkurs na najdziwniejszy noworoczny plan (Karol wygrał, twierdząc, że nauczy się języka delfinów).

O północy wyszliśmy na balkon. Niebo eksplodowało fajerwerkami, a ja patrzyłam w górę i pomyślałam, że dobrze jest zacząć rok z uśmiechem, kieliszkiem szampana i przyjaciółmi obok. Konrad próbował odpalić sztuczne ognie, ale jak zwykle coś poszło nie tak.

– O, niech to! – jęknął, kiedy lont zgasł w połowie. Spróbował drugi raz, tym razem udało się, ale wystrzelił nie tam, gdzie trzeba – fajerwerk rykoszetem odbił się od barierki i poleciał w stronę balkonu sąsiadów.

– To był test! – krzyknął, chowając zapalniczkę do kieszeni. – Sprawdzam, czy Nowy Rok jest czujny.

Do domu wróciłyśmy nad ranem, taksówką. Miasto było już przygaszone, choć gdzieniegdzie widać było jeszcze ostatnich śmiałków z butelkami w dłoniach i brokatem we włosach.

– Tylko niech pan nie robi dziś kółek po rynku – mruknęła Majka opierając głowę o zagłówek.

– Spokojnie, dzisiaj jedziemy jak po czerwonym dywanie – odpowiedział i ruszył powoli, mijając ulice Krakowa.

W radiu cicho grało italo disco, miasto powoli szykowało się do snu, a my – z nowymi planami, uśmiechami i paczką sylwestrowych wspomnień – jechałyśmy przed siebie.

Nowy rok – 2011 – zaczynał się pięknie.

2025-12-10 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

Wspomnienia Marianny Dygasińskiej

by Jolanta Strażyc 2025-11-25

Za wschodnią rubieżą, został mój dom rodzinny — dom, w którym śmiano się i śpiewano, w którym płonął ogień w kominku i pachniały jabłka z ogrodu. Ten dom legł w popiele. Zaorano po nim ziemię, by nikt z nas nie rozpoznał miejsca swego urodzenia. Tam, gdzie dawniej rosły róże, dziś hula wiatr i zalega cisza — głucha jak po śmierci.

Z domem spłonęły wszystkie pamiątki: książki, listy, obrazy, wspomnienia o poprzednich pokoleniach. Rozkradziono srebra, potłuczono kryształy, rozszarpano gobeliny. Nawet pamięć o tamtych miejscach próbowano zetrzeć z powierzchni ziemi.

Nie zostało nic.

Wyruszyłam na tułaczkę, niosąc w sobie ból i tęsknotę, nie mając nawet miejsca, gdzie można by zapłakać nad losem utraconym. Lecz moje serce zostało tam — w popiołach domu, w ogrodzie, wśród mogił przodków.

Czy ja, która tam mieszkałam do roku 1944, mogłam nie tęsknić za Ziemią Wołyńską? Czy mogłam zapomnieć o domu i o głosach ludzi, którzy byli moim światem?

Przez dziesięciolecia nie mogłam odwiedzać miejsc, w których dorastałam. Nie wolno mi było stanąć pod starym jaworem, który rósł obok naszego domu. Nie wolno było nawet wspominać — zbyt niebezpieczne było pamiętać to, co sowiecka propaganda próbowała zamazać i przekręcić.

Słuchałam więc w milczeniu, jak mówią o naszej ziemi, że za Polski niszczono, gnębiono, że nie było tam miłości ni porządku. A przecież ja pamiętam inaczej. Pamiętam pola, które rodziły. Pamiętam ludzi prostych, a dumnych, żyjących w zgodzie z ziemią i z Bogiem.

Zostały mi tylko wspomnienia.

To one przez wszystkie te lata były moją ojczyzną. I choć świat się odmienił, pamięć o tych ziemiach trwa — bo póki ktoś wspomina, tamta ziemia jeszcze żyje. Dlatego te słowa piszę — by ocalić ją od zapomnienia.

Mój ojciec, Antoni Dygasiński,

urodził się 23 września 1872 roku, jako jedyne dziecko Ignacego i Agnieszki z Zielińskich. Od młodości wyróżniał się nie tylko urodą, ale i pewnym nieuchwytnym wdziękiem, który sprawiał, że ludzie lgnęli do niego z sympatią. Zawsze elegancki, nienagannie ubrany, miał w sobie tę dawną ogładę, jakiej już dziś się nie spotyka. Tańczył lekko, jakby z natury, a w siodle siedział z dumą i pewnością, jak przystało synowi z dobrego domu.

Gimnazjum i studia ukończył w Warszawie, lecz jego dusza pragnęła sceny. Marzył o teatrze, o blasku rampy, o słowie, które porusza serca. Spróbował więc szczęścia we Lwowie, gdzie z entuzjazmem przyjęto jego talent i urok osobisty. Jednak życie szybko zweryfikowało te marzenia.

Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa,

ojciec nie zawahał się ani chwili. Zamiast sceny wybrał front — zamiast oklasków, huk dział. Walczył o Polskę, która wtedy dopiero rodziła się na nowo. Już na początku wojny został ciężko ranny w nogę. Rana nigdy się do końca nie zagoiła. Od tamtej pory utykał, wspierał się na lasce, ale nosił ją z godnością, jakby była symbolem przebytej drogi, a nie kalectwa.

Aktorstwo stało się niemożliwe — los zamknął przed nim scenę, ale otworzył inny świat: codzienności, obowiązku, pracy i rodziny. Nigdy jednak nie przestał mieć w oczach tego błysku, który zdradzał marzyciela. Czasem, gdy siadał wieczorem w fotelu, widziałam w jego spojrzeniu cień tamtego młodego mężczyzny ze Lwowa, który wierzył, że wszystko jeszcze przed nim.

W roku 1905, podczas pobytu w Warszawie, ojciec poznał kobietę, która odmieniła jego życie — moją matkę, Rozalię Potocką. Nazwisko miała znane, choć, jak zwykła żartować, nie z tych Potockich — z tych skromniejszych, mniej sławnych, ale z sercem szczerym i rozumem jasnym. Była osobą cichą, a zarazem stanowczą, z natury pogodną i pełną taktu. Ojciec od razu ją polubił — może za jej prostotę, może za spokój, który łagodził jego artystyczną duszę.

Ślub odbył się w roku 1906 w Warszawie.

Z czasem zamieszkali na Wołyniu, gdzie ojciec odnalazł to, czego szukał — przestrzeń, która koiła wspomnienia wojny, i dom, w którym rozbrzmiewał śmiech dzieci.

Pierwszy na świat przyszedł Leon, dnia 3 grudnia 1908 roku — chłopiec żywy, ciekawski, z błyskiem w oku po ojcu. Trzy lata później, 10 sierpnia 1911 roku, urodziłam się ja — Marianna.

Matka mawiała potem, że przyszłam na świat w czasie największych upałów, kiedy powietrze drżało od słońca, a zboża złociły się na polach. Dziecko z ognia i światła — śmiała się, ocierając pot z czoła. Ojciec, gdy mnie pierwszy raz wziął na ręce, miał podobno powiedzieć półżartem: Oto moja mała aktorka — oby jej życie było mniej dramatyczne niż moje.

Wraz z bratem Leonem uczęszczaliśmy do szkoły średniej w Kowlu.

To były lata młodości, pełne zapału i wiary, że świat stoi przed nami otworem. Uczyliśmy się pilnie, bo rodzice zawsze powtarzali, że wiedza to jedyne, czego nikt człowiekowi nie odbierze. Po zdaniu egzaminu dojrzałości Leon rozpoczął studia w Wyższej Szkole Mierniczej, a ja — kierując się raczej sercem niż modą — zapisałam się na Kursy Medyczne dla Kobiet. Chciałam pomagać ludziom, zrozumieć cierpienie, może w jakimś sensie naprawić to, co wojna zniszczyła w ojcu i tylu innych.

Miałam wtedy narzeczonego,

nazywał się Henryk Jaworski. Był miły, dobrze wychowany, z porządnej rodziny. Wydawało się, że wszystko prowadzi ku małżeństwu, lecz los chciał inaczej. Nie wyszło… I może dobrze, bo serce już szykowało dla mnie inną drogę.

Podczas karnawału w 1936 roku poznałam człowieka, który odmienił moje życie — mojego przyszłego męża, Wacława. Był to wieczór balowy, pełen muzyki, świateł i śmiechu. Tańczyliśmy walca, a ja pamiętam do dziś, że gdy mnie objął, poczułam dziwne, ciche przekonanie, że to właśnie on. Że przy nim zatrzyma się mój los.

Wacław, mój przyszły mąż, urodził się 16 kwietnia 1898 roku — dwa ogniste znaki zodiaku spotkały się więc, gdy nasze drogi się skrzyżowały. Był człowiekiem silnym duchem, pełnym energii, choć życie nie zawsze mu sprzyjało. Próbował szczęścia w wojsku — marzył o karierze oficera, o mundurze, który dla jego pokolenia był symbolem honoru i służby Ojczyźnie. Jednak los okazał się przewrotny. Wypadek, który przeszedł, przekreślił te plany. Zamiast frontu i marszów pozostała mu cywilna droga — spokojniejsza, lecz nie mniej odpowiedzialna.

15 listopada 1936 roku wzięliśmy ślub.

Był to dzień chłodny, ale pełen światła — jakby samo słońce chciało nam błogosławić przez mgłę. Po ślubie zamieszkaliśmy we Włodzimierzu Wołyńskim, mieście, które szybko stało się naszym domem. Po zakończeniu służby w 23 Pułku Piechoty im. pułkownika Lisa-Kuli, Wacław rozpoczął pracę jako zawiadowca stacji. Kolej była jego życiem — wszystko w niej miało porządek, rytm, sens. Pociągi przychodziły i odchodziły jak ludzie w życiu: jedni na chwilę, inni na zawsze.

Tam, we Włodzimierzu, rozpoczęły się nasze najpiękniejsze lata. 4 sierpnia 1937 roku urodziła się nasza córka, której daliśmy imiona Janina Wanda. Maleńka, krucha, o oczach błękitnych jak len. Rok później, 16 października 1938 roku, przyszedł na świat nasz syn Roman Stefan — silny, zdrowy chłopiec, którego ojciec od razu wziął na ręce z dumą i łzami w oczach.

Byliśmy wtedy młodzi, szczęśliwi i pełni planów. Nikt nie przeczuwał, że cień wojny już stoi za progiem.

Włodzimierz Wołyński był wówczas miasteczkiem spokojnym,

nieco prowincjonalnym, jakby zatrzymanym w czasie. Nie było tu przemysłu, wielkich zakładów ani bogactwa – za to był porządek, rytm codzienności i znajome twarze. Wszyscy znali się nawzajem, a życie toczyło się niespiesznie: praca, kościół, targ w soboty, spacery po rynku w niedzielne popołudnia.

W letnie dni najwięcej radości przynosiły zawody hippiczne, organizowane przez jednostki wojskowe miejscowego garnizonu. Dzieci biegły tłumnie na plac ćwiczeń, kobiety w jasnych sukniach przystawały przy ogrodzeniu, a mężczyźni dyskutowali o koniach, jakby od tego zależały losy świata. W północnej części miasta znajdowały się koszary 23 Pułku Piechoty imienia pułkownika Lisa-Kuli – największa duma i atrakcja Włodzimierza. Każda parada wojskowa była świętem, a dźwięk orkiestry niósł się daleko po ulicach, mieszając z zapachem lip i kurzem letniego dnia.

Jednak spokój nie trwał długo.

Nadchodził rok 1939 – i z każdym miesiącem coraz częściej mówiło się o wojnie. Nikt jeszcze nie wierzył, że naprawdę wybuchnie, ale w powietrzu wisiało napięcie. Po mobilizacji przez kilka dni wojska stacjonujące w naszym mieście odjeżdżały koleją w stronę Tucholi. Pamiętam te pociągi, pełne młodych twarzy i śpiewu, który brzmiał jak pożegnanie.

3 września spadły na miasto pierwsze bomby. Potem kolejne – codziennie, o różnych porach, bez litości. W ogrodach, na łąkach i przy torach biwakowali uciekinierzy z centralnej Polski – zmęczeni, głodni, z dziećmi i tobołkami w dłoniach…

A potem przyszedł 17 września 1939 roku.

Armia Czerwona wkroczyła od wschodu, głosząc „wyzwolenie spod ucisku burżuazyjnej Polski”. Włodzimierz zajęto bez walki. Sowieci mówili o wolności, szczęściu i nowym porządku, ale wszyscy czuliśmy, że to tylko słowa. Wkrótce zaczęły się zebrania, przemówienia i nakazy. W październiku zorganizowano głosowanie, po którym nasze ziemie włączono do Związku Radzieckiego. Nikt nas o zdanie nie pytał.

Wszyscy mieszkańcy dostali przymusowe obywatelstwo radzieckie. Trzeba było uczyć się nowych słów, nowych zasad, nowych gestów. Znajomy nauczyciel, Polak z dziada pradziada, otrzymał rozkaz napisania wiersza na cześć „Ojca Narodów” i „nowej rzeczywistości”. Napisał – bo musiał.

Nasz sąsiad, Ukrainiec, coraz częściej podśpiewywał dumki, w których więcej było gniewu niż melodii. Wiedziałam, o czym myśli – o Samoistnej Ukrainie, o Polsce, która miała zniknąć. Czułam strach, czułam niepewność. Miałam już wtedy dwoje dzieci, a w lutym 1940 roku urodziłam jeszcze bliźnięta. Zamiast radości towarzyszył mi lęk – ludzie znów mówili o wojnie…

Ale życie toczyło się dalej.

3 kwietnia 1940 roku mój brat Leon ożenił się z Reginą Zofią – córką doktora Wybrańczyka z Kowla. Pamiętam ten dzień dobrze – pierwszy raz od dawna ktoś się uśmiechał naprawdę.

A potem nadszedł 22 czerwca 1941 roku.

Wojska niemieckie zaatakowały Związek Radziecki. Jeszcze dziś słyszę warkot ciężko obładowanych junkersów, lecących na wschód. Wkrótce w mieście pojawili się Niemcy, a na drogach ciągnęły w przeciwnym kierunku kolumny radzieckich jeńców – brudnych, głodnych, milczących.

Zima 1941/42 była surowa – mróz, głód, strach. Palono wszystko, co drewniane: płoty, drzewa z miejskiego parku, nawet meble. Kolejarze mówili o transportach poodmrażanych Niemców, a żandarmeria kazała oddawać kożuchy – kto się sprzeciwił, był rozbierany na ulicy.

Były rewizje w domach, zabierano ciepłe ubrania i wysyłano swoim żołnierzom na wschodni front. Przyszli też do nas. Wandzia miała wtedy trzy i pół roku. Śliczna blondyneczka od razu spodobała się młodemu Niemcowi: So wie meine Heike („Taka jak moja Heike”) – powiedział ze łzami w oczach.

Ciepłe ubrania schowane były w łóżeczku bliźniąt, pod materacem. Nie zajrzeli tam.

Lato 1942 roku przyszło piękne, jakby wbrew wszystkiemu. Słońce paliło, zboża dojrzewały, ptaki śpiewały, jak dawniej. Tylko człowiek już nie był ten sam…

Wacław nigdy nie potrafił stać z boku, gdy działo się zło.

Już wcześniej mówił, że wojna nie skończy się szybko i że przyjdzie taki czas, kiedy każdy będzie musiał opowiedzieć się po którejś stronie. Jako zawiadowca stacji miał pewne możliwości – znał ludzi, wiedział, które transporty jadą gdzie, a które wracają puste. Czasem szeptem wspominał o przesyłkach, które „nie dotarły na miejsce”, o ludziach, których udało się wywieźć dalej, poza miasto. Nie pytałam o szczegóły – im mniej się wiedziało, tym bezpieczniej było dla wszystkich.

Na początku 1943 roku Niemcy przystąpili do likwidacji getta. Przez kilka dni ciężarówki odjeżdżały z Włodzimierza w kierunku lasu Piatydnie. Wacław to widział. Wrócił wtedy do domu blady, z oczami, w których nie było już światła. Nie powiedział wiele – tylko: Tego się nie da zapomnieć.

Wokół zaczynało się dziać coraz gorzej. Już w 1942 roku pojawiały się pogłoski o ukraińskich bandach atakujących polskie wsie, ale od stycznia 1943 roku te wieści zamieniły się w krwawe fakty. Wioski płonęły, ludzie ginęli w nocy, a Wołyń pogrążał się w chaosie. Mówiono, że to „czystka etniczna”, że chodzi o ziemię, ale dla nas to była po prostu rzeź — sąsiedzi mordowali sąsiadów.

W tych dniach na Wołyniu nie było już prawa.

Niemcy zajęci byli frontem, administracja bezsilna, a meldunki Armii Krajowej mówiły wprost: Stan panujący na Wołyniu przypomina zupełnie dzikie pola.

W takich warunkach Wacław włączył się w działalność ruchu oporu.

Myślę, że pomagał, jak mógł – znał tory, transporty, rozkłady jazdy. Mógł przekazywać wiadomości, ukrywać ludzi, ułatwiać przejazdy. Niewiele wiem, bo o takich rzeczach się nie mówiło. Ale pamiętam, że często wychodził nocą, cicho, bez słowa.

8 czerwca 1943 roku nie wrócił już do domu.

Do dziś nie wiem, co się z nim stało.

Według relacji świadków, Wacław został tego dnia o północy zatrzymany przez niemieckich żandarmów i tego samego dnia rozstrzelany. Tak brzmiał urzędowy zapis. Ale w mojej pamięci to nie tylko słowa. To noc bez końca.

Gdy nadeszła wiadomość o jego śmierci, przeniosłam się z dziećmi do rodzinnego domu w Kowlu.

4 stycznia 1944 roku wojska sowieckie przekroczyły dawną granicę polsko-sowiecką w rejonie Rokitna. Wołyń stał się zapleczem frontu – zapełniły się drogi, pola, tory. Niemcy zaczęli ewakuację, a w tym całym zamęcie Armia Krajowa przystąpiła do realizacji planu „Burza” – akcji zbrojnej mającej na celu wystąpienie przeciw Niemcom i ujawnienie wobec Sowietów polskiej administracji i wojska.

W lutym 1944 roku wywieziono mnie wraz z dziećmi i moimi rodzicami na przymusowe roboty do Niemiec.

Jechaliśmy dwa tygodnie w zaplombowanych, bydlęcych wagonach. Ciemno, duszno, zimno. Dzieci płakały, starzy milczeli, każdy wpatrzony w swoje myśli, jakby próbował zrozumieć, dokąd nas wiozą i po co. Najpierw dowieźli nas do Krakowa. Tam odczepiono połowę wagonów i skierowano w stronę Oświęcimia. Patrzyłam na to z przerażeniem, nie wiedząc, czy los nas ominie, czy tylko odwlecze się w czasie.

Po przyjeździe do Niemiec zabrano nam brudne ubrania i skierowano do łaźni. Wszystko działo się szybko, bez słowa, jakbyśmy przestali być ludźmi. Mieszkaliśmy potem w baraku – na środku stał żelazny piecyk, trociniak, który miał ogrzewać całą izbę. Zimy w Niemczech nie były bardzo mroźne, ale wilgoć i smutek przenikały do kości.

Ojciec mój, który znał kilka języków, został tłumaczem.

Dzięki temu pracował w kuchni i dostawał dodatkowe kartki żywnościowe oraz przydział mleka. Mama nie pracowała – była już słaba. Ja sprzątałam na dworcu kolejowym, a potem w gospodarstwie rolnym u bauera. Był to człowiek, o dziwo, dobry. Nie mieli z żoną dzieci, więc moje pociechy bardzo polubili – szczególnie Wandę. Bałam się, że będą chcieli mi ją zabrać, bo coraz częściej dawali mi do zrozumienia, że chcieliby ją zatrzymać przy sobie.

Obóz w Wuppertalu był międzynarodowy.

Obok nas mieszkali Francuzi, którzy od czasu do czasu dostawali paczki żywnościowe. Moje dzieci chodziły do nich, żeby coś zjeść, choćby kawałek chleba, owoc, trochę słodyczy. Chorowały wtedy na koklusz. Pewnego dnia, kiedy dowiedziały się, że Francuzi dostali paczkę, poszły do nich. Dali im mrożone pomidory. Wandzia nie chciała jeść, więc Romek zjadł swoją porcję i jej.

Wkrótce zachorował. Dyfteria (błonica) – rozwinęła się błyskawicznie. Niemieccy „lekarze” zabrali go do izby chorych. Nie pozwolili mi wejść. Po chwili wyszli. Powiedzieli tylko, że „sprawa załatwiona”. Wiem, że dostał zastrzyk z fenolu. Zmarł 14 sierpnia 1944 roku, miał sześć lat.

Nie ma słów, które mogłyby opisać ten ból.

W obozie nie wolno było płakać głośno. Ale każdej nocy szeptałam jego imię, jakby mógł mnie jeszcze usłyszeć.

W tym samym czasie Wandzia uległa wypadkowi – wpadła pod samochód. Niemcy zabrali ją do szpitala. Piękna, jasnowłosa, z niebieskimi oczami po ojcu – szybko nauczyła się niemieckiego i mówiła płynnie. Leczono ją dobrze, choć nie mogłam jej odwiedzać. W czasie nalotów cały szpital przeniesiono do piwnic. Wanda miała wtedy siedem lat.

Po powrocie opowiadała,

że bardzo ją bolało i że krzyczała z bólu, a wtedy żołnierze zagrozili, że jeśli nie przestanie, to ją uduszą. Wspominała też, że na Boże Narodzenie każdemu dziecku w szpitalu postawiono na szafce małą choineczkę – tylko ona nie dostała. Pewnie dlatego, że jestem Polką – powiedziała.

Nie potrafiłam jej odpowiedzieć. Przytuliłam ją tylko mocno, bo w świecie, w którym ginęły dzieci, każde żywe dziecko było cudem.

Po wyzwoleniu obozu w marcu 1945 roku,

mieliśmy możliwość wyjazdu do Belgii. Moi rodzice zdecydowali się tam pojechać. Mnie jednak ten pomysł nie odpowiadał – pragnęłam wrócić do Polski. Wybrałam więc drogę przez Czechy.

Dlaczego przez Czechy? Pewien Czech, a właściwie Słowak, o imieniu Václav, zaproponował nam wspólny powrót. Obiecał różne wygody, pomoc, bezpieczeństwo – a ja, zmęczona i zdesperowana, uwierzyłam. Niestety okazało się, że moje dzieci i ja byliśmy mu potrzebni tylko do szybkiego i bezproblemowego dotarcia do domu.

Na stacji w Bratysławie czekała na niego dość liczna rodzina. Zostawił nas na dworcu i odszedł. Siedziałam zszokowana z dziećmi przez kilka godzin. Wanda miała wtedy osiem lat, bliźniaki – cztery. Pod wieczór starsza kobieta zabrała nas do swojej ubogiej chatki, gdzie spędziliśmy kilka dni…

W końcu dotarliśmy do Polski.

Odwiedziliśmy rodzinę: brata Leona w Koluszkach, cioteczną siostrę Józię Kłosińską w Tarnobrzegu, ale i tam nie było dla nas miejsca. Wędrowaliśmy z miasta do miasta: Bratysława, Tarnobrzeg, Koluszki, Katowice, Wrocław, szukając dachu nad głową.

Wreszcie ktoś doradził mi, aby udać się do Urzędu Repatriacyjnego, ponieważ przed wojną mieszkałam z dziećmi za Bugiem.

W tamtych chwilach dotarło do mnie gorzkie prawdziwe zdanie: „Wszystkie dobra rodzinne Dygasińskich zostały na Wołyniu, należącym teraz do ZSRR…”. Nic nie zostało, oprócz wspomnień i determinacji, by przetrwać i dać dzieciom dom, choćby tymczasowy.

Pierwszym punktem na drodze do nowego życia była stacja w Dziedzicach.

Tam, 8 września 1945 roku, otrzymałam specjalną przepustkę, uprawniającą do jednorazowego, bezpłatnego przejazdu wszystkimi środkami transportu do Katowic. Dokument potwierdzał, że jestem repatriantką ze Wschodu i prosił władze państwowe oraz samorządowe o udzielenie mnie i dzieciom wszelkiej możliwej pomocy.

W 1947 roku przydzielono mi gospodarstwo we wsi Krośnice niedaleko Milicza. Był to pierwszy krok do samodzielnego życia po wojennej tułaczce. Nie miałam jednak doświadczenia w pracy na roli – nie znałam się ani na uprawie ziemi, ani na hodowli zwierząt – dlatego z czasem zrezygnowałam z prowadzenia gospodarstwa.

Pod koniec kwietnia 1952 roku, w zamian za gospodarstwo otrzymałam dom z niewielkim ogródkiem w Wierzchowicach, gmina Krośnice, w powiecie milickim.

W tym samym czasie rodzice, wrócili z Belgii. Zamieszkali ze mną w nowym domu i pomagali w codziennych obowiązkach. Dzieci już były odchowane.

Rozpoczęłam pracę w szpitalu jako położna.

Musiałam też uporządkować swoje sprawy formalne. Wojenne doświadczenia pozostawiły mnie w trudnej sytuacji prawnej – byłam wdową, a w dokumentach wciąż figurowałam jako mężatka. 15 września 1948 roku, dzięki zebranym dokumentom i świadkom, Sąd Grodzki w Miliczu wydał postanowienie o uznaniu Wacława za zmarłego, tym samym kończąc etap wojennego zamieszania.

Miałam rodzinę – rodziców, troje dzieci – ale brakowało mi kogoś naprawdę bliskiego sercu.

Zawsze czułam się młoda, przynajmniej duchem, i próbowałam ułożyć sobie życie po swojemu. Najpierw był Słowak, potem Jan, który malował portrety ze zdjęć – po nim został mi całkiem udany portret, do dziś wiszący na ścianie. Aż w końcu pojawił się Wacek, trzynaście lat młodszy ode mnie.

Ślub wzięliśmy 25 października 1952 roku.

Miałam wtedy czterdzieści jeden lat, a on dwadzieścia osiem. Zwariowałam na jego punkcie tak bardzo, że nawet nie zwróciłam uwagi, że w dniu naszego ślubu Wandzia miała poważną operację kręgosłupa. Powinnam była być przy niej, ale… serce wygrało. Poszłam do ślubu.

A potem przyszła smutna wiadomość. 

25 października 1958 roku zmarł mój ojciec, Antoni Dygasiński, w szpitalu w Koźminie. Tego ranka obudził się i nie mógł wypowiedzieć ani jednego słowa – stracił mowę. Zawsze był żartownisiem, więc na początku mama pomyślała, że sobie żartuje. Jeszcze mu powiedziała parę nieprzyjemnych słów, zanim wezwała pogotowie. Zabrano go do szpitala neurologicznego w Koźminie Wielkopolskim, ale chyba było już za późno. Patrzę na te wydarzenia i próbuję je połączyć – lekki udar? Wylew? Stracił mowę, ale wstał i chodził, choć w jego oczach widać było niepokój, którego nie mógł wypowiedzieć…

Na początku lat pięćdziesiątych Wanda zachorowała na gruźlicę kości.

Spędziła wiele lat w szpitalu i sanatorium w Kamiennej Górze, gdzie ukończyła Państwową Szkołę Ogólnokształcącą oraz zaocznie szkołę kreślarską. To tam poznała przyszłego teścia Michała TU, a niedługo później jego syna, Stanisława TU. Po ślubie zamieszkali w Boguszowie, gdzie Staszek pracował w lecznicy weterynaryjnej. W 1961 roku, po śmierci Ireny – matki Staszka, przenieśli się do Puław TU.

Moja mama, Rozalia Dygasińska

była już damą z „ósmym krzyżykiem”, ale wciąż pełną życia i energii. Dbała o zdrowie i wygląd w sposób godny podziwu. Codziennie rano chodziła na mszę świętą nie do pobliskiego kościoła, ale do sąsiedniej wsi, cztery kilometry w jedną stronę. Nie jadła nic tłustego, przeważnie warzywa i owoce, czasem chudy nabiał, a dla dodania sobie wigoru codziennie wypijała „naparsteczek” koniaku. Jej kondycja i pamięć budziły powszechny podziw.

Pewnego zimowego ranka życie postawiło przed nią okrutną próbę – złamała nogę w biodrze.

W tym czasie urodziła się moja wnuczka. Mama doczekała się prawnuczki i była przeszczęśliwa – bardziej niż kiedykolwiek z wnuków. Chciała ją zobaczyć, ale złamane biodro unieruchomiło ją na dobre. Kiedy dziecko skończyło trzy miesiące, Staszek zrobił jej zdjęcia. Kiedy je zobaczyła, oczy jej zalśniły szczęściem – patrzyła na prawnuczkę z czułością, której nie potrafiłoby wyrazić żadne słowo.

Rozalia Dygasińska zmarła 30 marca 1962 roku. Brak ruchu i nadziei na poprawę zdrowia odebrało jej życie.

Po czternastu latach małżeństwa

zaczęły pojawiać się drobne pęknięcia, które z czasem stawały się coraz wyraźniejsze. Różnica wieku – trzynaście lat na moją niekorzyść – dawała o sobie znać w drobnych gestach, słowach, cichych aluzjach, które przypominały mi, że jestem starsza. Nie były to wielkie dramaty, lecz codzienne, subtelne ukłucia, które powoli raniły serce.

W końcu zrozumiałam, że muszę podjąć decyzję wyłącznie dla siebie – dla swojej godności, poczucia własnej wartości i spokoju ducha.

Rozstanie z Wackiem. 30 kwietnia 1966 roku…

Po rozwodzie, nie chciałam mieszkać w sąsiedztwie byłego męża. Przeniosłam się do Puław TU i zamieszkałam z córką w domu jej teścia –  wkraczając w nowy etap życia – spokojniejszy, pełen samodzielności i wewnętrznej siły, choć wciąż naznaczony doświadczeniami minionych lat.

Miałam 55 lat. Do emerytury brakowało mi pięć lat. Puławski szpital mnie nie przyjął – może byłam już za stara? Postanowiłam działać na własną rękę: założyłam prywatne przedszkole dla trójki dzieci. Chętnych było więcej, ale skromne warunki lokalowe wystarczały dla trójki.

Na emeryturę przeszłam w sierpniu 1971 roku.

Pod koniec lat sześćdziesiątych zmarł Michał. Formalnym właścicielem domu został jego syn, a mój zięć Staszek.

Moi synowie również przenieśli się do Puław. Dostali pracę w Zakładach Azotowych i własne mieszkania. W 1970 roku ożenili się, a niedługo potem przyszły na świat ich dzieci. Ale wnukami się nie zajmowałam – od wychowywania dzieci są przecież rodzice. Ja miałam swoje życie, które chciałam przeżyć najlepiej jak potrafię, bo zauważyłam, że z moją pamięcią zaczyna się dziać coś niedobrego.

Pierwsze objawy zaniku pamięci pojawiły się po 65. roku życia.

Fizycznie czuję się dobrze – spaceruję, spotykałam się z przyjaciółmi. Ale choroba postępuje: zaniki pamięci, wysokie ciśnienie, podwyższony cholesterol, pierwsze symptomy miażdżycy… i świadomość, że pewnego dnia film mojego życia może się urwać.

Najbardziej boli mnie to, że ludzie dziwnie patrzą na moją chorobę. Uśmieszki, irytacja, mówienie, że pytam po kilka razy o to samo – jakby ze mną nie dało się już rozmawiać…

Tracę pamięć dnia dzisiejszego, ale pamiętam dawne czasy.

Chcę zachować te wspomnienia dla mojej wnuczki, która interesuje się historią przodków. Chcę, aby znała nasze życie, nasze radości i cierpienia, aby wiedziała, skąd pochodzimy i kim jesteśmy. Niech te słowa będą mostem między przeszłością a przyszłością, który przetrwa dłużej niż pamięć jednej osoby.

***

Marianna Dygasińska, przez ostatnie lata życia, zmagała się z chorobą Alzheimera.

Zmarła 27 listopada 1988 roku w wieku 77 lat. Spoczywa w nowej części cmentarza przy ulicy Piaskowej w Puławach. Historia Jej życia, pozostaje w mojej pamięci i we wspomnieniach, które mi przekazała.

Bo życie, choć przemija, zostawia ślad, który można pielęgnować i przekazywać dalej.

(Marianna Dygasińska)

2025-11-25 8 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Ewa zostaje w Krakowie

by Jolanta Strażyc 2025-11-14

Sierpień 2010

Po powrocie z Budapesztu mieliśmy jeszcze kilka dni wspólnego luzu. Kraków pachniał po deszczu, a Kazimierz po nocach był jak zwykle pełen rozmów i śmiechu. Spotykaliśmy się codziennie – niby bez planu, niby „na chwilę”, ale te chwile potrafiły się przeciągnąć do późna, kiedy miasto już cichło, a my dalej siedzieliśmy przy stoliku, z głowami pełnymi planów na nic konkretnego.

Ewa nie spieszyła się z powrotem do Elbląga. Najpierw mówiła, że chce tylko odpocząć po podróży, potem – że musi jeszcze zobaczyć kilka miejsc w Krakowie, bo „tak dawno tu nie była”. My wiedziałyśmy, że to tylko wymówki. Już drugiego dnia rzuciła z uśmiechem:

– A może ja wcale nie wrócę?

Wszyscy się śmialiśmy, ale gdzieś w tym śmiechu było coś poważnego. Widać było, że jej tu dobrze. Rano wychodziłyśmy z Majką do pracy, a Ewa zostawała w kuchni, robiła sobie kawę i mówiła, że lubi ten krakowski rytm – trochę powolny, trochę uporządkowany, zupełnie inny niż w jej Elblągu.

Wieczorami wracałyśmy z Majką zmęczone, a ona już czekała z winem i świeżo upieczonym ciastem. Siadałyśmy na balkonie, patrzyłyśmy na zachód słońca nad dachami i słuchałyśmy, jak Ewa coraz śmielej mówi:

– Tu jest inaczej. Tu mi lepiej.

Trzeciego dnia już wiedziałyśmy, że to nie tylko chwilowe zauroczenie. Coś się w niej przestawiło. Nie mówiła o powrocie. Zamiast tego pytała, ile mogą kosztować małe mieszkania w Krakowie.

Kiedy w końcu nadszedł dzień wyjazdu, nikt z nas nie mówił za dużo. Ewa pakowała swoje rzeczy powoli, jakby celowo przeciągała każdą czynność. Walizka leżała otwarta na kanapie, a obok niej leżał kubek z niedopitą kawą — zimną już od godziny. W kuchni pachniało chlebem, który Majka właśnie wyjęła z piekarnika, choć nikt nie był głodny.

– Wracasz? – zapytałam, choć wiedziałam, że to pytanie nie ma sensu.

– No chyba muszę – odpowiedziała, uśmiechając się bez przekonania. – Ale nie na długo.

Uśmiechnęłyśmy się, choć obie wiedziałyśmy, że to nie żart. Kraków już w niej został, tak jak zostaje w człowieku zapach lata po burzy — nie do końca uchwytny, ale nie do zapomnienia.

Pojechała wieczornym pociągiem. Pamiętam, jak machała nam z okna, a my z Majką jeszcze długo stałyśmy na peronie, jakbyśmy czekały, że ten pociąg zaraz wróci.

Potem zaczęły się telefony. Najpierw krótkie: „Co u was?”, „Jak tam wasza nowa kolekcja”, „Widziałam fajne zdjęcia”. Z czasem coraz częściej pojawiały się słowa o tęsknocie. „U was jakoś inaczej”, „Wszędzie dobrze, ale w Krakowie najlepiej”.

W głosie Ewy było coś, co znałam z własnego doświadczenia – to moment, kiedy człowiek zaczyna czuć, że jego miejsce jest gdzie indziej. Nie, że gdzieś ucieka, tylko że wreszcie wraca.

Aż któregoś dnia, zupełnie zwyczajnego, zadzwoniła i powiedziała:
– Dziewczyny, sprzedaję mieszkanie po babci. Kupię sobie coś małego w Krakowie.
Na chwilę zapadła cisza. Pamiętam, że Majka spojrzała na mnie i obie jednocześnie zaczęłyśmy się śmiać – takim śmiechem z radości, że coś się właśnie zaczyna.

Sprzedaż i poszukiwania

Ewa zadzwoniła w środku tygodnia, w samo południe. Było gorąco, takie typowe, sierpniowe upały w Krakowie, kiedy nawet powietrze wydaje się zmęczone. W słuchawce usłyszałam jej głos — spokojny, ale z tym charakterystycznym błyskiem, który znałam doskonale.

– Dziewczyny, zrobiłam to. Mieszkanie po babci wystawione na sprzedaż.

– Serio? – zapytała Majka, choć już wiedziała, że Ewa nie żartuje.

– Serio. Teraz wasza kolej. Znajdźcie mi coś w Krakowie. Nie chcę willi, tylko małe, ciepłe gniazdko. Tyle, żebym miała gdzie postawić kubek z kawą i dwa kwiatki na parapecie.

I tak się zaczęło.

Jeszcze tego samego dnia z Majką umówiłyśmy się w naszej ulubionej kawiarni na Miodowej, z laptopem i notatnikiem. Wysłałyśmy kilka zapytań do biur nieruchomości. Wieczorem przyszły pierwsze oferty — za duże, za drogie, albo w miejscach, które Ewa od razu skreślała przez telefon.

– Nie, nie chcę Nowej Huty. Nie żebym miała coś przeciwko, ale ja to muszę mieć blisko Wisły – mówiła. – I koniecznie z balkonem.

Kiedy kilka dni później przyszła nowa wiadomość z agencji, coś nas tknęło.

Mieszkanie na Osiedlu Podwawelskim. Niewielkie, trzydzieści parę metrów, do małego remontu. Cena przyzwoita. Zdjęcia może nie zachwycały, ale lokalizacja – idealna. Spokój, zieleń, parę minut na piechotę do Wawelu.

– To jest to – powiedziała Majka po chwili milczenia. – Ewa się zakocha.

I rzeczywiście. Ewa przyjechała tydzień później. Kiedy tylko przekroczyła próg mieszkania, popatrzyła na nas i powiedziała:

– Już widzę, gdzie postawię kwiaty.

Śmiałyśmy się, bo wiedziałyśmy, że decyzja zapadła. Formalności były już tylko kwestią czasu.

Remont i przygotowania

Ewa zamieszkała u Majki. Tymczasowo, oczywiście — chociaż wszyscy wiedzieliśmy, że w praktyce oznacza to kilka tygodni wspólnego życia w rytmie kawy, pomysłów i pyłu budowlanego.

Na stole w kuchni leżały katalogi, próbki farb, skrawki tkanin, a między tym wszystkim talerzyki po cieście i filiżanki po espresso.

Każdy dzień zaczynał się od słów:

– No to co dziś załatwiamy?

Rano – telefon do Adama i Tomka, naszych niezawodnych fachowców, którzy już nie raz ratowali nasze mieszkania z opresji. Potem – wizyta na budowie, czyli w przyszłym mieszkaniu Ewy. Jeszcze pachniało kurzem, stare tapety odchodziły od ścian, a przez okna wpadało jesienne światło.

– Wyobraźcie sobie tu drewnianą podłogę – mówiła Ewa, stając pośrodku pustego pokoju. – I biały regał na książki.

– I lampę z wikliny – dopowiadała Majka.

– A ja widzę tu rośliny, dużo zieleni – dodałam.

Tak zaczynał się każdy dzień – od wizji. A kończył w markecie budowlanym.

Nie wiem, czy można się bardziej zmęczyć niż po kilku godzinach chodzenia między półkami z farbami, płytkami, fugami i karniszami. Ale to było przyjemne zmęczenie. Śmiałyśmy się z własnej nieporadności, kłóciłyśmy o odcienie bieli („to nie biała, to złamana śmietanka!”), a pan z działu farb, widząc nas trzeci raz tego samego dnia, tylko uśmiechał się porozumiewawczo.

Remont ruszył pełną parą. Adam i Tomek pojawiali się codziennie, a kiedy trzeba było coś przytrzymać, przykręcić albo przenieść, Karol i Konrad zjawiali się z narzędziami, jakby tylko na to czekali.

W weekendy nosiliśmy wiadra z farbą, rozkładaliśmy folię, a w przerwach na kawę siedzieliśmy na podłodze, popijając cappuccino z plastikowych kubków.

Coraz bardziej było widać efekty – ściany rozjaśniały, podłoga lśniła nowym drewnem, a kuchnia nabierała ciepła. Ewa mówiła wtedy często:

– Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.

A my odpowiadałyśmy: – A my wierzymy. I to od początku.

Przeprowadzka

Remont zakończył się późną jesienią. Jeszcze przez kilka dni chodziłyśmy po mieszkaniu w skarpetkach, żeby nie porysować świeżego parkietu, i wieszałyśmy zasłony, które Majka skracała na swojej maszynie do późna w nocy. W powietrzu wciąż unosił się zapach farby i nowego drewna, a mimo to – już było przytulnie.

Kiedy tylko ostatnie gniazdko zostało przykręcone, Karol z Konradem ruszyli w misję specjalną: po rzeczy Ewy do Elbląga. Wypożyczyli dużego busa, zapakowali termosy z kawą i ruszyli bladym świtem. Dla nich to była wyprawa jak z filmu drogi – dla Ewy, coś więcej.

Zadzwoniła do nas, kiedy już byli na miejscu.

– Dziwnie tak – powiedziała. – Jakbym odwiedzała kogoś, kogo kiedyś dobrze znałam.

Po chwili dodała cicho: – Ale dobrze, że to już za mną.

Chłopaki załadowali busa po brzegi – pudła, książki, kilka ramek ze zdjęciami, rośliny owinięte w papier i oczywiście stół po babci, ten, którego Ewa nie chciała zostawić.

Kilka dni później wrócili do Krakowa, zmęczeni, ale uśmiechnięci.

Rozpakowywanie trwało cały weekend. Każde pudełko było jak mała historia – znajdowały się w nim wspomnienia, śmiech, czasem wzruszenie. Ewa układała wszystko z takim spokojem, jakby wiedziała, że to jej miejsce.

W niedzielny wieczór usiedliśmy wszyscy w jej nowym salonie. Na podłodze, bo stół jeszcze czekał na skręcenie. Wino w plastikowych kubkach, świeczki w słoikach i pizza z pobliskiej pizzerii – świętowanie po krakowsku.

Ewa patrzyła przez okno na światła miasta i powiedziała cicho:

– No to jestem. Naprawdę jestem.

A my tylko kiwnęliśmy głowami. Nie było potrzeby nic dodawać. Kraków miał nową mieszkankę, a my – znów byliśmy w komplecie.

Zakończenie

Czasem życie nie potrzebuje wielkich rewolucji. Wystarczy jeden telefon, jedno zdanie wypowiedziane z przekonaniem: „Sprzedaję mieszkanie. Przeprowadzam się.”

I nagle wszystko układa się jak puzzle, które czekały tylko na ten moment.

Ewa odnalazła swoje miejsce.

Nie dlatego, że Kraków jest piękny — choć jest.

Nie dlatego, że ma widok na Wawel i kawiarnię tuż za rogiem.

Ale dlatego, że tu czekało na nią coś więcej niż nowe ściany.

Czekaliśmy my.

Wycieczka do Budapesztu TU

Wycieczka do Elbląga i nad Zalew Wiślany TU

2025-11-14 10 komentarzy
6 FacebookTwitterPinterestEmail
PodróżeWspomnienia

Budapeszt

by Jolanta Strażyc 2025-10-30

Czerwiec 2010

Lotnisko w Krakowie. Piątka znajomych rusza w kilkudniową wyprawę do Budapesztu. Ja z aparatem na szyi, Majka z plecakiem pełnym koralików, „na wypadek, gdyby natchnienie przyszło w Budapeszcie”, Ewa ze szkicownikiem, Karol i Konrad – z laptopami, „bo może coś trzeba będzie poprawić w kodzie”.

Samolot startował o dziewiętnastej. Majka, jak zwykle, zasnęła przed oderwaniem kół od pasa, a Ewa próbowała narysować stewardesę, zanim ta zdążyła się zorientować. Ja dokumentowałam wszystko – od chmur po plastikowy kubeczek z sokiem.

W połowie lotu Majka się ocknęła i zapytała:

– A wiecie, że Budapeszt to właściwie trzy miasta w jednym?

– Serio? – zdziwił się Karol.

– Tak. Buda, Óbuda i Peszt połączyły się dopiero w XIX wieku – odpowiedziała z dumą. – Widziałam w przewodniku.

– To znaczy, że mamy do zwiedzenia nie jedno, tylko trzy miasta – mruknął Konrad. – Czuję, że będzie bolało.

Po przylocie wzięliśmy taksówkę i trafiliśmy do naszego hotelu, opisanego w Internecie jako „średniej klasy z klimatem”. Klimat rzeczywiście był – trochę jak w filmie z lat 80. Windy nie było, klucz ważył pół kilo, a pokoje miały widok na podwórko, gdzie ktoś wieszał pranie w rytm muzyki z radia. Ale kto by tam narzekał – w końcu to Budapeszt!

Zasnęliśmy szybko – zbyt zmęczeni, by zastanawiać się, czy w nocy zgaśnie światło (zgasło).

Poniedziałek – zderzenie z historią i kawą po węgiersku

Pierwszy poranek rozpoczął się od bohaterskiej próby odnalezienia śniadania. Konrad stwierdził, że „kawa po węgiersku” musi być mocna jak palinka – i miał rację. Po dwóch łykach byłam gotowa zwiedzić cały parlament i pół Pesztu.

Zaczęliśmy od Mostu Łańcuchowego. Karol próbował tłumaczyć, że to „symbol jedności”, ale bardziej jednoczyło nas to, że w połowie mostu Ewa przypomniała sobie, że ma lęk wysokości. Zdjęcie grupowe wyszło dzięki temu wyjątkowo dynamicznie – z Ewą przyczajoną za moimi plecami.

Tu po raz pierwszy poznaliśmy naszego przewodnika – Gábora, a właściwie Gabriela po polsku, który uśmiechnął się szeroko, mówiąc:

– Most Łańcuchowy to pierwszy most na Dunaju w granicach dawnych Węgier. Dzięki niemu Buda i Peszt połączyły się nie tylko mostem, ale i losem – stąd dziś Budapeszt. W 1950 roku do miasta przyłączono jeszcze 23 miejscowości. Dlatego dziś Budapeszt ma rozmach, ale wciąż widać jego dawne małomiasteczkowe serce.

– Ładne – przyznała Ewa. – Czy to pan wymyślił? – zażartowała.
– Nie, historia. Ja tylko ją lubię opowiadać – odpowiedział Gábor z uśmiechem.

Wieczorem, siedząc nad brzegiem Dunaju, śmialiśmy się z Ewy i jej „bohaterskiego uśmiechu”. W tle odbijały się światła parlamentu, a Gábor tłumaczył:
– Parlament to prawdziwa perła neogotyku. Zbudowano go na przełomie XIX i XX wieku. Ma siedemset pomieszczeń i jest trzecim co do wielkości parlamentem świata. Ma 96 metrów wysokości – tyle samo co bazylika św. Stefana. To symbol, że władza świecka i duchowa są sobie równe.

Patrzyłam wtedy na odbicie gmachu w rzece i pomyślałam, że nawet gdyby nic więcej nie zobaczyć, już warto było tu przylecieć.

Wtorek – Wzgórze Zamkowe

Tu bije historyczne serce Budapesztu. Wzgórze i Zamek Królewski należą do światowego dziedzictwa UNESCO. W zamku mieści się dziś Węgierska Galeria Narodowa i Muzeum Historii Budapesztu.

Plan był prosty: Wzgórze Zamkowe, Baszta Rybacka, Kościół św. Macieja. Plan prosty – do momentu, aż zaczęliśmy iść pod górę.

– To tylko 235 metrów! – powiedział Karol, patrząc w mapę.

– W pionie? – sapnęła przestraszona Ewa.

„Budapeszt najlepiej zwiedzać pieszo” – przypomniałam sobie słowa Gábora. – „Bo tylko wtedy naprawdę słychać jego rytm.”

Na szczycie widok był wart wszystkiego. Baszta Rybacka błyszczała w słońcu, a Majka stwierdziła, że jej następna kolekcja biżuterii będzie „w stylu neoromańskim”. Karol pozował jak św. Stefan – z poważną miną i ręką uniesioną ku niebu.

– Brakuje ci tylko korony – powiedziałam, robiąc zdjęcie.

– Korony z ryb – dodał Konrad. – W końcu Baszta Rybacka.

Gábor, który dołączył do nas przy Baszcie, opowiadał:

– Zbudowano ją z okazji tysiąclecia państwa węgierskiego. Te siedem wież symbolizuje siedmiu wodzów, którzy założyli Węgry. Stąd właśnie zaczęła się nasza państwowość. A widok na Peszt? Proszę spojrzeć – parlament, bazylika, mosty. Każdy inny, a razem tworzą harmonię.

Środa – metro, zgubiony bilet i węgierska elegancja

Majka upierała się, że musimy przejechać się żółtą linią metra, tą najstarszą w Europie. Wsiedliśmy pełni entuzjazmu – i wysiedliśmy po dwóch stacjach, bo Ewa zgubiła bilet. Konrad bohatersko wrócił, by go odnaleźć… i znalazł bilet, ale z Krakowa.

– Linia M1, zwana „żółtą” – mówił Gábor, gdy się z nim znowu spotkaliśmy – powstała w XIX wieku, pod Aleją Andrássyego. To pierwsze metro w kontynentalnej Europie i drugie najstarsze na świecie. W 2002 roku wpisano ją na listę UNESCO.

– No proszę, zgubiłam bilet w zabytku! – stwierdziła Ewa, puszczając oko do Gábora.

Po południu spacerowaliśmy Aleją Andrássyego – reprezentacyjną, szeroką, z pałacami i drzewami po obu stronach. Wystawy butików wyglądały jak scenografie do filmu o życiu w luksusie.

– Wejdźmy tu – powiedziała Majka, wskazując sklep z biżuterią.

– To nie sklep, to ambasada – ostrzegł Karol.

– Tym bardziej! – odparła z uśmiechem.

– Pod tą aleją właśnie jedzie nasze metro – wyjaśnił Gábor. – A na końcu czeka Plac Bohaterów i Park Miejski z zamkiem Vajdahunyad.

Wieczorem w małej kawiarni Ewa rozłożyła szkicownik i zaczęła rysować kelnera. Ten, zadowolony z zainteresowania, przyniósł nam deser „na koszt szefa”. Do dziś nie wiemy, co to było, ale wszyscy zgodnie twierdziliśmy, że pyszne.

Czwartek – termalne przygody

Dzień term. Wchodzimy do Széchenyiego, a tam – baseny, pary, starsi panowie grający w szachy po szyję w wodzie. Karol wyglądał, jakby się zgubił w filmie o sanatorium.

– To my też możemy tak siedzieć? – zapytał niepewnie.

– Możemy, ale z klasą – odpowiedziała Majka, po czym poślizgnęła się i wpadła z pluskiem do basenu.

Po godzinie wszyscy byliśmy rozluźnieni jak po trzech masażach. Ewa stwierdziła, że para nad wodą wygląda „malarsko” i zaczęła szkicować ludzi, którzy natychmiast przyjęli „naturalne” pozy.

Gábor, który pojawił się przy szachowym stoliku, powiedział:
– Budapeszt to największe miasto uzdrowiskowe w Europie. Mamy tu ponad sto źródeł termalnych i ponad trzydzieści łaźni. Rzymianie kąpali się tu dwa tysiące lat temu – a jak widać, tradycja trwa.

– I temperatura też – dodał Karol, wyciągając się w gorącej wodzie.

Wieczorem zjedliśmy gulasz, który Karol opisał jako „kulinarne doświadczenie graniczne”. Zgodnie z etykietą poprosiliśmy o coś mniej pikáns – dostaliśmy to samo, tylko w większej porcji.

Piątek – pożegnanie z Dunajem

Poranek był mglisty i cichy. W hotelu zgasło światło (pożegnanie z klasą!). Spakowani, zmęczeni, ale szczęśliwi, wsiedliśmy do taksówki.

Na lotnisku Majka zauważyła, że ma w torbie garść węgierskich forintów. – Zostawmy na następny raz – powiedziała. A ja pomyślałam, że to świetny pomysł. Bo choć widziałyśmy wszystko, co „trzeba zobaczyć”, to, co najfajniejsze, zdarzyło się między zdjęciem a łykiem kawy, między śmiechem a kolejnym zgubionym biletem.

Samolot wystartował, a ja patrzyłam przez okno na Dunaj, który połyskiwał w słońcu jak długi, srebrny łańcuch. Pomyślałam wtedy, że Budapeszt to nie tylko zabytki i historia, ale też nasze śmiechy, potknięcia i rozmowy, które wciąż słyszę w głowie, gdy przeglądam tamte zdjęcia.

I że najpiękniejsze wspomnienia robią się same – wystarczy dobra paczka znajomych i aparat fotograficzny, który zawsze jest pod ręką.

2025-10-30 11 komentarzy
17 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

Wspomnienia Pani Zofii

by Jolanta Strażyc 2025-10-20

Dziś wracam myślami do zabużańskiej miejscowości Równo TU – do domu praprababci Adeli, do dwóch synów, co poszli w różne strony życia, i do wachlarza, który potrafił uciszyć niejednego urzędnika. To opowieść o czułej pamięci, jaką pani Zofia Stelmach z Chełma zachowała o mojej rodzinie.

(…) Dziadek mój wspominał, że pani Adela miała wachlarz. A jak nim zatrzepotała, to nawet rosyjski urzędnik zapominał, po co przyszedł. Dobra pani z niej była. Ale miała z chłopakami, ho ho ho.

Starszy, Mieczysław, był mądry chłopak, ale jak to się mówi – nie na pole, tylko do papierów. W wieku 21 lat, gdy zbliżał się pobór do carskiego wojska, powiedział pani Adeli:

Matko, ja pójdę do pracy, do urzędu. Nie będę przecież z jakimiś Kałmukami po Syberii chodził.

I poszedł. Załatwił sobie posadę w akcyzie, urzędnikiem carskim został. Pani Adela mówiła: Wolałabym, żeby do ludzi, a nie do papierów. Ale z drugiej strony – wiedziała, że to mu uratowało skórę. Bo jak się nie miało pracy, to los się ciągnęło. I tu przechodzimy do drugiego.

Bronisław, to był domowy. Z tych, co do matki serce mają. Pomagał w gospodarstwie. Ale los to nie patrzy na serce, tylko ciągnie kogo popadnie. I pan Bronuś wyciągnął los. Do carskiego wojska poszedł. Na cztery lata, ale wrócił wcześniej (i mój dziadek Kostek poszedł wtedy razem z nim). Zabrali ich jesienią. Pani Adela płakała, ale powiedziała do pana Bronusia tylko jedno:

Ubierz się ciepło i nie daj się złamać.

Pan Bronuś wrócił po dwóch (a dziadek mój po czterech) latach, cały, ale inny był pan Bronuś. Mniej mówił, więcej patrzył. A jak raz usłyszał rosyjski na jarmarku, to odszedł, zanim zdążył kupić machorkę. Pan Mieczysław, potem pomagał panu Bronusiowi wrócić do siebie. Załatwił mu kawałek ziemi i kontakt z kim trzeba. Bo może i był urzędnikiem carskim, ale bratem był dobrym.

Jeden syn poszedł do ludzi, drugi został w domu, a matka, jak to matka, kochała obu jednakowo i piekła szarlotkę, kiedy wracali, żeby choć przez chwilę znowu byli chłopcami.

Synowie pisali do pani Adeli listy z dwóch światów. A te listy? O matko jedyna, one to były jak relikwie. Pani Adela chowała je pod poduszkę, a jak ktoś chciał tylko dotknąć, to mówiła: Tylko przez chusteczkę! Pan Mieczysław zawsze pisał jakby z urzędu, nawet do matki i zawsze podpis imieniem i nazwiskiem, jakby się bał, że mu list odbiją na rejestrze. A pan Bronisław to był dusza człowiek. Pisał, jak mówił: prosto z serca. I miał taki dobry charakter.

Ale wie Pani, co mnie wzrusza najbardziej? Że choć żyli w dwóch różnych światach – jeden za biurkiem, drugi w mundurze – to obaj zawsze myśleli o matce. I dlatego pani Adela co roku na święta piekła mazurki dla jednego i gotowała żurek dla drugiego, nawet jak byli daleko. A wachlarz kładła na stole, żeby porządek rodzinny był zachowany.

Tropem Adeli Wunderlich TU

Historia rodziny Wunderlich TU

2025-10-20 9 komentarzy
8 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

Tropem Adeli Wunderlich

by Jolanta Strażyc 2025-10-10

Rok 2010

Był jeden z tych wiosennych poranków, kiedy świat pachnie jeszcze nocnym chłodem, ale słońce już przymierza się do zapanowania nad dniem. Gałęzie drzew delikatnie dygotały w chłodnym powiewie, a na parapecie okiennym kot przeciągał się leniwie, jakby chciał powiedzieć: „Jeszcze pięć minut”.

W kuchni parzyła się kawa, kiedy drzwi otworzyły się z impetem.

– Dawno się nie zajmowałyśmy genealogią! – oznajmiła Majka, wpadając do mieszkania jak burza w rozkwicie.

Miała ten błysk w oku, który zwiastował jedno: nową zagadkę. Odruchowo sięgnęłam po kubek z kawą i podsunęłam jej drugi. Znałam ją zbyt dobrze, żeby nie wyczuć, że dziś nie przychodzi z byle czym.

– Widzę po twojej twarzy, że masz jakieś nowe wieści – powiedziałam z uśmiechem.

– A tak! – niemal krzyknęła, siadając na krześle z energią godną reportera śledczego. – Wczoraj na warsztat wrzuciłam Adelę Wunderlich. Bo wiesz – oprócz tego, że była żoną Ignacego Strażyca, dziedzica trzech wsi w powiecie lubomelskim i matką carskiego urzędnika, to… nic. Ciemna plama. Ale pół nocy grzebałam w sieci i… patrz!

Podała mi swój notes. Pismo miała drobne, ale pełne pasji, z podkreśleniami, strzałkami i wykrzyknikami.

– Marcin Medyński: „Rafała Leona Sucheckiego opis Kamiennej w latach 20. XIX w.” (…) potem odbywał praktykę w aptece u Wunderlicha w Lubomlu. (…).

Zmarszczyłam brwi.

– W Lubomlu…?

– No właśnie! – Majka aż podskoczyła. – W miasteczku powiatowym, w którym Ignacy miał swoje włości! To nie może być przypadek!

– To mamy ślad – powiedziałam, wciągnięta już całkowicie w ten trop.

– To nie wszystko, zobacz na drugiej stronie! – niemal krzyknęła z ekscytacją, przekręcając kartkę.

– Rafał Gerber, „Studenci Uniwersytetu Warszawskiego 1808-1831″: Wunderlich Henryk ur. ok. 1793, wydz. Lekarski, rodzice: Grudziądz.

– Z Grudziądza? – spojrzałam na nią pytająco.

– Tak! Wunderlich z Pomorza to w większości szlachta. A w innych regionach? Już niekoniecznie. Przecież właściciel trzech wsi nie wziąłby sobie za żonę chłopki.

– Przydałyby się metryki…

– Są w AGAD w Warszawie – przerwała mi z triumfem.

Spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.

– Jedziemy do Warszawy? – zapytałam.

– A później do Grudziądza! – odpowiedziała z szerokim uśmiechem.

Za oknem kwitły forsycje, złocąc poranek ciepłym blaskiem. Wszystko wskazywało na to, że wiosna będzie pełna przygód.

Warszawa: Trop w AGAD

Warszawski poranek powitał nas zapachem rozgrzanego asfaltu, świergotem miejskich wróbli i nieodłącznym szumem autobusów. AGAD – Archiwum Główne Akt Dawnych – wyglądało jak zawsze: dostojnie, cicho, z jakimś tajemniczym „coś” unoszącym się w powietrzu, jakby każda kartka w jego wnętrzu szeptała własną historię.

– Wiesz, że czuję się tu jak u ciotki, która trzyma w piwnicy skarb? – szepnęłam z uśmiechem, poprawiając torbę z laptopem i batonikami zbożowymi.

– Oby tylko nie wpadła na pomysł, żeby nas tam razem z nim zamknąć – mruknęła Majka z półuśmiechem i ruszyłyśmy do czytelni.

Poszukiwania nie były łatwe. Księgi pisane po rosyjsku, czasami jak kura pazurem, papier z XIX wieku o fakturze delikatnej jak opłatek, mikrofilmy, sygnatury – wszystko wymagało cierpliwości.

Ale wtedy… pojawił się on – ślad, którego się nie spodziewałyśmy, a jednocześnie dokładnie tego, czego szukałyśmy:

– Jan Henryk Wunderlich, szlachcic – aptekarz, żona Olimpia z Wyrzykowskich. Dzieci: synowie, córki… I jest – Adela Erazma, urodzona w Lubomlu.

– Erazma?! – syknęłam. – Ach te podwójne imiona w rodzinie…

– Czekaj, czekaj! – Majka niemal podskoczyła, gdy przewróciła kartę kolejnej księgi.

I wtedy to zobaczyłyśmy: akt ślubu.

– Ignacy Strażyc, dziedzic, lat 29. Adela Wunderlich, panna, lat 18. Ślub zawarty w… Lubomlu.

– Lubomlu! – powiedziałyśmy chórem, z takim przejęciem, że pan z sąsiedniego stołu spojrzał na nas spod okularów z wyrazem: „proszę nie zakłócać sacrum mikrofilmów”.

Majka szybko zanotowała sygnaturę, datę, imiona świadków. A ja… ja po prostu siedziałam chwilę w ciszy, czując jak wszystkie te nazwiska – z pozoru suche – nagle nabierają barw.

– To wszystko się złożyło jak puzzle – szepnęłam.

– I to jakie ładne puzzle! Dziedzic, córka szlachcica – aptekarza z Pomorza, miłość! – powiedziała z błyskiem w oku.

– I to wszystko w Lubomlu. – powtórzyłam jak zaklęcie.

Za oknem ktoś przejechał na rowerze, dzwonek zabrzmiał jak fanfara zwycięstwa. A my wiedziałyśmy jedno: to dopiero początek tej rodzinnej epopei.

Wspomnienia Pani Zofii o Adeli i jej synach TU

Historia rodziny Wunderlich TU

2025-10-10 10 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

W poszukiwaniu miejsca na ziemi

by Jolanta Strażyc 2025-09-30

Wiosenne słońce leniwie przeciągało się nad rozległymi równinami Żuław. Wiatr poruszał młode źdźbła traw, a na horyzoncie zarysowywały się ciemne sylwetki wierzb, rosnących wzdłuż wijących się kanałów melioracyjnych. Wśród tych krajobrazów, osiadła rodzina Wunderlich — nieliczni przedstawiciele niemieckiej szlachty, którzy w XVI wieku przybyli na Żuławy jako gutsbesitzerzy, właściciele majątków ziemskich.

Ich dom, wzniesiony w stylu muru pruskiego, otoczony starymi lipami, był znany w okolicy. W jego wnętrzu unosił się zapach miodu i suszonych ziół — charakterystyczny dla życia Jana Wunderlicha, syna ziemianina, który odchodząc od rodzinnej tradycji, ukończył studia medyczne, został aptekarzem i osiedlił się w Grudziądzu.

To właśnie tutaj, około roku 1793, przyszedł na świat jego syn, Jan Henryk Wunderlich.

Był pogodnym chłopcem, z bystrym spojrzeniem i zamiłowaniem do książek. Ojciec z dumą obserwował, jak chłopiec przesiaduje w aptece i przegląda zielniki albo słowniki łacińsko-niemieckie.

— Henryku, nie czytaj tyle przy lampie — upominała go czasem matka. — Oczy sobie popsujesz.

— Ale mamo, to tylko do końca tego rozdziału. Opisują tu właściwości korzenia arcydzięgla — odpowiadał chłopiec z entuzjazmem.

Ojciec śmiał się z boku, stojąc przy drewnianym stole, na którym właśnie ucierał miksturę z szałwii i kory wierzbowej.

— Niech czyta, Doroto. Może z niego będzie nie tylko aptekarz, ale i uczony. Kto wie, może kiedyś poprowadzi własną aptekę.

Gimnazjum w Grudziądzu, do którego Jan Henryk trafił jako nastolatek, otworzyło przed nim nowy świat. Miasto, pod panowaniem pruskim, tętniło życiem handlowym i wojskowym. W cieniu cytadeli i wzdłuż Wisły, pełnej barek i tratw, chłopak dorastał, chłonąc wiedzę i marząc o przyszłości większej niż Żuławy.

Po ukończeniu szkoły, bez wahania rozpoczął praktykę w aptece ojca. Pracował sumiennie, ucząc się od podstaw: od rozpoznawania ziół, przez odmierzanie proporcji, po kontakt z pacjentami.

— Pamiętaj, synu — mawiał ojciec — aptekarz nie tylko leczy lekarstwami. On też leczy rozmową. Musisz umieć słuchać.

Z biegiem lat Jan Henryk nabierał doświadczenia. Aż w końcu, wiosną roku 1817, z duszą pełną ambicji i sercem gotowym na nowe, pożegnał rodzinny Grudziądz.

Stał na progu domu, z niewielką walizą i starannie złożonym listem polecającym w kieszeni płaszcza. Matka go objęła, a ojciec podał mu rękę — mocno, z szacunkiem.

— Jedź, synu. Warszawa to inne życie. Ale nie zapomnij, skąd jesteś.

Jan Henryk skinął głową.

— Nie zapomnę, ojcze. Nigdy.

Z wiatrem w plecy i nadzieją w sercu ruszył do stolicy, nieświadomy jeszcze, jak bardzo ta podróż odmieni jego los.

Studia

Warszawa pachniała bzem i kurzem brukowanych ulic. Miasto tętniło życiem, mieszały się w nim języki, stroje i obyczaje, echo dawnej świetności i cichy szelest nadchodzących zmian. Ulice były gwarne, powozy mijały pieszych, gazeciarze nawoływali z rogów, a w kawiarniach dyskutowano o nauce, polityce i nowinkach z Paryża.

Jan Henryk zatrzymał się przed drzwiami apteki Henricha, mieszczącej się w parterowej kamienicy z okiennicami malowanymi na zielono. W dłoni trzymał list polecający od ojca. Przez chwilę wahał się, po czym nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Za kontuarem stał starannie ubrany aptekarz o lekko siwiejących skroniach. Przez chwilę przyglądał się młodzieńcowi.

— Czym mogę służyć?  — zapytał spokojnym, rzeczowym tonem.

Jan Henryk podszedł bliżej i podał mu list. Aptekarz rozłożył go i zaczął czytać. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

– A więc to pan jest synem Jana Wunderlicha… – rzekł po chwili. – Proszę usiąść. Porozmawiamy.

Apteka była przestronna i pachniała mieszaniną ziół, spirytusu oraz świeżo mielonych korzeni. Regały pełne były słoików z etykietami wypisanymi po łacinie. W powietrzu unosiła się cisza, przerywana jedynie cichym stukiem moździerza.

— Praca zaczyna się o szóstej rano. Prócz przygotowywania leków, będzie pan porządkował zioła, obsługiwał klientów i – mam nadzieję – uczył się czegoś więcej niż tylko receptur — powiedział Henrich, zerkając spod okularów.

Jan Henryk skinął głową z szacunkiem.

— To zaszczyt, mistrzu.

Zamieszkał w niewielkim pokoiku przy ulicy Chmielnej, na piętrze niewielkiej kamienicy. Z okna rozciągał się widok na dziedziniec, gdzie rosła stara czereśnia. Tam właśnie poznał swojego współlokatora – Kazimierza Wyrzykowskiego.

— Wunderlich? Brzmi niemiecko, ale mówi pan czystą polszczyzną — zauważył Kazimierz, podając mu dłoń.

— Pochodzę z Grudziądza. Ojciec mój jest aptekarzem, dziad także. A pan?

— Wyrzykowski. Z Podlasia, z majątku nad Bugiem. Studiuję prawo na Uniwersytecie. I modlę się, żeby zima nie była sroga – bo piec tu zieje chłodem — zaśmiał się szczerze.

Od tej pory stali się nie tylko współlokatorami, ale i przyjaciółmi. Wspólne kolacje, rozmowy o książkach i losach kraju, spacery po Ogrodzie Saskim i słuchanie koncertów w salonach sprawiały, że Warszawa zaczęła przypominać dom.

Na Uniwersytecie Warszawskim, Jan Henryk chłonął wiedzę z zakresu chemii, botaniki, anatomii i farmakognozji. Profesorowie byli surowi, a egzaminy — bezlitosne. Studenci farmacji stanowili zwartą grupę, wyróżniającą się białymi fartuchami i wiecznym zapachem terpentyny.

— Farmacja to nie tylko nauka o miksturach — mówił profesor Wroński — to odpowiedzialność za życie. Wasze decyzje będą miały wagę większą niż pieczęcie kancelarii!

Wieczorami Jan Henryk wracał do apteki Henricha, gdzie pomagał przy sporządzaniu preparatów, nalewek i maści. Pod okiem starszego farmaceuty nauczył się, jak z suszonych płatków róży robić łagodzącą miksturę dla niemowląt, a z kory chinowca — lek przeciw febrze.

Pewnej nocy, gdy kończyli pracę, Henrich podał mu niewielką buteleczkę z brązowego szkła.

— To pan zrobił. Nalewka z kozłka i rumianku. Doskonała. Proszę, na sen — powiedział z lekkim uśmiechem.

Jan Henryk poczuł się dumny. Mały gest, a jednak znaczył tak wiele.

W maju 1819 roku, dwa lata po rozpoczęciu nauki, Jan Henryk przystąpił do egzaminu końcowego. Odpowiadał płynnie, ręce miał lekko wilgotne, ale głos nie drżał. Kiedy wyszedł z sali, na schodach spotkał Kazimierza.

— I jak?

— Zdałem.

— No to teraz zostaje tylko jedno — westchnął Kazimierz. — Trzeba gdzieś znaleźć swoje miejsce.

Jan Henryk spojrzał przez okno na zachodzące słońce nad Warszawą.

— Może gdzieś na wschodzie. Gdzie niebo większe, a ludziom potrzeba lekarstw i rozmowy.

Kazimierz uśmiechnął się pod nosem.

— Zabiorę cię kiedyś na Polesie Wołyńskie. Tam niebo rzeczywiście ogromne. I jeziora jak lustra.

Jan Henryk nie wiedział jeszcze, że ta obietnica zmieni jego życie.

Miłość

Było lato, początek lat dwudziestych XIX wieku. Powietrze pachniało zbożem, miodem i słodką wonią kwitnących lip. Jan Henryk i Kazimierz, wolni na czas wakacji, wsiedli do powozu i wyruszyli na wschód – najpierw na Podlasie, do rodzinnego majątku Wyrzykowskich, a potem dalej, ku nieznanym krainom między Bugiem a Prypecią.

Dni mijały w rytmie końskich kopyt, nocy spędzanych w dworskich izbach i rozmów, które toczyły się przy herbacie z samowara lub kieliszku domowego wiśniaku.

— Aż trudno uwierzyć, że tu kończy się Rzeczpospolita, a zaczyna coś zupełnie innego — powiedział Jan Henryk pewnego dnia, patrząc na rozległe jezioro wśród lasów.

— To Polesie. Tutejsze jeziora mają w sobie coś baśniowego — odpowiedział Kazimierz. — Widzisz to? To Świteź. Szklane jezioro, lśniące pod światłem późnego popołudnia. Otoczone lasami, jakby świat je chronił przed zgiełkiem reszty ziemi.

Po tafli przesuwały się czółna z rybakami, a na brzegu, pod rozłożystym dębem, siedziały kobiety, przędząc len i śpiewając pieśni.

— Słyszysz ten śpiew? — zapytał Kazimierz. — To „Oj u luzi na Prypeci”… Moja babka śpiewała mi to przed snem.

Jan Henryk zamilkł. W powietrzu drgała wilgoć, zapachy ziół i ziemi. Czuł, że to miejsce zostanie z nim na zawsze.

W dworze Wyrzykowskich w Wólce Chrypskiej (dziś Rostań), zorganizowano dla gości letnie przyjęcie. Pachniały pieczone kaczki, słychać było śmiechy dzieci, a w salonie brzmiały dźwięki fortepianu.

Tam właśnie Jan Henryk ujrzał ją.

Stała przy oknie, w białej sukni z haftowanym pasem, z włosami zebranymi w warkocz. Miała w sobie prostotę i godność – nie tą salonową, wystudiowaną, ale prawdziwą, głęboką.

— Olimpia — powiedział Kazimierz cicho, zauważając spojrzenie przyjaciela. — Moja kuzynka. Przyjechała z matką na lato.

— Piękne imię — odpowiedział Jan Henryk. — Jak bogini z greckich poematów.

Kazimierz uśmiechnął się.

— Tylko uważaj, Janie. U nas na Polesiu, kto spojrzy na dziewczynę przy Świtezi, szybko się zakochuje.

Tak też się stało.

Ich rozmowy były najpierw nieśmiałe – o książkach, ziołach, jeziorach. Później o marzeniach, podróżach i miłości.

— A pan, panie Janie — zapytała któregoś dnia, gdy siedzieli pod starym dębem — wierzy w przeznaczenie?

— Nie wiem, czy to przeznaczenie, czy mądrość chwili. Ale wiem, że odkąd panią spotkałem, wszystko inne wydaje się mniej ważne.

Zaręczyny odbyły się w sierpniu 1823 roku, tuż po żniwach. W ogrodzie rozstawiono stoły, grała muzyka, a młoda para wpatrywała się w siebie tak, jakby świat przestał istnieć.

— Janie — powiedziała Olimpia, ściskając jego dłoń — czy myślisz, że w Warszawie będziemy szczęśliwi?

— Myślę, że gdziekolwiek będziesz ty, tam będę w domu.

Ślub zaplanowano po świętym Marcinie – 22 listopada. Zgodnie z obowiązkiem, spisano akt uszanowania, gdyż ojciec Jana Henryka już nie żył. Wesele było skromne, lecz pełne wzruszeń i życzliwych słów.

Pan młody miał trzydzieści lat. Panna młoda – dwadzieścia.

Ich pierwsze miesiące jako małżeństwa upłynęły w Warszawie, w rytmie nauki, pracy i coraz śmielszych planów na przyszłość.

Ale serca ciągnęły ich na wschód…

Dom i apteka

Zima 1824 roku była sroga. Mróz skrzypiał pod butami, a śnieg lśnił jak sproszkowane szkło. Gdy Jan Henryk i Olimpia zbliżali się saniami do Lubomla, koń wiózł ich przez śnieżne pola, między sosnami i nagimi sadami, nad którymi wisiała mlecznoszara mgła.

— To tutaj zaczniemy nasze nowe życie. — powiedziała Olimpia, patrząc z uśmiechem na kamienne domy otaczające rynek.

— Tak — odpowiedział Jan Henryk, obejmując ją. — Tutaj stworzymy coś własnego. Aptekę. Dom. Przyszłość.

Ich mieszkanie mieściło się tuż nad apteką – przytulne, z jasnym salonem, kuchnią pachnącą ziołami i dziecięcym pokoikiem, który wkrótce miał wypełnić się śmiechem. Meble przyjechały z Warszawy – solidne, proste, z ciemnego drewna. Na ścianach zawisły portrety rodzinne, nad kominkiem – ikona Matki Boskiej, a obok niej – obraz Świtezi, pamiątka z miejsca, gdzie narodziła się ich miłość.

Sama apteka była dumą Jana Henryka. Za kontuarem stały szklane słoiki z łacińskimi etykietami: Salvia, Valeriana, Mentha, Belladonna… W drewnianych szufladach – wysuszone korzenie, liście, kora. Był też kredens z miksturami, balsamami, nalewkami. Dawniej aptekarz przyuczony był nie tylko do przygotowywania lekarstw. Musiał również umieć udzielić chorym odpowiedniej porady medycznej i pomocy.

W 1825 roku przyszło na świat ich pierwsze dziecko — Władysław Jan Henryk. Rok później – Karol Mikołaj Jan. Potem córki: Józefa Róża i Adelia Augustyna Maria – ale ich życie przerwała choroba, Malwina Julia, Joanna Zofia, Adela Erazma i najmłodsza — Ludwika Konstancja.

Dom wypełnił się dziecięcym śmiechem i tupotem małych stóp.

Olimpia była matką oddaną i mądrą, potrafiła z czułością zarządzać domem i jednocześnie pomagać mężowi w aptece.

— Twoje mieszanki są coraz lepsze — powiedział Jan Henryk pewnego wieczoru, podając jej filiżankę ziołowej herbaty.

— Bo robię je z sercem — odpowiedziała z uśmiechem. — Jak wszystko dla ciebie.

W wolnych chwilach jeździli do Wyrzykowskich nad Jezioro Świteź. Przyjaźnili się z sąsiadami. Święta, chrzty, śluby i zgony były okazją do towarzyskich spotkań. Odwiedzali właścicieli okolicznych majątków – między innymi zaprzyjaźnioną rodzinę Strażyców z Równa, oddalonego o kilkanaście kilometrów od Lubomla.

— Franciszku, muszę ci przyznać, twoja wiśniówka wciąż nie ma sobie równych — żartował Jan Henryk, wznosząc kieliszek podczas świątecznego spotkania.

— Ale twoja nalewka z anyżku ratuje mi żołądek po każdej mojej — śmiał się Franciszek Strażyc.

Dni płynęły w rytmie natury i pracy. Apteka działała od świtu do zmierzchu, ale Jan Henryk nigdy nie odmówił nikomu pomocy. Czasem wstawał w nocy, gdy ktoś pukał do drzwi z dzieckiem na ręku albo kobietą w gorączce.

— Niech pan ratuje, panie aptekarzu. Bóg zapłać, że pan nie śpi.

A on nie spał. Bo czuł, że jego miejsce jest tu – pośród ludzi, ziół i zapisków w zeszytach receptur.

W letni wieczór 1840 roku, siedząc na ganku z Olimpią, patrzył na bawiące się dzieci.

— Pamiętasz, co ci powiedziałem, gdy jechaliśmy do Lubomla?

— Że stworzymy tu coś własnego?

— Tak. I myślę… że nam się udało.

Powaga życia

Lata czterdzieste XIX wieku. Dzieci Wunderlichów dorastały. Apteka wciąż działała pełną parą, a Jan Henryk stawał się coraz bardziej znaną postacią w Lubomlu i okolicach. Kobiety przynosiły mu kosze jaj lub miodu w podzięce, a chłopi z sąsiednich wsi przysięgali, że jego zioła mają moc większą niż modlitwa.

Wszystko miało rytm: poranki z pierwszymi klientami, popołudnia z rodziną, niedziele w kościele Świętej Trójcy i serdeczne spotkania z przyjaciółmi…

Olimpia często mawiała:

— Luboml to nie Warszawa, ale tu ludzie żyją spokojnie. I chyba szczęśliwiej.

Pewnego dnia, latem 1851 roku, Jan Henryk wracał z wizyty u chorego dziecka. Słońce stało już nisko nad polami, a powietrze drgało od ciepła i zapachu dojrzałego żyta. Czuł zmęczenie – to było inne zmęczenie niż zwykle, głębsze, jakby dochodziło z samych kości.

Wieczorem położył się wcześniej niż zwykle. Olimpia nalała mu ziół, zmierzyła czoło dłonią.

— Janie, nie masz gorączki, ale jesteś blady.

— To tylko zmęczenie, Olimpio. Może zbyt długo dzisiaj pracowałem.

Ale nie minęło wiele dni, gdy stan się pogorszył. Słabł. Ledwo schodził na dół do apteki, aż w końcu został w łóżku.

Przy jego łożu zgromadziła się rodzina. Najstarszy syn, Władysław, trzymał go za rękę, Karol przygotowywał miksturę z kozłka, a Olimpia trwała przy nim dzień i noc.

— Powiedz mi, Olimpio… — szepnął któregoś ranka — czy sądzisz, że dobrze przeżyłem to życie?

Jej oczy zaszkliły się łzami.

— Janie… dałeś ludziom zdrowie, dzieciom dom, mnie – miłość. Czego chcieć więcej?

8 sierpnia 1851 roku, nad ranem, Jan Henryk odszedł. W księdze parafii rzymskokatolickiej w Lubomlu zapisano:

Dnia ósmego sierpnia roku Pańskiego 1851, zmarł w wieku 61 lat szlachcic Jan Henryk Wunderlich, pozostawił żonę Olimpię z Wyrzykowskich, synów: Władysława i Karola oraz córki: Malwinę, Joannę, Adelę i Ludwikę.

Pogrzeb był wielki. Mieszkańcy Lubomla i okolicznych wiosek przybyli aby towarzyszyć Janowi Henrykowi w ostatniej drodze. W kościele Świętej Trójcy zabrzmiały dzwony, a przed ołtarzem zapłonęły świece.

Mowę pożegnalną wygłosił jego stary przyjaciel — Franciszek Strażyc z Równa:

— Jan Henryk Wunderlich nie był tylko aptekarzem. Był opiekunem naszych dzieci, powiernikiem naszych lęków, przyjacielem w chorobie i w zdrowiu. W jego domu było światło, w jego słowach – mądrość, a w jego oczach – wiara w dobro człowieka.

Na cmentarzu, wśród brzozowych krzyży i starych kamiennych nagrobków, stanął prosty pomnik z napisem:

JAN HENRYK WUNDERLICH,
aptekarz, mąż, ojciec, przyjaciel.
Żył mądrze, służył sercem.
1793 – 1851.

Olimpia długo nie mogła pogodzić się z jego odejściem. Siadywała wieczorami przy oknie, patrzyła na ogród i mówiła do synów:

— Wasz ojciec byłby dumny z tego, co razem zbudowaliśmy. Trzeba żyć dalej. Dla niego. Dla siebie. Dla sióstr.

Ostatnie lata w Lubomlu

Po śmierci Jana Henryka aptekę przejęli Władysław i Karol, dwaj bracia o łagodnych twarzach i oczach pełnych pokory. Obaj już wtedy nosili w sobie zarazki choroby, która w XIX wieku była wyrokiem – gruźlicy. Mimo to, z niegasnącym oddaniem obsługiwali klientów, ważyli mikstury i pilnowali porządku w aptekarskich księgach.

Ich matka, Olimpia, choć sama przytłoczona żałobą, nie pozwoliła sobie na bezczynność.

— Wasz ojciec mówił zawsze, że nie ma większej chwały, niż dobrze służyć ludziom — powtarzała, podwijając rękawy i pomagając synom w prowadzeniu apteki.

Wciąż przychodziły do niej kobiety z pytaniami, dzieci z drobnymi skaleczeniami, a sąsiedzi z potrzebą porady.

Władysław i Karol nie założyli rodzin. Byli świadomi swojej choroby, która raz po raz odbierała im oddech i siły. Ich dni były liczone, choć nie mówili o tym głośno.

Ale w życiu rodziny nie brakowało nadziei.

W styczniu 1855 roku, odbył się pierwszy ślub. Malwina Julia, najstarsza z żyjących córek, miała dwadzieścia dwa lata, kiedy wyszła za Edwarda Gilde, lekarza ze Lwowa.

Niedługo potem, w lipcu tego samego roku, Olimpia – matka, opiekunka, powierniczka – zmarła. Odeszła cicho, w wieku zaledwie pięćdziesięciu lat. Jej śmierć była ciosem, ale życie w rodzinie nie zatrzymało się.

Jesienią 1855 roku, mimo świeżej żałoby, odbyła się kolejna uroczystość. Tym razem dziewiętnastoletnia Joanna Zofia, wyszła za Wincentego Gerleckiego, lekarza z Zasławia. Ślub był cichy, pełen wzruszeń, skromniejszy niż zwykle, ale z pięknym błogosławieństwem od Karola.

— Mama byłaby dumna — powiedziała Joanna, ściskając dłoń starszego brata.

Karol tylko skinął głową. Jego twarz bielała z dnia na dzień, ale usta wciąż były pogodne.

W sierpniu 1856 roku w kościele Świętej Trójcy zabrzmiały znów dzwony – tym razem na ślub osiemnastoletniej Adeli Erazmy z Ignacym Strażycem, synem starego przyjaciela domu, Franciszka Strażyca z Równa.

Uroczystość była bardziej wystawna niż poprzednie. Kościół ozdobiono girlandami z ziół i dzikich kwiatów. Przed cudownym obrazem Matki Boskiej Lubomelskiej, Adela złożyła przysięgę. Wesele odbyło się w majątku w Równie – dworku otoczonym lipami, gdzie podawano pyszne potrawy i domowe nalewki, a orkiestra grała aż do świtu.

— Patrz, bracie — powiedział Władysław do Karola — ojciec i matka pewnie na to patrzą. I się cieszą.

Karol uśmiechnął się, patrząc na tańczącą siostrę.

— Trzy wydane… Jeszcze jedna została.

Ich najmłodsza siostra – Ludwika Konstancja, miała wtedy zaledwie szesnaście lat.

Cicha, łagodna, od najmłodszych lat chorowita – również nosiła w sobie zarazki choroby, która zbierała żniwo wśród młodych i dobrych. Zawsze mówiła o życiu zakonnym.

— Chciałabym do klasztoru, bracia — mówiła szeptem. — Ale chyba nie przyjmą mnie z tak słabym zdrowiem.

I rzeczywiście – nie przyjęto.

Ale Ludwika się nie poddała. Została świecką zakonnicą, pomagając w parafii, ucząc dzieci modlitwy, odwiedzając chorych.

— Życie to nie tylko wybór miejsca — mawiała. — Ale wybór serca.

Wszyscy troje zmarli młodo — gruźlica zabrała ich, nim zdążyli przekroczyć trzydziesty piąty rok życia. Jakby nad ich życiem ktoś postawił niewidzialną kreskę — w tym samym miejscu, w tym samym wieku.

Najpierw, zimą 1862 roku, odszedł Władysław, starszy z braci. Rok później — Karol, który do końca prowadził aptekę. Ludwika, najmłodsza z rodzeństwa, żyła jeszcze kilkanaście lat. Odeszła wiosną 1876 roku, tak jak oni — mając zaledwie trzydzieści pięć lat.

Echo pamięci

Pod koniec lat 70. XIX wieku apteka Wunderlichów przeszła w ręce nowego właściciela – Karola Rodziewicza, krewnego znanej pisarki Marii Rodziewiczówny. Był to moment, w którym w Lubomlu kończyła się historia ludzi, którzy na co dzień pomagali innym w chorobie.

Rodziewicz, również był świetnym aptekarzem i szybko zyskał uznanie mieszkańców miasteczka. Chociaż z wielką ostrożnością i szacunkiem wchodził w buty poprzedników, zauważył coś, czego nie dostrzegali ci, którzy nie znali historii Lubomla: apteka była sercem tej społeczności, miała swoje miejsce w pamięci ludzi.

I choć czas nieubłaganie płynął, a dom Wunderlichów zmienił właściciela, w sercach ludzi pozostał ten sam obraz: Jan Henryk Wunderlich, którego apteka była nie tylko punktem na mapie Lubomla, ale także miejscem spotkań, rozmów, gdzie niosło się pomoc, nie tylko w postaci lekarstw, ale także zwykłej, ludzkiej troski.

Podobno w młodym wieku Maria Rodziewiczówna bywała w Lubomlu, obserwowała ludzi, notowała różne wydarzenia, które później umieszczała w swoich powieściach. Czy spotkała kiedyś potomków Jana Henryka Wunderlicha? Może jego córkę Adelę – żonę Ignacego Strażyca z Równa? Możliwe. Jeden z bohaterów powieści Barbara Tryźnianka nosi nazwisko „Strażyc”.

Tropem Adeli Wunderlich TU

Wspomnienia Pani Zofii o Adeli Wunderlich TU

2025-09-30 8 komentarzy
8 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Nowa kolekcja biżuterii

by Jolanta Strażyc 2025-09-20

Jesienne światło, zapach suszonych liści i paleta barw, które wręcz domagały się zamknięcia w formie – tak powstawały nasze projekty biżuterii na sezon jesienno-zimowy 2009/10. Kolory? Nasycone jak wspomnienia: purpurowe wino, mech, espresso, chili. Projektowałam z myślą o kobiecie, która chce nosić kawałek jesieni przy sobie – nie smutnej, ale barwnej i nastrojowej.

Majka, z niesamowitym wyczuciem rękodzieła, przekładała moje szkice na rzeczywistość – jej palce znały te kolory lepiej niż niejeden pędzel. Potem brałam do rąk aparat – światło naturalne, tekstura skóry, cień liścia na dłoni modelki – i powstawały zdjęcia, które nie tyle dokumentowały, co oddychały tą samą energią co biżuteria.

Nasze prace trafiały do sklepu internetowego Majki, ale nie były to „produkty”. To były małe opowieści. Każda para kolczyków, każda bransoletka miała swój tytuł, często cytat, czasem dedykację.

To była kolekcja, którą nosiło się jak wspomnienie – ciepłe, kolorowe i osobiste.

Kolory, które grzeją duszę

W sezonie jesień – zima 2009/10 czuło się coś wyjątkowego. Kolory przychodziły same — purpurowe wino, kaszmirowa róża, zielony mech, brąz espresso… Jakby ktoś celowo stworzył paletę właśnie dla nas.

To był jeden z tych okresów, kiedy wszystko się układało. Ja projektowałam – siadałam z notatnikiem, filiżanką herbaty i głową pełną barw. Kolory zamieniały się w kształty. Każdy miał swój zapach, nastrój, dźwięk. Mech był miękki i cichy. Espresso miało rytm. Chili rozbrzmiewało jak śmiech w środku zimy.

Majka – od razu czuła, co chcę przekazać. Siadała w swojej pracowni i z materiałów, które czasem wyglądały jak nic, wyczarowywała coś z duszą. Kamienie, szkło, metal, sznurki – wszystko w jej rękach ożywało. Biżuteria, którą tworzyła, była dokładnie taka, jakiej chciałam – najpiękniejsza.

Gdy gotowe projekty leżały już na lnianym tle albo na kawałku drewna, wtedy wchodziłam ja z aparatem. Światło szeptało obrazy, których sama nie potrafiłam wypowiedzieć. Uchwycić cień na skórze, błysk szkła w porannym słońcu, albo jak cień liścia pada na bransoletkę – to był mój świat. Zdjęcia nie były czystą dokumentacją, były opowieścią. Zawsze chciałam, żeby kobieta patrząc na nie, czuła: to jest dla mnie.

Potem Majka wrzucała te cuda do swojego sklepu internetowego. Opisywałyśmy je wspólnie – każda rzecz miała swoją nazwę, często osobistą. Czasem pojawiały się tam nasze cytaty, drobne historie, jakby biżuteria miała swój mały pamiętnik.

To była kolekcja stworzona z ciepła, kolorów i przyjaźni. W sam raz na zimę.

Dni z mchem i chili w tle

Pamiętam jedno z tych październikowych popołudni, kiedy siedziałyśmy u Majki w pracowni, popijając kawę z kardamonem. Na stole – rozsypane kamienie, sznurki, karteczki z nazwami kolorów, szkice. W tle grał jazz, za oknem szarówka, a my – jak dwie czarownice z krainy artystycznej magii – zastanawiałyśmy się, czy cytrynowy kryształ lepiej gra z ametystem czy może z kawałkiem oksydowanej miedzi.

– A może zróbmy kolczyki, które wyglądają jak pierwszy łyk czerwonego wina po spacerze? – rzuciłam.

Majka tylko się uśmiechnęła, po czym wyciągnęła z pudełka coś, co wyglądało jak dokładnie ten moment. Jakby wiedziała, zanim jeszcze powiedziałam.

To była nasza wspólna magia. Nie trzeba było wielkich słów. Kolory, faktury i emocje mówiły za nas.

Później zrobiłam zdjęcia – nie na białym tle, jak „trzeba”, tylko na mchu, na porowatej desce, na skórze dłoni z pierścionkiem, który miał w sobie kroplę lasu i ciepło herbaty. Zdjęcia pachniały tą jesienią. I nasze klientki to czuły – pisały do nas wiadomości, że kolory naszyjników są dokładnie „jak ich jesień”. Że to nie ozdoba, tylko nastrój.

Naszyjnik, który pachniał zimą

Był taki jeden projekt, do którego wracam w pamięci wyjątkowo często. Naszyjnik z ametystów i lawendowego szkła, w odcieniach zimnej mgły i miękkiej chmurki. Zawieszka przypominała zaszroniony liść – Majka wymyśliła ją z przypadkowo znalezionego kawałka metalowej blaszki, którą ozdobiła delikatnym motywem roślinnym. Wyglądała jak coś znalezionego na dnie starej szkatułki w domu babci.

Kiedy go zobaczyłam, wiedziałam, że nie mogę go sfotografować „na sucho”. Zabrałam go do ogrodu, tuż po pierwszym przymrozku. Na trawie były srebrne kryształki lodu, światło miało ten idealny chłodny ton. Położyłam naszyjnik na starym drewnianym stołku i czekałam na słońce. W końcu wyszło – i odbiło się w ametystach tak, jakby w środku były krople deszczu.

To jedno ze zdjęć, z których byłam naprawdę dumna. Nie tylko dlatego, że było ładne. Ale dlatego, że czuło się zimę. Zimę z jej spokojem, z ciszą, z oddechem mroźnego poranka.

A potem… ten naszyjnik kupiła klientka z Norwegii. Napisała, że przypomina jej światło o 10 rano, kiedy wychodzi z domu i słońce odbija się w śniegu. I że będzie go nosić zawsze, gdy będzie jej brakować światła.

Kolczyki z dźwiękiem śniegu

Nie planowałyśmy ich. To miał być dzień przerwy. Pogoda – klasyczna listopadowa: ciemno, zimno, wilgotno. Majka zaparzyła herbatę z imbirem i cytryną, ja przyniosłam aparat, ale bez większego zapału. Myślałyśmy, że po prostu posiedzimy, pogadamy, może coś posortujemy.

I wtedy zobaczyłam je. Leżały wśród innych półproduktów – dwa nieregularne kamienie, trochę przezroczyste, jakby ktoś zamknął w nich kawałek mrozu. Obok cienkie, srebrzyste druciki, maleńkie koraliki w kolorze przybrudzonej bieli. I coś w tym zestawieniu zagrało. Coś bardzo cichego, ale nie do przeoczenia.

– A co, jeśli zrobiłybyśmy kolczyki, które brzmią jak pierwszy śnieg? – zapytałam półżartem.

Majka się uśmiechnęła i po chwili zaczęła je składać. Jej palce poruszały się szybko, sprawnie, zupełnie jakby już wcześniej je zrobiła – tylko czekały na ten dzień.

Efekt był niezwykły. Kolczyki wyglądały jak zrobione z ciszy. Białoszare, lekkie, z błyskiem srebra, który przypominał iskrzenie śniegu pod lampą. Kiedy się nimi poruszyło, wydawały niemal niesłyszalny dźwięk – jak szelest płatków na kurtce.

Zrobiłam im zdjęcia na tle szronu na parapecie. Ujęcia były proste, ale miały w sobie spokój, który trudno uchwycić. Nazwałyśmy je Pierwszy Śnieg. Rozeszły się w ciągu dwóch dni.

Później dostałyśmy wiadomość od dziewczyny, która je kupiła – że nosi je do ciepłego swetra i wraca w myślach do spacerów z dzieciństwa.

Biżuteria, światło i kot na stole

Była taka sesja, której nigdy nie zapomnę. Mimo że światło było idealne, biżuteria gotowa, a ja miałam w głowie całą koncepcję – wszystko poszło zupełnie… po kociemu.

Miałam kota. Czarny jak smoła, z bursztynowymi oczami. Nazywał się Bolek. W zasadzie był częścią naszego zespołu. Oceniał kolory z wyższością, siadał na materiałach do zdjęć i uwielbiał spać w pudełkach z koralikami. Miał też szczególny dar: pojawiał się zawsze, gdy nie był potrzebny.

Tamtego dnia rozłożyłam tło – lniany materiał w kolorze przygaszonego złota, do tego fragment kory drewna. Na nim kolczyki: Chili i Kawa – ciepłe czerwienie, brąz, kropla bursztynu. Idealne światło, idealna kompozycja. Ujęcie, które miałam już prawie w kadrze…

…i wtedy Bolek wszedł na stół. Wolno. Z dumą. I położył się dokładnie na środku tła. Na kolczykach.

Nie zareagowałam od razu. Było coś pięknego w tym, jak wyglądał – czarna sierść, bursztynowe oczy, biżuteria przy łapie. Wzięłam aparat i zrobiłam zdjęcie. Potem drugie. A potem jeszcze piętnaście.

I wiesz co? Jedno z tych ujęć trafiło do sklepu Majki. Z kotem w tle. Kolczyki Chili i Kawa miały swój własny entourage. Były najbardziej rozchwytywanym modelem z całej kolekcji.

Klientki pisały: Czy ten kot będzie w zestawie? albo Czy mogę zamówić wersję z sierścią? Majka zaczęła żartować, że Bolek powinien mieć prowizję.

Od tamtej pory Bolek był już „oficjalnym konsultantem artystycznym”. I tylko czasem pozwalał nam pracować bez siebie.

2025-09-20 7 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • Zapowiedź dalszej części sagi

    2026-04-30
  • Saga. Rozdział IV – Powrót

    2026-04-20
  • Saga. Rozdział III – Svyata Kyrnychka

    2026-04-10
  • Saga. Rozdział II – Rozkaz: trwać!

    2026-03-30
  • Zwiastun sagi: pierwsze rozdziały

    2026-03-20

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    Tajemnica

    2025-08-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga