jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
Author

Jolanta Strażyc

Jolanta Strażyc

Wspomnienia

Między nadzieją a codziennością

by Jolanta Strażyc 2025-03-10

Kiedy skończyły się lata 80., w kraju wyraźnie czuć było zmianę. Ludzie przestali szeptać i zaczęli mówić. Władza, która przez lata patrzyła z góry, nagle zaczęła się tłumaczyć. Komunizm odchodził powoli, ale nieubłaganie. Z dnia na dzień wszystko miało być inne – tylko nikt nie powiedział, jak się w tej nowej Polsce żyje. A szczególnie jak się żyje kobietom, matkom, zwykłym ludziom, którzy z dnia na dzień zostali obywatelami „wolnego rynku”.

1990 – Polska się budzi

Miałam trzydziestkę tuż za rogiem i córkę w szkole podstawowej. Wolność przyszła jak długo wyczekiwana wiosna – ale z tą różnicą, że razem z nią nie przyszedł spokój. Przyszedł chaos. Ceny rosły z tygodnia na tydzień, pensje nie nadążały. W sklepach wszystko było – ale nie każdego było na to stać.

Ale była też wolność. Ludzie zakładali małe firmy, szyldy rosły jak grzyby po deszczu. Jednego dnia osiedlowy kiosk zamieniał się w butik, a na placu, gdzie kiedyś był pomnik komunistycznego idola, ktoś sprzedawał z łóżka kanadyjskie dżinsy czy tureckie kożuchy. Przestaliśmy stać w kolejkach – zaczęliśmy „kombinować” na nowo – ale już nie w szaro-burym PRL-u, tylko w nowej rzeczywistości.

A kobiety? Kobiety nie tylko pracowały na etatach i prowadziły domy – zaczęły tworzyć coś własnego. Małe, domowe biznesy, najczęściej z potrzeby, czasem z pasji. Ktoś sprzedawał dziecięce ubranka szyte na maszynie po cioci, ktoś inny otwierał zakład fryzjerski w przekształconym pokoju, a jeszcze inna uczyła się robienia paznokci z kolorowych gazet i próbowała szczęścia na bazarku. Bez wsparcia, bez poradników, ale z determinacją.

Początek edukacji i „dorosłości” mojej córki

Moja córka rosła w zupełnie innej Polsce, niż ta, w której przyszła na świat. Gdy miała 10 lat… telewizja pokazywała programy zachodnie, pojawiły się komputery, kasety wideo, pierwsze reklamy. Z jednej strony świat stał przed nią otworem. Z drugiej – był to świat niepewny. Szkoły nie nadążały za zmianami, nauczyciele byli zmęczeni, rodzice – przepracowani. Wszyscy musieli się uczyć życia od nowa.

Pamiętam, że rachunki zaczęły wyglądać inaczej. Pojawiły się nowe podatki, nowe zasady, nowe instytucje. Ludzie, którzy przez całe życie pracowali w jednym zakładzie, nagle tracili wszystko – bo „restrukturyzacja”, bo „upadłość”, bo „prywatyzacja”. A inni robili majątki na oczach sąsiadów – zakładali firmy, sprowadzali sprzęt, handlowali wszystkim, co tylko dało się sprzedać.

Kobiety w nowej Polsce

Nadal prowadziły domy, dbały o dzieci, gotowały, pracowały, dorabiały. I zakładały własne firmy – często z potrzeby, ale również często z pasji. Ktoś otwierał pracownię krawiecką w piwnicy, ktoś inny urządzał salon fryzjerski w przedpokoju. Zwykłe kuchnie zmieniały się w miejsca wypieków ciast „na zamówienie”, a w garażach powstawały pierwsze hurtownie, księgarnie, punkty usługowe. Byłyśmy przedsiębiorcze, choć nikt nas tak jeszcze wtedy nie nazywał.

Nie miałyśmy mentorów, poradników, coachów. Uczyłyśmy się metodą prób i błędów. Byłyśmy księgowymi, sprzątaczkami, właścicielkami i sekretarkami w jednym. I choć rzadko mówiono o nas w gazetach, to właśnie kobiety były fundamentem tej pierwszej fali polskiej mikroprzedsiębiorczości. Pracowałyśmy po cichu, między obiadem a odrabianiem lekcji z dziećmi. Czasem po godzinach etatu, czasem ryzykując wszystko, co miałyśmy.

Nie tylko pracowałyśmy – uczyłyśmy się. Kursy księgowości, szkolenia kosmetyczne, wieczorowe licea, studia zaoczne. Często z własnych pieniędzy, kosztem snu, czasu wolnego, komfortu. Bo wiedziałyśmy, że świat się zmienia – i jeśli chcemy być w nim kimś więcej niż tylko obserwatorkami, musimy się rozwijać. Po swojemu. Ale skutecznie.

Kobiety – między domem a biznesem

Pamiętam Halinę z trzeciego piętra – całe życie zajmowała się domem i dziećmi, a kiedy przyszły zmiany, zaczęła piec torty. Nie jakieś zwykłe – prawdziwe dzieła sztuki. Najpierw piekła dla sąsiadów, potem dla znajomych z parafii, a w końcu założyła małą pracownię cukierniczą. Miała wtedy prawie pięćdziesiątkę i pierwszą kasę fiskalną w naszym bloku.

Albo Elżbieta, koleżanka z pracy, która wieczorami uczyła się księgowości – z podręczników, które przynosiła z rynku. Zdała egzamin i otworzyła biuro rachunkowe w pokoju po synu, który wyjechał na studia. Dziś prowadzi firmę, zatrudnia ludzi, a wtedy… wtedy po prostu musiała się odnaleźć, kiedy zlikwidowali jej dział w zakładzie.

Były też kobiety, które szyły, szydełkowały, robiły paznokcie, sprzedawały warzywa na ryneczku. Często „na dziko”, zanim powstały przepisy, pozwolenia, zasady. Działałyśmy instynktownie – nie dlatego, że ktoś nam kazał, tylko dlatego, że trzeba było zadbać o rodzinę. I jakoś tak wyszło, że zaczęłyśmy dbać też o siebie.

Pierwsze kursy i szkolenia

Z czasem zaczęły pojawiać się kursy – szybkiego pisania, obsługi komputera, robienia paznokci, prowadzenia działalności gospodarczej. Często organizowane przy domach kultury, czasem w szkołach wieczorowych. Chodziłyśmy tam po pracy. Niektóre dziewczyny przychodziły z dziećmi, bo nie miały ich z kim zostawić.

Pamiętam, że kurs komputerowy prowadził chłopak młodszy ode mnie o dobre dziesięć lat. Pokazywał nam, jak pisać w Wordzie i robić tabele w Excelu. Mówił do nas „panie”, a my do niego „panie Tomku” – i śmiałyśmy się, że kiedyś to my go mogłyśmy uczyć. Ale uczyłyśmy się od niego pokory wobec nowego świata.

Lokalne liderki

W tych latach rodziły się też pierwsze kobiece głosy w przestrzeni publicznej – może nie od razu w sejmie, ale w radach osiedli, komitetach rodzicielskich, lokalnych stowarzyszeniach. Ktoś organizował zbiórkę na sprzęt do szkoły, ktoś inny pilnował, by zrobiono drogę dojazdową albo postawiono latarnię. To też była forma przedsiębiorczości – tylko społecznej, niewidocznej w mediach, ale ważnej.

Zaczęłyśmy się łączyć. Wspierać. Niektóre kobiety zakładały stowarzyszenia, inne grupy nieformalne. Pojawiły się pierwsze pisma kobiece – z poradami, z historiami „z życia”, z modą i zdrowiem. W kioskach, obok gazet politycznych, można już było kupić Claudie”, „Twoje Imperium” czy „Panią”.

W duchu zmiany tożsamości

Z biegiem lat coraz rzadziej myślałyśmy o sobie wyłącznie jako o „żonach” i „matkach”. Nadal nimi byłyśmy – i to z dumą – ale coraz częściej widziałyśmy się też jako kobiety, które mają coś do powiedzenia. Które nie tylko gotują i sprzątają, ale też zarządzają, tworzą, zmieniają rzeczywistość.

W latach 90. nie mówiło się jeszcze o „siostrzeństwie”, ale ono istniało. Każda z nas niosła coś więcej niż tylko siatki z zakupami – niosła w sobie zmianę. I w tej zmianie nie byłyśmy już same.

W życiu codziennym było już nieco lżej. Może nadal się „kombinowało”, ale częściej z nadzieją niż z desperacji. Dzieci rosły, my dojrzewałyśmy razem z nimi. Moja córka powoli zbliżała się do wieku nastoletniego, a ja coraz częściej patrzyłam na nią z dumą, nie tylko troską.

1995 – Lech Wałęsa odchodzi, świat pędzi

W 1995 roku odbyły się wybory prezydenckie – Lech Wałęsa przegrał, wygrał Aleksander Kwaśniewski. Dla wielu był to symbol końca pierwszej epoki wolności i wejścia w drugą – bardziej pragmatyczną, mniej romantyczną.

W domach pojawiły się pierwsze komputery. Niektórzy kupili używane samochody z Niemiec. Kasety VHS ustępowały miejsca płytom CD. Na chodnikach można było kupić wszystko – od butów po anteny satelitarne.

Ale było też wiele niedokończonych spraw: niedofinansowane szpitale, bieda emerytów, zapaść edukacji, drożyzna. Kraj się zmieniał, ale zmieniał się nierówno – niektórzy lecieli do przodu, inni zostali z tyłu.

1996 – zamyka się pewien rozdział

Ten rok był dla mnie symboliczny. Czułam, że weszłam już na dobre w nowe życie. Moja córka była nastolatką, coraz bardziej samodzielna. Ja – dojrzalsza, bardziej pewna siebie, niż w latach 80 👉 TU

Zaczęłam wtedy inaczej patrzeć na samą siebie – nie tylko jako na matkę czy żonę, ale jako na kobietę, która przeszła przez transformację razem z tym krajem. Przetrwała kryzysy, niepewność, reformy. I nadal miała w sobie siłę. Dla mnie to był czas wychodzenia z cienia. Z cienia PRL-u, z cienia młodości naznaczonej stanem wojennym, z cienia kobiet, które całe życie były „w tle”.

2025-03-10 9 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Historia i życie zderzyły się pod moim oknem

by Jolanta Strażyc 2025-02-20

W roku, gdy czołgi znów jeździły po polskich ulicach, ja trzymałam w ramionach niemowlę. Historia i życie zderzyły się pod moim oknem – a ja, uczyłam się, co znaczy być matką i dorosłą kobietą.

Grudzień 1980. Skończyłam właśnie 19 lat. Byłam młoda, pełna lęków, ale też nadziei. Świat wokół mnie był niespokojny – z telewizora dobiegały wieści o „Solidarności”, strajkach, porozumieniach. Wszyscy mówili, że coś się kończy, coś się zaczyna.

W domu panowała nadzieja, a w sercu – przeczucie. Czułam, że coś się we mnie zmienia, coś dojrzewa, coś, co już niedługo wywróci mój świat do góry nogami.

W pierwszych dniach stycznia 1981 roku rozpoczęłam swoją pierwszą pracę. 5 stycznia, poniedziałek – data, którą pamiętam do dziś. Już wtedy przeczuwałam, że mogę być w ciąży. To był instynkt – cichy, kobiecy głos, który mówił: „Czas na zmiany”.

Chciałam pracować, choćby chwilę, by zdobyć prawo do urlopu wychowawczego – to było wtedy ważne, zwłaszcza dla kogoś tak młodego jak ja. Dość szybko weszłam w prawdziwą dorosłość. Kończyłam jeszcze szkołę średnią, gdy zaszłam w ciążę. Taka nagła zmiana – z uczennicy w mamę – wcale mnie nie przerażała. Byłam świadoma swojej nowej roli i nie uciekałam od niej.

Życie w cieniu strajków

W kwietniu 1981 roku wzięliśmy ślub. W czasie, gdy kraj wrzał – ludzie strajkowali, robotnicy walczyli o godność – my, młodzi, zakochani, mówiliśmy sobie „tak” z nadzieją na wspólną przyszłość.

Na ulicach było coraz więcej milicji, a w domach – coraz mniej produktów żywieniowych… Ale w sercu była radość. Nie myśleliśmy o wielkiej polityce. Chcieliśmy być razem.

Ślub był skromny. Ludzie składali życzenia z odrobiną czułości i współczucia – jakby wiedzieli, że życie w tym kraju nie będzie dla nas łatwe. Ale człowiek, niezależnie od sytuacji, chce kochać i żyć normalnie.

Na początku października przyszła na świat nasza córka. W tej jednej chwili nie istniała żadna „Solidarność”, żadna partia, żadna władza. Istniało tylko dziecko – czysta, bezbronna istota, której trzeba było dać wszystko, co najlepsze. Macierzyństwo i prowadzenie domu dawało mi dużo radości. Nie chciałam być jedną z tych mam nieobecnych, niezaangażowanych. Skupiłam całą energię na moim dziecku. 

13 grudnia 1981 roku

Moja córka miała niespełna trzy miesiące, kiedy generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny. Obudziłam się rano i poczułam, że coś jest inaczej. W telewizji – tylko on, w mundurze, z kamienną twarzą.

„Ogłaszam, że dziś w nocy…”

Telefon nie działał. Na ulicach – czołgi. W telewizji tylko jeden program, w którym mówiono o „ratowaniu ojczyzny”. Nie wiedziałam, czy mąż wróci z pracy. Czy sklepy będą otwarte. Czy będzie mleko dla dziecka. Czy będzie jakieś jutro…

W Sylwestra odwiedzili nas sąsiedzi – znajomi z dzieciństwa, towarzysze podwórkowych zabaw. Odczepiliśmy fragment ogrodzenia i mimo godziny milicyjnej mogliśmy swobodnie poruszać się między domami 🙂 Chcieliśmy przywitać Nowy Rok – choćby małym toastem, skromnym jedzeniem i chwilą zapomnienia. W telewizji puścili Sami swoi – film swojski, znajomy, śmieszny… I śmialiśmy się, choć nie mogliśmy zadzwonić do nikogo, pojechać bez przepustki, ani protestować.

Rok 1981 był dla Polski rokiem nadziei i dramatu. Dla mnie – rokiem nowego życia, dosłownie.

Przez kolejne miesiące, Polska trwała w stanie wojennym – milcząca, przestraszona, sparaliżowana. A ja bez wielkich idei, bez polityki, miałam swoją własną wojnę – o sen, o spokój, o zdrowie psychiczne.

Mąż ciężko pracował, wspierał mnie jak mógł, ale wiadomo – większość obowiązków spadała na matkę. Nasza córka była wątła, chorowita, nie nadawała się do żłobka czy przedszkola. Nie było Internetu, grup wsparcia, blogów. W takiej sytuacji nie miałam szans, by wrócić do pracy. Na szczęście los pozwolił mi kontynuować fotografię i odkrywać nowe pasje…

Dziecko, które nie dawało spać

Pierwsze siedem miesięcy macierzyństwa to była walka. Moja córka płakała niemal bez przerwy. Dni, noce, poranki, wieczory – jakby chciała krzykiem zareagować na świat, który przywitał ją zimnymi ulicami i czołgami na skrzyżowaniach.

Nie miałam zbyt wiele wsparcia. Ludzie się bali. Rodzina była zajęta swoimi sprawami. Znajomi – kochani, ale przecież każdy miał własne problemy. 

Latem 1982 roku, po miesiącach bezsennych nocy i życia na granicy wyczerpania, postanowiłam wyjechać choć na chwilę – odpocząć, złapać oddech. Pojechałam z koleżanką do cioci mojego męża – do Elbląga i nad Zalew Wiślany. Córkę zostawiłam pod opieką męża, babci i dwóch koleżanek. Jedna osoba nie dałaby rady – trzeba było się zmieniać.

W Elblągu, było więcej patroli, więcej ZOMO, więcej napięcia. Odpoczynek okazał się względny. Ale spokojny. Tego właśnie najbardziej mi brakowało.

Właśnie wtedy, gdy mnie nie było, koleżanki postanowiły wdrożyć plan „szkoleniowy”, jak same to nazwały. Ustaliły rytuał: kąpiel, kolacja, łóżko. I koniec. Zamykały drzwi, a córka – jak można się było spodziewać – w płacz.
Pierwszego dnia – pełna godzina.
Drugiego – pół godziny.
Trzeciego – dziesięć minut.
Czwartego dnia – cisza. I tak już zostało.

To był przełom. Dla niej – i dla mnie.

Gdy wróciłam i usłyszałam, że córka zasypia sama – byłam szczęśliwa. Po siedmiu miesiącach nieustannego płaczu, noszenia, czuwania – to było jak wybawienie. Może i serce matki gdzieś tam na moment się ścisnęło, że to „szkolenie” odbyło się beze mnie, ale rozsądek mówił jasno: nareszcie odpoczniemy. I rzeczywiście – od tej pory noce były spokojniejsze. Dziecko spało. A ja uczyłam się na nowo, co to znaczy cisza w domu.

Życie w stanie wojennym – i po nim

Stan wojenny oficjalnie zakończono 22 lipca 1983 roku. Wcześniej, w 1982 – „zawieszono” go, ale realnie nic się nie zmieniło. Nadal można było zostać internowanym, przesłuchanym, wyrzuconym z pracy. Nadal mówiliśmy szeptem. Nadal znikali ci, których znaliśmy tylko z nazwiska.

Matki tamtych czasów musiały być twarde. Nie tylko dlatego, że dzieci płakały. Ale dlatego, że wszystko inne też „płakało”: system, służba zdrowia, dostęp do podstawowych rzeczy. A mimo to próbowałyśmy żyć normalnie. Dbałyśmy o wygląd, wychodziłyśmy do restauracji, do kina, do znajomych – czasem z dzieckiem, czasem udało się je zostawić z kimś, kto zgodził się pomóc choć na chwilę.

Mimo wszystko – życie toczyło się dalej. Dzieci rosły, rodziny trwały. W mieszkaniach pachniało obiadem. Święta obchodzono zgodnie z tradycją. Urodziny – z tortem i bliskimi przy stole.

To właśnie wtedy (my, matki lat 80.) nauczyłyśmy się doceniać rzeczy proste.
Kubek ciepłej herbaty.
Płomień świeczki podczas przerwy w dostawie prądu.
Uśmiech dziecka, które – choć na chwilę – przestaje płakać.
Jedna spokojna noc.
Zwykły dzień bez złych wiadomości.

Do końca lat 80. – kiedy świat się zmieniał

Lata mijały. Władza zmieniała się, ale powoli. Cenzura nie znikała, ale ludzie mówili coraz więcej. Ktoś przyniósł książkę z drugiego obiegu. Ktoś wspomniał o podziemnej mszy za Ojczyznę…

Pod koniec dekady coś zaczęło się zmieniać naprawdę.
Lech Wałęsa znów był w telewizji.
Ludzie wychodzili na ulice – nie ze strachu, ale z nadzieją.

W 1989 roku poczułam, że skończyła się nie tylko peerelowska epoka, ale i mój osobisty stan wewnętrznego zamrożenia. Bo kiedy upadał system, moja córka miała już 8 lat, chodziła do szkoły, bardzo dobrze się uczyła. Była już na tyle duża, że mogłam z nią podróżować po Polsce.

Córka miała w sobie ten sam głód poznawania co ja. Podróże pokochała od pierwszego wyjazdu. Była świetnym piechurem – chodziła po górach, wspinała się z uporem i radością. Umiała docenić piękno zabytków, z zachwytem zwiedzała pałace, zamki, kościoły i muzea. Lubiła kino i teatr, chłonęła muzykę na koncertach.

Była moim dowodem na to, że nawet w najciemniejszych czasach może wyrosnąć coś pięknego. Że mimo strachu, pustych półek i czołgów pod oknem – można wychować dziecko, które patrzy na świat z ciekawością i wrażliwością.

Fotografia – moja droga wśród cieni

Z czasem ludzie zaczęli coraz częściej dostrzegać moje zdjęcia. Najpierw znajomi, potem dalsi znajomi, aż w końcu zupełnie obce osoby zaczęły pytać, czy mogłabym sfotografować ich dzieci, ślub, chrzciny, jakąś uroczystość.

Aparat i ciemnię fotograficzną dostałam od taty, gdy miałam 14 lat. O tym napisałam w poprzednim poście TU

Już w szkole średniej robiłam zdjęcia koleżankom – trochę na zarobek, trochę dla siebie, dla rodziny. Ale dopiero teraz ta pasja zaczęła nabierać realnych kształtów. I znaczenia.

Coraz częściej ktoś coś u mnie zamawiał, ktoś inny polecał mnie dalej. Rodzina powtarzała z przekonaniem:

– Działaj! To twoja szansa.

Dziecko było już na tyle odchowane, że mogłam w końcu zrobić coś dla siebie – zapisałam się na profesjonalne szkolenie. Uporządkowałam to, co już umiałam z praktyki, i uzupełniłam wiedzę teoretyczną. I tak, trochę niepostrzeżenie, ta „zabawa w fotografa” zaczęła wypełniać mi coraz więcej dnia.

Zaczęłam dorabiać jako freelancer – słowo wtedy jeszcze nieużywane, ale dokładnie oddające sytuację.

Dziś wspominam tamte lata z mieszanką złości i czułości. Było trudno. Ale w czasach, kiedy wszystko się waliło, my – matki, ojcowie, sąsiedzi, przyjaciele – trzymaliśmy się razem. Zawsze.

Bo choć nie mieliśmy wiele, mieliśmy siebie.

2025-02-20 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Lata siedemdziesiąte

by Jolanta Strażyc 2025-02-10

Grudzień 1970. W telewizji mówiono o nowym I sekretarzu – Edwardzie Gierku. Ja miałam wtedy dokładnie dziewięć lat. W głowie – skakanka, oranżada w proszku i niekończące się pytania, które zadawałam mojemu tacie przy kuchennym stole.

Lata siedemdziesiąte przyszły jak powiew świeżości po dusznej dekadzie Gomułki. Przez chwilę wszyscy wierzyliśmy, że socjalizm da się pogodzić z kolorową coca-colą, krakersami w błyszczących paczkach i meblościanką z płyty wiórowej – szczytem marzeń każdej gospodyni. Na wystawie sklepu meblowego, wśród dywanów z „Dywilan”, ona – meblościanka – błyszczała jak eksponat z innego świata.

Moda – to był prawdziwy manifest wolności. Dżinsy, nawet te siermiężne, szyte w kraju z „polskiego teksasu”, były jak bilet do świata Zachodu. A oryginalne Levi’sy? Cóż, pojawiały się jak miraże – w Pewexie, za dolary, pachnące inaczej, pachnące wolnością.

W „łyżwiarkach” dziewczyny wyglądały jak bohaterki francuskich filmów, których nie widzieliśmy, ale o których opowiadało się szeptem. Flanelowe koszule, podkoszulki z Hofflandu, palto z ortalionu – i już było się „kimś”.

Moda nie była tylko ubraniem – była sztuką oporu. Bo nawet jeśli władza chciała, byśmy wszyscy wyglądali tak samo, to my – kolorem, fakturą, detalem – mówiliśmy: „Nie jestem częścią tej masy”.

Styl życia – nie tylko to, co się nosiło, ale też to, gdzie się bywało, co się słuchało i o czym się marzyło.

We wczesnych latach siedemdziesiątych pojawiło się nowe słowo, które brzmiało jak coś zza oceanu, z innego świata: dyskoteka.

Jeszcze niedawno zabawy taneczne odbywały się w remizach, na salach gimnastycznych, pod czujnym okiem wychowawców albo miejscowego milicjanta. A teraz – kolorowe światła, wzmacniacze, muzyka z płyt winylowych i zagraniczne hity, przy których aż chciało się rzucić w wir tańca, nawet jeśli podłoga skrzypiała, a głośniki trzeszczały jak stare radio „Sonata”.

Do dyskoteki nie chodziło się tylko po to, by tańczyć. Chodziło się, żeby być. Zobaczyć i dać się zobaczyć. Mieć na sobie coś kolorowego, trochę odważniejszego, z podwiniętym rękawem albo zapiętym tylko jednym guzikiem. Jeśli ktoś miał szczęście i znajomości – dżinsy z Pewexu – to już był bilet wstępu do innej ligi.

Początkowo te przybytki nowoczesności dostępne były tylko dla „lepiej ustawionych”. Wstęp kosztował, a napoje – cola, oranżada, czasem jakiś importowany sok – były na wagę złota. Z czasem jednak dyskoteki zaczęły się rozprzestrzeniać jak wirus: pojawiły się w domach kultury, w klubach studenckich, nawet w piwnicach przedszkoli, które w weekendy zamieniały się w miejsca spotkań…

Ale ulica miała swoją drugą twarz. Druga połowa lat 70. to już kolejki – wszędzie, po wszystko i o każdej porze. Po chleb, po mięso, po po cukier, po papier toaletowy, po przydział na meble. Z jednej strony więcej kolorów w życiu, a z drugiej – więcej pustych półek. Szpitalne korytarze pełne oczekujących, przychodnie bez leków, apteki z zapasami na pokaz.

A jednak – życie codzienne nabierało złudnego połysku, szczególnie w domach, gdzie pojawił się telewizor.

Pamiętam ten moment, kiedy tato kupił „Beryla” i oglądaliśmy z zapartym tchem „Pogodę dla bogaczy”. Potem „Colombo”. Westerny…

I były dwa programy – aż dwa!. A wieczorami – cisza na klatkach schodowych. Tylko gdzieś z otwartego okna leciało „Studio 2”, a w nim – nie do wiary – sama ABBA, śpiewająca w polskiej telewizji, jakby Polska naprawdę była częścią Zachodniej Europy.

W prasie pojawiły się rzeczy, które kiedyś byłyby nie do pomyślenia – porady seksuologiczne, zdjęcia kobiet w półnegliżu, czasem nawet całkiem odważne. Kino też poszło tą drogą. Filmy zaczęły opowiadać o ciele i pożądaniu, nie jak o grzechu, ale jak o czymś, co po prostu było. „Dzieje grzechu” – Żeromski na nowo odkryty przez pokolenie zafascynowane tym, co zakazane, a zarazem dziwnie bliskie.

A między tym wszystkim – coca-cola i pepsi-cola. Dla wielu bardziej magiczne niż wino czy wódka. Miały smak Ameryki, której nie dało się dotknąć, ale można było ją poczuć na języku. Dziwnym trafem – jeśli w sklepie była coca-cola, to nie było pepsi. I odwrotnie. Jakby cały kraj został podzielony na strefy wpływów tych dwóch bąbelkowych imperiów.

Tenis był jak coca-cola: mało kto go próbował, ale wszyscy chcieli go mieć.

Na kortach zrobiło się tłoczno – choć niekoniecznie od gry. Kto miał rakietę Dunlopa przewieszoną przez ramię, a najlepiej jeszcze torbę z napisem Maxply, ten już był „tenisistą”. A że zamiast kortu była piaszczysta plaża, a zamiast tenisa – kometka? Nikt nie zadawał zbędnych pytań.

Fibak wygrywał za granicą, a my – wygrywaliśmy na podwórkach uwagę kolegów. Polski Polsport oferował rakiety o nazwach jak z lekcji angielskiego – Set i Gem – i choć łamały się po trzecim użyciu, miały w sobie coś magicznego.

Korty, kiedyś zaniedbane i porośnięte mchem, nagle odżyły. Stawały się miejscami, gdzie młodzi chcieli „bywać” – niekoniecznie po to, żeby grać, ale żeby nosić się modnie, flirtować, śmiać się zbyt głośno i odmierzać czas nie według zegarka, tylko według kolejnego seta.

Tak samo było z samochodami.

Maluch – symbol sukcesu. Mały, głośny, wiecznie przegrzewający się – ale własny. Nie wszyscy go mieli, choć wszyscy go chcieli. Zdobycie malucha graniczyło z cudem – trzeba było mieć przedpłatę, asygnatę, cierpliwość oraz znajomości, najlepiej w partii.

Kto miał Fiata 126p, ten był panem swojego losu. Jechał nad morze, nad jezioro, albo chociaż za miasto, byle tylko ruszyć „w trasę”. Wystarczył koc, dwa słoiki konserw i termos – i już było się w podróży.

Dla „wybranych” był polonez – samochód poważny, obszerny i równie przestarzały, jak decyzje Komitetu Centralnego. Jeździli nim dyrektorzy i… porucznik Borewicz z „07 zgłoś się”. Samochód niby nowoczesny, a jednak już wtedy pachniał papierem maszynowym i urzędową pieczątką.

W tle tych wszystkich marzeń o zachodnim stylu życia, o sporcie, który pachniał Wimbledonem i samochodzie, który miał dowozić ludzi do lepszego jutra, wydarzyło się coś, czego władza bała się najbardziej: Papież przyjechał do Polski.

Czerwiec 1979. Miasta zamarły. Ulice wypełniły się ludźmi, ale nie było w tym nic z propagandowego pochodu. To było coś innego. Ludzie stali godzinami, słuchali, milczeli, płakali. Nie bali się.

Gierek się zgodził, choć Breżniew był przeciwny. – Róbcie, jak chcecie towarzyszu, bylebyście później nie żałowali – ostrzegał. Ale było już za późno.

Władza rozbudziła apetyty – i nie potrafiła ich zaspokoić.

Pod koniec dekady kredyty się kończyły, półki pustoszały, telewizor wciąż grał, ale coraz częściej w tle słychać było pomruk niezadowolenia. Ludzie stali w kolejkach z numerkami wypisanymi na kartkach, słyszeli w radio o planach, a w lodówkach mieli tylko światło.

Socjalizm zamienił się w system niedoboru – bigosowy eksperyment, który przypalił się już na dobre.

Timothy Garton Ash napisał później, że nikt nie może bezkarnie narobić apetytu i go nie zaspokoić. I miał rację. My już wiedzieliśmy, że Zachód istnieje – nie z propagandy, ale z muzyki ABBY, z puszek coli i z torby tenisowej przewieszonej przez ramię.

I choć często nie mieliśmy dostępu do tego świata – to wiedzieliśmy, że jest. A to wystarczyło, by zacząć o nim marzyć naprawdę.

2025-02-10 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Dom rodzinny

by Jolanta Strażyc 2025-01-20

Dom rodzinny… skromny w swej formie, ale nie ubogi, z pobielanymi ścianami i gankiem porośniętym winogronem… Powstał w 1929 roku, z inicjatywy mojego dziadka Michała TU i jego żony, mojej babci Ireny. To tam dorastały ich dzieci: córka Irena i dwaj synowie: mój tata Stanisław i jego młodszy brat Janusz…

Babci Ireny nie zdążyłam poznać – zmarła przed moim urodzeniem. Znam ją jedynie z opowieści, z kilku wyblakłych zdjęć, na których patrzy poważnie… ale z czułą. Dziadka Michała natomiast pamiętam, choć tylko trochę – zmarł, gdy miałam siedem lat. A jednak te wspomnienia, choć krótkie, zostały we mnie bardzo wyraźnie.

Pamiętam jego pogrzeb. Było listopadowe popołudnie. Tłum ludzi niosących wieńce i kwiaty. A ja – mała dziewczynka – podrygiwałam w rytm marszy żałobnych, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje. Widziałam łzy dorosłych, ale nie czułam wtedy smutku – raczej podniosłość chwili. Dopiero później przyszło zrozumienie.

Dziadek Michał – cichy bohater i mój nauczyciel życia TU

Dziadek zawsze miał w sobie spokój, który nie był bierny. To był spokój człowieka, który widział więcej niż opowiadał, ale nigdy nie pozwalał, żeby to, co trudne, przyćmiło to, co dobre. Gdy byłam mała, wiedziałam, że był „ważny” – że był nauczycielem, dyrektorem, że ludzie go szanowali. Ale dopiero później zrozumiałam, jak wiele w sobie niósł.

Był legionistą. Brał udział w obronie Warszawy. Tato mówił, że był w ruchu oporu, w partyzantce na Kielecczyźnie. Ja znałam go jako człowieka, który co rano zakładał sweter, siadał przy stole i słuchał uważnie moich dziecięcych opowieści.

Na emeryturze, zamiast odpoczywać, działał w ZBOWiD. Pisał, spotykał się z innymi weteranami, organizował uroczystości, ale zawsze wracał na czas, by podać mi herbatę i posłuchać, jak czytam na głos. Czasem patrzyłam, jak zamyka oczy, gdy mówiłam. Myślałam, że zasypia. Ale on słuchał – wszystkiego. Nawet najprostszych zdań. I każde z nich traktował jak coś ważnego.

Uczył mnie nie słowami, tylko obecnością. Pokazywał, że można być silnym bez krzyku, mądrym bez popisywania się, i dobrym bez potrzeby bycia docenionym. Dziś, gdy myślę o tym, kim jestem, wiem, że w moim spojrzeniu jest jego spokój. W mojej pracy – jego cierpliwość. A w tym, jak słucham ludzi – jego cicha mądrość.

Dziadek był bohaterem historii. Ale dla mnie był po prostu moim Dziadkiem. I to najpiękniejszy tytuł, jaki mógł nosić.

Kawa, las i życie w rytmie ciszy

Dziadek zaczynał dzień od kawy. Zawsze. Najpierw był ten rytuał – wyjmował z szafki drewniany młynek, trochę już starty od lat, ale dla niego jak relikwia. Wsypywał ziarna, zamykał wieczko i kręcił powoli korbką. Mielenie kawy miało swój dźwięk – cichy, rytmiczny, znajomy. Dla mnie był to dźwięk domu. Dźwięk obecności. Cała kuchnia pachniała wtedy jak inny świat – gorzko, głęboko, ciepło. Dziadek nalewał kawę do swojej ulubionej filiżanki – biała, z delikatnym złotym rantem – i siadał przy stole. Czasem tylko patrzył przez okno, czasem do mnie mówił: Kawa to nie pośpiech. To chwila dla siebie.

I ja, choć miałam wtedy może sześć lat – już wtedy rozumiałam, że to coś więcej niż napój.

Po kawie był spacer. Zawsze. Bez względu na pogodę. Najczęściej szliśmy do lasu – dziadek znał tam każdy zakątek. Pokazywał mi, jak rozpoznać drzewa, słuchać ptaków, czytać ślady na ścieżce. Mówił, że las to nauczyciel – trzeba tylko umieć słuchać. I rzeczywiście, przy nim las jakby przemawiał – liśćmi, światłem, ciszą. Czasem milczeliśmy przez cały spacer. Ale to nigdy nie była pustka. To była taka obecność, która mówi więcej niż tysiąc słów. Czułam się bezpieczna. Czułam się widziana.

Dziadek kochał przyrodę i tę miłość we mnie zaszczepił. Do dziś, kiedy wchodzę do lasu, mam wrażenie, że idzie ze mną. Że jeszcze gdzieś tam słychać ten młynek do kawy, cichutko, z oddali. I jego głos: Nie spiesz się. Zobacz, jak pięknie tu jest.

Przejście na drugą stronę horyzontu

Pamiętam, jak któregoś wieczoru tato usiadł obok mnie i powiedział spokojnym głosem, że Dziadek musiał odejść – że nadszedł już dla niego czas, by wyruszyć „na drugą stronę horyzontu”. To określenie zapadło mi w pamięć na zawsze.

Tam, po tej drugiej stronie, miał teraz zamieszkać w nowym domu – takim, który nie potrzebuje ścian ani dachu, tylko miłości i wspomnień. Tam miał znów spotkać swoją ukochaną żonę, moją babcię Irenę, a także swoich rodziców i tych wszystkich, których kiedyś pożegnał. Tato mówił o tym tak, by dziecko mogło zrozumieć stratę – bez lęku, z czułością. I ja w to wierzyłam. Wierzę nadal.

W 1966 roku, w naszym domu zamieszkała babcia – mama mojej mamy TU

Była zupełnie inna niż większość kobiet z sąsiedztwa – elegancka, zawsze zadbana, z nienaganną fryzurą i klasyczną torebką zawieszoną na zgięciu łokcia. Miała w sobie coś z przedwojennej damy – nie tylko w sposobie bycia, ale też w języku, w gestach, w tym, co opowiadała. Uwielbiała wspominać czasy młodości – piękne bale, święta w dużym domu rodzinnym na Wołyniu, spacery alejkami, które już dawno zarosły trawą. Tamte czasy były dla niej zawsze lepsze, spokojniejsze, piękniejsze, jakby obleczone światłem, które już nie wróciło.

Ale jej opowieści nie były tylko słodkie i nostalgiczne. Często schodziła głosem i mówiła o wojnie – tej, która zabrała jej młodość i męża. Ona sama, razem z dziećmi i rodzicami, została wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec. To był świat, w którym nikt nie mówił o przyszłości – tylko o przetrwaniu.

Jej ojciec – a mój pradziadek – był człowiekiem niezwykłym. Znał kilka języków i właśnie dzięki temu przeżyli. W obozie pracował jako tłumacz, a gdy nie tłumaczył – pomagał w kuchni. Dzięki temu dostawał dodatkowe kartki żywieniowe i mleko dla dzieci. Tak ratował rodzinę – dodatkowym chlebem i umiejętnością mówienia.

Po wojnie nie wrócili już na Wołyń. Tamten dom przepadł, podobnie jak całe dawne życie. Trafili na Dolny Śląsk. I chociaż tam znów zaczęło się życie, to jednak dla babci to było już tylko „miejsce do mieszkania”, nie „dom”. W końcu, wiele lat później, babcia przeniosła się do nas – do naszego domu. I chociaż w jej oczach wszystko było „już nie takie jak kiedyś”, to jednak myślę, że to właśnie wśród nas, w codzienności – cichej i zwyczajnej – znalazła trochę spokoju.

Siedziała wieczorami przy oknie, z kubkiem herbaty, patrząc, jak słońce chowa się za horyzontem. A ja wtedy siadałam obok i słuchałam. Czasem opowiadała, czasem milczała. Ale nawet w tym milczeniu było coś, co pamiętam do dziś – jej obecność, jej historia, jej siła.

Babcia wniosła do naszego domu coś więcej niż tylko obecność – wnosiła klasę

To ona nauczyła mnie, że elegancja to nie tylko ubranie, ale sposób mówienia, sposób, w jaki niesie się głowę, jak patrzy się ludziom w oczy. Potrafiła z prostych rzeczy stworzyć coś wyjątkowego – apaszkę zawiązać tak, że wyglądała jak z francuskiego magazynu, a z taniej sukienki uczynić kreację, w której czułam się jak dama.

Kochała mówić o modzie – o rękawiczkach noszonych do płaszcza, o pończochach z szwem z tyłu, o zapachach, które wybierało się starannie, „na okazję”, nie jak dziś – na co dzień, bez refleksji. Zawsze miała w szafie kilka rzeczy „na specjalną okazję”, nawet jeśli te okazje już nie nadchodziły.

Przez kilkanaście lat mieszkałyśmy razem – dwie kobiety z różnych epok, ale w jakiś sposób bardzo sobie bliskie. A potem… zaczęła się zmieniać.

Na początku to były drobiazgi – zapomniane słowa, nieodłożone rzeczy, pytania powtarzane kilka razy dziennie. Ale później było coraz trudniej. Babcia zaczęła tracić pamięć. Zapominała, co jadła na śniadanie, ale potrafiła opowiadać z najdrobniejszymi szczegółami o podróży pociągiem z Łucka do Lwowa w 1938 roku. Dawne czasy – te sprzed wojny – stawały się dla niej coraz bardziej realne, jakby wracała tam myślami, szukając w nich ukojenia. Czasem mówiła do mnie imieniem swojej mamy albo córki, którą była moja mama, ale z czasów dzieciństwa. Przesuwały się w niej obrazy, ale to, co było „teraz” – znikało.

Choroba Alzheimera zabierała ją powoli – nie od razu, nie gwałtownie, ale po kawałku

I choć była przy mnie fizycznie, czułam, że odchodzi. Najpierw z codziennych rozmów, potem ze wspólnego śniadania, w końcu z samego spojrzenia. Do końca pozostało w niej jednak coś – pewna łagodność w ruchach, uśmiech, gdy usłyszała znajomą melodię, albo gdy ktoś podał jej filiżankę herbaty w porcelanie „jak kiedyś”. Może nie wiedziała, kim jestem, ale kiedy brałam ją za rękę, uspokajała się. Myślę, że na jakimś poziomie – pamiętała. Może nie mnie jako osobę, ale emocję, więź, czułość.

Zmarła spokojnie, otoczona ciszą i światłem wpadającym przez okno. Odeszła – tak, jak żyła – z godnością.

A ja do dziś, kiedy zakładam apaszkę albo układam włosy przed lustrem, słyszę jej głos: Zawsze noś się z klasą, nawet jeśli nikt nie patrzy. Ty masz patrzeć na siebie z dumą.

Moi rodzice byli jak dwa filary naszego domu – każdy inny, ale razem tworzyli coś wyjątkowego

Tata z wykształcenia był weterynarzem. Zawsze z pasją opowiadał o zwierzętach, a kiedy wracał z pracy, miał w sobie tę charakterystyczną cierpliwość, którą mają tylko ludzie, potrafiący naprawdę słuchać – nawet tych, którzy nie mówią słowami. Przez wiele lat pracował w lecznicy, gdzie znał każdy przypadek, każde zwierzę po imieniu. Potem związał się z zakładem Biowet w Puławach – to już była inna praca, bardziej „naukowa”, laboratoryjna, ale jego podejście pozostało to samo: dokładność, zaangażowanie i serce włożone w to, co się robi. Nigdy nie opowiadał o sobie z wielkimi słowami – był skromny. Ale ja wiedziałam, że jest dobry w tym, co robi.

Mama z kolei zajmowała się domem – i to z taką starannością i sercem, jakby tworzyła małe dzieło sztuki każdego dnia. Czasami dorabiała sobie, robiąc swetry na drutach – dokładne, równe, często z pięknymi wzorami. Pamiętam, że potrafiła siedzieć wieczorami w fotelu, z drutami stukającymi cicho w rytmie własnych myśli, i mimo zmęczenia miała cierpliwość, by spruć cały rękaw, jeśli coś jej nie pasowało.

Ale tym, co najbardziej ją wyróżniało, była kuchnia.

Mama gotowała – nie „dla obowiązku”, ale z miłości. Jej potrawy miały duszę. Aromat rosołu, który unosił się w niedzielę rano, był jak sygnał, że wszystko jest na swoim miejscu. Pierogi, które lepiła na święta, miały idealnie cienkie ciasto i farsz tak doprawiony, że znikały ze stołu, zanim zdążyła usiąść. Ciasta, zapiekanki, konfitury, pasztety – wszystko było domowe, autentyczne i zawsze podane z uśmiechem.

W naszym domu niemal zawsze ktoś był – sąsiedzi, kuzyni, przyjaciele rodziców, znajomi z pracy. Bywało gwarno, wesoło, czasem głośno. Mama nie narzekała – wręcz przeciwnie, cieszyła się, że dom żyje. Nakrywała do stołu z jakąś naturalną gracją, zawsze znajdowało się „coś dobrego” do poczęstowania gości – i co najważniejsze, nikt nie mógł wyjść głodny. To właśnie od niej nauczyłam się, że jedzenie może być językiem miłości – że nakarmienie kogoś to coś więcej niż tylko gest. To sposób, by powiedzieć: „jesteś mile widziany, jesteś ważny”.

I chyba właśnie dlatego do naszego domu zawsze chciało się wracać.

Tata miał jeszcze jedną pasję, która – jak się później okazało – zaważyła na moim całym życiu

Pamiętam go z aparatem fotograficznym przewieszonym przez ramię, z wiecznie zapisaną rolką filmu i spokojem, z jakim ustawiał ostrość, jakby chciał uchwycić nie tylko obraz, ale też myśl, emocję, moment, którego już nie da się powtórzyć. W domu mieliśmy ciemnię – prawdziwą! Czerwona żarówka, zapach chemikaliów, suszące się zdjęcia na sznurku. To było jak magia.

Z czasem zaczęłam sama podkradać mu aparat – najpierw z ciekawości, potem z rosnącą pasją.

Aż w końcu, kiedy miałam czternaście lat, tata spojrzał na moje zdjęcia, pokiwał głową i powiedział z uśmiechem: „Wiesz co? Ty robisz już lepsze zdjęcia ode mnie. Ten cały sprzęt jest Twój.” I tak właśnie podarował mi nie tylko aparaty, obiektywy i powiększalnik – ale też przyszłość. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że fotografia stanie się moim zawodem. Ale tata już to wiedział. A wszystko zaczęło się od ciemni w piwnicy i taty, który umiał nie tylko patrzeć przez obiektyw, ale też dostrzegać potencjał w innych.

Jeśli chodzi o gotowanie… cóż, mama próbowała przekazać mi swoją kulinarną pasję, ale tu nasze drogi trochę się rozeszły. Owszem, gotuję – ale tylko dania wegetariańskie. Może nie mają tego „polskiego charakteru” jak jej gotowanie i pieczenie, ale smakują. Tyle że – szczerze mówiąc – nie gotuję często. Po prostu nie mam czasu.

Zamiast tego wolę podróżować.

To właśnie w drodze najlepiej smakuje jedzenie – lokalne, świeże, prawdziwe. Lubię odkrywać smaki regionów, próbować tego, co ludzie gotują „po swojemu”, z produktów, które rosną tuż za płotem. Jak raz powiedziała mi koleżanka, trochę z przekąsem, a trochę z humorem: „Ja już wiem, ty lubisz po knajpach się żywić, a nie w domu, jak porządna kobieta polska.” I wiesz co? Coś w tym jest! 😉 Ale chyba nie o to chodzi, żeby być „porządną kobietą polską”, tylko sobą. A mnie zawsze było bliżej do aparatu i walizki niż do kuchni i piekarnika.

Każde z tych miejsc, które odwiedziłam, było dla mnie czymś więcej niż punktem na mapie. To były przystanki, które coś mi dały – inną perspektywę, nowy smak, zdjęcie, które zrobiłam mimo deszczu, słowo, którego wcześniej nie znałam, człowieka, którego już nigdy nie zapomnę.

To właśnie podróże, a nie gotowanie, są moją „przyprawą życia”.

Zdjęcie: Iwan Szuszkin Leśna dal, olej, płótno (1884 r.)

2025-01-20 9 komentarzy
5 FacebookTwitterPinterestEmail
Opowiadanie

Las milczy, ale pamięta

by Jolanta Strażyc 2025-01-10

Stanisław Strażyc, syn Michała i Ireny z Kruszewskich, urodził się 27 kwietnia 1929 roku. Już od najmłodszych lat był dzieckiem niezwykłym — bystrym, odważnym i pełnym pomysłów. A przy tym upartym jak mało kto. Zawsze musiał postawić na swoim. A to wbił gwoździa w podłogę i nikomu nie wolno go było wyciągać, a to przyniósł z lasu zaskrońce i włożył je między podwójne okna. Innym razem wdrapał się na drzewo i siedział tam trzy godziny, ignorując rozpaczliwe nawoływania mamy:
— Stasiu, zejdź…
(Gdyby nie stała pod drzewem i nie prosiła, pewnie nie siedziałby tam aż tak długo).

Najlepiej czuł się na wsi, w majątku wuja Stanisława Kruszewskiego — brata Ireny — w Kotlicach, położonych wśród lasów, nieopodal rzeki Nidy. Tam, wraz z mamą i młodszym bratem, spędził całą okupację. Tam też nauczył się jeździć konno i opiekować zwierzętami.

Kochał konie. Wuj Staś cieszył się, że chłopak tak chętnie się nimi zajmuje. Nie wiedział jednak, że jazda konna przydaje się chłopakowi do znacznie poważniejszych zadań.

Wojna zabiera dzieciństwo

W wieku zaledwie czternastu lat Staszek zaciągnął się do partyzantki i pełnił funkcję kuriera. Niemcy, przyzwyczajeni do widoku dziecka na koniu, nie zwracali na niego uwagi. Staszek przewoził meldunki, uczestniczył w akcjach bojowych — i choć był jeszcze chłopcem, miał już w sobie odwagę dorosłego mężczyzny.

Las był dla Staszka kryjówką, podwórkiem, miejscem zabawy i… wojny. Tam znał każdą ścieżkę, każdy kamień, pod którym chowały się zaskrońce. Jego koń — łaciaty Dyzio — znał drogę bez komend. Byli nierozłączni.

W tamtych czasach Staszek w oczach dorosłych i Niemców był tylko dzieckiem. Właśnie dlatego nadawał się idealnie na kuriera.

Czasem jechał z meldunkiem schowanym w podszewce kurtki, czasem pod siodłem. I choć miał tylko kilka zadań tygodniowo, traktował je bardzo poważnie.

Pamiętał jedną noc szczególnie — mróz tak silny, że lód strzelił na rzece Nidzie jak wystrzał z karabinu. Meldunek schował wtedy za bandażem na nodze — udawał kontuzjowanego, który „jechał po pomoc”. Niemiec nawet nie zajrzał do środka. A może widział, ale zamknął oczy. Różnie to bywało. Nie wszyscy byli tacy sami.

Drzewa tłumiły dźwięki, ale nie lęk. Gdy wiatr zrywał się znienacka i szumiał w koronach, Staszkowi zdarzało się pomyśleć, że to głosy tych, którzy zginęli. Partyzanci mówili: Las wie wszystko. Las milczy, ale pamięta.

Mimo młodego wieku chłopak wiedział już, że wojna nie wygląda jak w książkach. Nie miała bohaterów z brązu, nie miała czystych mundurów. Była zimna, głodna, czasem absurdalna.

Pierwszy raz zobaczył śmierć późną jesienią. Las był wtedy złoty, liście ścieliły się pod końskimi kopytami jak dywan. Dostał zadanie: zawieźć meldunek do jednego z punktów kontaktowych. Miał wrócić tą samą drogą — o zmierzchu.
Nie wrócił sam.

Przy drodze leżał chłopak. Starszy od niego może o trzy lata. W kurtce tak cienkiej, że z trudem przykrywała krew. Obok leżała torba z papierami. Niemcy już odjechali. Albo jeszcze nie przyjechali.

Staszek nie zastanawiał się długo. Wsadził chłopaka na konia, sam prowadził Dyzia piechotą przez cały las, aż do dworu wuja. Chłopak nie przeżył. Ale meldunek — dotarł.

Była też historia z radiem — starym, ukrytym pod podłogą w spiżarni. Nadawali przez nie raz w tygodniu. Kiedyś Staszek musiał przenieść je w inne miejsce. Zawinął w koc i wyniósł pod osłoną nocy do stajni, gdzie spały konie. Radio przeleżało tam kilka dni, a potem wróciło na swoje miejsce.

Wuj powiedział wtedy tylko:
— Takiś ty mały, a taki odpowiedzialny.
Staszek milczał. Ale w środku coś w nim rosło. Może duma. Może dorosłość…

Czasem śniły mu się meldunki, które nigdy nie dotarły. Listy, które zgubił. W snach jego koń stawał dęba, wicher porywał papier, a Niemiec mierzył w niego z karabinu. Budził się spocony. Ale nigdy nie mówił o tym głośno.

Staszek nie mówił o tych rzeczach zbyt wiele. Z biegiem lat z opowieści robiły się tylko krótkie zdania. Czasem mrugnięcie. Albo cisza po pytaniu. Ale kiedy siadał na koniu, miał w oczach ten sam błysk — jakby znowu miał czternaście lat i pędził przez las z tajemnicą ukrytą pod siodłem i sercem bijącym jak końskie kopyta.

Po wojnie

Po zakończeniu wojny Staszek znalazł się w świecie, który był inny, ale nie do końca nowy. Lata spędzone w partyzantce dały mu nieocenioną twardość, którą teraz musiał zastosować w bardziej „cywilnym” życiu. Jego pierwszym krokiem w dorosłość była służba wojskowa, którą odbył w Ludowym Wojsku Polskim.

Może dla innych była to nuda i obowiązek, ale dla Staszka była to okazja do nauczenia się rzeczy, które miały decydować o jego przyszłości. Wojskowy mundur bardziej mu pasował niż szkolny fartuch. Lubił dyscyplinę, porządek i poczucie, że należy do czegoś większego.

Był instruktorem wychowania fizycznego, a na boisku mógł być wreszcie tym, kim zawsze chciał być — nauczycielem, który nie tylko rozkazuje, ale i uczy. Piłka nożna, bieg na orientację, treningi w terenie. Staszek rozumiał ten świat, tak jak kiedyś rozumiał konie i życie w lesie. Wiedział, kiedy przyspieszyć, kiedy zwolnić, kiedy zacząć grać, a kiedy odpuścić.

A potem przyszła jego prawdziwa pasja – weterynaria.

Choć jeszcze na wojnie nie wiedział, w czym się specjalizować, wiedział jedno: chciał być blisko zwierząt. Kiedy tylko dostał możliwość studiowania weterynarii, nie zawahał się ani chwili. Wrocław, nowa rzeczywistość, nowe możliwości. Życie nie zatrzymało się w miejscu ani na chwilę.

Joanna

Wrocław był dla Staszka miastem zaskoczeń. Nie czuł się tu obcy, choć jego dzieciństwo miało wiele wspólnego z życiem na wsi. Znalazł się w świecie, gdzie wąskie uliczki nie były pełne zapachu świeżo skoszonej trawy, ale zapachu historii i przemian.

I w tym wszystkim pojawiła się Joanna.

Spotkali się przypadkiem — na jednym z przyjęć organizowanych przez znajomych z pracy. Staszek wiedział, że życie po wojnie ma swoje zasady, ale Joanna miała w sobie coś, co sprawiało, że cała jego pewność siebie wyparowała. Była piękna, ale nie tak, jak te dziewczyny z reklam czy gazet. Była piękna cicho. Dzielnie znosiła życie, które nie było łatwe. A jej spojrzenie, pełne czułości, zatrzymywało go w miejscu.

I właśnie to spojrzenie sprawiło, że Staszek zaczął myśleć o przyszłości. O tym, co będzie dalej, kiedy już zapomni o wojnie, o lasach, o walce. Zaczął myśleć o życiu, o ciepłej, bezpiecznej rodzinie. O normalności.
I o niej. O Joannie.

Zaraz po ślubie osiedlili się we Wrocławiu. Wtedy to Staszek poczuł się jak w nowym życiu. Pierwsza wspólna kawalerka, potem mieszkanie w centrum miasta. Codzienność. Staszek rozpoczął pracę w dolnośląskich lecznicach dla zwierząt.

Oboje byli pełni życia. Pracowali zawodowo, chodzili po górach, jeździli na nartach. Na motorze zwiedzili niemal cały Dolny Śląsk. Ich związek był pełen pasji, ale wkrótce Joanna odeszła…

Pozostał sam w mieszkaniu, w którym ich życie przez chwilę było pełne planów na przyszłość. Jednak nie było czasu na smutki. Staszek musiał wrócić do swoich codziennych obowiązków.

Wanda

Pojawili się inni ludzie. Ale to nie byli ci, którzy mieli na stałe wpisać się w jego życie. Aż pewnego dnia do jego życia weszła Wanda.

Wanda przyszła na świat we Włodzimierzu Wołyńskim. Była jednym z tych dzieci, które od początku wiedziały, czym jest cierpienie. W dzieciństwie przeszła ciężką chorobę — gruźlicę kości. Wiele dzieci w jej wieku biegało po łąkach, śmiało wchodziło na drzewa, ale Wanda – jeszcze jako dziewczynka – musiała leżeć w szpitalu, w gipsie, unieruchomiona przez długie miesiące. Jej młode ciało, pełne energii, z dnia na dzień stawało się coraz bardziej ograniczone przez chorobę, która wysysała z niej nadzieję.

I choć w wielu chwilach czuła, że nie ma siły na dalszą walkę, jej matka, Marianna, nie pozwalała jej się poddać. Mówiła: Bądź silna, Wandziu. Przetrwaj. Życie zawsze daje drugą szansę.

Może te słowa miały moc, a może były po prostu ostatnią nadzieją, którą matka była w stanie jej przekazać, ale Wanda sięgnęła po nią z całych sił.

Była piękna, o tym mówili wszyscy, którzy ją znali. Miała delikatną, rysunkową twarz, a w oczach skrywała coś, co zapierało dech w piersiach — siłę, której nikt nie mógłby się spodziewać w tak młodej dziewczynie.

Wanda była artystką. Zawsze siedziała z ołówkiem w ręku, szkicując pejzaże, postaci. Jej rysunki były pełne emocji i piękna. Rysowanie dawało jej ukojenie, pozwalało zbliżyć się do świata, który wydawał się oddalony od zamkniętej przestrzeni szpitala i gipsu.

Po kilku trudnych latach leczenia nadeszła chwila, kiedy Wanda poczuła, że mogłaby wyjść na zewnątrz.

W szpitalu zakochała się w chłopaku. Po kilku miesiącach jakaś fałszywa „przyjaciółka” odbiła jej ukochanego. Zdjęcie chłopaka trzymała w szkatułce do końca życia — razem z najcenniejszymi wspomnieniami.

Choroba, zawód miłosny, samotność — myślała nawet o klasztorze. Ale i tam jej nie przyjęto, ze względu na stan zdrowia.

Gdy jej stan się pogorszył, trafiła do sanatorium w Kamiennej Górze. Tam poznała Michała Strażyca, ojca Staszka. Michał, choć starszy, miał w sobie siłę, która przyciągnęła Wandę. To on podjął decyzję, by zbliżyć ją do Staszka.

I wtedy, po wielu latach cierpienia, Wanda wreszcie znalazła to, czego szukała. Znalazła kogoś, kto rozumiał ból, ale i potrafił pokazać, że życie zawsze daje drugą szansę.

Wanda nigdy nie była osobą, która otwarcie szukała bliskości. Zawsze trzymała się na uboczu, nie lubiła mówić o swoich uczuciach, wolała tłumić je w sobie. Jednak ze Staszkiem było inaczej. Od pierwszego momentu, gdy spotkała go w Kamiennej Górze, wiedziała, że ma przed sobą kogoś, kto potrafi zrozumieć jej ciszę.

Choć nie mówiła o tym głośno, czuła, że Staszek staje się częścią jej świata — jako ktoś, kto dostrzega ją nie tylko jako kobietę z przeszłością, ale jako kobietę z przyszłością.

Zanim zdążyli się oboje zorientować, ich codzienne rozmowy stały się czymś naturalnym. Staszek był kimś, kto rozumiał życie w sposób, który jej imponował.

– Staszku, dlaczego wybrałeś weterynarię? Przecież mogłeś robić cokolwiek innego? – zapytała Wanda.
Staszek spojrzał na nią przez chwilę, a potem odpowiedział, jakby to było najprostsze pytanie na świecie:
– Zawsze czułem, że muszę być blisko tych, którzy nie potrafią mówić. Zwierzęta, które nie mogą się skarżyć, które nie mają głosu. Może dlatego zawsze wiedziałem, że to moja droga.

Wanda wiedziała, że Staszek ma swoją tajemnicę, swoją przeszłość, która go ukształtowała, ale nigdy o nic go nie pytała. Zamiast tego słuchała, bo to, co mówił, miało w sobie coś, co przyciągało ją do niego.

Mijały dni, a między nimi rosła sympatia, która przechodziła w coś głębszego. Wanda, choć niechętna do pokazywania swoich uczuć, zaczęła dostrzegać, że jej serce bije szybciej, gdy Staszek zbliżał się do niej. Nie był to miłosny pęd, ale coś bardziej subtelnego — czysta bliskość, której w swoim życiu szukała od dawna.

Zbliżały się kolejne zmiany

Na początku lat 60. zmarła Irena — mama Staszka, żona Michała. Miała 63 lata. Michał skończył wówczas siedemdziesiątkę. Mimo że był człowiekiem silnym i samodzielnym, jego bliscy uznali, że będzie potrzebować wsparcia. Wtedy zapadła decyzja: Staszek i Wanda przeprowadzą się do Michała i otoczą go opieką.

Po przeprowadzce Staszek poślubił Wandę. Możliwe, że to właśnie Michał był cichym inicjatorem tego związku.

Wanda troskliwie opiekowała się teściem. Nie znała swojego ojca — wiedziała tylko, że działał w konspiracji i został rozstrzelany przez Niemców zimą 1943 roku. Z jej opowieści wynika, że z Michałem bardzo się zżyli. Być może widziała w nim ojca, którego tak wcześnie straciła.

2025-01-10 10 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoria

Ja żołnierz Wojska Polskiego, część 3

by Jolanta Strażyc 2024-12-20

1 września 1939 roku III Rzesza w porozumieniu ze ZSRR dokonała zbrojnej agresji na Polskę na całej długości granicy międzypaństwowej. W obliczu przewagi liczebnej wroga, jego absolutnej dominacji w powietrzu oraz wyższości technologii niemieckiej nad polską, nie było możliwe stawienie skutecznego oporu…

Bohaterowie postów „Ja żołnierz Wojska Polskiego” TU i TU: Michał, Kamil Tadeusz i Marian Strażycowie już od pierwszych dni II wojny światowej brali czynny udział w walce obronnej 1939 roku.

Michał w dniach od 1 września do 1 października 1939 roku przebywał na froncie. Jako oficer rezerwy 36 pp brał udział w obronie Warszawy. Był dowódcą kompanii strzeleckiej 2 Pułku Piechoty Obrony Pragi – nazywanego 336 Pułkiem Piechoty rezerwowej. 17/18 września brał udział w ciężkich walkach z piechotą niemiecką. 19/20 września pozycje 336 pp rez. były ostrzeliwane ogniem artyleryjskim [1]. Tylko cudem uratował się przed śmiercią.

Na początku października Michał przeszedł do konspiracji. Do końca 1941 roku działał w ruchu oporu na terenie Lubelszczyzny. Poszukiwany przez Niemców, przeniósł się z żoną i synami na Kielecczyznę – do majątku ziemskiego w Kotlicach, należącego do Stanisława Kruszewskiego. Stanisław był szwagrem Michała. W czasie II wojny światowej dał schronienie znacznej części swojej rodziny.

Ziemia Kielecka była obszarem dobrze rozwiniętego ruchu oporu. W lasach działały różne grupy partyzanckie. Michał obdarzony nadzwyczajnym genem konspiratora, nawet kapitulując miał „schowaną za plecami zapasową broń”. Tutaj też działał w ruchu oporu, uczył młodzież na tajnych kompletach. Żył bez wytchnienia i zrobił wszystko, aby podobne wartości wyniosły z domu jego dzieci.

Czas wojny przyśpieszał dojrzewanie, kształtował odpowiedzialność za kraj i postawę życiową. Irena i Stanisław – dzieci Michała – otrzymały trudne zadania i prawdziwe próby życiowe, już w ścisłej konspiracji. 

Stanisław Strażyc ps. „Krzywda”[2] TU – syn Michała i Ireny z Kruszewskich, swoją działalność w ruchu oporu rozpoczął w listopadzie 1943 roku. Jako 15 letni chłopiec, pełnił funkcję kuriera – łącznika. W czerwcu 1944 roku wraz z oddziałem ,,Krzemienia”[2] brał udział w nieudanej akcji na torach. Na początku lipca 1944 roku pełnił funkcję amunicyjnego KM Piatów. W sierpniu 1944 roku, w ramach walk II Dywizji Piechoty AK brał udział w walkach z oddziałami niemieckimi pod Cecorą, Cisną i Mniszkiem. Po wojnie uzyskał uprawnienia kombatanta.

Córka Michała i Ireny z Kruszewskich – Irena Strażycówna ps. „Lutnia” TU, w czasie II wojny światowej działała w ruchu oporu: Pogotowie Wojenne Harcerek, ZWZ, AK, i „Szare Szeregi”. Początkowo w Okręgu Lubelskim. W 1942 roku została skierowana do Okręgu Kielecko – Radomskiego. Pełniąc funkcję sanitariuszki w Powstaniu Warszawskim została ranna. Od stycznia 1945 roku przebywała w jędrzejowskim obwodzie AK. Po wojnie otrzymała uprawnienia kombatanta.

Michał, po zakończeniu II wojny światowej był organizatorem szkolnictwa na Dolnym Śląsku, dyrektorem Szkoły Wodno – Melioracyjnej w Sołtysowicach oraz Powiatowym a następnie Wojewódzkim Kuratorem Oświaty WRN we Wrocławiu, dziennikarzem i korespondentem wrocławskiego Radia. W 1957 roku przeszedł na emeryturę. Zmarł 18 listopada 1968 roku w wieku 77 lat.

Kamil Tadeusz do  1939  roku  pracował  w Wojskowym Instytucie  Geograficznym (WIG) przy Sztabie Generalnym jako kierownik Składnicy Map Geograficznych. Na początku września 1939 roku rozpoczęto ewakuację Instytutu, pracowników i ich rodzin do Lwowa TU

Od października 1939 roku do kwietnia 1940 roku internowany w Obozie Ciz-fürdő, a od maja 1940 do listopada 1944 roku w Obozie Eger na Węgrzech. Były to obozy internowania żołnierzy polskich – miejsca przymusowego pobytu żołnierzy Wojska Polskiego, którzy po kampanii wrześniowej 1939 znaleźli się na terytorium państw neutralnych.

Po opuszczeniu obozu w grudniu 1944 roku, wyjechał do Mezőkövesd.  Na początku 1945 roku wybrał się w krótką podróż do Tury. W kwietniu 1945 roku wrócił do Polski:

(…) Jako topograf może być cywilnie wykorzystany. Wniosek: w WP pracować nie może – cywilnie pod obserwacją. Kraków, dnia 5.V.1945 Przewodniczący Komisji Skibniewski porucznik.

Do czasu przejścia na emeryturę, Kamil Tadeusz pracował w Głównym Urzędzie Pomiaru Kraju w Warszawie. Od 1948 roku był kierownikiem kursów kreślarskich. W 1949 roku, na zlecenie Komisji Programowej przy Ministerstwie Oświaty opracował program nauczania dla szkół mierniczych. Od roku szkolnego 1957/58 (już na emeryturze), wykładał w Technikum  Geodezyjnym  w  Warszawie.

Zmarł bezpotomnie 12 września 1967 roku, w wieku 75 lat.  Pochowany  na  cmentarzu  Powązkowskim w Warszawie.

W  1968  roku,  żona Kamila Tadeusza  przekazała potomkom Michała Strażyca pamiątki po Tadeuszu Kamilu, między innymi pieczęć  rodową z herbem Krzywda – należącą wcześniej do Franciszka Konstantego Strażyca i klamrę od pasa  wojskowego z czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego należącą do Antoniego Strażyca.

Marian 24 lipca 1939 roku dostał skierowanie na stanowisko dowódcy 12 Pułku Piechoty Ziemi Wadowickiej 6 Dywizji Piechoty w Krakowie[5]. W tym czasie pełnił funkcję kierownika Katedry Broni Pancernych Wyższej Szkoły Wojennej i do pułku wstawił się 20 sierpnia.

Od 1 września 1939 roku przebywał na froncie. W dniu 18 września 1939 roku, 12 Pułk Piechoty wraz z ugrupowaniem 6 Dywizji Piechoty znalazł się w okrążeniu w lesie Susiec. Po ciężkich walkach w okolicach Narola, Niemcy zaproponowali 6 Dywizji Piechoty kapitulację i polskie dowództwo przyjęło ją. 20 września 1939 ppłk Marian Strażyc dostał się do niewoli niemieckiej. Przez ponad trzy lata przetrzymywany był w Oflagu VII A Murnau. Pod koniec 1943 roku zachorował. Zmarł bezpotomnie 30 grudnia 1943 roku w lazarecie[7] we Freysing w  Niemczech, w wieku 50 lat. Pochowano go na przyszpitalnym cmentarzu. Po likwidacji cmentarza w 1985 roku szczątki pochowanych tam oficerów zostały przeniesione na cmentarz wojenny w Neumarkt in der Oberpfalz. W centralnej części cmentarza znajduje się pomnik z tablicą upamiętniającą polskich oficerów, którzy zmarli w tamtejszym lazarecie. Na tablicy widnieje również nazwisko Mariana: ppłk Marian Strażyc ur. 21.01.1894 zm. 30.2.1943

Marian został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari KS nr 12778, przyznany przez organy władzy państwowej na uchodźstwie[7].

***

Oddawałem społeczeństwu wszystko z siebie nie żądając nic w zamian. Pracowałem nie dla pochwał, lecz z wewnętrznej potrzeby pracy społecznej, i świadomości, że w okresie bezczynności i bierności społeczeństwa,  praca  jest obowiązkiem…

A  kiedy ludzie… powiedzą: „umarł człowiek” – ja mówię, że to nie prawda. Nikt nie umarł, tylko przeszedł na drugą stronę horyzontu, jako Duch wolny. A ten duch pozostawił swoje promienie, których ręce są wyciągnięte ku słońcu. Pozostawił znicz rozpalony w ich duszach, jako światło śród nocy. Ten człowiek idący, lub Duch  samowiedny  w  tym człowieku  ogłasza:  Jestem, i…

(Michał Strażyc)

_____________________________________________________________

[1] 336 Pułk Piechoty Rezerwowej zaprzestał walki 27 września i na rozkaz dowódcy Armii „Warszawa” skapitulował 28 września 1939 roku.

[2] Pseudonim „Krzywda” był również pseudonimem Michała w czasach Legionów. Po I wojnie światowej, pseudonimy  używane w Legionach Polski i Polskiej Organizacji Wojskowej,  na  mocy  ustawy  sejmowej  z  1920  roku  stały  się  częścią  nazwiska. Krzywda jest  również herbem  Strażyców.

[3] „Krzemień” – pseudonim porucznika Stanisława Rogowskiego

[4 Na początku lipca 1944 roku oddział ,,Krzemienia” został wcielony do II Batalionu Pułku Ziemi Jędrzejowskiej pod dowództwem ,,Halnego” (Józef Kurek). W sierpniu 1944 roku batalion został wcielony do II Dywizji Piechoty AK pod dowództwem ,,Lina” (ppłk Antoni Żółkiewski). II Dywizja „Lina” została rozformowana 29 lutego 1945 roku.

[5] W czasie kampanii wrześniowej 1939 roku, 12 Pułk Piechoty walczył w składzie macierzystej 6 Dywizji Piechoty (Armia „Kraków”). Była to wielka jednostka piechoty Wojska Polskiego II RP.

[6] Lazaret –  m.in. szpital w obozie jenieckim.

[7] Zapis prowadzony przez Kapitułę Orderu z siedzibą w Londynie.

Bibliografia

Wspomnienia Stanisława Strażyca i jego siostry Ireny.

Dokumenty i zdjęcia z archiwum domowego Stanisława Strażyca.

Michał Strażyc Życiorys udokumentowany.

Korespondencja Michała Strażyca.

Centralne Archiwum Wojskowe (CAW) Teczki osobowe: Michał Strażyc, Kamil Tadeusz Strażyc, Marian Strażyc.

Zdjęcie: Michał Strażyc.

2024-12-20 7 komentarzy
5 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoria

Ja żołnierz Wojska Polskiego, część 2

by Jolanta Strażyc 2024-12-10

Po zakończeniu I wojny światowej i klęsce państw zaborczych, 11 listopada 1918 roku, Polska odzyskała upragnioną wolność. Radość jednak nie trwała długo. 4 stycznia 1919 roku, siły bolszewickie przeprowadziły atak na opuszczone przez Niemców Wilno. Słabo uzbrojone oddziały samoobrony polskiej zostały zmuszone do kapitulacji.

Istnieją dwa stanowiska co do momentu rozpoczęcia wojny polsko – bolszewickiej. Jedni historycy wskazują datę 5 stycznia 1919 roku,  kiedy to Armia Czerwona zajęła Wilno, inni historycy twierdzą, że wojna rozpoczęła się 14 lutego 1919 roku, starciem pod miasteczkiem Mosty koło Szczuczyna, kiedy Wojsko Polskie powstrzymało oddziały Frontu Zachodniego Armii Czerwonej i ich dalszy marsz na zachód w ramach „Cel Wisła”…

Rok 1919. Odyseja wojenna bohaterów poprzedniego postu „Ja żołnierz Wojska Polskiego” TU trwa dalej. Michał, Kamil Tadeusz i Marian Strażycowie po zakończeniu I wojny światowej, w dalszym ciągu  pełnili swoje obowiązki wojskowe.

Michał od 18 listopada 1918 roku, w stopniu porucznika, pełnił funkcję oficera instrukcyjnego w szkole podoficerskiej w Krakowie.

15 września 1919 roku wcielono go do 20 Pułku Piechoty Ziemi Krakowskiej, gdzie do 18 listopada 1919 roku pełnił funkcję instruktora i od 1 lutego 1920 do 18 marca 1920 dowódcy kompanii.

Od 19 marca do 6 grudnia 1920 na froncie bolszewickim w 4 a później w 3 pułku strzelców podhalańskich.

W dniach od 19 marca do 7 sierpnia 1920, jako dowódca kompanii w 4 Pułku Strzelców Podhalańskich brał udział w walkach w okolicach miejscowości: Chodaki, Jaktuszków, Wasiutyńce, Komorowce, Miaskówka, Tomaszpol.

Od 7 sierpnia do 13 sierpień 1920 był adiutantem samodzielnego Baonu 50 p.p. w polu walki w okolicy Brześcia.

W dniach od 13 sierpnia do 6 grudnia 1920, jako dowódca 3 pułku strzelców podhalańskich, brał udział w walkach pod miejscowościami: Brześć, Granie, Firlej, Łuków, Siedlce, Białystok, Sokółka, Kuźnica i w kilku wypadach na wschód od Sokółki.

Kamil Tadeusz, 13 listopada 1918 roku, z rozkazu generała dywizji Tadeusza Rozwadowskiego, otrzymał przydział do Wojskowej Szkoły Mierniczej (w październiku 1919 nazwę szkoły zmieniono na Oficerską Szkołę Topografów). W czasie wojny polsko – bolszewickiej 1920 r. naukę w szkole przerwano, a oficerów skierowano na front. Kamila Tadeusza wcielono do 18 Pułku Artylerii Ciężkiej. W tym samym roku awansował do stopnia kapitana.

Po zakończeniu wojny polsko – bolszewickiej Kamil Tadeusz ukończył Oficerską Szkołę Topografów. Od września 1921 roku do grudnia 1922 pełnił funkcję topografa w Wojskowym Instytucie Geograficznym (WIG) w Warszawie.

Marian pod koniec 1919 roku został wcielony do baonu zapasowego 5 Pułku Piechoty Legionów. Jako dowódca kompani brał udział w walkach nad Dźwiną i w Dyneburgu oraz w wiosennej ofensywie Wojska Polskiego na Ukrainie. Na początku sierpnia 1920 roku, w walkach nad Styrem, został ciężko ranny.

W styczniu 1921 roku, już jako kapitan, rozpoczął kurs w Wyższej  Szkole  Wojennej. Po uzyskaniu dyplomu w 1923 roku, otrzymał przydział na stanowisko oficera Sztabu Generalnego w 71 Pułku Artylerii Polowej w Toruniu.  W  tym  samym  roku  został  mianowany  majorem WP.

Michał od 7 grudnia 1920 do 17 czerwca 1921 był referentem oświatowym w kowieńskim pułku strzelców.

Od 18 czerwca – 19 października 1921 w 80 Nowogródzkim p.p. jako dowódca kompanii technicznej, brał udział w pracach fortyfikacyjnych pod Wilnem.

Opinia z dnia 1 sierpnia 1921 roku, podpisana przez Dowódcę Dywizji Litewsko-Białoruskiej, Edwarda Hajdukiewicza: „por. Strażyc Michał ur. 29 V 1891 r. jako dowódca kompanii technicznej wykazał duże zdolności. Pragnie służyć zawodowo, stara się, umie utrzymać porządek i karność. Może przynieść korzyść. Kwalifikuje się na zawodowego”.

2 lutego 1921 Michał ożenił się z Ireną Marią Kostrzębską. Irena  Maria  urodziła się w 1895 roku jako córka Michała i Elżbiety z Palmerów. W czasie I wojny światowej była  sanitariuszką.  Po wojnie już  jako mężatka  ukończyła studia prawnicze. Zmarła 3 września 1921 roku, w pięć dni po porodzie, w  warszawskim  szpitalu  przy  ulicy  Karowej. Kilka dni wcześniej zmarła też (przeżywszy tylko kilka godzin) córka Ireny Marii i Michała – Małgorzata.

Pobyt na Syberii i w niewoli niemieckiej, kilka lat czynnej służby wojskowej, trudne doświadczenia życiowe związane z zaginięciem rodziców i młodszego brata, śmierć żony i córki… Odporność psychiczna człowieka ma swoje granice. Gdy 21 września 1921 roku znalazł się w szpitalu, zdecydował się przejść do rezerwy.

Na początku października 1921 roku zdał „Dyplomowy Egzamin Nauczycielski” organizowany przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświaty Publicznej dla nauczycieli szkół średnich, posiadających wyższe wykształcenie, ale nie pedagogiczne. 20 października 1921 roku rozpoczął pracę – jako nauczyciel oraz w porozumieniu z władzami wojskowymi zorganizował Powiatowy Komitet WF i PW, który był jednym z pierwszych komitetów tego typu zorganizowanych na terenie całej Polski. Opracował dla niego statut. Uruchomił harcerstwo. Reorganizował Związek Strzelecki i Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”. Idee PW propagował na łamach czasopism jako dziennikarz. 30 listopada 1922 roku ożenił się z Ireną Skarbek – Kruszewską. W latach 1924 – 1932 na świat przyszło kolejne pokolenie Strażyców: Irena (1924), Stanisław (1929) i Janusz (1932).

Kamil Tadeusz od 5 marca 1923 do 31 października 1924 pełnił  funkcję topografa  i  wykładowcy  w  Oficerskiej  Szkole  Podchorążych Artylerii w Toruniu. Wykładał tam terenoznawstwo i był kierownikiem Biblioteki Naukowej.

Od listopada 1924 do września 1939 pracował w Wojskowym Instytucie Geograficznym (WIG) w Warszawie. Pełnił tam funkcję topografa i kierownika Składnicy Map oraz ukończył kurs pedagogiczny przy  Departamencie  Naukowo – Szkoleniowym w Warszawie.

10  grudnia  1933  roku  ożenił  się  z  Janiną  Teofilą  z  Lewandowskich 1v. Szweryn.

W  1934  roku  awansował  do  stopnia  majora.

Marian w  latach  1924 – 1930  pracował  w  Oddziale  III  Sztabu  Generalnego. W latach 1924 – 1925 był wykładowcą prawoznawstwa i ekonomii społecznej w Szkole Podchorążych Artylerii w Toruniu.

5  sierpnia  1929  roku  ożenił  się  z  Olgą  Krzyżanowską 1v. Wańkowicz.  Ślub  odbył  się  w  Toruniu,  a  panna  młoda  była  z  zawodu  prawnikiem.

Od  16  października  1931 do 6 czerwca 1934 był  zastępcą  dowódcy  3  pułku  pancernego – oddziału broni pancernych Wojska Polskiego w II Rzeczypospolitej, stacjonującego w Warszawie a później w Modlinie.

Zarządzeniem Prezydenta RP z dnia 27 czerwca 1935 roku awansował  do stopnia podpułkownika dyplomowanego.

24 lipca 1939 roku dostał skierowanie na stanowisko dowódcy 12 Pułku Piechoty Ziemi Wadowickiej 6 Dywizji Piechoty w Krakowie. W tym czasie pełnił funkcję kierownika Katedry Broni Pancernych Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie i do pułku wstawił się 20 sierpnia.

Bibliografia

Wspomnienia Stanisława Strażyca i jego siostry Ireny

Dokumenty i zdjęcia z archiwum domowego Stanisława Strażyca

Michał Strażyc Życiorys udokumentowany

Korespondencja Michała Strażyca

Centralne Archiwum Wojskowe (CAW) Teczki osobowe: Michał Strażyc, Kamil Tadeusz Strażyc, Marian Strażyc

Grzegorz Wójcik „Początek wojny polsko – bolszewickiej”: 

https://muzhp.pl/wiedza-on-line/poczatek-wojny-polsko-bolszewickiej

Zdjęcie grupowe Korpusu Podoficerskiego 2 Batalionu Pancernego w Żurawicy – z dowódcą Baonu podpułkownikiem Marianem Strażycem. Zdjęcie wykonano z okazji odejścia pierwszego zastępcy dowódcy, majora Karola Krzyżanowskiego, na stanowisko dowódcy 4 Baonu Pancernego, w dniu 20 marca 1938 roku. W pierwszym rzędzie czwarty od lewej major Wierzbicki, piąty od lewej major Karol Krzyżanowski, szósty od lewej podpułkownik Marian Strażyc.

2024-12-10 8 komentarzy
6 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoria

Ja żołnierz Wojska Polskiego, część 1

by Jolanta Strażyc 2024-11-20

Ja żołnierz Wojska Polskiego przysięgam służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, bronić jej niepodległości i granic. Stać na straży Konstytucji, strzec honoru żołnierza polskiego, sztandaru wojskowego bronić. Za sprawę mojej Ojczyzny, w potrzebie krwi własnej ani życia nie szczędzić. Tak mi dopomóż Bóg. „Rotą”, przysięgą wojskową, ustanowioną w 1992 roku, rozpoczęłam kolejny post, w którym wspominać będę czterech wnuków Ignacego Strażyca – właściciela do 1906 roku, majątku ziemskiego znajdującego się we wsi Równo, Piskorowo i Wola Ostrowiecka.

Michał, Mikołaj, Kamil Tadeusz, Marian

Urodzili się w latach 1891 – 1898, w czasach zaboru rosyjskiego. Naukę z zakresu szkoły powszechnej pobierali w domu. Do szkoły średniej uczęszczali w Chełmie i Radomiu. Lubili miasto. Tam mieli swoje miejsca i zakamarki, rodziców i fajnych kolegów. Było jednak miejsce, za którym zawsze tęsknili – dom rodzinny ich ojców, babci Adeli i dziadka Ignacego, położony urokliwie w zachodniej części Polesia Wołyńskiego, gdzie, spędzali święta i wakacje. Tam wśród rodzinnych opowieści i pamiątek, kształtowały się ich młode serca. Dziadek Ignacy Strażyc dobrze wiedział jakie zasady panują w zrusyfikowanych szkołach. Sam do takiej szkoły uczęszczał i zrobił wszystko, aby przekazać im zupełnie inne wartości.

Byli ze sobą bardzo zżyci. Najstarszy był Michał[1] – dusza towarzystwa, potrafił znaleźć się w każdej sytuacji. Kamil Tadeusz[2] był o rok młodszy. Ich przyjaźń przetrwała wszystko. Uczyli się bardzo dobrze, ale to Kamil był prymusem. Marian[2] – trzeci pod względem wieku – poważny i rezolutny. Najmłodszy Mikołaj[1] – podobnie jak dziadek Ignacy, pięknie grał na skrzypcach.

W 1905 roku Michał i Kamil Tadeusz, już jako gimnazjaliści, brali udział w strajku szkolnym TU. Po zakończeniu strajku, w dalszym ciągu uczestniczyli w akcjach konspiracyjnych organizacji szkolnej (kolportaż, rozlepianie ulotek itp.). Powodowało to nadzór policyjny nad rodziną, rewizje, poszukiwanie proklamacji, prasy, ulotek i innych zabronionych materiałów.

W 1906 roku spędzili ostatnie wakacje w Równie. Jak co roku, dziadek Ignacy zorganizował wiele atrakcji, ale nie czuł się najlepiej. Zmarł jesienią, pozostawiając rodzinę i przyjaciół w ogromnym smutku. Był bardzo dobrym człowiekiem, wrażliwy, czuły na ludzką krzywdę. Zawsze można było na nim polegać. Kochała go rodzina, służba, włościanie. W 1907 roku synowie Ignacego Strażyca sprzedali odziedziczony po ojcu majątek. Ich drogi zaczęły się rozchodzić.

Michał po ukończeniu gimnazjum w 1910 roku, został wcielony, jako jednoroczny, do wojska rosyjskiego, 67 pułku piechoty w Kowlu. Rok później został zesłany do Wschodniej Syberii. Tam jako wykształcony, bo po gimnazjum i po przeszkoleniu wojskowym, został zatrudniony  w  firmie  „Rudzki”  przy  budowie  kolei  nadamurskiej. Pracował  jako  rachmistrz,  a  potem  jako szef biura Wschodniego Odcinka  Budowy  Kolei. W latach 1913 – 1914 włączył się do ruchu wolnościowego Mandżurów. Mimo tak wielu obowiązków znalazł czas na naukę. W latach 1911 – 1914  studiował w Chaborowsku na Prywatnych Wyższych Kursach Technologii Chemicznej. 1 sierpnia 1914 roku wstąpił do konnego oddziału wywiadowczego 22 pułku strzelców wschodnio – syberyjskich, skąd został skierowany na egzamin do sztabu wojskowego w twierdzy we Władywostoku. Po egzaminie uzyskał patent oficerski w stopniu chorążego piechoty.

Kamil Tadeusz w 1910 roku, po ukończeniu gimnazjum w Radomiu, rozpoczął studia w Szkole Handlowej w Kiszyniowie. Jesienią  1911  roku, został wcielony, jako jednoroczny, do wojska rosyjskiego, 67 pułku piechoty w Kowlu.  W 1912  roku  awansował  na  chorążego. Po zwolnieniu  z  wojska, przez kilka miesięcy pracował  w  Banku  w  Radomiu.

Marian szkołę średnią handlową ukończył w Radomiu w 1912 roku, a następnie rozpoczął studia  w szkole  kupieckiej  w  Kiszyniowie.

Czternastoletni Mikołaj uczył się w gimnazjum w Chełmie…

Pierwsza wojna światowa zastała ich w różnych miejscach

Michał 29 października 1914 roku, jako młodszy oficer i dowódca kompani w 36 pułku strzelców wschodnio – syberyjskich wyjechał na front niemiecki.

Kamil Tadeusz 1 lipca 1914  roku  został powołany  do  wojska  rosyjskiego,  przez  mobilizację,  do  23 pp.  w  6  brygadzie  artylerii, na  stanowisko  młodszego  oficera.

Marian w  1914  roku  wstąpił  do Konstantynowskiej Wojskowej  Szkoły w Kijowie.

Mikołaj z rodzicami[1] w czasie I wojny światowej znalazł się w trudnej sytuacji na niebezpiecznym terenie walk.  W początkach maja 1915 roku w Galicji ruszyła ofensywa wojsk austriacko – niemieckich, która doprowadziła do przerwania frontu rosyjskiego w rejonie Gorlic. To spowodowało odwrót Rosjan z terytorium Królestwa Polskiego, połączonego z planem tak zwanej ewakuacji, której głównym celem było zostawienie nieprzyjacielowi pustej ziemi (wypędzenie ludności w głąb Rosji oraz niszczenie wszystkiego, czego nie dało się wywieźć). W 1915 roku Lubelszczyzna straciła 1/4 ludności, w tym również rodzinę Strażyców: Mieczysława, Leokadię i ich młodszego syna Mikołaja.

Michał pierwsze rany odniósł na początku 1915 roku. Mimo to brał udział w walkach odwrotowych z Niemcami. W lutym 1915 roku dostał awans na stopień porucznika. 8 marca 1915 roku, pod wsią Kalisko koło Ostrołęki został ciężko ranny w klatkę piersiową, po czym nieprzytomnego zabrano go do niewoli niemieckiej. Przebywał w obozie w Stralzundzie, a  później w Gutersich.

Kamil Tadeusz  pierwsze  rany  odniósł  w  1916  roku.  Od  października 1917  roku  do  marca  1918  przebywał  w  szpitalu  w  Kijowie.  Po  zajęciu  Kijowa  przez Niemców w  czerwcu  1918,  wyjechał  do  Radomia.

Marian w latach  1915 – 1917 przebywał  na  froncie  jako  dowódca  kompanii  piechoty  i  CKM.  W  roku  1915 został  ranny i  przebywał  przez  pewien  czas  w  szpitalu.

W czasie I wojny światowej Polaków wcielano do wojsk zaborców. Zmuszeni byli walczyć przeciw sobie. Walczyli w armii rosyjskiej, niemieckiej czy austro-węgierskiej, na własnej ziemi i w ciągu czterech lat zabijali się wzajemnie, aby zdobyć niepodległość dla Polski. W roku 1920 prawie wszyscy dowódcy Wojska Polskiego byli oficerami i podoficerami z dawnej armii państw zaborczych. W czasach zaborów wstąpili ochotniczo do armii rosyjskiej, austriackiej i pruskiej, tam ukończyli szkoły wojskowe, zdobyli dobre wykształcenie i wojskowe umiejętności, które okazały się później niezbędne do pokonania bolszewików.

Bohaterowie tego postu: Michał, Kamil Tadeusz i Marian Strażycowie, swoje umiejętności wojskowe zdobyli w armii rosyjskiej, z którą w końcu pożegnali się i w stopniach porucznika – wstąpili do Legionów Polskich. Tam w krótkim czasie przeszkolili rzesze ochotniczej polskiej młodzieży w podstawach żołnierskiego rzemiosła i następnie w polu bitwy brali czynny udział w wojnie polsko – bolszewickiej, a kilkanaście lat później w wojnie obronnej 1939 roku.

Wojsko Polskie

1 sierpnia 1916 roku, Michał został przeniesiony do polskiego oficerskiego obozu Ellewangen  skąd w  liczbie   68  oficerów   Polaków,  w  dniu  10 grudnia 1916  roku   wyjechał   do   Warszawy,  do  Komendy   Legionów. Tam został wcielony do 3 pułku Legionów.

W lipcu 1917 roku zażądano od legionistów złożenia przysięgi na wierność Niemcom. Część oficerów i dowództwo byłej Naczelnej Komendy Legionów odmówiło złożenia przysięgi. Zostali internowani i umieszczeni w obozach niemieckich. Michał został wywieziony do polskiego oficerskiego obozu w Helmsztedt, a następnie Neustadt. W Niemczech był przytrzymany do października 1918 roku. Od 1 listopada 1918 roku przebywał w Krakowie, gdzie pełnił funkcję oficera instrukcyjnego w Szkole Podoficerskiej oraz brał udział w wyszkoleniu rekrutów.

W tym czasie Kamil Tadeusz i Marian (również w stopniach porucznika), służyli w I Korpusie Polskim.  Dowódcą I Korpusy był generał Józef Dowbor – Muśnicki. Podkomendni generała, byli pierwszymi polskimi żołnierzami, którzy stanęli do walki z bolszewizmem i zwyciężyli. Na odległych Kresach zdołali wyzwolić pierwszy skrawek Polski. Na początku drugiej połowy 1918 roku, po rozwiązaniu I Korpusu, Kamil Tadeusz i Marian wyjechali do Warszawy, do Komendy  Legionów.

Kamil Tadeusz w Wojsku Polskim w stopniu porucznika, od 5 listopada 1918 roku. 13 listopada 1918 roku, z rozkazu generała dywizji Tadeusza Rozwadowskiego, otrzymał przydział do Wojskowej Szkoły Mierniczej w Warszawie (w październiku 1919 roku, nazwę szkoły zmieniono na Oficerską Szkołę Topografów).

Marian w Wojsku Polskim w stopniu porucznika, od 12 grudnia 1918 roku w Warszawie…

Narodowe Święto Niepodległości

Data 11 listopada jest szczególnie ważna dla Polaków. Tego dnia w 1918 roku, Polska odzyskała niepodległość po 123 latach zaborów. To również moment zakończenia walk o wolność oraz początek nowej ery w historii Polski. Narodowe Święto Niepodległości upamiętnia przekazanie przez Radę Regencyjną naczelnego dowództwa wojsk polskich Józefowi Piłsudskiemu. Święto zostało ustanowione przez Sejm RP w 1937 roku. Zniesiono je w 1945 roku i przez cały okres PRL nie było oficjalnie obchodzone. Święto przywrócono w roku 1989.

__________________________________________________________________

[1] Michał i Mikołaj Strażycowie – synowie Mieczysława i Leokadii z Lisowskich.

[2] Kamil Tadeusz i Marian Strażycowie – synowie Stefana Bronisława i Jadwigi z Dębowskich.

Bibliografia

Wspomnienia Stanisława Strażyca i jego siostry Ireny Szanser

Michał Strażyc, Życiorys udokumentowany

Centralne Archiwum Wojskowe (CAW) – Teczki osobowe: Michał Strażyc, Kamil Tadeusz Strażyc, Marian Strażyc.

Zdjęcie: Fragment życiorysu napisanego przez majora Kamila Tadeusza Strażyca w 1945 roku

2024-11-20 7 komentarzy
16 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoria

Michał Strażyc. Wspomnienia z owych lat

by Jolanta Strażyc 2024-11-10

Gdy dziś przypatruję się życiu dzieci i młodzieży, przypominają mi się dawne, jakże inne czasy sprzed lat pięćdziesięciu.

Szczególnie niezapomniane są lata 1904-5. Uczyłem się wtedy w Chełmie Lubelskim, w gimnazjum.  W budynku szkolnym, w którym dziś młodzież może się radośnie uczyć i wychowywać (…) myśmy musieli pić gorycz niewoli. Wprost wierzyć się nie chce, że takie same dzieci w 1905 r. brały udział w strajku szkolnym, kolportowały i rozklejały po mieście ulotki rewolucyjne.

W ówczesnej szkole znosić musieliśmy różne szykany. Przypominam sobie np. pracę domową z języka rosyjskiego na temat „Moja Ojczyzna”. Wtedy w prostocie ducha napisałem m.in., że moim rodzinnym miastem jest Krasnystaw, że mieszkańcami stałymi są Polacy i Żydzi, a Rosjanie – elementem napływowym jako urzędnicy i wojsko. Otrzymałem wtedy ocenę niedostateczną, chociaż błędów nie było, bo wypracowanie dałem przezornie poprzednio do poprawy starszemu koledze. Wtedy dostał mi się także surowy “wygowor”.

Dla naprowadzenia nas na „właściwą drogę” przybywał czasem do naszego gimnazjum sławny polakożerca – prawosławny biskup chełmski, Eulogiusz. Tłumaczył on nam, jak niewdzięczni są Polacy wobec cara, skoro się buntują, mówił, że Polacy nie rozumieją swego szczęścia i zaszczytu, jaki na nich spływa stąd, że są poddanymi cara.

Te „argumenty” musiały nas jeszcze więcej oburzać i gniewać. Coraz bardziej rosła nienawiść do wszystkiego, co carskie, tym bardziej, że zaczęły się pojawiać tajne broszury i książki, które budziły tęsknotę do wolności i sprawiedliwszego życia.

Nadeszła pamiętna zima 1904 – 1905 roku. Rosnące wśród dorosłych wrzenie polityczne znajdowało  u młodzieży żywy oddźwięk. Rozmowy na te tematy odbywały się zazwyczaj w odludnych miejscach. Jeżeli tak gremialnie wybieraliśmy się na ślizgawkę nad rzekę Ucherkę, to przede wszystkim z tą  myślą, że nikt nam nie będzie mógł przeszkodzić w naszych tajnych rozmowach. Tam zjawiał się skądś student lub jakiś robociarz, który dzielił się z nami wiadomościami, zagrzewającymi młode serca. (…)

Któregoś zimowego popołudnia tutaj, na lodzie zapadło postanowienie, że od jutra strajkujemy, a jak mówiono wtedy – “buntujemy się”. Rodzice o tym nie wiedzieli. Następnego dnia normalnie zabrało się książki i poszło do szkoły. A w szkole jak w ulu – zdenerwowanie. Książek nikt nie rozpakował, czekamy na znak…

Pierwsze ruszyły z piętra klasy starsze, a równocześnie łącznicy wpadli do klas – przygotowawczej, pierwszej, drugiej i trzeciej wołając: „ubierać się, wychodzić przed szkołę i ustawiać się klasami”. Ustawili się. Powychodzili również przerażeni nauczyciele i dyrektor Niewski. Dyrektor przemawia, aby wszyscy wrócili do klas. Wtedy wystąpił jego syn, uczeń, zdaje się klasy VI i odpowiedział ojcu: „do klas nie pójdziemy, bo idziemy z robotniczym pochodem” (rzeczywiście, w tym czasie uformował się na ulicach Chełma pochód).

Ojcowie i dzieci dwa obozy nie mogące znaleźć wspólnego języka. Nie było potem takich rozmów i ile pasków od rodzicielskich spodni w robocie, ileż sztubackich łez? Kto to zliczy?

Naprężenie zwiększyło się z chwilą, kiedy zastrajkowała i młodzież. Ulice przemierzały konne patrole kozackie lub piesze, składające się z policjantów i żołnierzy. Na niektórych ulicach stały posterunki. To wszystko nie przeszkadzało jednak młodzieży rozlepiać na murach ulotek. Stosowano przy tym taką taktykę: kilku kolegów rozpoczynało między sobą bójkę, a kiedy “gorodowoj” (policjant) zagapił się na nich, inny kolega wyjmował spod płaszcza przygotowaną już wcześniej ulotkę i przyklejał  ją  na  murze. Z  radością  widzieliśmy  potem,  jak  przechodnie  oglądając  się  czytali te  ulotki. Nieraz zdążyło ją przeczytać kilku czy kilkunastu ludzi, zanim „gorodowoj” zdołał się zorientować  i  zniszczyć. Oczywiście, wkrótce gdzieś w pobliżu zjawiały się na murach inne odezwy.

Rząd carski dla walki z ruchem rewolucyjnym zmobilizował również rosyjską „czarną sotnie”. Z tego czasu przypominam sobie pochód w Chełmie, w którym uczestniczyli popi w szatach liturgicznych przy dźwiękach orkiestry wojskowej w otoczeniu tłumu wrzeszczącego „Dołoj gramotnych” (precz z wykształconymi). Do tych pochodów usiłowano zapędzić także tych nielicznych uczniów szkoły rosyjskiej. Dziwne więc wrażenie robiły te okrzyki „Dołoj gramotnych” w obecności uczącej się młodzieży.

Im większy był ucisk, tym gwałtowniej narastał opór w społeczeństwie, a zwłaszcza wśród młodzieży.

W tej walce wyrastało i hartowało się młode pokolenie do przyszłych walk. Trudno dziś powiedzieć, ilu pozostało wiernych swym młodzieńczym ideałom. Jako dawny nauczyciel wiem, jak wielkie znaczenie wychowawcze mają przykłady z przeszłości, o której opowiedzieć by mogli pozostali jeszcze przy życiu weterani z tamtych czasów, gdyby ich zebrać w ich dawnych szkołach. A stare mury ożywiłaby pamięć o bohaterskim zrywie młodzieży z 1905 roku. Wtedy zebraliby swoje wspomnienia wesołe i smutne – dla pokoleń nowych, jak nas kiedyś ożywiał romantyzm walki o wolność i sprawiedliwość.

Michał Strażyc, Wrocław

Wspomnienia z owych lat. Głos Nauczycielski, 30 stycznia 1955 r.

Zdjęcie: Chełm, widok ogólny, pocztówka z 1870 roku.

2024-11-10 7 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaHistoria

Równo

by Jolanta Strażyc 2024-10-20

Równo (ukr. Рі́вне) położone jest w niedalekim sąsiedztwie rzeki Bug, około 10 km od przejścia granicznego w Dorohusku. Przez lata, niewiele tam się działo. Ominęła to miejsce „wielka historia”, nie wybudowano tam imponujących zabytków, a to co było, zostało zniszczone w 1943 roku przez ukraińskie bojówki z pod znaku UPA (Ukraińska Powstańcza Armia). Znalezienie polskich śladów na tym terenie jest trudne. Do odtworzenia historii miejscowości wykorzystałam wspomnienia mojego ojca Stanisława Strażyca, dokumenty sprowadzone z Państwowego Archiwum w Żytomierzu (DAŻO), dokumenty, listy, pamiętniki z archiwum domowego oraz książki autorstwa dra Leona Popka o parafii Ostrówki, do której należało Równo.

Z dokumentów spadkowych z 1805 – 1809 roku wynika, że majątek ziemski we wsi Równo był częścią majątku spadkobierców Piotra Strażyca.

W 1809 roku właścicielem majątku w Równie został syn Piotra – Antoni Strażyc. Z testamentów i dokumentów finansowych, które znajdują się w Archiwum Państwowym w Żytomierzu można wywnioskować, że gospodarstwo pod zarządem Antoniego było prowadzone wzorowo. Antoni Strażyc był zapobiegliwym gospodarzem i majątek we wsi Równo doprowadził do kwitnącego stanu. Z testamentu jego syna Franciszka, wynika, że: Franciszek Antonowicz Strażyc przejął po Ojcu odnowione budynki mieszkalne i gospodarcze oraz gospodarstwo ziemskie w stanie doskonałym, przynoszące wysokie dochody…

Po śmierci Antoniego właścicielem majątku został jego młodszy syn Franciszek, a następnie syn Franciszka – Ignacy. W marcu 1857 roku, Ignacy Strażyc kupił od spadkobierców rodziny Olędzkich, 250 hektarowe gospodarstwo w Woli Ostrowieckiej. W 1857 roku (czyli jeszcze przed uwłaszczeniem włościan) po dołączeniu Woli Ostrowickiej do Równa obszar posiadanej ziemi wynosił ponad 400 hektarów.

W Woli Ostrowickiej i w Równie urodziły się dzieci Ignacego: Stanisław i Zofia (zmarli jako dzieci), Mieczysław (1861), Malwina Józefa  (1862) i Stefan Bronisław – używał imienia Bronisław (1864) oraz syn Franciszka (z drugiego małżeństwa) – Józef (1864)

Franciszek Strażyc zgodnie z Testamentem z dniem 6 lipca 1868 roku, przekazał cały swój majątek rodzinny i niepodzielny synowi z pierwszego małżeństwa – Ignacemu. Synowi z drugiego małżeństwa – Józefowi, zapisał 500 rubli w srebrze, które to: syn Ignacy wręczy bratu Józefowi gdy już będzie pełnoletni oraz na jego utrzymanie (do tego czasu) co rocznie jedną czwartą zysku ze sprzedaży zboża.

Przez większość XIX wieku rubel był walutą srebrną. W latach siedemdziesiątych srebro szybko taniało i w latach osiemdziesiątych kiedy Józef stał się pełnoletni, miało już nie wielką wartość. Z tymi 500 rublami nie wiele by zdziałał. Zapewne wtedy Ignacy postanowił dać mu dom z zabudowaniami i 50 ha ziemi w Woli Ostrowickiej. Kiedy to nastąpiło? Na pewno po roku 1890. Według spisu Polska własność ziemska na Ukrainie 1890 roku jako ziemianie posiadający majątki ziemskie w Równie, Woli Ostrowieckiej i Ostrówkach wymienieni są: Ignacy Strażyc, Stefan Kuczyński i Kamila Bogatko.

Synowie Ignacego Strażyca chyba nie mieli zamiłowania do prowadzenia majątków ziemskich. Pod koniec 1883 roku Mieczysław zamieszkał w Chełmie. Kilka lat później również Bronisław opuścił Równo i przeniósł się na Lubelszczyznę. Tam podjęli pracę i założyli rodziny…

Ignacy cieszył się, że synowie dobrze prosperują po drugiej stronie Bugu. Dobrze też wiedział co to oznacza dla gospodarstwa, któremu on poświęcił niemal całe swoje dorosłe życie. Zmarł w 1906 roku pogodzony z myślą, że po jego śmierci majątek może przejść w obce ręce.

W 1907 roku, synowie Ignacego: Mieczysław i Bronisław zdecydowali się na sprzedaż odziedziczonego po ojcu majątku. Przyjeżdżali tu jeszcze na wakacje, korzystając z gościnności kuzynów Moszyńskich, Rudnickich, Bogatków. Mieczysław Strażyc spędził tu dwumiesięczny urlop w 1911 i w 1914 roku. Jego młodszy brat Bronisław, odwiedzał Równo znacznie częściej i dłużej. Ostatni zapis na ten temat pochodzi z roku 1922.

2024-10-20 13 komentarzy
11 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • W cieniu starych drzew – część 3

    2026-01-10
  • W cieniu starych drzew – część 2

    2025-12-29
  • W cieniu starych drzew – część 1

    2025-12-20
  • Grudzień – Święta, Sylwester i moje urodziny

    2025-12-10
  • Wspomnienia Marianny Dygasińskiej

    2025-11-25

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    Tajemnica

    2025-08-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia