Połowa października, 1640 rok
Pod niebem o barwie stali, przeciętym gdzieniegdzie smugą późnojesiennego błękitu, podążał jeździec zakapturzony. Towarzyszyło mu dwóch żołnierzy, również konno, w milczeniu i skupieniu. Droga, sypka i trudna do przebycia, kręta jak losy ludzkie, wiła się przez dziką, zalesioną okolicę, w której drożyny niknęły wśród zarosłych ostępów, a człowieka spotkać można było rzadko — chyba że z muszkietem i niepewnym zamiarem.
Wioski i osady rozsypane były po tej ziemi jak ziarno z rozszarpanego worka, daleko jedna od drugiej, jakby same nie chciały zbliżać się do siebie z obawy przed tym, co niesie czas.
— Panie — odezwał się wreszcie jeden z towarzyszy, poprawiając pas przy siodle — powiadają, że w tych stronach już od tygodnia widywano czambuły.
Jeździec nie odwrócił głowy.
— Powiadają wiele rzeczy — odparł spokojnie. — Większość z nich rodzi się przy ognisku, a nie w polu.
— A jeśli tym razem to nie bajanie? — wtrącił drugi, młodszy.
Jan Straż uniósł lekko głowę. Pod kapturem połyskiwały jego oczy — bystre, lśniące, osadzone głęboko w pociągłej twarzy o wyraźnie zarysowanym, orlim nosie.
— Wtedy — rzekł cicho — tym bardziej trzeba jechać dalej.
Miał dwadzieścia pięć lat. Urodzony na Podolu, lecz wykształcony w kolegium jezuickim we Lwowie, wracał po raz pierwszy od lat w rodzinne strony — tam, gdzie przyszedł na świat i których nie widział, odkąd ukończył czternaście lat.
Wąs, bujny i starannie wypielęgnowany, nadawał mu powagi i dojrzałości, jakiej nie powstydziłby się żaden z jego przodków. Nie był wysoki, lecz mocno zbudowany — proporcjonalny, z ciałem wyćwiczonym zarówno w sztuce fechtunku, jak i w ławach uczelni.
Na chwilę przymknął oczy. Pamięć, jak zawsze, wróciła nieproszona.
Lwów, kilka dni wcześniej
Deszcz dopiero co przestał padać, a bruk pod kopytami koni lśnił jak stal. Uratowany z opresji mężczyzna — elegancki mimo pobrudzonego płaszcza — wyprostował się w siodle, z wdzięcznością zerkając na młodego szlachcica.
— Jam Stefan Horváth — rzekł, wyciągając dłoń, silną i ciepłą mimo jesiennego chłodu. — Węgrzyn, choć od lat bardziej Lwowianin niż niejedna tutejsza dusza.
Jan uścisnął jego rękę pewnie.
— Jan Straż, z Wojtowca nad Bohem.
— Wojtowiec? — Horváth uniósł brew. — Daleka droga przed tobą.
Jan uśmiechnął się lekko i spojrzał na leżącego w rowie zbója, który jęknął cicho, próbując się podnieść.
— Ten już dziś nikomu drogi nie zastąpi — dodał chłodno.
Horváth parsknął cichym śmiechem.
— I niech będzie Bogu chwała, że zesłał cię właśnie tu. Zapraszam, panie Janie. Mój dom niedaleko. Odpoczniesz, koniom damy wytchnienie, a i dobrego tokaju nie pożałuję.
Jan zawahał się przez ułamek chwili, po czym skinął głową.
— Skoro gospodarz nalega, nie godzi się odmawiać.
— O, widzę, żeś nie tylko szermierz, ale i człek obyty — ucieszył się Horváth.
Godzinę później, w domu Horvátha przy ul. Ormiańskiej
Wnętrze było przytulne, jakby czas stanął tu w miejscu. Na ścianach wisiały zielone arrasy, ciężkie, pachnące kadzidłem i ciepłem. Na kominku trzaskał ogień, a za oknem lwowska złota jesień.
Dźwięk klawikordu gdzieś z głębi domu ledwo muskał powietrze.
— Moja córka, Katarzyna — mruknął Horváth z wyraźną dumą. — Ćwiczy gamy. Marzy o Italii, o muzyce, o wolności, jaką może dać tylko sztuka… a ja marzę, by choć trochę ochronić ją przed światem.
Jan uniósł kielich.
— Macie wielkie szczęście, panie Stefanie. Dom pełen życia. Dobrze, że nie zabrakło dziś miecza.
— Ani rozumu — dodał gospodarz, siadając naprzeciw. — Zbóje tylko miecza się boją, ale to ludzie w senatach i aptekach zmieniają losy świata.
— A pan do których należy? — zapytał Jan z lekkim uśmiechem.
Horváth zamyślił się na moment.
— Do tych, którzy próbują nie dać się ani jednym, ani drugim.
Po chwili zapadła cisza. Tylko ogień trzaskał, jakby opowiadał starą historię.
— Skończyłeś kolegium jezuickie? — zapytał wreszcie Horváth.
— Sześć lat za mną. Teologia, retoryka, łacina… a potem jazda, broń, służba. Ojciec zawsze powtarzał: „Słowo jest ważne, ale kraj trzeba obronić”.
— Mądre słowa — przyznał Horváth. — Choć moje dzieci poszły innym torem. Stefan — zakonnik benedyktyn, Fryderyk — profesor w Zamościu, Ludwik — lekarz i rajca. A Katarzyna…
Uśmiechnął się lekko.
— Chodźmy. Przedstawię pana mojej córce.
W salonie rozbrzmiewały ciche, niemal szeptem wygrywane dźwięki klawikordu. Każdy ton zdawał się lewitować w powietrzu jak jesienne liście.
Jan wszedł ostrożnie, jakby bojąc się zakłócić tę delikatną harmonię.
— Można? — zapytał cicho.
Muzyka ucichła.
Przy instrumencie siedziała panna Katarzyna.
Uniósłszy głowę, spojrzała na niego bez lęku.
— Muzyka nie jest własnością jednego człowieka — odpowiedziała łagodnie. — Można.
Jej błękitna sukienka, oszczędna w formie, lecz staranna w kroju, delikatnie opinała sylwetkę. Drobne dłonie, ozdobione złotymi manelami, spoczęły na klawiszach. We włosach miała jesienne kwiaty.
Jan przez chwilę nie potrafił znaleźć słów.
— Gra pani… jakby świat poza tym pokojem nie istniał — powiedział w końcu.
— A czy istnieje? — zapytała z lekkim uśmiechem.
— Niestety — odparł. — I bywa znacznie mniej łaskawy niż muzyka.
Do pokoju wszedł Horváth.
— Katarzyno, to jest Jan Straż — młody rycerz, który dziś miał więcej odwagi niż niejeden senator.
Dziewczyna spojrzała na Jana uważniej.
— Miło mi, panie Janie.
— Panno Katarzyno, zaszczyt po mojej stronie.
— Ojciec mówi, że uratował mu pan życie.
Jan wzruszył lekko ramionami.
— Raczej przeszkodziłem komuś je odebrać.
— To czasem więcej — odparła cicho.
Cisza, która zapadła, nie była ciszą pustki — była ciszą poznania.
Jeszcze tego samego dnia, gdy zostali na chwilę sami, Jan ujął jej dłoń.
— Katarzyno…
Spojrzała na niego bez słowa.
— Przyrzekam ci — wrócę. Niech tylko czas stanie się bardziej przychylny… I wtedy, jeśli mi pozwolisz, zostaniesz moją żoną.
Jej palce zacisnęły się lekko na jego dłoni.
— A jeśli czas nie stanie się przychylny?
Jan uśmiechnął się lekko.
— Wtedy będę musiał go do tego przekonać.
Katarzyna skinęła głową.
— Będę czekać.
Podróż z Lwowa na Podole — ciąg dalszy
— Jesień na Podolu nie zmieniła się ani trochę — rzekł Jan cicho, bardziej do siebie niż do towarzyszy. — Pachnie mokrą ziemią i dymem z ognisk.
— I wojną — dodał jeden z żołnierzy.
Jan nie zaprzeczył.
Po kilku dniach podróży dotarli wreszcie do Wojtowca.
Dwór wyłonił się spośród drzew nagle, jak wspomnienie z dzieciństwa.
Nie była to rezydencja wielkopańska, choć jej właściciel mógł uchodzić za zamożnego. Budynek, zbudowany z grubych, porządnych kłód, z wysokim dachem, przypominał bardziej warownię niż dom: klecony, przerabiany, z komnatami, izbami, alkierzami i komorami, które nie trzymały się żadnego planu — poza jednym: by wytrzymać czas i wojnę.
— To tu? — zapytał młodszy z towarzyszy.
— Tu — odparł Jan.
— Wygląda… solidnie.
— Musi taki być.
Zatrzymali konie przed dworem.
Na progu stał on. Stanisław Straż. Mężczyzna po latach, z obliczem naznaczonym przez czas i wojny. Jego oczy patrzyły czujnie — lecz zmiękły na widok syna.
Jan zsiadł z siwego wierzchowca.
Zrobili kilka kroków ku sobie.
Zatrzymali się.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu — jakby każdy szukał w twarzy drugiego tego, kim był dawniej.
— Ojciec.
— Synu.
Stanisław przyjrzał się uważnie Janowi.
— Wąs masz już jak należy — mruknął.
— Staram się nie przynieść wstydu rodowi — odparł Jan.
— A przyniosłeś coś więcej? — zapytał ojciec, lekko unosząc brew.
Jan zawahał się przez moment.
— Wieści… i zobowiązanie.
— To dobrze — skinął głową Stanisław. — Bo tutaj jedno i drugie bywa cięższe od szabli.
Po chwili położył dłoń na ramieniu syna.
— Chodź. Dom jeszcze stoi.
— I oby stał jak najdłużej — odpowiedział Jan.
— To już nie zależy tylko od Boga — rzekł cicho ojciec. — Ale i od ludzi.
I choć nie padły wielkie słowa, w tej rozmowie było wszystko: powitanie, duma, ciężar lat i cicha nadzieja, że to, co zostało rozdzielone przez czas, jeszcze może zostać ocalone.

8 komentarzy
Świetnie budujesz klimat XVII wieku — szczególnie podoba mi się kontrast między surową, niepewną rzeczywistością Podola a ciepłem i harmonią domu Horvátha. Retrospekcja jest bardzo płynna i naturalnie wchodzi w narrację. Mam tylko jedną uwagę: scena z Katarzyną jest piękna, ale niemal „idealna” — aż prosi się o drobny rys, coś, co zapowie przyszły konflikt albo pęknięcie tej idylli.
Najbardziej zainteresował mnie motyw powrotu jako zderzenia dwóch światów: wykształcenia (Lwów, jezuici, retoryka) i surowej rzeczywistości pogranicza. Jan stoi trochę między nimi — i mam wrażenie, że to będzie jego główny konflikt. Pytanie tylko: w którą stronę go to pociągnie? Pozdrawiam serdecznie 🙂
Motyw domu jako warowni bardzo mi się podoba. To nie tylko opis miejsca, ale też symbol — świat, w którym nawet dom musi być gotowy na wojnę. Końcówka z ojcem — prosta, ale trafia. „Ojciec. — Synu.” robi robotę.🙂
Jeśli reszta sagi trzyma taki poziom klimatu, to ja biorę w ciemno 🙂
Czy wrócimy jeszcze do Horvátha i Katarzyny w tym tomie? Bo czuję, że to nie jest jednorazowy wątek 🙂
Dialogi są naturalne i dobrze oddają różnice między postaciami — szczególnie Horváth wypada bardzo autentycznie. Może warto jeszcze trochę „zindywidualizować” żołnierzy? Na razie są raczej tłem, a mogliby wnieść więcej życia i kontrastu. Pozdrawiam serdecznie.
Relacja Jana z ojcem zapowiada się ciekawie. Mało słów, ale dużo znaczenia — to działa. Zastanawiam się tylko: czy Stanisław będzie bardziej surowy czy raczej skrycie czuły… Czuję, że tam może być sporo niewypowiedzianych rzeczy.
Pierwsze co mi przyszło do głowy po przeczytaniu tekstu, to czy nie za szybko to uczucie między Janem a Katarzyną? Ledwie się poznali, a już mamy obietnicę małżeństwa. Ale po przemyśleniu doszłam do wniosku, że właśnie podoba mi się, że to szybkie. W tamtych czasach uczucia często wybuchały nagle i decyzje zapadały równie szybko — to pasuje do realiów. 🙂
Muszę przyznać, że coraz bardziej wciąga mnie Twoja saga. Podoba mi się język — stylizowany, ale nieprzesadzony. Dobrze się czyta. Opis drogi na początku — bardzo mocny. Od razu ustawia ton całego rozdziału albo ten moment przy klawikordzie… naprawdę czuć ciszę i napięcie. Uczucie Jana i Katarzyny niemal od pierwszego spojrzenia – tak mogło być, bo w odległych czasach, ludzie inaczej patrzyli na małżeństwo. Liczyło się pochodzenie, majątek. Reszta przychodziła z czasem 🙂