Rok 2010
Był jeden z tych wiosennych poranków, kiedy świat pachnie jeszcze nocnym chłodem, ale słońce już przymierza się do zapanowania nad dniem. Gałęzie drzew delikatnie dygotały w chłodnym powiewie, a na parapecie okiennym kot przeciągał się leniwie, jakby chciał powiedzieć: „Jeszcze pięć minut”.
W kuchni parzyła się kawa, kiedy drzwi otworzyły się z impetem.
– Dawno się nie zajmowałyśmy genealogią! – oznajmiła Majka, wpadając do mieszkania jak burza w rozkwicie.
Miała ten błysk w oku, który zwiastował jedno: nową zagadkę. Odruchowo sięgnęłam po kubek z kawą i podsunęłam jej drugi. Znałam ją zbyt dobrze, żeby nie wyczuć, że dziś nie przychodzi z byle czym.
– Widzę po twojej twarzy, że masz jakieś nowe wieści – powiedziałam z uśmiechem.
– A tak! – niemal krzyknęła, siadając na krześle z energią godną reportera śledczego. – Wczoraj na warsztat wrzuciłam Adelę Wunderlich. Bo wiesz – oprócz tego, że była żoną Ignacego Strażyca, dziedzica trzech wsi w powiecie lubomelskim i matką carskiego urzędnika, to… nic. Ciemna plama. Ale pół nocy grzebałam w sieci i… patrz!
Podała mi swój notes. Pismo miała drobne, ale pełne pasji, z podkreśleniami, strzałkami i wykrzyknikami.
– Marcin Medyński: „Rafała Leona Sucheckiego opis Kamiennej w latach 20. XIX w.” (…) potem odbywał praktykę w aptece u Wunderlicha w Lubomlu. (…).
Zmarszczyłam brwi.
– W Lubomlu…?
– No właśnie! – Majka aż podskoczyła. – W miasteczku powiatowym, w którym Ignacy miał swoje włości! To nie może być przypadek!
– To mamy ślad – powiedziałam, wciągnięta już całkowicie w ten trop.
– To nie wszystko, zobacz na drugiej stronie! – niemal krzyknęła z ekscytacją, przekręcając kartkę.
– Rafał Gerber, „Studenci Uniwersytetu Warszawskiego 1808-1831″: Wunderlich Henryk ur. ok. 1793, wydz. Lekarski, rodzice: Grudziądz.
– Z Grudziądza? – spojrzałam na nią pytająco.
– Tak! Wunderlich z Pomorza to w większości szlachta. A w innych regionach? Już niekoniecznie. Przecież właściciel trzech wsi nie wziąłby sobie za żonę chłopki.
– Przydałyby się metryki…
– Są w AGAD w Warszawie – przerwała mi z triumfem.
Spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.
– Jedziemy do Warszawy? – zapytałam.
– A później do Grudziądza! – odpowiedziała z szerokim uśmiechem.
Za oknem kwitły forsycje, złocąc poranek ciepłym blaskiem. Wszystko wskazywało na to, że wiosna będzie pełna przygód.
Warszawa: Trop w AGAD
Warszawski poranek powitał nas zapachem rozgrzanego asfaltu, świergotem miejskich wróbli i nieodłącznym szumem autobusów. AGAD – Archiwum Główne Akt Dawnych – wyglądało jak zawsze: dostojnie, cicho, z jakimś tajemniczym „coś” unoszącym się w powietrzu, jakby każda kartka w jego wnętrzu szeptała własną historię.
– Wiesz, że czuję się tu jak u ciotki, która trzyma w piwnicy skarb? – szepnęłam z uśmiechem, poprawiając torbę z laptopem i batonikami zbożowymi.
– Oby tylko nie wpadła na pomysł, żeby nas tam razem z nim zamknąć – mruknęła Majka z półuśmiechem i ruszyłyśmy do czytelni.
Poszukiwania nie były łatwe. Księgi pisane po rosyjsku, czasami jak kura pazurem, papier z XIX wieku o fakturze delikatnej jak opłatek, mikrofilmy, sygnatury – wszystko wymagało cierpliwości.
Ale wtedy… pojawił się on – ślad, którego się nie spodziewałyśmy, a jednocześnie dokładnie tego, czego szukałyśmy:
– Jan Henryk Wunderlich, szlachcic – aptekarz, żona Olimpia z Wyrzykowskich. Dzieci: synowie, córki… I jest – Adela Erazma, urodzona w Lubomlu.
– Erazma?! – syknęłam. – Ach te podwójne imiona w rodzinie…
– Czekaj, czekaj! – Majka niemal podskoczyła, gdy przewróciła kartę kolejnej księgi.
I wtedy to zobaczyłyśmy: akt ślubu.
– Ignacy Strażyc, dziedzic, lat 29. Adela Wunderlich, panna, lat 18. Ślub zawarty w… Lubomlu.
– Lubomlu! – powiedziałyśmy chórem, z takim przejęciem, że pan z sąsiedniego stołu spojrzał na nas spod okularów z wyrazem: „proszę nie zakłócać sacrum mikrofilmów”.
Majka szybko zanotowała sygnaturę, datę, imiona świadków. A ja… ja po prostu siedziałam chwilę w ciszy, czując jak wszystkie te nazwiska – z pozoru suche – nagle nabierają barw.
– To wszystko się złożyło jak puzzle – szepnęłam.
– I to jakie ładne puzzle! Dziedzic, córka szlachcica – aptekarza z Pomorza, miłość! – powiedziała z błyskiem w oku.
– I to wszystko w Lubomlu. – powtórzyłam jak zaklęcie.
Za oknem ktoś przejechał na rowerze, dzwonek zabrzmiał jak fanfara zwycięstwa. A my wiedziałyśmy jedno: to dopiero początek tej rodzinnej epopei.
Wspomnienia Pani Zofii o Adeli i jej synach TU
Historia rodziny Wunderlich TU

10 komentarzy
To opowiadanie absolutnie mnie wciągnęło! Uwielbiam historie, w których przeszłość miesza się z teraźniejszością i gdzie zwykła rozmowa przy kawie staje się punktem wyjścia do fascynującej podróży śladami przodków. Tropienie Adeli Wunderlich ma w sobie coś z reportażu, detektywistycznej intrygi i ciepłej, kobiecej przyjaźni. W piękny sposób pokazujesz Jolu, jak pasja do genealogii może obudzić emocje i doprowadzić do odkryć, które zmieniają sposób patrzenia na historię. Pozdrawiam cieplutko 🙂
Jednym z największych atutów tego tekstu jest relacja między głównymi bohaterkami. Majka i Ty to duet, którego dynamika przywodzi na myśl najlepsze literackie przyjaźnie. Jesteście błyskotliwe, zabawne, ale też zdeterminowane i zorganizowane. Wasz zapał do odkrywania przeszłości Adeli Wunderlich aż iskrzy, a ja z każdą kolejną sceną miałam ochotę do Was dołączyć 🙂
Cudownie oddany klimat AGAD-u – cichego, pełnego historii miejsca – sprawił, że poczułam się, jakbym sama siedziała w czytelni, z lupą w ręce i kartami z XIX wieku pod palcami. Doskonale uchwyciłaś tę archiwalną magię, gdzie każdy dokument może zmienić wszystko. „Tropem Adeli Wunderlich” to hołd dla pracy historyków-amatorów i tych wszystkich, którzy szukają opowieści ukrytych w aktach sprzed wieków. 🙂
Jeśli to tylko fragment większego projektu, to z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy! Opowiadanie ma w sobie potencjał na dłuższą formę – może cykl opowieści? Może powieść? Twoje relacje z Majką, tropy w AGAD, tajemnicza Adela, podróż do Grudziądza – to wszystko aż prosi się o rozwinięcie. A jeśli to tylko jednorazowa historia – to i tak pozostawiła po sobie ciepłe uczucie, że oto ktoś przypomniał światu o zapomnianej kobiecie. Pozdrawiam cieplutko 🙂
Doceniam niezwykłą dbałość o detale – zarówno w opisie przyrody (ten kot na parapecie), jak i w realiach archiwalnych czy historycznych. Takie drobiazgi, jak nazwy źródeł, cytaty z opracowań, imiona świadków, tworzą wiarygodny, pełnokrwisty świat. To nie tylko beletrystyka – to przykład, jak można literacko opowiadać o badaniach historycznych bez popadania w suchość faktografii. 🙂
To niesamowite, jak suche dane z akt stanu cywilnego – nazwiska, daty, miejsca – mogą w odpowiednich rękach zamienić się w pełnokrwistą historię. Adela, Ignacy, Jan Henryk, Olimpia… To nie są już tylko imiona z dokumentów. Dzięki Waszej wrażliwości i pasji, stają się bohaterami opowieści z krwi i kości. A to przecież dopiero początek 🙂
Zawsze myślałam, że genealogia to coś dla cierpliwych introwertyków i historycznych pasjonatów. A tu proszę – to może być przygoda na miarę podróży detektywistycznej. Świetnie pokazane, jak emocjonujące może być odkrywanie korzeni – nie tylko dla siebie, ale też z czystej, ludzkiej ciekawości. To opowiadanie inspiruje, by samemu sięgnąć po stare zdjęcia, metryki i rodzinne opowieści.
Świetnym zabiegiem było umiejscowienie akcji w Lubomlu – nieznanym szerzej, ale jak się okazuje, niezwykle ciekawym miejscu. To właśnie takie miasteczka kryją najwięcej tajemnic. Lubię, gdy autorzy literatury współczesnej sięgają po lokalne historie i potrafią wydobyć z nich coś uniwersalnego. Luboml nabiera tu wręcz symbolicznego znaczenia – jako punkt styku różnych światów: szlachty, mieszczaństwa, przemian społecznych. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Całe opowiadanie czyta się z przyjemnością także dzięki lekkiemu, pełnemu humoru stylowi. Dialogi są naturalne, błyskotliwe, a humor sytuacyjny (np. reakcja pana od mikrofilmów!) dodaje opowieści życia i autentyczności. Czuć, że masz świetne wyczucie języka i doskonale balansujesz między powagą tematu a przyjemnym, ironicznym tonem. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Choć Adela pojawia się tylko jako wspomnienie i cel poszukiwań, to jednak czuć jej obecność przez całe opowiadanie. Staje się symbolem tego, jak kobiety – nawet te, które historia próbowała wymazać – mogą być bohaterkami. Mam nadzieję, że dalsze części (bo chyba będą?) odkryją przed nami więcej z jej życia. Zasługuje na to, by wrócić z „ciemnej plamy” do światła. 🙂