Powrót do domu

by Jolanta Strażyc

Początek października, 1640 rok

Pod niebem o barwie stali, przeciętym gdzieniegdzie smugą późnojesiennego błękitu, podążał jeździec zakapturzony. Towarzyszyło mu dwóch żołnierzy, również konno, w milczeniu i skupieniu. Droga, sypka i trudna do przebycia, kręta jak losy ludzkie, wiła się przez dziką, zalesioną okolicę, w której drożyny niknęły wśród zarosłych ostępów, a człowieka spotkać można było rzadko — chyba że z muszkietem i niepewnym zamiarem.

Wioski i osady rozsypane były po tej ziemi jak ziarno z rozszarpanego worka, daleko jedna od drugiej, jakby same nie chciały zbliżać się do siebie z obawy przed tym, co niesie czas.

Panie — odezwał się wreszcie jeden z towarzyszy, poprawiając pas przy siodle — powiadają, że w tych stronach już od tygodnia widywano czambuły.

Jeździec nie odwrócił głowy.

Powiadają wiele rzeczy Józefie — odparł spokojnie. — Większość z nich rodzi się przy ognisku, a nie w polu.

A jeśli tym razem to nie bajanie?

Samuel Ostrowski uniósł lekko głowę. Pod kapturem połyskiwały jego oczy — bystre, lśniące, osadzone głęboko w pociągłej twarzy o wyraźnie zarysowanym, orlim nosie.

Wtedy — rzekł cicho — tym bardziej trzeba jechać dalej.

Miał dwadzieścia pięć lat. Urodzony na Podolu, lecz wykształcony w kolegium jezuickim we Lwowie, wracał po raz pierwszy od lat w rodzinne strony — tam, gdzie przyszedł na świat i których nie widział, odkąd ukończył czternaście lat.

Wąs, bujny i starannie wypielęgnowany, nadawał mu powagi i dojrzałości, jakiej nie powstydziłby się żaden z jego przodków. Nie był wysoki, lecz mocno zbudowany — proporcjonalny, z ciałem wyćwiczonym zarówno w sztuce fechtunku, jak i w ławach uczelni.

Na chwilę przymknął oczy. Pamięć, jak zawsze, wróciła nieproszona.

Lwów, kilka dni wcześniej

Deszcz dopiero co przestał padać, a bruk pod kopytami koni lśnił jak stal. Uratowany z opresji mężczyzna — elegancki mimo pobrudzonego płaszcza — wyprostował się w siodle, z wdzięcznością zerkając na młodego szlachcica.

Jam Stefan Horváth — rzekł, wyciągając dłoń, silną i ciepłą mimo jesiennego chłodu. — Węgrzyn, choć od lat bardziej Lwowianin niż niejedna tutejsza dusza.

Samuel uścisnął jego rękę pewnie.

Samuel Ostrowski z Ostrowa na Bracawszczyźnie.

Bracławszczyzna? — Stefan uniósł brew. — Daleka droga przed tobą.

Ostrowski uśmiechnął się lekko i spojrzał na leżącego w rowie zbója, który jęknął cicho, próbując się podnieść.

Ten już dziś nikomu drogi nie zastąpi — dodał chłodno.

Horváth parsknął cichym śmiechem.

I niech będzie Bogu chwała, że zesłał cię właśnie tu. Zapraszam, panie Samuelu. Mój dom niedaleko. Odpoczniesz, koniom damy wytchnienie, a i dobrego tokaju nie pożałuję.

Ostrowski zawahał się przez ułamek chwili, po czym skinął głową.

Skoro gospodarz nalega, nie godzi się odmawiać.

O, widzę, żeś nie tylko szermierz, ale i człek obyty — ucieszył się Stefan Horváth.

Godzinę później, w domu Horvátha przy ul. Ormiańskiej

Wnętrze było przytulne, jakby czas stanął tu w miejscu. Na ścianach wisiały zielone arrasy, ciężkie, pachnące kadzidłem i ciepłem. Na kominku trzaskał ogień, a za oknem lwowska złota jesień.

Dźwięk klawikordu gdzieś z głębi domu ledwo muskał powietrze.

Moja córka, Katarzyna — mruknął gospodarz z wyraźną dumą. — Ćwiczy gamy. Marzy o Italii, o muzyce, o wolności, jaką może dać tylko sztuka… a ja marzę, by choć trochę ochronić ją przed światem.

Samuel uniósł kielich.

Macie wielkie szczęście, panie Stefanie. Dom pełen życia. Dobrze, że nie zabrakło dziś miecza.

Ani rozumu — dodał gospodarz, siadając naprzeciw. — Zbóje tylko miecza się boją, ale to ludzie w senatach i aptekach zmieniają losy świata.

A pan do których należy? — zapytał Ostrowski z lekkim uśmiechem.

Horváth zamyślił się na moment.

Do tych, którzy próbują nie dać się ani jednym, ani drugim.

Po chwili zapadła cisza. Tylko ogień trzaskał, jakby opowiadał starą historię.

Skończyłeś kolegium jezuickie? — zapytał wreszcie Stefan.

Sześć lat za mną. Teologia, retoryka, łacina… a potem jazda, broń, służba. Ojciec zawsze powtarzał: „Słowo jest ważne, ale kraj trzeba obronić”.

Mądre słowa — przyznał Horváth. — Choć moje dzieci poszły innym torem. Stefan — zakonnik benedyktyn, Fryderyk — profesor w Zamościu, Ludwik — lekarz i rajca. A Katarzyna…

Uśmiechnął się lekko.

Chodźmy. Przedstawię pana mojej córce.

W salonie rozbrzmiewały ciche, niemal szeptem wygrywane dźwięki klawikordu. Każdy ton zdawał się lewitować w powietrzu jak jesienne liście.

Samuel wszedł ostrożnie, jakby bojąc się zakłócić tę delikatną harmonię.

Można? — zapytał cicho.

Muzyka ucichła.

Przy instrumencie siedziała panna Katarzyna. Uniósłszy głowę, spojrzała na niego bez lęku raczej z ciekawością niż zaskoczeniem.

Muzyka nie jest własnością jednego człowieka — odpowiedziała łagodnie. — Można.

Miała na sobie błękitną suknię, skromną, lecz starannie skrojoną. Drobne dłonie spoczęły na klawiszach, jakby nie chciały ich opuścić. We włosach miała jesienne kwiaty.

Samuel przez chwilę milczał. Nie dlatego, że brakowało mu słów —  raczej dlatego, że każde wydawało się nie na miejscu.

Gra pani… jakby świat poza tym pokojem nie istniał — powiedział w końcu.

A czy istnieje? — zapytała z lekkim uśmiechem.

Ostrowski odpowiedział od razu, ale ciszej niż przedtem.

Niestety. I bywa znacznie mniej łaskawy niż muzyka. Przez moment patrzyli na siebie bez słowa. Jakby sprawdzali, czy to, co jedno powiedziało, drugie rzeczywiście rozumie.

Do pokoju wszedł Stefan Horváth.

Katarzyno, to jest Samuel Ostrowski — młody rycerz, który dziś miał więcej odwagi niż niejeden senator.

Miło mi, panie Samuelu.

Dla mnie to zaszczyt, panno Katarzyno.

Jej spojrzenie zatrzymało się na nim o ułamek chwili dłużej, niż wymagała tego uprzejmość. I to wystarczyło.

Ojciec mówi, że uratował mu pan życie.

Ostrowski wzruszył lekko ramionami.

Raczej przeszkodziłem komuś je odebrać.

To czasem więcej — odparła cicho.

Później, gdy zostali na chwilę sami, cisza między nimi nie była niezręczna. Raczej nowa. Nieznana.

Samuel podszedł bliżej.

Katarzyno…

Spojrzała na niego bez słowa. Nie cofnęła dłoni, gdy ją ujął.

Wrócę powiedział ciszej niż zamierzał. Nie wiem jeszcze kiedy… ale wrócę. 

Nie odpowiedziała od razu. Tylko skinęła głową, jakby przyjmowała coś, co dopiero miało się spełnić. 

Będę pamiętać odparła.

Podróż z Lwowa na wschodnie Podole — ciąg dalszy

Jesień na Podolu nie zmieniła się ani trochę — rzekł Samuel cicho, bardziej do siebie niż do towarzyszy. — Pachnie mokrą ziemią i dymem z ognisk.

I wojną — dodał Józef.

Ostrowski nie zaprzeczył.

Po kilku dniach podróży dotarli wreszcie do Ostrowa.

To tu? — zapytał Mateusz, młodszy z towarzyszy.

Tu — odparł Samuel.

Wygląda… solidnie.

Musi taki być.

(…)

Na progu stał on. Michał Ostrowski. Mężczyzna z obliczem naznaczonym przez czas i wojny. Jego oczy patrzyły czujnie — lecz zmiękły na widok syna.

Samuel zsiadł z siwego wierzchowca. Zrobili kilka kroków ku sobie. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu — jakby każdy szukał w twarzy drugiego tego, kim był dawniej.

Ojciec.

Synu.

Michał przyjrzał się uważnie Samuelowi.

Wąs masz już jak należy — mruknął.

Staram się nie przynieść wstydu rodowi.

A przyniosłeś coś więcej? — zapytał ojciec, lekko unosząc brew.

Samuel zawahał się przez moment.

Wieści… i zobowiązanie.

To dobrze — skinął głową Michał. — Bo tutaj jedno i drugie bywa cięższe od szabli.

Po chwili położył dłoń na ramieniu syna.

Chodź. Dwór jeszcze stoi.

I oby stał jak najdłużej — odpowiedział Samuel.

I choć nie padły wielkie słowa, w tej rozmowie było wszystko: powitanie, duma, ciężar lat i cicha nadzieja, że to, co zostało rozdzielone przez czas, jeszcze może zostać ocalone.

You may also like

8 komentarzy

Marta Stach. 2026-06-15 - 22:35

Świetnie budujesz klimat XVII wieku — szczególnie podoba mi się kontrast między surową, niepewną rzeczywistością Podola a ciepłem i harmonią domu Horvátha. Retrospekcja jest bardzo płynna i naturalnie wchodzi w narrację. Mam tylko jedną uwagę: scena z Katarzyną jest piękna, ale niemal „idealna” — aż prosi się o drobny rys, coś, co zapowie przyszły konflikt albo pęknięcie tej idylli.

Reply
Anna W. 2026-06-15 - 23:38

Najbardziej zainteresował mnie motyw powrotu jako zderzenia dwóch światów: wykształcenia (Lwów, jezuici, retoryka) i surowej rzeczywistości pogranicza. Samuel stoi trochę między nimi — i mam wrażenie, że to będzie jego główny konflikt. Pytanie tylko: w którą stronę go to pociągnie? Pozdrawiam serdecznie 🙂

Reply
Krystyna 2026-06-16 - 13:36

Motyw domu bardzo mi się podoba. To nie tylko opis miejsca, ale też symbol — świat. Końcówka z ojcem — prosta, ale trafia. „Ojciec. — Synu.” robi robotę.🙂

Reply
Szeliga 2026-06-16 - 21:40

Jeśli ciąg dalszy trzyma taki poziom klimatu, to ja biorę w ciemno 🙂
Czy wrócimy jeszcze do Horvátha i Katarzyny? Bo czuję, że to nie jest jednorazowy wątek 🙂

Reply
Magdalena 2026-06-16 - 23:04

Dialogi są naturalne i dobrze oddają różnice między postaciami — szczególnie Horváth wypada bardzo autentycznie. Może warto jeszcze trochę „zindywidualizować” żołnierzy? Na razie są raczej tłem, a mogliby wnieść więcej życia i kontrastu. Pozdrawiam serdecznie.

Reply
Marzena 2026-06-17 - 15:20

Relacja Samuela z ojcem zapowiada się ciekawie. Mało słów, ale dużo znaczenia — to działa. Zastanawiam się tylko: czy Michał Ostrowski-ojciec będzie bardziej surowy czy raczej skrycie czuły… Czuję, że tam może być sporo niewypowiedzianych rzeczy.

Reply
Alicja 2026-06-17 - 18:14

Pierwsze co mi przyszło do głowy po przeczytaniu tekstu, to czy nie za szybko zaiskrzyło coś między Samuelem a Katarzyną? Ale po przemyśleniu doszłam do wniosku, że właśnie podoba mi się, że to szybkie — to pasuje do realiów. 🙂

Reply
Monika 2026-06-17 - 18:25

Muszę przyznać, że coraz bardziej wciąga mnie Twoje opowiadania historyczne. Podoba mi się język — stylizowany, ale nieprzesadzony. Dobrze się czyta. Opis drogi na początku — bardzo mocny. Od razu ustawia ton całego rozdziału albo ten moment przy klawikordzie – czyli spotkanie Samuela i Katarzyny… Mam wrażenie, że to nie koniec tej znajomości 🙂 Uczucie od pierwszego wejrzenia? Tak mogło być, bo w odległych czasach, ludzie inaczej patrzyli na te sprawy. Liczyło się pochodzenie, majątek. Reszta przychodziła z czasem 🙂

Reply

Leave a Comment