Rok Pański 1625 przyniósł na podolskie pogranicze jedno z tych gorących, niespokojnych lat, kiedy powietrze pachniało dymem jeszcze zanim pojawił się ogień. Między Bracławiem a Hajsynem, tam gdzie lasy schodziły stromymi jarami ku wodom Bohu Południowego, stała kamienna strażnica, którą dowodził porucznik Andrzej Staromiejski.
Urodzony w 1585 roku, miał za sobą kilkanaście lat służby na kresach. Znał tatarski ślad, kozacką mowę i ciszę lasu lepiej niż większość ludzi znało własną chałupę.
Tego lata psy wyły dłużej niż zwykle.
— Nie podoba mi się to — mruknął Jakub Męciński.
— Psy zawsze coś wiedzą — odparł stary Kozak Mykola Wersaj. — Tylko gadać nie umieją.
Najpierw przyszła wieść, że duży czambuł przeszedł przez okolice Hajsyna.
— Ilu ich? — zapytał Staromiejski.
— Mówią, że jak mrówek — odpowiedział posłaniec.
Potem zobaczono dymy. A potem przyszli oni – szybcy, okrutni, znajomi jak coroczna zaraza. Spalili kilka wsi, zabrali ludzi w jasyr, pognali bydło. Ci, co ocaleli, uciekli do okolicznych lasów.
Do strażnicy dobiegli pierwsi uciekinierzy.
— Ratujcie, panie! — krzyczała kobieta z dzieckiem. — Wszystko spalili!
— Spokojnie — powiedział Andrzej, kładąc jej dłoń na ramieniu. — Kto żyw, zostanie pod opieką.
Porucznik Staromiejski nie czekał na rozkazy.
— Siodłać konie — rzucił krótko. — Ruszamy.
— Panie poruczniku, a rozkazy z Bracławia? — zapytał Jakub.
— Ogień nie czeka na pieczęcie — uciął Staromiejski. — My też nie będziemy.
Zebrał swój oddział i ruszył w pościg wzdłuż doliny Bohu. Dogonili Tatarów następnego dnia.
— Na Boga, ilu ich! — syknął ktoś w szeregu.
— Tylu, ilu trzeba, żebyśmy mieli robotę — odpowiedział Staromiejski.
Bitwa była krótka, zaciekła i krwawa.
— Za mną! — krzyknął porucznik, tnąc z góry.
— Bij! Nie puszczaj! — niosło się po polu.
Odbili część jeńców, odzyskali część łupu. Lecz zwycięstwo, jak to na pograniczu, miało gorzki smak.
Gdy wrócili do obozu, choroba przyszła cicho, jak złodziej.
— Co z nim? — zapytał Andrzej Staromiejski, patrząc na jednego z żołnierzy.
— Gorączka, panie poruczniku. Trzęsie nim jak w febrze.
Najpierw gorączka chwyciła zwykłych żołnierzy. Potem podoficerów.
— To od koni tatarskich — mówił jeden.
— Kara Boska — szeptał drugi.
W końcu padł i sam porucznik.
Leżał na posłaniu w strażnicy, trawiony ogniem, majaczący, bliski śmierci.
— Wody… — szeptał przez spierzchnięte usta.
— Już, panie, już — odpowiadał któryś z ludzi, bezradnie.
— Trzymajcie go — mówił inny. — Bo się rzuca.
Ludzie szeptali po kątach.
— Nie przeżyje — powiedział ktoś cicho.
— Taki człowiek? — zaprzeczył drugi. — Nie może tak odejść.
Trzeciej nocy nikt już nie dawał mu szans.
Wtedy przyszedł sen.
Porucznik zobaczył las spowity gęstą, srebrzystą mgłą. Spomiędzy drzew sączyło się jasne, spokojne światło.
Usłyszał głos – niski, spokojny, jakby sama ziemia przemawiała:
— Nie w rzece szukaj ratunku, bo rzeka niesie ze sobą wszystko, co minęło. Idź tam, gdzie woda rodzi się w ciszy. Tam jest życie.
— Kto mówi?… — wyszeptał we śnie.
Lecz odpowiedzi już nie było.
Obudził się zlany potem, lecz przytomny.
— Słyszycie… — wyszeptał, ledwo poruszając ustami. — Źródło…
— Co mówi? — zapytał jeden z żołnierzy.
— Źródło — powtórzył drugi. — Jakie źródło?
Wtedy odezwał się Kozak, Mykola.
— Słyszałem — powiedział powoli — że w lesie, niedaleko stąd, jest takie miejsce… źródełko. Małe, ale czyste. Zapomniane.
— Czemuś wcześniej nie gadał? — burknął ktoś.
— Bo kto by wierzył bajkom? — wzruszył ramionami Kozak. — A teraz… spróbować nie zaszkodzi.
— Idźcie — rozkazał cicho Jakub Męciński. — Przynieście tej wody.
Przynieśli wodę.
Najpierw obmyli rany porucznika.
— Delikatnie, do diabła — syknął Jakub.
— Ciszej — odpowiedział Mykola. — Jak dziecko go myjemy.
Potem dali mu pić.
— Pijcie, poruczniku — powiedział Męciński, podtrzymując mu głowę. — To dobra woda. Ja to czuję.
Następnego ranka gorączka wyraźnie osłabła.
— Patrzcie… — szepnął ktoś. — Już tak nie płonie.
Po trzech dniach Staromiejski usiadł.
— Gdzie ja… — mruknął.
— Między swoimi, panie poruczniku — uśmiechnął się Mykola. — Jeszcze was ziemia nie chce.
Po tygodniu chodził.
— Mówiłem wam — rzucił jeden z żołnierzy — że go kule nie biorą.
— Ani febra — dodał drugi.
A ci, którzy pili z tego samego źródła, zdrowieli – nie wszyscy, lecz na tyle wielu, by nawet najwięksi niedowiarkowie zamilkli.
Gdy siły mu wróciły, porucznik kazał zbudować przy źródełku prosty drewniany krzyż i obłożyć go kamieniami.
— Tu — powiedział, wskazując miejsce. — Tu stanie.
— Zwykły krzyż, panie? — zapytał cieśla.
— Najprostszy — odparł Staromiejski.
Gdy wszystko było gotowe, stanął przed nim i przemówił głośno, tak by wszyscy słyszeli:
— Nie myśmy się ocalili. To nas ocalono.
Zapadła cisza.
— Niechaj więc to miejsce zwie się odtąd Svyata Kyrnychka – Święta Studzienka.
— Święta… — powtórzył ktoś cicho.
— Zapamiętajcie — dodał porucznik. — Bo przyjdą czasy, gdy tylko takie miejsca zostaną.

9 komentarzy
Najbardziej uderzyło mnie to, że nie poszłaś w patos ani w przesadną stylizację języka, a mimo to czuć epokę. To trudne do osiągnięcia, a tutaj działa bardzo naturalnie. Szczególnie w dialogach.:)
Czyta się bardzo płynnie — wciągnęło mnie bardziej niż się spodziewałam. Bardzo podoba mi się porucznik Staromiejski. To świetna postać — konkretny, ale nie przerysowany. I ten sen… mam wrażenie, że to dopiero początek czegoś większego.
Lubię takie osadzenie w realiach — czambuły, jasyr, pogranicze — to wszystko tworzy wiarygodne tło, bez przytłaczania faktami. Motyw, że „to nie myśmy się ocalili, tylko nas ocalono” bardzo ze mną zostaje. To trochę zmienia perspektywę — z dumy na pokorę. I pasuje do całej historii tego miejsca. Pozdrawiam cieplutko 🙂
A jeśli to źródło nie było tylko wodą? Podoba mi się, że porucznik nie jest pokazany jako niezniszczalny bohater. Właśnie ta jego słabość, choroba, moment graniczny — to go najbardziej „uczłowiecza”. Pozdrawiam serdecznie.
Bardzo podoba mi się kontrast między brutalnością najazdu a ciszą i spokojem źródła. Jakby dwa światy — jeden niszczy, drugi leczy. Ten fragment z psami wyjącymi przed najazdem robi świetny klimat — od razu wiadomo, że coś się zbliża. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Dla mnie to nie jest przypadek. Takie miejsca istnieją — trzeba tylko umieć je rozpoznać. Miałam kiedyś podobne doświadczenie z pewnym miejscem… trudno to wytłumaczyć, ale coś w tym jest. A nawet jeśli to „tylko” woda — to może właśnie o to chodzi? Że ratunek bywa prostszy, niż się wydaje? 🙂
Bardzo dobrze działa ten motyw przejścia: od chaosu (najazd, choroba) do ciszy (źródło). To aż czuć w rytmie tekstu. I to, że porucznik zmienia się po tej chorobie — mniej w nim gniewu, więcej uważności. To widać szczególnie pod koniec. 🙂
Bardzo dobrze oddany klimat pogranicza — szczególnie ten ciągły stan zagrożenia… Najbardziej zapamiętam moment, kiedy nikt już nie wierzył, że porucznik przeżyje. To było bardzo mocne, a fragment z „Źródło…” — ciarki.
Niezależnie od epoki — ludzie zawsze szukają ratunku w tych samych rzeczach: wodzie, wierze, nadziei. Mam wrażenie, że to źródło jeszcze odegra większą rolę i niekoniecznie tylko dobrą. Jestem bardzo ciekawa, jak ono „przetrwa” kolejne wieki 🙂