Nie pamiętam, kto pierwszy powiedział, że naprawdę powinniśmy pojechać na Podole.
Może Karol. To do niego pasowało — potrafił potraktować przypadkową wiadomość, zasłyszaną historię albo odnaleziony w internecie dokument jak początek czegoś, co należało natychmiast sprawdzić. A może to ja wypowiedziałam te słowa, zanim zdążyłam pomyśleć, ile będzie kosztowała taka podróż, ile czasu zajmie i jak wiele rzeczy może się po drodze skomplikować.
Wiem tylko, że w pewnym momencie przestaliśmy mówić: kiedyś pojedziemy.
Zaczęliśmy mówić: jedziemy.
Mieliśmy lato 2019 roku przed sobą, kilka miesięcy przygotowań, stos dokumentów i map oraz historię rodzinną, która od dawna nie dawała nam spokoju. Mieliśmy też coś, czego nie da się wpisać do żadnego planu podróży: poczucie, że nie jedziemy tam wyłącznie dla siebie.
Na Wschodnim Podolu przed wiekami żyli nasi przodkowie. Nie wiedzieliśmy wszystkiego o ich losach. Nie potrafiliśmy wskazać na mapie miejsca, w którym na pewno stali, ani drogi, którą na pewno przeszli. Wiedzieliśmy jednak dość, by zapragnąć zobaczyć tę ziemię na własne oczy.
Według rodzinnego przekazu nasz przodek Stanisław służył na początku XVII wieku w prywatnej chorągwi starosty Kalinowskiego. Miał być żołnierzem, a później porucznikiem. W opowieściach przekazywanych w rodzinie pojawiała się strażnica gdzieś w okolicach Humania, konne patrole, czuwanie nad szlakami i niebezpieczeństwo, które mogło nadejść ze stepów.
Nie wiedziałam, ile z tych szczegółów udałoby się potwierdzić w źródłach historycznych. Nie chciałam dopisywać pewności tam, gdzie pozostawały jedynie domysły. Ale nawet jeśli nie udałoby się odnaleźć żadnego śladu konkretnej strażnicy czy stanicy, przecież sama ziemia nadal tam była. Drogi, rzeki, pagórki, doliny. Niektóre nazwy przetrwały, inne zmieniły brzmienie, a jeszcze inne zniknęły z map.
Chciałam zobaczyć choć część tego świata.
Karol miał własny powód, żeby jechać ze mną.
Byliśmy kuzynami, choć jeszcze kilka lat wcześniej nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. Naszych dziadków, Michała i Mikołaja, łączyła ta sama krew. Byli rodzonymi braćmi, ale los rozdzielił ich tak skutecznie, że ich potomkowie przez długi czas żyli w przekonaniu, iż drugi z braci zginął podczas pierwszej wojny światowej.
Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy w 2006 roku TU, mieliśmy dziwne wrażenie, że nasze twarze są znajome.
Może to tylko wyobraźnia podpowiadała nam podobieństwo. A może rzeczywiście coś z dawnych pokoleń przetrwało w rysach twarzy, sposobie uśmiechania się albo w drobnych gestach, których nie potrafiliśmy nazwać.
Teraz mieliśmy wspólnie przejechać setki kilometrów, żeby zbliżyć się do historii, która połączyła nasze rodziny, zanim jeszcze przyszliśmy na świat.
Nie jechaliśmy jednak sami.
Byli z nami Majka i Konrad –– nasi przyjaciele, którzy potrafili zaangażować się w cudzą historię tak, jakby szukali własnych przodków.
Wyruszaliśmy więc we czworo.
Dwa samochody, cztery osoby, kilka języków, różne charaktery i jeden wspólny kierunek.
W planie wyglądało to prosto.
W rzeczywistości już samo przygotowanie samochodów zajęło nam sporo czasu.
Nie zamierzaliśmy urządzać rajdu terenowego ani udowadniać nikomu, że potrafimy pokonać najtrudniejszą drogę. Chcieliśmy dojechać bezpiecznie, mieć miejsce na bagaże i dokumenty, nie martwić się każdym większym wybojem. Wiedzieliśmy, że nie wszędzie asfalt będzie tak równy jak w Polsce, a niektóre odcinki mogą okazać się znacznie bardziej wymagające, niż wynikało z mapy.
Wybraliśmy więc dwa solidne i wygodne samochody terenowe z napędem na cztery koła.
Karol z Konradem zajęli się częścią techniczną. Sprawdzali opony, płyny, hamulce i wyposażenie. Ja pilnowałam dokumentów, ubezpieczeń, kopii genealogicznych materiałów i listy rzeczy, które mogły się przydać. Majka natomiast miała talent do przypominania nam o wszystkim, o czym zapominaliśmy.
— A apteczka? — zapytała któregoś dnia.
— Jest.
— A środek na kleszcze?
Zamilkłam.
Majka uśmiechnęła się triumfalnie.
— Właśnie dlatego jadę z wami.
Pakowaliśmy mapy, telefony, ładowarki, latarki, wodę, ubrania na zmianę i rzeczy potrzebne podczas jazdy konnej. Każdy miał własne wyobrażenie o tym, co jest niezbędne. Każdy też uważał, że jego bagaż jest wyjątkowo skromny.
Dopiero gdy zobaczyliśmy wszystko razem, okazało się, że skromność czterech osób zajmuje zaskakująco dużo miejsca.
Wzięłam też zeszyt mojego ojca, w którym spisał rodzinną tradycję i opatrzył ją ilustracjami. Przeglądałam go wielokrotnie, a jednak za każdym razem odkrywałam w nim coś nowego.
Wydawało mi się, że jeśli zabiorę go ze sobą, podróż stanie się bardziej rzeczywista.
Jakbym nie jechała sama, lecz razem z tymi wszystkimi, którzy przez lata przechowywali opowieść i przekazywali ją dalej.
Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu.
Niebo nad Krakowem było jeszcze blade, kiedy sprawdziliśmy po raz ostatni, czy niczego nie zostawiliśmy. Silniki pracowały spokojnie. Bagaże były na swoich miejscach, dokumenty schowane, telefony naładowane.
Przez chwilę stałam obok samochodu i patrzyłam na nasz niewielki konwój.
Nie przypominaliśmy wyprawy historycznej. Nie mieliśmy mundurów, sztandarów ani zamiaru odtwarzać dawnych wydarzeń. Byliśmy po prostu czwórką ludzi, którzy postanowili pojechać daleko, żeby lepiej zrozumieć coś, co wydarzyło się dawno temu.
A jednak, kiedy ruszyliśmy, poczułam lekkie wzruszenie.
Zostawialiśmy za sobą miasto, codzienne obowiązki i wszystkie sprawy, które jeszcze wczoraj wydawały się najważniejsze.
Przed nami była granica, Lwów, Tarnopol, Winnica, Bracław i Humań.
A gdzieś za tymi nazwami — niewidzialna droga prowadząca wstecz, do ludzi, których nie mogliśmy już spotkać, ale których los wciąż miał wpływ na nasze życie.
Droga na wschód
Pierwsze kilometry minęły nam na rozmowach o rzeczach zupełnie zwyczajnych.
Czy mamy dość wody? Czy ktoś widział ładowarkę do aparatu? Kto prowadzi następny odcinek? Czy zatrzymamy się na kawę przed Rzeszowem, czy dopiero później?
Tak właśnie zaczyna się większość wielkich podróży. Nie od podniosłych słów, lecz od sprawdzania, czy wszyscy mają zapięte pasy.
Jechaliśmy przez południowo-wschodnią Polskę, zmieniając się za kierownicą. Ponieważ wszyscy mieliśmy prawo jazdy i dobrze czuliśmy się za kółkiem, nie musieliśmy opierać całej trasy na jednej osobie. To dawało swobodę. Można było przejechać dłuższy odcinek, a potem odpocząć, napić się kawy i popatrzeć przez okno, nie śledząc bez przerwy drogi.
Oba samochody utrzymywały kontakt. Gdy jeden zwalniał, drugi dostosowywał tempo. Na postojach zbieraliśmy się wokół otwartych bagażników, porównując wskazania nawigacji z papierowymi mapami.
Karol lubił mieć wszystko sprawdzone. Konrad podchodził do planowania bardziej praktycznie: jeśli droga prowadziła we właściwym kierunku, nie widział powodu, żeby się nad nią zbyt długo zastanawiać. Majka z kolei potrafiła zatrzymać nas w pół zdania pytaniem o nazwę miejscowości, którą właśnie mijaliśmy.
— Poczekajcie. Jak ona się nazywała?
— Która?
— Ta przed zakrętem. Widziałam nazwę tylko przez chwilę.
— Majka, mamy przed sobą jeszcze kilkaset kilometrów nazw — zauważył Konrad.
— Właśnie dlatego trzeba zapamiętywać je po kolei.
Śmialiśmy się, ale wszyscy wiedzieliśmy, że te nazwy nie są dla nas obojętne. Każda mogła mieć związek z dawną historią, z dokumentem, z czyimś życiem. Nie wszystkie dało się powiązać z naszymi przodkami, a niektóre pozostawały tylko punktem na mapie. Mimo to trudno było przejeżdżać obok nich bez zainteresowania.
Przekroczyliśmy granicę w Medyce. Zwyczajny dla wielu podróżnych moment dla mnie miał szczególne znaczenie. Po drugiej stronie zaczynał się kraj, w którym polskie ślady mieszały się z ukraińską codziennością, a znane z archiwów nazwy miejscowości nabierały przestrzennego kształtu.
Nie spodziewałam się, że od razu poczuję się jak u siebie. Nie chciałam też udawać, że rozumiem tę ziemię tylko dlatego, że przeczytałam wiele dokumentów.
Byłam przyjezdną.
Miałam prawo do ciekawości, ale nie do pewności, której nie dawało mi własne doświadczenie.
Wiedziałam o tym i właśnie dlatego chciałam patrzeć uważnie.
We Lwowie zatrzymaliśmy się na tyle długo, by odetchnąć po granicy i poczuć, że jesteśmy już naprawdę w drodze. Miasto miało w sobie warstwy historii, które trudno było oddzielić od siebie. Polskie nazwy, ukraińskie napisy, stare kamienice, współczesne samochody i ludzie zajęci własnymi sprawami — wszystko istniało obok siebie bez potrzeby tłumaczenia się komukolwiek.
Nie próbowaliśmy zwiedzać wszystkiego. Wiedzieliśmy, że nie po to przyjechaliśmy na Ukrainę, żeby w jeden dzień zobaczyć jak najwięcej zabytków.
Naszym celem było Podole.
Ruszyliśmy dalej przez Zborów i Tarnopol w stronę Chmielnickiego, miasta znanego dawniej jako Płoskirów. Nazwy zmieniały się wraz z historią, a każda z nich niosła własne wspomnienia. Czasem trudno było uwierzyć, że jeden punkt na mapie mógł przez stulecia należeć do tak wielu różnych światów.
Otworzyłam zeszyt i spojrzałam na pierwszą stronę:
Rok Pański 1606. Kresy południowo-wschodnie Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Krajobraz rozciągał się bez końca. Falujące trawy stepów uginały się pod wiatrem, który niósł zapach rozgrzanej ziemi i dalekich ognisk. Słońce złociło wszystko dookoła — topole i wierzby nad rzeką, drogi ginące w pustce, sylwetki ludzi i koni. Był to świat surowy i dziki, a zarazem piękny — świat jeszcze nie do końca oswojony.
Stanisław, siedział na siwym koniu i patrzył w dal, tam gdzie niebo stykało się z ziemią.
— Widzisz to, Jeremiaszu? — rzucił przez ramię do przyjaciela.
— Step jak step — odparł jeździec. — Tylko końca nie widać.
Stanisław uśmiechnął się lekko.
— Właśnie dlatego tu jesteśmy.
Miał ledwie dwadzieścia jeden lat (…)
W pewnym momencie rozmowa zeszła na naszych dziadków.
— Zastanawiam się, czy oni też kiedyś jechali w nieznane — powiedział Karol, kiedy zatrzymaliśmy się na krótki postój.
— Na pewno — odpowiedziałam. — Tylko nie mieli nawigacji i nie mogli sprawdzić, czy następna stacja benzynowa jest czynna.
Nie wiedzieliśmy, jak wyglądały ich podróże. Nie chcieliśmy ich sobie wyobrażać jako nieustannej przygody, bo dawniej droga oznaczała również niewygodę, niebezpieczeństwo, choroby i rozłąkę. Nasza podróż była dobrowolna. Mogliśmy zawrócić, zmienić trasę albo zatrzymać się w hotelu. Oni często nie mieli takiego wyboru.
Ta świadomość nie odbierała nam radości. Przeciwnie, sprawiała, że bardziej docenialiśmy możliwość podróżowania bez lęku, który mógł towarzyszyć ludziom w innych epokach.
Po drodze mijaliśmy rozległe pola, wsie i długie odcinki dróg, na których krajobraz zdawał się otwierać coraz szerzej. Nie wszystko było malownicze. Niektóre fragmenty trasy okazywały się nużące, inne wymagały cierpliwości. Były nierówności, postoje i chwile, kiedy człowiek miał dość siedzenia w samochodzie.
Ale właśnie wtedy zaczynało się prawdziwe podróżowanie.
Nie w idealnym obrazie z pocztówki, lecz w zmęczeniu, w kurzu osiadającym na karoserii, w kanapce jedzonej na parkingu i w rozmowie, która urywała się, bo wszyscy na chwilę zasypiali.
Wieczorem dotarliśmy do Winnicy.
Po całym dniu drogi miasto wydawało się niemal luksusem. Można było zostawić samochód, rozprostować nogi, zjeść spokojnie kolację i nie sprawdzać co kilka minut mapy.
Przy stole rozłożyliśmy plan kolejnego dnia.
Winnica, Bracław, Wojtowiec zwany obecnie Semenky, potem Hajsyn i wreszcie okolice Humania.
Patrzyłam na linię naszej trasy i próbowałam wyobrazić sobie, jak zmieni się krajobraz, gdy zbliżymy się do celu.
— Jesteśmy już naprawdę blisko — powiedziałam.
— Blisko czego? — zapytała Majka.
Pomyślałam przez chwilę.
— Miejsca, o którym tyle czytałam.
Nie dodałam, że równie mocno bałam się rozczarowania, jak na nie czekałam. Łatwo jest przywiązać się do obrazu zbudowanego z dokumentów i opowieści. Trudniej zaakceptować rzeczywistość, która nie zawsze odpowiada wyobrażeniom.
A przecież właśnie po to jechaliśmy.
Nie po to, by Podole potwierdziło wszystko, co sobie o nim wymyśliliśmy.
Po to, byśmy mogli zobaczyć, co jest prawdziwe.

9 komentarzy
Piękna i niezwykle poruszająca podróż. Czasami dopiero po latach zaczynamy rozumieć, jak ważne są nasze korzenie i historie, które przekazywano nam w rodzinach. Podziwiam Was za to, że postanowiliście nie tylko czytać o przeszłości, ale również pojechać i zobaczyć te miejsca na własne oczy. Pozdrawiam serdecznie 😉
Najbardziej porusza mnie w tej historii świadomość, że za każdym nazwiskiem w starym dokumencie krył się prawdziwy człowiek, który miał swoje marzenia, obawy, plany i codzienne obowiązki. Często patrzymy na historię przez pryzmat wielkich wydarzeń, bitew i zmieniających się granic, a przecież dla naszych przodków najważniejsze było zwyczajne życie. Własny dom, rodzina, bezpieczeństwo i ziemia, na której mogli pracować. Wasza podróż jest pięknym sposobem na przywracanie tym ludziom ich miejsca w pamięci kolejnych pokoleń. 🙂
Szczególnie zainteresowała mnie historia Twoja i Karola. Spotkać po latach kogoś, z kim łączy nas wspólna krew. Wasza wspólna podróż jest więc czymś więcej niż wyprawą genealogiczną. To również próba odzyskania fragmentu rodzinnej historii, który przez długi czas pozostawał ukryty. Czasami mam wrażenie, że takie poszukiwania pozwalają nam lepiej zrozumieć również samych siebie. Pozdrawiam serdecznie.
Fragment z zeszytu o Stanisławie bardzo mi się podoba. Czas płynie swoim rytmem, podczas gdy ludzie próbują odtworzyć wydarzenia sprzed kilkuset lat… Piękny, spokojny obraz i świetna refleksja nad przemijaniem. Pozdrawiam cieplutko 🙂
Bardzo doceniam to, że nie próbujesz na siłę uzupełniać luk w historii rodziny i wyraźnie oddzielasz przekaz rodzinny od tego, co udało się potwierdzić. W czasach, kiedy tak łatwo tworzy się atrakcyjne opowieści na podstawie pojedynczych dokumentów, taka uczciwość jest szczególnie cenna. Historia Stanisława brzmi fascynująco, ale równie interesujące jest samo poszukiwanie prawdy o jego życiu. Nie wszystko musi zostać wyjaśnione, żeby miało znaczenie. Czasem właśnie te niewiadome sprawiają, że przeszłość pozostaje żywa i skłania nas do dalszych poszukiwań. Trzymam kciuki za kolejne odkrycia!
Uśmiechnęłam się przy apteczce i środku na kleszcze 🙂 W każdej wielkiej wyprawie musi być ktoś taki jak Majka, kto pamięta o tym, o czym reszta zapomina. Bardzo przyjemnie opisujesz te zwyczajne szczegóły, dzięki którym cała historia staje się prawdziwa i bliska. 🙂
Podoba mi się, że nie idealizujesz samej podróży. Pokazujesz zmęczenie, postoje, nierówne drogi, kanapki jedzone na parkingu i rozmowy, które urywają się, kiedy wszyscy zasypiają. To właśnie takie szczegóły sprawiają, że czytelnik ma wrażenie, jakby siedział z Wami w samochodzie. Jednocześnie jest w tym coś bardzo prawdziwego: najważniejsze podróże nie zawsze polegają na oglądaniu pięknych widoków, ale na stopniowym oswajaniu miejsc, ludzi i własnych wyobrażeń. Myślę, że w przypadku wyprawy genealogicznej ma to szczególne znaczenie, bo nie da się przecież zaplanować odkryć ani przewidzieć emocji, jakie wywoła spotkanie z miejscem znanym dotąd tylko z dokumentów.
Świetnie się czyta! Cztery osoby, dwa samochody i jeden wspólny cel — brzmi jak początek niezwykłej przygody. Aż chciałoby się wsiąść do samochodu i ruszyć z Wami na Podole. Czekam na kolejną część 🙂
Pięknie budujesz napięcie, nie zdradzając wszystkiego od razu. Mam wrażenie, że dopiero teraz zacznie się prawdziwa przygoda. Podoba mi się też, że nie próbujesz za wszelką cenę znaleźć niezwykłości. Wystarcza Ci świadomość, że ktoś kiedyś żył na tej ziemi, podejmował decyzje i budował swoją przyszłość. To bardzo ludzka opowieść o pamięci, więziach rodzinnych i potrzebie zrozumienia własnych korzeni. Dziękuję za możliwość towarzyszenia w tej podróży i czekam na kolejne odcinki. 🙂