Był rok 2013. Wiosna zaczynała się nieśmiało, jakby sama nie była jeszcze pewna, czy warto. Poranki były chłodne. Człowiek rano wychodził z domu w zimowej kurtce, a po południu żałował, że nie zabrał sukienki.
Ewa zadzwoniła do mnie wieczorem.
— Mam sprawę — powiedziała.
Kiedy Ewa mówiła „mam sprawę”, zwykle oznaczało to, że za chwilę będę robiła coś, czego wcześniej nie planowałam.
— Jaką?
Roześmiała się.
— Prowadzę warsztaty malarskie.
Ewa miała pięćdziesiąt lat i od zawsze malowała. Miała w mieszkaniu obrazy oparte o ściany, obrazy stojące na podłodze, obrazy przykryte prześcieradłami i takie, których od kilku lat nie zamierzała już kończyć. Twierdziła, że niedokończony obraz jest czasem bardziej prawdziwy od skończonego.
Nigdy wcześniej nie prowadziła warsztatów.
— Będzie pięć dziewczyn — powiedziała. — Początkujące. Bardzo początkujące.
— To znaczy?
— Jedna zapytała mnie, czy farbę olejną rozcieńcza się wodą.
— Czyli rzeczywiście początkujące.
— Jest sześć sztalug.
Zrobiła pauzę.
— I została jedna.
Tak się zaczęło.
Pierwszego dnia przyszłam kilka minut za wcześnie.
Pracownia mieściła się w starej kamienicy. Schody skrzypiały, poręcz była wytarta, a na półpiętrze ktoś postawił doniczkę z fikusem, który najwyraźniej od dawna próbował przeżyć wbrew wszystkiemu.
Ewa otworzyła mi drzwi.
— Dobrze, że jesteś — powiedziała od razu.
— A jeśli namaluję coś strasznego?
— To namalujesz coś strasznego.
W środku pachniało kawą. Na stole stały porcelanowe filiżanki, talerzyk z herbatnikami i miseczka mandarynek.
Pięć kobiet już było.
Pierwsza siedziała przy oknie. Miała dwadzieścia pięć lat, krótkie włosy i twarz, na której wszystko było natychmiast widać.
— Lucyna — przedstawiła się.
Obok niej stała wysoka, bardzo szczupła dziewczyna.
— Monika.
Miała siedemnaście lat i słuchawki przewieszone przez szyję. Wyglądała na kogoś, kto najchętniej namalowałby cały świat na czarno, a potem poszedł do domu.
Dorota miała czterdzieści sześć lat. Przyszła w eleganckim płaszczu i z torbą tak dużą, jakby zamierzała zostać w pracowni kilka tygodni.
Iwona była najstarsza. Siedemdziesiąt lat, srebrne włosy i niespodziewanie czerwone okulary.
— Ja nie umiem rysować — powiedziała zamiast powitania.
— Ja też — dodała Lucyna.
Iwona uśmiechnęła się z satysfakcją, jakby właśnie uzyskała ważną informację.
Karolina miała trzydzieści dziewięć lat i bardzo spokojne oczy. Przez pierwsze pół godziny prawie się nie odzywała.
Usiadłam przy ostatniej sztaludze.
Sześć kobiet.
Sześć sztalug.
Nie wiedziałam jeszcze, że przez następne tygodnie każda z nas będzie próbowała namalować coś innego, a w pewnym sensie wszystkie będziemy malować ten sam obraz.
Na pierwszych zajęciach Ewa położyła przed nami czerwone jabłko.
— Proszę je namalować.
Zapadła cisza.
— Tak po prostu? — spytała Lucyna. — Ale jak?
— Tak, jak je widzisz.
Monika westchnęła.
Dorota wzięła ołówek.
Iwona zaczęła od razu.
Karolina patrzyła na jabłko przez kilka minut.
Ja zrobiłam mu zdjęcie.
— Ty chyba oszukujesz — powiedziała Ewa.
— Dokumentuję.
Roześmiała się.
Po godzinie jabłka wyglądały jak pięć różnych przedmiotów.
U Moniki przypominało czerwony księżyc.
U Iwony było niemal fotograficznie dokładne.
Dorota namalowała je bardzo elegancko, z cieniem.
Lucyna zrobiła coś, co wyglądało jak wspomnienie po latach.
Karolina długo nic nie pokazywała.
Kiedy w końcu odsunęła sztalugę, zobaczyliśmy czerwony kształt, który rozpływał się na jasnym tle.
— To jest jabłko? — zapytała Lucyna.
Karolina wzruszyła ramionami.
— Nie wiem.
Ewa popatrzyła na obraz.
— Bardzo dobrze.
I właśnie wtedy zrozumiałam, że te warsztaty prawdopodobnie nie będą miały nic wspólnego z nauką malowania jabłek.
Lucyna chciała namalować dom. Nie powiedziała tego pierwszego dnia. Dowiedziałyśmy się przy kawie tydzień później.
— Mój dom rodzinny już nie istnieje — powiedziała.
Siedziałyśmy przy stole i jadłyśmy ciasto drożdżowe przyniesione przez Iwonę.
— Sprzedaliście?
— Nie. Zburzyli ––powiedziała spokojnie. — Stał pod Tarnowem. Taki zwyczajny dom. Czerwony dach. Ganek. Dwie jabłonie.
— Dlaczego go zburzyli? — zapytała Dorota.
Lucyna wzruszyła ramionami.
— Bo był stary.
Potem dodała:
— Chcę go namalować, zanim zapomnę, jak wyglądał.
Nikt nic nie powiedział.
Następnego tygodnia przyniosła fotografię.
Była trochę wyblakła. Na zdjęciu stała przed domem jako mała dziewczynka, obok niej kobieta, którą — jak się później dowiedziałyśmy — była jej matką.
Lucyna położyła fotografię na stole.
— Tylko nie wiem, czy pamiętam dom, czy pamiętam to zdjęcie.
Ewa spojrzała na nią.
— To może nie ma znaczenia.
Lucyna zaczęła malować.
Monika przyszła na warsztaty dlatego, że jej mama uznała, że „powinna robić coś pożytecznego”. Nie zamierzała się do tego przyznawać, dopóki któregoś dnia nie wybuchła.
— Ja wcale nie chcę być na tych warsztatach.
Wszystkie podniosłyśmy głowy.
— To dlaczego jesteś? — spytała Iwona.
— Bo mama powiedziała, że jak nie będę robić czegoś konstruktywnego, to całe życie będę siedzieć przed komputerem.
— A co chcesz robić? — zapytała Karolina.
— Nic.
— To też jest jakiś plan — powiedziała Ewa.
Monika parsknęła śmiechem.
Z czasem okazało się, że miała ogromny talent. Nie do realistycznego malowania. Do czegoś zupełnie innego. Jej obrazy były gwałtowne, pełne kolorów i ciemnych plam. Malowała szybko, niemal ze złością.
Któregoś dnia zapytałam:
— Co to jest?
Spojrzała na mnie.
— Nie wiem.
— A nie przeszkadza ci to, że nie wiesz?
— Tobie nie przeszkadza, że robisz zdjęcia ludziom, których nie znasz?
Zamilkłam.
Miała siedemnaście lat i już wiedziała, jak trafić w czułe miejsce.
Dorota malowała dla byłego męża.
Znalazłam ją kiedyś samą w pracowni. Było późno, Ewa już wyszła. Dorota stała przed obrazem i poprawiała fragment nieba.
— Ładne — powiedziałam.
— Ma być dla mojego byłego.
Odłożyła pędzel.
— Rozstaliśmy się dwa lata temu. On zawsze chciał mieć obraz morza.
— I teraz mu go namalujesz?
— Tak.
— Dlaczego?
Dorota długo milczała.
— Bo kiedy byliśmy razem, zawsze mówił, że kiedyś sobie kupi taki obraz.
— To chyba romantyczne.
Pokręciła głową.
— Właśnie nie. Chcę mu go dać, żeby już przestał być moim mężem w mojej głowie.
Nie zrozumiałam.
Dopiero po chwili wyjaśniła:
— Przez dziesięć lat wszystko, co robiłam, było „dla nas”. Chcę zrobić coś dla niego, żeby pierwszy raz od dawna zrobić coś dla siebie.
Popatrzyłam na obraz.
— Myślisz, że mu się spodoba?
— Mam nadzieję, że nie.
Roześmiała się.
— Ale pewnie mu się spodoba.
Iwona malowała ogród.
Przynosiła na zajęcia stare fotografie, wycinki z gazet i zasuszone liście.
Pewnego dnia wyjęła z torebki małą, pożółkłą kopertę.
— To są nasiona, które zostawił mój mąż.
Jej mąż nie żył od ośmiu lat, ale Iwona mówiła o nim tak, jakby właśnie wyszedł do sklepu.
— Zawsze chciał mieć ogród. Mieliśmy działkę, ale ciągle nie było czasu. Praca, dzieci, kredyt…
Przerwała.
— A potem już czasu było bardzo dużo.
Nikt nie zapytał, co to znaczy.
Jej obraz przedstawiał ogród, którego prawdopodobnie nigdy nie mieli.
Był ogromny. Pełen kwiatów.
— Po co pani go maluje? — zapytała Monika.
Iwona poprawiła okulary.
— Bo mogę.
To była chyba najprostsza odpowiedź, jaką usłyszałyśmy podczas całych warsztatów.
Karolina przez pierwsze tygodnie nie mówiła prawie nic. Malowała kobietę bez twarzy. Najpierw tylko kontur, potem ramiona, dłonie i wreszcie włosy. Po kilku tygodniach obraz zaczął przypominać autoportret.
Karolina patrzyła na niego długo.
— Mam trzydzieści dziewięć lat — powiedziała pewnego dnia. — I pierwszy raz zrobiłam coś tylko dla siebie.
— A wcześniej? — zapytała Ewa.
— Wcześniej zawsze było dla kogoś.
Uśmiechnęła się.
— Dzieci, mąż, rodzice, praca. Nawet jak kupowałam sobie buty, to myślałam, czy nie lepiej kupić dzieciom kurtki.
— A teraz?
Spojrzała na obraz.
— Teraz mam kobietę bez twarzy.
— To chyba nie jest zbyt optymistyczne.
— Jest. Bo mogę jej tę twarz dopiero wymyślić.
A ja?
Przez pierwsze zajęcia fotografowałam.
Nasze ręce.
Pędzle.
Kubki po kawie.
Plamy farby na stole.
Iwonę pochyloną nad płótnem.
Monikę z włosami opadającymi na twarz.
Lucynę, która co chwilę cofała się o krok od obrazu domu.
Dorotę, która długo mieszała błękit.
Karolinę, która potrafiła przez dziesięć minut patrzeć na jedno miejsce na płótnie.
Ewę.
Najczęściej fotografowałam Ewę.
Stała pośrodku tej całej historii i próbowała udawać, że wie, co robi.
Któregoś dnia powiedziałam:
— Wiesz, że to nie są warsztaty malarskie?
— Wiem.
— To co to jest?
Pomyślała.
— Grupa wsparcia z pędzlami.
Pod koniec kwietnia wydarzyło się coś dziwnego.
Przyszłyśmy jak zwykle.
Na stole była kawa. Na parapecie stały tulipany. Słońce wpadało przez okno i nagle wszystkie zaczęły mówić.
Jedna przez drugą.
Lucyna opowiadała o matce.
Dorota o rozwodzie.
Iwona o pierwszej podróży zagranicznej po śmierci męża.
Karolina o tym, że od dawna chciała zmienić pracę.
Monika o chłopaku, który ją zostawił, bo „była zbyt trudna”.
— Co to znaczy zbyt trudna? — zapytała Dorota.
Monika spojrzała na nią.
— To znaczy, że byłam za mało wygodna.
Iwona dolała wszystkim herbaty.
— Kobieta nie powinna być wygodna — powiedziała.
— A jaka? — spytała Monika.
Iwona popatrzyła na nas znad czerwonych okularów.
— Swoja.
Zapadła cisza.
Ewa, która do tej pory siedziała przy oknie, podniosła filiżankę.
— To może namalujmy dzisiaj coś swojego.
I tak zrobiłyśmy.
Tego dnia pierwszy raz odłożyłam aparat.
Wyjęłam płótno.
Usiadłam przy szóstej sztaludze i wzięłam pędzel. Na początku nie wiedziałam, co zrobić. Fotografia była dla mnie bezpieczna. Naciskało się przycisk i przez ułamek sekundy miało się pewność, że coś zostanie.
Malarstwo było odwrotne. Tu niczego nie dało się zatrzymać. Każda kreska coś zmieniała. Każda pomyłka zostawała.
Namaluję więc coś, czego nie można było sfotografować.
Sześć sztalug.
Sześć kobiet.
Jedna pracownia.
Wiosna za oknem.
I coś pomiędzy nami, czego nie umiałam jeszcze nazwać.
Ostatnie zajęcia odbyły się pod koniec maja.
Lucyna skończyła dom. Nie był taki jak na fotografii. Był lepszy. Miał czerwony dach, dwie jabłonie i światło w oknach.
Monika skończyła swój obraz i długo nie chciała go nikomu pokazywać.
Kiedy wreszcie to zrobiła, wszystkie zamilkły.
— Jest piękny — powiedziała Ewa.
Monika wzruszyła ramionami.
Ale się uśmiechnęła.
Dorota zapakowała morze w papier.
— Daję mu jutro — powiedziała.
— A jeśli mu się nie spodoba?
— To już nie mój problem.
Iwona nie chciała kończyć ogrodu.
— Jeszcze nie.
Karolina namalowała swoją twarz.
A ja pierwszy raz pokazałam zdjęcia, które robiłam przez cały czas. Były tam nasze dłonie, farby, kubki, zmęczone twarze, śmiech, cisza. I zdjęcie sześciu sztalug ustawionych w półokręgu. Na każdej stał inny obraz.
Ewa długo patrzyła na fotografię.
— Wiesz, co jest najlepsze? — powiedziała.
Spojrzałam na nią.
— Co?
— Że miała być jedna wolna sztaluga, a zajęłyśmy wszystkie.
Pożegnałyśmy się.
Kraków był już zupełnie zielony. Kawiarniane ogródki były pełne ludzi. Tramwaje dzwoniły, ktoś grał na gitarze pod kamienicą, a powietrze pachniało deszczem.
Monika poszła pierwsza.
Potem Lucyna.
Iwona miała autobus.
Dorota jeszcze chwilę została z nami.
Karolina powiedziała, że zobaczymy się „na pewno”.
— Będziesz jeszcze malować? — zapytała Ewa.
— Nie wiem.
— To dobrze.
Roześmiałam się.
— Ty zawsze tak odpowiadasz?
— Tylko kiedy nie wiem, co powiedzieć.
Popatrzyłam na okna pracowni.
Na jednym z nich został ślady farby, kubki po kawie i kilka włosów przyklejonych do taśmy malarskiej.
Zwyczajne rzeczy.
A jednak miałam poczucie, że przez te kilka tygodni wydarzyło się coś ważnego.
Nie namalowałyśmy tego, po co przyszłyśmy.
Lucyna nie namalowała domu, który pamiętała.
Dorota nie namalowała obrazu dla byłego męża.
Iwona nie namalowała ogrodu, który miał mieć jej mąż.
Karolina nie namalowała kobiety.
Monika nie namalowała tego, czego oczekiwała od niej matka.
A ja nie zrobiłam tylko zdjęć.
Każda z nas zostawiła na płótnie coś, czego wcześniej nie umiała powiedzieć. I chyba właśnie dlatego, kiedy kilka dni później przechodziłam obok tej kamienicy, zatrzymałam się na chwilę.
Pomyślałam o sześciu sztalugach.
O tym, jak łatwo człowiek może wejść w cudzą historię, nawet jeśli początkowo przyszedł tylko na kawę.
I o tym, że czasami trzeba dostać do ręki pędzel, żeby po raz pierwszy zobaczyć własne życie z trochę większej odległości.
Wiosna 2013 roku skończyła się jak każda inna.
Ale dla nas przez kilka tygodni Kraków miał sześć sztalug.
I żadna nie była naprawdę pusta.

9 komentarzy
Czytając, miałam wrażenie, że to wcale nie jest opowiadanie o malowaniu. Raczej o tym, co się dzieje, kiedy kobiety dostają na chwilę przestrzeń, w której nikt od nich niczego nie chce. Nie muszą być matkami, żonami, córkami, pracownicami, opiekunkami, „ogarniaczkami” życia całej rodziny. Mogą po prostu usiąść przed płótnem i powiedzieć: „Nie wiem, co robię”. I okazuje się, że to jest całkiem wyzwalające. Najbardziej poruszyła mnie Iwona. To jej zdanie „Bo mogę” zostało ze mną najdłużej. Jest w nim chyba więcej wolności niż w niejednym wielkim życiowym manifeście.🙂
Czytam i płaczę. Nie dlatego, że wydarzyło się coś dramatycznego, tylko dlatego, że przypomniałam sobie moją mamę. Miała 68 lat, kiedy zapisała się na kurs ceramiki. Całe życie mówiła, że nie ma zdolności manualnych. A potem ulepiła pierwszą miskę, krzywą jak nieszczęście, i była z niej tak dumna, jakby wygrała konkurs. Pamiętam, że powiedziała wtedy: „Wreszcie zrobiłam coś, czego nikt ode mnie nie potrzebuje”. To zdanie przeczytałam u Ciebie między wierszami. 🙂
Muszę się przyznać, że na początku Monika mnie irytowała. Siedemnaście lat, wszystko na „nie”, mama zła, warsztaty bez sensu, wszystko wie najlepiej. A potem złapałam się na tym, że dokładnie tak samo zachowywałam się w jej wieku. Tylko wtedy byłam przekonana, że jestem niezwykle dojrzała i niezrozumiana przez świat. Najbardziej podobała mi się scena, kiedy odpowiada fotografce: „Tobie nie przeszkadza, że robisz zdjęcia ludziom, których nie znasz?”. Podoba mi się to, że Monika nie została nagle „naprawiona”. Nie stała się grzeczną, ułożoną dziewczyną po kilku spotkaniach. Po prostu znalazła coś, w czym mogła być sobą. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Dorota! Zdecydowanie Dorota. Ten fragment z obrazem dla byłego męża jest dla mnie genialny. „Chcę mu go dać, żeby już przestał być moim mężem w mojej głowie” — przeczytałam to chyba trzy razy. Sama jestem po rozwodzie i wiem, że najtrudniejsze w rozstaniu wcale nie musi być samo rozstanie. Czasami trudniejsze jest przestawienie sobie w głowie wszystkich dawnych ról. Przez lata ktoś jest „moim mężem”, „ojcem dzieci”, „człowiekiem, z którym mieszkam”, a potem nagle formalnie już nim nie jest, ale w głowie jeszcze długo pozostaje. Bardzo lubię też to, że Dorota nie jest przedstawiona jako biedna porzucona kobieta. Ona ma swoje poczucie humoru i potrafi być złośliwa. I dzięki temu wydaje się prawdziwa. Pozdrawiam cieplutko 🙂
Bardzo spodobało mi się tło krakowskie. Nie ma tu pocztówkowego Krakowa z Wawelem, Sukiennicami i obwarzankiem obowiązkowo w każdej scenie. Jest za to kamienica, schody, Planty, tramwaj, kawiarniany ogródek, trochę przypadkowego życia na ulicy. Mam wrażenie, że dzięki temu miasto jest prawdziwsze. I ciekawy jest też rok 2013. Niby niedawno, ale jednak przed Instagramem w obecnej formie, przed tym całym nieustannym dokumentowaniem życia telefonem. Fotografka robi zdjęcia aparatem, ale one nie są jeszcze „contentem”. To mi się bardzo podoba. 🙂
To ostatnie zdanie: „I żadna nie była naprawdę pusta”. Całe opowiadanie prowadzi do niego bardzo spokojnie i dopiero wtedy człowiek rozumie, że te sztalugi są właściwie metaforą. Każda przyszła z pustym miejscem przed sobą, ale żadna nie była naprawdę pusta, bo każda coś ze sobą przyniosła. Mam tylko jedną pretensję: dlaczego to się skończyło?! Chciałabym wiedzieć, co było dalej z Moniką, czy Dorota rzeczywiście dała obraz byłemu, czy Lucyna pojechała kiedyś zobaczyć miejsce po domu i co zrobiła Iwona z tym ogrodem. 🙂
Przez całe opowiadanie czekałam, kiedy narratorka wreszcie przestanie fotografować i sama coś namaluje. I kiedy to się stało, pomyślałam: no nareszcie! To chyba moja ulubiona część całego tekstu, bo nagle obserwatorka przestaje być obserwatorką. Wcześniej fotografuje wszystkie kobiety, patrzy na nie trochę z boku, zbiera ich gesty i historie. A potem sama musi stanąć przed pustym płótnem i chyba właśnie dlatego ostatnia część jest dla mnie najbardziej osobista. Pozdrawiam serdecznie.
Nie wiem, czy bardziej chciałabym przeczytać drugą część, czy po prostu zapisać się na takie warsztaty. 🙂 Mam 52 lata, nigdy nie malowałam i jestem dokładnie na tym etapie życia, na którym człowiek nagle orientuje się, że przez dwadzieścia pięć lat robił przede wszystkim rzeczy potrzebne innym. Mam pracę, rodzinę, dzieci, psa, kredyt i milion spraw. A kiedy ktoś mnie pyta, co lubię robić, to zaczynam wymieniać rzeczy, które lubią inni. Po przeczytaniu tego tekstu pomyślałam: może warto mieć swoją sztalugę.
Nie mam jeszcze siedemdziesięciu lat ale kiedy zobaczyłam Iwonę, od razu pomyślałam: „O, to ja”. 🙂 Też jestem wdową. Też mam ogród, którego mój mąż właściwie nigdy nie zdążył zobaczyć w takiej formie, jaką sobie wymyślaliśmy. I też mam pudełko z rzeczami, które dla innych pewnie byłyby śmieciami. Najbardziej wzruszyły mnie te nasiona. Nie dlatego, że to wielki symbol. Właśnie dlatego, że to takie małe. Człowiek po wielu latach przechowuje jakieś nasiona, list, guzik, bilet, zasuszoną roślinę. I sam nie wie dlaczego. A potem nagle okazuje się, że jednak wie.