Weekend w Nałęczowie

by Jolanta Strażyc

Po wyjeździe Adama Majka jakby przycichła. Nie było w tym nic dziwnego. Przez cztery dni żyła czymś, co przez dwadzieścia lat istniało tylko w jej wyobraźni. A potem wszystko się skończyło. Adam wrócił do Kanady, do swojego życia, dzieci i zapewne żony. Nie zaprosił Majki do siebie, nie powiedział też, że jeszcze przyjedzie. Została więc sama z tym, co wydarzyło się naprawdę, i z tym, co przez dwadzieścia lat wydarzało się w jej głowie.

Któregoś popołudnia siedziałyśmy z Ewą przy kawie i rozmawiałyśmy o Majce.

– Wiesz co? – powiedziała Ewa. – Ona chyba zrobiła sobie krzywdę tym Adamem.

– Też tak myślę.

– Bo przez dwadzieścia lat miała piękne wspomnienie. Wielką miłość. Mężczyznę, który chciał ją zabrać do Kanady. I teraz nagle sprawdziła, jak wygląda to wspomnienie na żywo.

– I okazało się, że wspomnienie było młodsze od rzeczywistości.

Ewa popatrzyła na mnie znad filiżanki.

– Właśnie.

Przez chwilę milczałyśmy.

– Najgorsze jest to – powiedziałam – że ona chyba nie żałuje tego, że go spotkała. Żałuje, że go spotkała po dwudziestu latach.

– Może żałuje też, że wtedy nie pojechała.

– Tego już się nie dowie.

– I całe szczęście – odpowiedziała Ewa. – Bo człowiek potrafi się zamęczyć pytaniem: „A co by było, gdybym wtedy…”.

Znałyśmy ten mechanizm. Każda z nas miała w życiu jakieś „gdybym”.

Gdybym pojechała.

Gdybym została.

Gdybym powiedziała.

Gdybym nie powiedziała.

Gdybym zadzwoniła.

Gdybym nie zadzwoniła.

Czasem jedno „gdybym” potrafiło prześladować człowieka dłużej niż niejeden prawdziwy związek.

– Trzeba ją gdzieś zabrać – powiedziała nagle Ewa.

– Gdzie?

– Do Nałęczowa.

Spojrzałam na nią.

– Do Nałęczowa?

– Tak. Ja bardzo lubię Nałęczów. Tam się naprawdę odpoczywa.

Ewa miała swoje miejsca, które uważała za lekarstwa na różne dolegliwości duszy. Nałęczów należał do tych najlepszych.

– A co będziemy tam robić w styczniu?

– Spacerować. Jeść. Siedzieć przy kominku. Czytać. Pływać. Możemy pojeździć na nartach biegowych. Możemy nic nie robić.

– To ostatnie brzmi najlepiej.

– No widzisz. Już ci się podoba.

Postanowiłyśmy więc, że wyciągniemy Majkę z Krakowa. Nie będziemy analizować Adama, jej niewysłanego listu, przeszłości i tego, dlaczego człowiek po dwudziestu latach może okazać się zupełnie kimś innym, niż go pamiętamy.

Najpierw trzeba było ją tylko przekonać.

Poszłyśmy do niej następnego dnia. Majka siedziała wśród resztek ze swojej dawnej pracowni. Kamienie, pudełka, sznurki, zapięcia i wszystkie te drobiazgi, które przez lata były jej potrzebne, teraz wyglądały trochę jak pozostałości po czyimś życiu.

– Jedziesz z nami do Nałęczowa – oznajmiła Ewa zamiast się przywitać.

Majka podniosła głowę.

– Gdzie?

– Do Nałęczowa.

– Po co?

– Żebyś odpoczęła.

– Ja odpoczywam.

Spojrzałyśmy na nią obie.

– Majka – powiedziałam – ty od kilku tygodni odpoczywasz w taki sposób, że przeglądasz stare listy i myślisz o mężczyźnie, który mieszka kilka tysięcy kilometrów stąd.

– Nieprawda.

– Prawda.

– Nie myślę cały czas.

– Wystarczy, że myślisz połowę czasu – powiedziała Ewa.

Majka się uśmiechnęła, ale zaraz spoważniała.

– Nie wiem, czy mam ochotę gdziekolwiek jechać.

– Tym bardziej pojedziesz – powiedziała Ewa.

– Na jak długo?

– Krótko. Tyle, żebyś przestała myśleć.

– To musiałabym wyjechać na rok.

– Nie przesadzaj. Wystarczy kilka dni.

Marudziła jeszcze trochę. Majka potrafiła mieć wątpliwości nawet wobec rzeczy, które ostatecznie bardzo jej odpowiadały.

Ale w końcu powiedziała:

– Dobrze. Jadę.

I tak się zaczęło.

Wyjechałyśmy z Krakowa w styczniu, kiedy zima nie udawała już jesieni, tylko była prawdziwą zimą. Śnieg leżał na polach, drzewa były białe, a droga chwilami wyglądała jak prowadząca przez zupełnie inną Polskę. Trasa liczyła około 265 kilometrów i nie zamierzałyśmy jej pokonywać jednym ciągiem.

W Sandomierzu zatrzymałyśmy się na obiad i krótki spacer. Było zimno, ale pięknie. Miasto wyglądało jak dekoracja do filmu. Śnieg przykrywał dachy i bruk, a my, opatulone w płaszcze i szaliki, chodziłyśmy trochę bez celu, zaglądając tu i tam.

– Widzisz? – powiedziała Ewa. – Już jest lepiej.

– Co jest lepiej? – zapytała Majka.

Ewa spojrzała na nią z udawaną surowością.

– Wszystko. Bo Adam został w Krakowie.

Roześmiałyśmy się. I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, że Majka naprawdę zaczyna się od niego odklejać.

Nie zapomniała. Oczywiście, że nie. Ale zaczęła znowu patrzeć na to, co było przed nią.

Do Nałęczowa dojechałyśmy pod wieczór.

Nasz pensjonat prowadziła para – Piotr i Weronika. Było tam dokładnie tak, jak powinno być w miejscu, do którego człowiek jedzie po odpoczynek. Drewniane wnętrza, ogień w kominku, zapach jedzenia i cisza, której w Krakowie czasami nawet nie zauważałyśmy, bo człowiek przyzwyczaja się do miejskiego hałasu jak do własnego oddechu.

Weronika przywitała nas jak dawno niewidziane znajome.

– Zostawcie walizki i chodźcie coś zjeść – powiedziała.

To był doskonały pomysł.

Pierwszego wieczoru dostałyśmy gorącą zupę krem z cukinii, potem pierogi z bobem, polane oliwą z cebulką. Bób był oczywiście zamrożony, bo była zima, ale po ugotowaniu smakował tak, jakby lato postanowiło na chwilę wrócić. Do tego zimowa herbata, później szarlotka, a jeszcze później grzane wino.

Siedziałyśmy przy kominku i zaczęłyśmy rozmawiać o wszystkim, tylko nie o Adamie.

I to było chyba najlepsze.

Następnego ranka poszłyśmy do Parku Zdrojowego.

Nałęczów zimą miał zupełnie inny charakter niż latem. Nie było tłumów, nie było pośpiechu. Park był cichy, drzewa stały oszronione, a śnieg tłumił kroki.

Szłyśmy powoli.

W centrum parku znajdowały się stare uzdrowiskowe budynki, Pałac Małachowskich, łazienki, domki i palmiarnia. Historia tego miejsca sięgała XIX wieku, kiedy Antoni hrabia Małachowski odkrył lecznicze właściwości tutejszych źródeł i postanowił stworzyć uzdrowisko.

Nałęczów od początku był miejscem, do którego przyjeżdżało się nie po to, żeby coś zdobyć, ale żeby coś odzyskać.

Zdrowie.

Spokój.

Oddech.

Może czasem także siebie.

– Tu naprawdę jest inaczej – powiedziała Majka.

– Mówiłam – odpowiedziała Ewa.

– Jakby czas wolniej chodził.

– I właśnie dlatego cię tu przywiozłyśmy.

Wypiłyśmy wodę w pijalni, trochę się krzywiąc, bo smak była specyficzny, a potem poszłyśmy dalej.

Przy pomniku Stefana Żeromskiego i ławczce Bolesława Prusa zaczęłyśmy sobie przypominać, kto właściwie bywał w Nałęczowie i dlaczego.

Majka stała chwilę pod drzewem i patrzyła na śnieg.

Zrobiłam jej zdjęcie.

– Nie rób mi zdjęć – powiedziała.

– Dlaczego?

– Bo wyglądam staro.

– Właśnie dlatego zrobię ci jeszcze jedno.

Roześmiała się.

I zrobiłam.

Drugiego dnia Piotr zaproponował nam narty biegowe.

– Warunki są dobre – powiedział. – Możecie pojechać za miasto.

Popatrzyłyśmy na siebie.

– Umiecie? – zapytał.

– Trochę – powiedziała Ewa.

– Ja nigdy nie jeździłam – przyznała Majka.

– To się nauczysz.

I tak następnego dnia stałyśmy na śniegu w nartach biegowych.

Okazało się, że teoria jest znacznie łatwiejsza od praktyki.

Majka przewróciła się pierwsza.

Ewa druga.

Ja próbowałam nie upaść tylko dlatego, że miałam aparat i nie chciałam go zniszczyć.

– To miało być relaksujące! – krzyknęła Majka, leżąc na śniegu.

– Jest! – odpowiedziałam. – Przynajmniej zapomniałaś o Adamie!

– O kim?

– No właśnie!

I znowu wszystkie trzy zaczęłyśmy się śmiać.

Jechałyśmy potem przez zaśnieżony krajobraz, coraz bardziej pewne swoich nóg i nart. Śnieg skrzypiał pod butami, powietrze było ostre i czyste, a wokół nas rozciągały się pola i wzgórza.

W pewnym momencie zatrzymałyśmy się.

Przed nami była biała przestrzeń, kilka samotnych drzew i daleko widoczne zabudowania.

– Wiecie co? – powiedziała Majka. – Dawno nie byłam tak spokojna.

Nie odpowiedziałyśmy. 

Po powrocie czekało na nas najlepsze.

Basen.

Atrium w Nałęczowie okazało się dokładnie tym, czego potrzebowałyśmy po kilku godzinach na śniegu. Ciepła woda, bąbelki, jacuzzi, dysze masujące, sztuczna rzeka. Leżałyśmy w wodzie i pozwalałyśmy, żeby wszystko z nas zeszło.

Zmęczenie.

Napięcie.

Myśli.

Nawet Adam.

A potem była biała glinka.

Majka początkowo patrzyła na nas podejrzliwie.

– Ja mam się w tym zanurzyć? Przecież to wygląda jak błoto.

– Luksusowe błoto – powiedziała Ewa.

Weszłyśmy do ciepłej glinki i przez dwadzieścia minut siedziałyśmy jak trzy dziwne, nieruchome rzeźby.

– Jakby ktoś teraz wszedł – powiedziała Majka – to pomyślałby, że jesteśmy jakieś trzy bagienne potwory.

– Bardzo zadbane bagienne potwory – poprawiła ją Ewa.

Potem skóra była miękka i gładka, a my wszystkie zgodnie uznałyśmy, że skoro przez dwadzieścia minut leżałyśmy w białej glinie, to musiało zadziałać.

Wieczorem znowu siedziałyśmy przy kominku.

Zupa krem.

Leczo.

Pierogi z bobem.

Grzane piwo.

Zimowa herbata.

Sernik z malinami.

Książki leżały porozkładane na stole, ale żadna z nas specjalnie nie czytała.

Rozmawiałyśmy.

O pracy.

O mężczyznach.

O tym, że zamykanie jednego rozdziału w życiu wcale nie oznacza, że następny musi od razu być wielką historią.

Czasem następny rozdział może być po prostu kilkoma spokojnymi dniami.

Ciepłym basenem.

Nartami.

Zupą.

Śmiechem.

I trzema kobietami siedzącymi przy kominku.

Majka nagle powiedziała:

– Wiecie co? Chyba już wiem, dlaczego Adam nie zaprosił mnie do Kanady.

Spojrzałyśmy na nią.

– Dlaczego?

– Bo tam jest zimniej niż tutaj.

Ewa prychnęła śmiechem.

Ja też.

Majka śmiała się najgłośniej.

I pomyślałam wtedy, że może właśnie o to chodziło.

Nie o to, żeby zapomnieć Adama.

Nie da się przecież wymazać dwudziestu lat wspomnień jednym wyjazdem.

Chodziło o coś innego.

Żeby Majka znowu poczuła, że jej życie jest tutaj.

Nie w liście, którego nigdy nie wysłała.

Nie w Kanadzie.

Nie w tym, co mogło się wydarzyć.

Tylko tutaj.

Wśród śniegu, w Nałęczowie, przy stole z Ewą i ze mną.

I może właśnie dlatego ten wyjazd zapamiętałam tak dobrze.

Bo pojechałyśmy tam, żeby pocieszyć Majkę.

A wróciłyśmy wszystkie trzy trochę bardziej wypoczęte, trochę bardziej rozbawione i – co najważniejsze – z poczuciem, że jeszcze wiele rzeczy może się wydarzyć.

Nawet jeśli niektóre historie skończyły się dwadzieścia lat wcześniej.

You may also like

9 komentarzy

Szeliga 2026-08-10 - 21:44

Zatrzymałam się przy fragmencie o wszystkich naszych „gdybym”. To jest chyba temat, który dotyczy każdego. Gdybym wtedy wyjechała. Gdybym nie wyszła za mąż. Gdybym została w tamtej pracy. Gdybym powiedziała „tak”. Gdybym powiedziała „nie”. Czasami mam wrażenie, że całe życie można by przeżyć w trybie alternatywnym, zastanawiając się, co wydarzyłoby się w innej wersji naszego życia. A przecież nigdy się tego nie dowiemy. Może trzeba nauczyć się zostawiać niektóre drzwi zamknięte. 🙂

Reply
Karolina 2026-08-10 - 22:45

Bardzo cenię to, że pokazujesz kobiety dojrzałe bez robienia z nich ani biednych porzuconych żon, ani wiecznie młodych dziewczyn, które koniecznie muszą jeszcze raz przeżyć wielką miłość. Majka ma swoje rozczarowania, zamknęła pracownię, zmienia jej się życie, wraca do przeszłości, ale jednocześnie potrafi pojechać na narty, siedzieć w SPA, śmiać się i cieszyć jedzeniem. To jest bardzo prawdziwe. W pewnym wieku życie wcale się nie kończy. Ono po prostu zaczyna mieć trochę inne smaki.🙂

Reply
Anna W. 2026-08-10 - 22:58

Nie wiem dlaczego, ale najbardziej wzruszyła mnie końcówka, kiedy siedzicie przy kominku i Majka mówi, że chyba już wie, dlaczego Adam jej nie zaprosił do Kanady. To jest świetne, bo zamiast kolejnej smutnej rozmowy pojawia się żart. I nagle czujemy, że ona wraca do siebie. Bardzo lubię takie momenty, kiedy smutek nie znika, ale przestaje być najważniejszy. Życie znowu zaczyna się toczyć obok niego. Chyba właśnie dlatego ten rozdział zostawił mnie z dobrym nastrojem. Pozdrawiam serdecznie 🙂

Reply
Magdalena 2026-08-11 - 08:43

I znowu skończyło się za szybko 🙂 Coraz bardziej przywiązuję się do Waszej trójki i jestem bardzo ciekawa, co wydarzy się dalej. Mam nadzieję, że nie będziecie cały czas grzecznie siedzieć przy kominku, bo coś mi mówi, że każda z Was ma jeszcze niejeden pomysł na życie. Szczególnie ciekawi mnie, co stanie się z Majką po zamknięciu pracowni. Mam wrażenie, że to nie jest tylko koniec pewnego biznesu, ale początek jakiejś większej zmiany. A może się mylę? Czekam na dalszy ciąg! Pozdrawiam serdecznie.

Reply
Krystyna 2026-08-11 - 22:07

Muszę przyznać, że najbardziej zapamiętałam… pierogi z bobem! 🙂 Czytając opis jedzenia, miałam wrażenie, że siedzę razem z Wami przy tym kominku. Gorąca zupa, pierogi, cebulka, grzane wino, szarlotka – przecież to jest gotowy przepis na szczęście. I bardzo lubię takie szczegóły w Twoich wspomnieniach. One sprawiają, że nie czytam tylko historii, ale zaczynam ją sobie wyobrażać wszystkimi zmysłami. A teraz mam ogromną ochotę na pierogi z bobem. 🙂 Pozdrawiam cieplutko 🙂

Reply
Marta Stach. 2026-08-11 - 23:45

Nigdy nie byłam w Nałęczowie zimą i po tym rozdziale zaczynam żałować. Zawsze kojarzył mi się z letnim uzdrowiskiem, zielenią, kwiatami i starszymi paniami spacerującymi z wodą mineralną. A tutaj pokazałaś go zupełnie inaczej – śnieg, cisza, park, kominek, basen, narty biegowe. Chyba właśnie takie miejsca najlepiej odwiedzać poza sezonem, kiedy nie trzeba się z nikim ścigać i można naprawdę poczuć przestrzeń. I jeszcze ten pomysł z nartami biegowymi! Nie wiem, czy miałabym odwagę pojechać, ale chętnie zobaczyłabym Wasze upadki. 🙂

Reply
Alicja 2026-08-12 - 19:01

Uwielbiam Waszą trójkę! Ty, Ewa i Majka jesteście zupełnie różne, a jednocześnie widać między Wami ogromną bliskość. Szczególnie podoba mi się sposób, w jaki rozmawiacie. Bez wielkich deklaracji typu „jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami”, tylko przez żarty, drobne uszczypliwości i to, że po prostu pojawiacie się u Majki i mówicie: „Jedziesz z nami”. To jest chyba najbardziej prawdziwy obraz przyjaźni. Czasami człowiek potrzebuje właśnie takich osób, które nie pytają, czy ma ochotę się pozbierać, tylko zabierają go z domu. 🙂

Reply
Marzena 2026-08-12 - 20:00

Czytając poprzednie rozdziały, byłam przekonana, że Majka i Adam są głównym bohaterem tej historii. Teraz jednak mam wrażenie, że oni byli tylko pretekstem do opowiedzenia czegoś znacznie ważniejszego – o pamięci i o tym, jak bardzo potrafimy idealizować ludzi, których dawno nie widzieliśmy. Czasami tęsknimy nie za człowiekiem, tylko za sobą z czasów, kiedy ten człowiek był częścią naszego życia. Może Majka tęskniła trochę za Adamem, a trochę za tą młodą Majką, która mogła jeszcze pojechać do Kanady i zacząć wszystko od nowa?

Reply
Beata 2026-08-30 - 20:47

Czytając historię Majki, poczułam, jakbym czytała trochę o sobie. Też miałam kiedyś „swojego Adama”. Byliśmy bardzo młodzi, kochaliśmy się, ale życie potoczyło się inaczej. On wyjechał za granicę, ja zostałam. Potem wyszłam za mąż, urodziłam dzieci, przeżyłam swoje dobre i złe lata. I po trzydziestu kilku latach znalazłam go przypadkiem w internecie. Rozmawialiśmy kilka miesięcy. W mojej głowie był nadal tym chłopakiem z dwudziestoma kilkoma latami, a kiedy zobaczyłam go na zdjęciu, nagle dotarło do mnie, że przecież on też się zestarzał. To było dziwne uczucie. Chyba przez chwilę rozmawiałam nie z nim, tylko z moim własnym wspomnieniem. Ostatecznie nigdy się nie spotkaliśmy. I czasami myślę, że może dobrze.

Reply

Leave a Comment