Personal shopperki z Krakowa

by Jolanta Strażyc

W 2013 roku, wpadłyśmy z Majką i Ewą na pomysł, który wydawał nam się wtedy jednocześnie świetny i całkiem rozsądny.

Zapisałyśmy się na szkolenie personal shopper.

Samo określenie brzmiało trochę tajemniczo, trochę światowo, a przede wszystkim bardzo modnie. A my modę lubiłyśmy. Ubrania lubiłyśmy. Sklepy też. Właściwie trudno było znaleźć lepszy powód, żeby przez dwa dni zajmować się tym, co i tak sprawiało nam przyjemność.

Byłyśmy trzy i każda z nas miała zupełnie inny punkt widzenia.

Majka miała swój charakterystyczny styl. Potrafiła ubrać się w coś ze sklepu indyjskiego, dołożyć do tego własnoręcznie zrobioną biżuterię i wyglądać tak, jakby właśnie wróciła z podróży po Indiach. Ewa była malarką i mimo różnych upodobań zawodowych, obie kochałyśmy klasykę, ale z odrobiną awangardy.

Czyli już na starcie miałyśmy trzy różne definicje słowa „ładnie”.

Któregoś dnia znalazłyśmy ogłoszenie o szkoleniu.

Przeczytałyśmy opis:

Personal shopper — osobisty doradca zakupowy i stylista, pomagający dobrać ubrania, dodatki i stworzyć wizerunek dopasowany do sylwetki, typu urody, trybu życia i potrzeb klienta.

Spojrzałyśmy na siebie.

— To chyba coś dla nas — powiedziałam.

— No pewnie — odpowiedziała Majka.

— Przecież my się znamy na ubraniach — dodała Ewa.

I tym sposobem, bez większych oporów, zostałyśmy przyszłymi personal shopperkami.

Na szkoleniu było nas sześć. Pozostałe dziewczyny również lubiły modę i, podobnie jak my, miały słabość do klasycznego stylu.

Pierwszy dzień był teoretyczny.

Usiadłyśmy, przygotowane na zdobywanie wiedzy, i zaczęło się.

Dowiedziałyśmy się, że personal shopper nie jest po prostu osobą, która chodzi z klientem po sklepach i mówi:

— Weź to. Dobrze na tobie wygląda.

Okazało się, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.

Personal shopper ma poznać klienta. Dowiedzieć się, jaki prowadzi tryb życia, gdzie pracuje, jaki dress code obowiązuje w jego miejscu pracy, ile pieniędzy może przeznaczyć na ubrania, co lubi, czego nie lubi i w czym dobrze się czuje.

A potem określić jego typ sylwetki.

Typ urody.

Rozmiar.

Kolory.

Fasony.

I jeszcze najlepiej wiedzieć, gdzie te wszystkie rzeczy można kupić.

Czyli właściwie należało wiedzieć wszystko.

Dowiedziałyśmy się również, że personal shopper może zrobić przegląd szafy.

— Ciekawe, czy odważyłabym się wyrzucić komuś połowę rzeczy? — zapytała Ewa.

— Ja bym się odważyła — powiedziałam.

Majka spojrzała na mnie podejrzliwie.

— Ty byś mi wyrzuciła?

— Tylko to, co naprawdę trzeba.

–– Czyli prawdopodobnie połowę.

Przegląd szafy miał polegać na znalezieniu rzeczy, które nie pasują do sylwetki, nie służą kolorystycznie, dodają kilogramów albo lat i powinny jak najszybciej opuścić garderobę.

Oczywiście każda rzecz ma swoją historię.

Każda ma wspomnienia.

Każda może się jeszcze przydać.

A przynajmniej tak zwykle tłumaczy się właściciel garderoby.

Personal shopper miał być od tego, żeby te wymówki spokojnie zakończyć.

Po przeglądzie szafy przychodził czas na zakupy. Najlepiej wspólne, ale jeśli klient był bardzo zajęty albo po prostu nie cierpiał chodzić po sklepach, personal shopper mógł zrobić zakupy sam.

Miał więc znaleźć ubrania, dopasować kolor i fason, buty, dodatki, biżuterię. A nawet fryzurę i makijaż.

Im dłużej słuchałyśmy, tym bardziej dochodziłyśmy do wniosku, że personal shopper musi być trochę stylistą, trochę psychologiem, trochę detektywem, a trochę człowiekiem od zadań specjalnych.

I musi mieć anielską cierpliwość.

To było wyraźnie zaznaczone.

Anielską.

Czyli zwykła cierpliwość nie wystarczała.

Potrzebna była jeszcze kreatywność, spostrzegawczość, samodzielność, zmysł artystyczny i wyczucie plastyczne.

Tu akurat czułyśmy się mocne. W końcu fotografka, malarka i artystka tworząca biżuterię — brzmiało całkiem profesjonalnie.

Problemem mogło być tylko przekonywanie klienta do swoich racji.

Bo przecież klient mógł powiedzieć:

— Ale ja tego nie założę.

A personal shopper powinien odpowiedzieć:

— Ale właśnie dlatego powinien pan to założyć.

I jeszcze zrobić to tak, żeby klient nie uciekł.

Wykład trwał, a my coraz bardziej zagłębiałyśmy się w świat typów sylwetek, analizy kolorystycznej, dress code’u i kreowania wizerunku.

Pod koniec dnia wiedziałyśmy już, że dobry stylista nie może tylko wiedzieć, co jest modne.

Musi wiedzieć, dla kogo jest modne.

Bo przecież można założyć rzecz z najnowszej kolekcji, stanąć przed lustrem i dojść do wniosku:

— Wyglądam świetnie.

Albo:

— Wyglądam jak ktoś, kto właśnie przegrał zakład.

A zadaniem personal shoppera było doprowadzić raczej do tej pierwszej wersji.

Wieczorem wychodziłyśmy ze szkolenia z głowami pełnymi informacji.

Ale jedno było pewne.

Następnego dnia miała być praktyka w Galerii Kazimierz.

I dopiero wtedy miało się okazać, czy naprawdę umiemy ubierać ludzi, czy tylko bardzo lubimy o tym rozmawiać.

Słowo „praktyka” brzmiało bardzo poważnie. Można było oczekiwać prawdziwych klientek, prawdziwych problemów z garderobą, może nawet prawdziwego przeglądu szafy. Tymczasem okazało się, że nasza praktyka będzie wyglądała trochę inaczej.

Miałyśmy… ubierać się nawzajem.

Czyli sześć kobiet z własnymi gustami, przyzwyczajeniami i przekonaniami dotyczącymi tego, co komu pasuje, miało teraz decydować, co powinny nosić pozostałe.

Z jednej strony świetnie. Z drugiej — potencjalnie niebezpiecznie. Bo przecież każdy ma swoje zdanie.

— Ja bym tego nie założyła.

—  Ale właśnie dlatego powinnaś to założyć.

— Dlaczego?

— Bo nie możesz cały czas chodzić w tym, co sama wybierasz.

I właśnie o to chodziło.

Miałyśmy nauczyć się patrzeć na drugiego człowieka oczami stylistki, a nie własnego gustu. Dostawałyśmy określony typ sylwetki i typ kolorystyczny, a naszym zadaniem było znaleźć odpowiednią stylizację. Nagle zwykłe chodzenie po galerii handlowej nabrało zupełnie nowego znaczenia.

Przestałyśmy patrzeć na ubrania wyłącznie jak klientki.

Zaczęłyśmy je analizować.

— Zobacz, ten krój.

— Za szeroki.

— A ten?

— Lepszy.

— A kolor?

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo ją zgasi.

Brzmiałyśmy coraz bardziej profesjonalnie.

Zaczęłyśmy zauważać rzeczy, na które wcześniej nie zwracałyśmy aż takiej uwagi: długość rękawa, szerokość ramion, linię talii, długość spódnicy, proporcje między górą a dołem sylwetki.

I oczywiście kolory.

Kolor potrafił być naszym sprzymierzeńcem albo wrogiem.

Niektóre rzeczy wyglądały na wieszaku pięknie, ale po założeniu nagle okazywało się, że osoba znika pod ubraniem. Inne, pozornie zwyczajne, robiły zaskakująco dobrą robotę.

To było chyba największe odkrycie tego dnia.

Nie chodziło o to, żeby znaleźć „ładne ubranie”.

Chodziło o to, żeby znaleźć ładne ubranie dla konkretnej osoby.

A to ogromna różnica.

Majka oczywiście patrzyła również na dodatki. Biżuteria była dla niej rzeczą oczywistą. W końcu sama ją tworzyła.

— Tu trzeba coś dodać — mówiła.

— Co?

— Biżuterię.

I już po chwili potrafiła zmienić charakter całego zestawu jednym naszyjnikiem albo kolczykami.

Ewa patrzyła na stylizacje trochę jak na obrazy. Kolory, kompozycja, faktury. U niej wszystko musiało się ze sobą „zgadzać” nie tylko praktycznie, ale również plastycznie.

Ja natomiast, jako fotografka, zaczynałam widzieć sylwetki trochę jak kadry. Zwracałam uwagę na proporcje, linie, kontrasty.

I nagle okazało się, że to, czym zajmowałyśmy się na co dzień, wcale nie było tak daleko od stylizacji.

Tego dnia nie było jednak przeglądu szafy. Nie zaglądałyśmy sobie do garderoby i nie robiłyśmy dramatycznych porządków w stylu:

— Tego pozbywamy się natychmiast!

Szkoda. Mogłoby być ciekawie.

Praktyka w Galerii Kazimierz była raczej ćwiczeniem oka. Miałyśmy nauczyć się patrzeć:

Na człowieka.

Na ubranie.

Na kolor.

Na proporcje.

Na całość.

I chyba właśnie wtedy zrozumiałyśmy, że dobry personal shopper powinien mieć przede wszystkim dobry gust, a dopiero potem wiedzę.

Po kilku godzinach zakupowego krążenia byłyśmy już znacznie bardziej świadome tego, co właściwie robimy. Wciąż miałyśmy swoje style i swoje upodobania, ale zaczynałyśmy rozumieć, że w tym zawodzie własny gust trzeba czasami schować do kieszeni.

Bo klient nie przychodzi po to, żeby wyglądać jak my.

Przychodzi po to, żeby wyglądać jak lepsza wersja siebie.

Po zakończeniu zajęć poszłyśmy wspólnie na obiad do restauracji. To był już zdecydowanie przyjemniejszy etap szkolenia. Siedziałyśmy przy stole, rozmawiałyśmy o tym, co wydarzyło się przez te dwa dni, i podsumowywałyśmy nasze doświadczenia. Było trochę poważnie. Trochę śmiesznie. I pewnie każda z nas miała już w głowie przynajmniej jedną osobę, którą najchętniej od razu zabrałaby na zakupy.

Na koniec dostałyśmy certyfikaty.

I tym sposobem sześć kobiet wyszło ze szkolenia jako — personal shopperki.

Nie wiem, czy wszystkie zaczęły potem wykonywać ten zawód, ale przez te dwa dni nauczyłyśmy się czegoś ważnego.

Że ubranie to nie tylko ubranie.

Może zmienić proporcje sylwetki, wydobyć kolor oczu, podkreślić charakter, dodać pewności siebie albo sprawić, że człowiek poczuje się wreszcie dobrze we własnej skórze.

Czego chcieć więcej?

Może tylko tego, żeby ktoś nam jeszcze za to zapłacił.

Wtedy dopiero byłby to prawdziwy sukces personal shoppera.

You may also like

9 komentarzy

Anna W. 2026-08-30 - 21:45

Ale świetna historia! Najbardziej rozbawiło mnie to, że na początku „personal shopper” kojarzy się po prostu z chodzeniem po sklepach i mówieniem: „weź to, dobrze wyglądasz” 😄 A potem nagle okazuje się, że trzeba być jednocześnie stylistą, psychologiem, detektywem, znawcą trendów i mieć jeszcze anielską cierpliwość. Ciekawa jestem, czy po tym pierwszym dniu teorii któraś z Was pomyślała: „O matko, w co ja się właściwie wpakowałam?”. I czy dzisiaj, po tylu latach, nadal uważasz, że własny styl można komuś rzeczywiście „wykreować”, czy raczej styl powinien wynikać z charakteru człowieka?

Reply
Magdalena 2026-08-30 - 22:59

Mam wrażenie, że dzisiaj zawód personal shoppera jest dużo bardziej popularny i „oswojony”, ale w 2013 roku musiał brzmieć trochę egzotycznie. Ciekawe, jak ludzie wtedy reagowali, kiedy mówiłyście, że idziecie na takie szkolenie. „Na co?” — „Na personal shopper”. Wyobrażam sobie miny. Sama bardzo chętnie skorzystałabym z takiej usługi, ale mam jeden problem: chyba nie chciałabym usłyszeć prawdy o swojej szafie. Zwłaszcza tego zdania: „Tego już pani nie założy”. Pozdrawiam serdecznie.

Reply
Alicja 2026-08-30 - 23:38

Uwielbiam takie wspomnienia, w których zwykłe wydarzenie po latach nabiera zupełnie innego znaczenia. Szczególnie podoba mi się Wasza trójka: fotografka, twórczyni biżuterii i malarka. To brzmi jak początek jakiegoś filmu o trzech artystkach, które przypadkiem postanawiają zostać stylistkami. „Miałyśmy ubierać się nawzajem” — i tutaj już wiedziałam, że będzie ciekawie! Sześć kobiet, sześć gustów i sześć opinii. Brzmi jak eksperyment społeczny. Bo teoria teorią, ale kiedy ktoś zaczyna decydować, co mamy na siebie włożyć, nagle okazuje się, że każdy z nas ma bardzo silne granice stylistyczne. 🙂

Reply
Szeliga 2026-08-30 - 23:49

Wasza historia przypomniała mi, jak bardzo zmieniło się podejście do mody przez ostatnie kilkanaście lat. Dzisiaj mamy Instagram, TikToka, Pinterest, setki blogów i filmów o stylizacji. Wtedy internet oczywiście już istniał, ale świat mody online był zupełnie inny… Mam wrażenie, że wtedy trzeba było mieć dużo więcej własnego wyczucia niż dzisiaj.🌻

Reply
Marzena 2026-08-31 - 13:25

Bardzo podoba mi się Wasze podejście do mody jako czegoś więcej niż tylko „ładnych ubrań”. Sama przez wiele lat wybierałam rzeczy, które mi się podobały na wieszaku, a potem dziwiłam się, dlaczego po założeniu wyglądam w nich zupełnie inaczej niż modelka ze zdjęcia. 😂 Dopiero później zrozumiałam, że ubranie może być piękne samo w sobie, ale po prostu nie być dla mnie. Bardzo spodobał mi się fragment o tym, że stylistka nie ubiera siebie. To jest chyba sedno całej sprawy. Ile razy widzimy kogoś, kto ma świetny styl, ale próbuje ubierać wszystkich dookoła według własnego gustu? A przecież nie każdy musi być klasyczny, awangardowy czy minimalistyczny. Czasami najlepsza stylizacja to taka, w której człowiek nadal rozpoznaje siebie w lustrze.

Reply
Krystyna 2026-08-31 - 17:52

Galeria Kazimierz jako „laboratorium mody” bardzo mi się spodobała. Dzisiaj galerie handlowe są dla nas tak oczywistym miejscem zakupów, że trudno sobie wyobrazić, że można wejść do nich z nastawieniem niemal badawczym: obserwować fasony, kolory, proporcje i zastanawiać się, komu co pasuje. Najbardziej podoba mi się w tym wspomnieniu to, że zaczęło się bardzo niewinnie: trzy przyjaciółki lubiące modę postanawiają zapisać się na szkolenie. A potem okazuje się, że za wyborem bluzki stoi cała filozofia. 🙂 Typ sylwetki, typ urody, kolorystyka, dress code, budżet, dodatki, fryzura, makijaż… I w tym miejscu niejeden człowiek powinien się zastanowić, czy samodzielne ubieranie się rano nie jest przypadkiem skomplikowanym projektem artystycznym.

Reply
Marta Stach. 2026-08-31 - 21:54

Bardzo ciekawy jest fragment o przeglądzie szafy. Z jednej strony brzmi to cudownie — ktoś przychodzi, patrzy na wszystkie nasze ubrania i mówi, co naprawdę ma sens. Z drugiej strony chyba byłoby to dla mnie trochę jak terapia. Bo przecież człowiek nie przechowuje w szafie wyłącznie ubrań. Tam są wspomnienia, emocje, „może jeszcze schudnę”, „może kiedyś będzie okazja” i oczywiście święte „jeszcze kiedyś to założę”. 😂 Jeśli chodzi o mnie, to naprawdę nie potrafiłabym bez sentymentu wyrzucać cudze ubrania.

Reply
Monika 2026-08-31 - 22:38

Bardzo podoba mi się porównanie patrzenia na sylwetkę do patrzenia przez fotografa na kadr. To chyba rzeczywiście ma ze sobą wiele wspólnego — proporcje, linie, światło, kolor, kompozycja. W fotografii można coś poprawić kadrem, a w stylizacji ubraniem. W obu przypadkach chodzi chyba o to, żeby zobaczyć nie tylko to, co jest przed nami, ale również to, jak można to pokazać. 🙂

Reply
Karolina 2026-09-03 - 20:35

Uwielbiam określenie „praktyka” w cudzysłowie. Od razu wiadomo, że autorka ma dystans do tego, co się wydarzyło. Z jednej strony rozumiem, że kurs miał przede wszystkim nauczyć Was patrzenia na sylwetkę i kolor, ale z drugiej strony prawdziwa praca personal shoppera chyba zaczyna się dopiero wtedy, kiedy pojawia się prawdziwy klient ze swoją szafą, budżetem, kompleksami i zdaniem: „Ja w życiu tego nie założę”. Po takim kursie miałabym ochotę tylko na jedno – sprawdzić się już na prawdziwych klientach.

Reply

Leave a Comment