Przez lata nasze rozmowy o rodzinnej historii toczyły się między dokumentami, starymi mapami i opowieściami, które próbowałam odtworzyć na podstawie zachowanych źródeł. Z czasem niektóre nazwiska i miejscowości stały się nam tak bliskie, jakbyśmy znali je osobiście. Wracaliśmy do nich podczas spotkań, a później, kiedy Karol i Konrad zamieszkali w Edynburgu, również podczas rozmów na Skype.
Jednym z takich miejsc był Humań i jego okolice. Pojawiały się w rodzinnych przekazach od dawna, związane z opowieściami o dawnych przodkach, wojskowej służbie i niespokojnych czasach, w których przyszło im żyć. Znałam te historie z dokumentów i zeszytu mojego ojca, ale tamte ziemie pozostawały dla mnie czymś odległym — przestrzenią istniejącą bardziej na starych mapach i kartach rodzinnych zapisków niż w rzeczywistym świecie.
Czasami wyobrażałam sobie, jak wyglądały miejsca, w których żyli nasi przodkowie. Czy coś jeszcze z nich pozostało? Czy można odnaleźć ślady ich obecności, czy też upływ czasu zatarł wszystko, co mogłoby połączyć współczesność z tamtą odległą przeszłością? Myśl o podróży na Podole powracała od czasu do czasu, ale traktowałam ją raczej jako marzenie niż konkretny plan. Wydawało mi się, że odległość, granice i zwyczajne życiowe obowiązki sprawiają, że taka wyprawa pozostanie jedynie w sferze wyobraźni.
Nie przypuszczałam, że właśnie jedna z takich rozmów na Skype zapoczątkuje wyprawę, o której wcześniej myślałam wyłącznie w kategoriach historycznej fantazji.
Był kwiecień 2019 roku. Pamiętam go jako jeden z tych miesięcy, kiedy wiosna niby już się zaczyna, ale człowiek wciąż nie ma pewności, czy może schować zimową kurtkę. Tego dnia połączyliśmy się jak zwykle. Karol siedział przed komputerem w Edynburgu, a ja miałam obok siebie kilka dokumentów, które chciałam mu pokazać.
Najpierw rozmawialiśmy o zwyczajnych sprawach. O pracy, o planach na najbliższe tygodnie, o tym, co udało się znaleźć w archiwach. Potem Karol wspomniał, że w firmie poznał nowego człowieka.
— Wiesz, mamy takiego chłopaka w pracy — powiedział. — Ukraińca. Ma na imię Oleg, ale właściwie Oleksandr. Pracuje jako goniec. Pochodzi z okolic Humania.
Podniosłam głowę znad dokumentów.
— Z okolic Humania?
— Tak. Rozmawialiśmy przy kawie. Wiesz, automat, chwila przerwy, zwykłe pytania: skąd jesteś, czym się zajmujesz. I tak się zgadaliśmy.
— A co on tam robił? W sensie, przed wyjazdem?
— Jego rodzina prowadzi gospodarstwo agroturystyczne. Mają kilka koni. Oleg pracuje tutaj i co miesiąc przesyła rodzinie pieniądze, żeby mogli rozwijać działalność. Powiedział, że można do nich przyjechać. Kilka dni w siodle, zwiedzanie okolic, noclegi po drodze. Przewodnikiem jest jego brat, Yaroslav.
Humań.
Nazwa, którą znałam z map, opracowań historycznych i rodzinnego zeszytu. Miejsce, które dotąd istniało dla mnie przede wszystkim jako punkt na wschodnim Podolu, związany z opowieścią o przodku Stanisławie i jego służbie wojskowej. A teraz nagle stało się miejscem, do którego można było po prostu pojechać.
Nie przez wyobraźnię. Nie przez kartki książek. Samochodem, a potem konno.
— Karol, zdajesz sobie sprawę, co ty właśnie powiedziałeś? — zapytałam.
Uśmiechnął się.
— Domyślam się.
— Humań i okolice. To przecież właśnie tam, według tradycji rodzinnej, miała znajdować się strażnica związana ze służbą Stanisława.
— Właśnie dlatego o tym pomyślałem. Kiedy Oleg powiedział, skąd pochodzi, od razu przypomniał mi się twój zeszyt. Pomyślałem, że może to nie jest zwykły zbieg okoliczności.
Spojrzałam na otwartą stronę notatek. Były tam daty, nazwiska, fragmenty rodzinnych opowieści i moje własne znaki zapytania na marginesach. Znałam je niemal na pamięć, a jednak nagle wydały mi się inne. Jakby przestały być zamkniętym zapisem przeszłości i otworzyły drzwi do czegoś, co mogło się dopiero wydarzyć.
— Przez kilka dni konno? — upewniłam się.
— Tak. Yaroslav prowadzi takie wyprawy. Można nocować w różnych miejscach, nie trzeba codziennie wracać do gospodarstwa. Podobno okolica jest piękna.
— A konie?
— Mają kilka. Nie wiem jeszcze, jakie dokładnie, ale to wszystko można ustalić.
— A ty już planujesz wyjazd?
— Ja? — Karol udał zdziwienie. — Ja tylko przekazuję ci informację.
— Oczywiście. A Konrad już pewnie szuka samochodów.
Karol roześmiał się.
— Jeszcze nie. Ale przyznaj, że to brzmi ciekawie.
Przyznałam. Brzmiało nie tylko ciekawie. Brzmiało jak zaproszenie, na które czekałam, choć dotąd nie wiedziałam, że go potrzebuję.
Po zakończeniu rozmowy długo siedziałam w ciszy.
Za oknem Kraków toczył swoje zwyczajne życie. Ktoś przechodził chodnikiem, na ulicy zatrzymał się autobus, z sąsiedniego mieszkania dobiegały odgłosy codziennych zajęć. Wszystko było takie samo jak godzinę wcześniej, a jednak ja myślałam już o czymś zupełnie innym.
Wyobrażałam sobie drogę na wschód. Kraków, Rzeszów, granicę, Lwów, Tarnopol, Winnicę, a potem kolejne nazwy, które znałam z map i dokumentów. Myślałam o dawnych traktach, o stepowym wietrze, o rzece Boh, o miasteczkach, w których mogły zachować się ślady świata sprzed czterystu lat.
Przede wszystkim jednak myślałam o Stanisławie.
Urodził się w 1585 roku. Nie znałam jego twarzy, nie wiedziałam, jakim był człowiekiem poza tym, co można było wyczytać z rodzinnego przekazu. Czy był spokojny, czy porywczy? Czy tęsknił za domem, kiedy wyruszał na służbę? Czy opowiadał synowi Janowi o swoich wyprawach? Czy zdarzało mu się wracać z patrolu i przez chwilę po prostu siedzieć w milczeniu, zmęczonym po długim dniu?
Nie miałam odpowiedzi. Miałam tylko kilka dat, opowieści ojca i własną ciekawość.
A teraz pojawiła się możliwość, by zobaczyć krajobraz, który mógł być częścią jego świata.
Nie łudziłam się, że odnajdziemy dokładnie miejsce dawnej strażnicy. Po czterystu latach mogło nie pozostać po niej nic rozpoznawalnego. Nie wiedziałam też, czy rodzinny przekaz umiejscawiał ją precyzyjnie, czy raczej wiązał z większym obszarem. Ale sama podróż miała sens niezależnie od tego, co udałoby się potwierdzić.
Chodziło o to, by stanąć na tej ziemi, spojrzeć na jej rozległość i spróbować wyobrazić sobie ludzi, którzy kiedyś przemierzali ją konno.
Pomyślałam też o Majce. Wiedziałam, że gdy tylko opowiem jej o pomyśle, zacznie zadawać pytania, szukać map i sprawdzać nazwy. Jej entuzjazm potrafił zamienić najzwyklejszy pomysł w konkretny plan.
A Konrad? Konrad zapewne będzie chciał wiedzieć, ile kilometrów trzeba przejechać, ile paliwa zużyją samochody i czy warto kupić dodatkową nawigację. Karol natomiast będzie już myślał o koniach i o tym, co jeszcze można zobaczyć po drodze.
Znałam ich na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie poprzestaniemy na samej rozmowie.
Kilka dni później znów połączyliśmy się na Skype. Tym razem do rozmowy dołączył Konrad, a ja zadzwoniłam do Majki i Ewy, żeby i one mogły nas słyszeć.
Karol opowiedział wszystko jeszcze raz, od początku: o spotkaniu przy automacie z kawą, o Oleksandrze, o jego rodzinie i gospodarstwie, o koniach oraz o Yaroslavie, który miałby prowadzić nas przez okolice Humania.
— Czyli rozumiem, że nie jedziemy tam tylko po to, żeby popatrzeć na konie? — zapytała Majka.
— Nie tylko — odpowiedziałam. — Chociaż, uczciwie mówiąc, ja też chciałabym na nich pojeździć.
— Fajnie –– wtrąciła Ewa. –– Wy trzymacie się w siodle jak prawdziwi zawodowcy, a ja musiałabym zacząć od oprowadzanki.
— Nie przesadzaj — zaśmiał się Karol. — Przecież nie planujemy wyprawy na koniec świata.
— Nie na koniec świata — zgodziła się Ewa. — Tylko na wschodnie Podole. Do miejsca, którego dokładnego położenia jeszcze nie znamy, z gospodarzem, którego nie spotkaliśmy, i na konie, których nie widzieliśmy i których już się boję. Rzeczywiście, sama przyjemność.
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
–– A poza tym, kto zajmie się kotem i paprotką? –– dodała Ewa.
–– Ty? –– zapytał Konrad.
–– No właśnie… Ktoś musi zostać w Krakowie.
Majka już miała otwartą stronę z mapą.
— A jak daleko jest Humań od Winnicy? — zapytała. — I czy po drodze możemy odwiedzić te miejscowości, o których mówiłaś?
— Możemy spróbować — odpowiedziałam. — Chciałabym zobaczyć Winnicę, Bracław, może Wojtowiec. A jeśli uda się dobrze rozplanować trasę, także miejsca związane z dalszą historią rodziny.
— To trzeba zrobić porządnie — stwierdził Konrad. — Nie będziemy jechać na ślepo.
I tak rozpoczęła się nasza wyprawa, choć do wyjazdu pozostawało jeszcze trzy miesiące.
Najpierw trzeba było ustalić trasę, sprawdzić odległości i czas przejazdu. Potem pomyśleć o samochodach, noclegach, dokumentach, pieniądzach i wszystkim, co zwykle wydaje się mało romantyczne, dopóki nie okaże się niezbędne. Musieliśmy też ustalić, jak przygotować się do kilku dni jazdy konnej i co zabrać ze sobą, żeby nie obciążać bagażników niepotrzebnymi rzeczami.
Nie chcieliśmy udawać zawodowych podróżników ani miłośników ekstremalnych wypraw. Byliśmy zwyczajnymi ludźmi, którzy mieli ciekawość świata, trochę doświadczenia w podróżowaniu i przekonanie, że do nieznanego miejsca najlepiej jechać z otwartą głową, ale też z dobrze przygotowanym planem.
Dwa samochody wydawały się rozsądnym rozwiązaniem. Dawały niezależność, pozwalały rozdzielić bagaże i sprawiały, że w razie problemu nie zostawalibyśmy zupełnie bez możliwości dalszej jazdy. Zaczęliśmy rozważać auta z dobrym prześwitem, napędem na cztery koła i zawieszeniem, które nie podda się po pierwszych dziurach. Nie po to, by szukać bezdroży dla samej przyjemności jazdy po nich, ale po to, by móc bez obaw dotrzeć do gospodarstwa i miejsc, w których asfalt mógł dawno stracić swoją pierwotną gładkość.
Karol wrócił do rozmów z Oleksandrem. Chciał dowiedzieć się więcej o gospodarstwie, koniach, noclegach i możliwościach organizacji wyprawy. Ja zaczęłam porządkować dokumenty rodzinne, zaznaczać na mapie miejsca, które chciałabym zobaczyć, i tworzyć listę pytań, na które być może uda się znaleźć odpowiedź już na miejscu.
Majka zabrała się za wyszukiwanie informacji o miejscowościach. Konrad, zgodnie z przewidywaniami, zaczął sprawdzać drogi i samochody.
Każde z nas miało swoją część pracy, a jednak coraz częściej odnosiłam wrażenie, że planujemy coś więcej niż wyjazd.
Mieliśmy ruszyć w drogę, która łączyła teraźniejszość z historią rodziny. W drogę, podczas której nazwiska zapisane w starych dokumentach miały stać się nazwami miejscowości, rzek i dróg. W drogę, która być może nie przyniesie wielkich odkryć, ale pozwoli nam zrozumieć, jak rozległy był świat naszych przodków.
I jeszcze jedno: mieliśmy jechać razem.
Po setkach rozmów prowadzonych przez ekran komputera, po długich wieczorach spędzonych nad starymi papierami wreszcie pojawił się plan, który mógł nas wszystkich wyprowadzić poza codzienność.
Nie wiedziałam wtedy, co zastaniemy na Podolu. Nie wiedziałam, czy uda nam się odnaleźć ślady dawnej strażnicy, czy zobaczymy miejsca, które pamiętały czasy Stanisława i Jana, ani czy jazda konna okaże się tak wspaniała, jak sobie wyobrażałam.
Wiedziałam tylko, że chcę tam pojechać.
I że kiedy przyjdzie dzień wyjazdu, zabiorę ze sobą zeszyt mojego ojca.
Nie po to, żeby udowodnić za wszelką cenę, że każda rodzinna opowieść jest prawdziwa. Zabiorę go, ponieważ właśnie od niego wszystko się zaczęło — od zapisanych stron, od ilustracji wykonanych ręką ojca i od historii, która przez pokolenia nie pozwalała zapomnieć o ludziach żyjących na dalekim, wschodnim Podolu.
A teraz, po czterystu latach, ich potomkowie mieli znów ruszyć w tamtą stronę.
Tym razem nie na wojennym szlaku.
Tym razem w poszukiwaniu pamięci.
_________________________________________________
Spotkanie, które połączyło pokolenia

9 komentarzy
Ten tekst szczególnie do mnie przemawia, ponieważ sama uważam, że rodzinne dokumenty są prawdziwym skarbem. Często przechowujemy stare zeszyty, listy, fotografie i zapiski, nie zdając sobie sprawy, jak wiele mogą nam powiedzieć o przeszłości. Bardzo spodobał mi się motyw ozdobnego zeszytu ojca, w którym nie tylko spisano rodzinną tradycję, ale również wykonano ilustracje. To już nie jest zwykły dokument — to osobista pamiątka, w której zachowała się cząstka człowieka. Widać, że narratorka nie traktuje genealogii jak suchego hobby, lecz jak próbę ocalenia pamięci o tych, których nie miała okazji poznać. Ciekawi mnie zwłaszcza, co uda się ustalić na miejscu na Podolu i czy dokumenty archiwalne potwierdzą choć część rodzinnych przekazów. Takie poszukiwania uczą cierpliwości, ale dają też niezwykłą satysfakcję. 🙂
Bardzo lubię opowieści, w których historia nie jest przedstawiona wyłącznie przez wielkie bitwy, nazwiska władców i daty z podręczników. Tutaj wszystko zaczyna się od konkretnej rodziny i jej pamięci, a dopiero później otwiera się na szerszą historię Podola. Postać Stanisława, urodzonego w 1585 roku, od razu pobudza wyobraźnię. Jak wyglądała wtedy okolica Humania? Jakimi drogami przemieszczali się żołnierze? Gdzie stały strażnice i jak wyglądało codzienne życie ludzi, którzy musieli strzec tych ziem przed najazdami? To fascynujące, że współczesna wyprawa może stać się okazją do spojrzenia na krajobraz oczami człowieka sprzed czterystu lat. Oczywiście po takim czasie trudno oczekiwać, że wszystkie miejsca uda się jednoznacznie zidentyfikować, ale sama próba połączenia źródeł z terenem jest niezwykle cenna. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach znajdzie się sporo opisów przyrody, dawnych miasteczek, rzek i dróg, bo Podole musi mieć w sobie coś, co pozwala poczuć bliskość minionych epok. Pozdrawiam cieplutko 🙂
Najbardziej podoba mi się w tej historii to, że podróż na Podole nie powstaje w samotności. Jest wynikiem przyjaźni, rozmów, wspólnych zainteresowań i wzajemnego zaufania. Karol mieszka w Edynburgu, narratorka w Krakowie, a mimo to pozostają blisko siebie. Widać, że relacja między kuzynami ma solidne podstawy, a wspólna historia rodzinna tylko ją pogłębia. Podoba mi się też obecność Konrada i Majki, bo dzięki nim wyprawa staje się przedsięwzięciem całej paczki, a nie tylko dwojga krewnych. Każdy wnosi coś innego, każdy ma własny sposób patrzenia na świat. To właśnie takie różnice mogą sprawić, że podróż będzie ciekawa nie tylko pod względem historycznym, ale również ludzkim. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Majka i Konrad nie są przecież związani ze wszystkimi tymi przodkami więzami krwi, a jednak angażują się w poszukiwania tak, jakby chodziło o ich własnych krewnych. To piękny przykład tego, że rodzinę można rozumieć szerzej niż tylko przez pokrewieństwo. Czasami tworzą ją ludzie, którzy towarzyszą nam w życiu, wspierają nas i pomagają ocalić to, co dla nas ważne. Podoba mi się, że ten wątek nie został potraktowany jako dodatek do głównej historii. Dzięki niemu opowieść nabiera głębi i pokazuje, że wspólne zainteresowanie może stać się sposobem na budowanie bliskości.
Kiedy przeczytałam o możliwości zwiedzania okolic Humania konno, od razu pomyślałam, że to znacznie ciekawsze niż zwykłe objeżdżanie zabytków samochodem. Koń pozwala doświadczać krajobrazu w zupełnie innym tempie. Człowiek słyszy odgłosy przyrody, czuje wiatr, zauważa ścieżki, których nie dostrzegłby zza szyby auta. A w przypadku tej historii ma to dodatkowe znaczenie, ponieważ przodek bohaterów służył w chorągwi i przemierzał te okolice w czasach, gdy koń był podstawowym środkiem przemieszczania się żołnierza. Oczywiście współczesna wyprawa będzie zupełnie inna niż dawny patrol, ale sama możliwość poznania terenu z końskiego grzbietu tworzy niezwykłą klamrę między przeszłością a teraźniejszością. 🙂
W tej opowieści jest dużo ciepła, ale również nuta smutku. Rozdzieleni bracia, krewni, którzy nigdy się nie poznali, ojciec pozostawiający po sobie ozdobny zeszyt ze spisanymi rodzinnymi opowieściami. Dzięki temu historia nie jest wyłącznie opowieścią o podróży, lecz także o przemijaniu i o tym, co możemy przekazać dalej. Szczególnie mocno przemawia do mnie myśl, że dokumenty są czasem jedynym śladem po człowieku, ale dopóki ktoś je czyta, porównuje i próbuje zrozumieć, pamięć nadal żyje. 🙂
Ten tekst przypomniał mi, że prawdziwa podróż zaczyna się dużo wcześniej niż w dniu, kiedy zamyka się drzwi domu i przekręca kluczyk w stacyjce. Zaczyna się od marzenia, od mapy rozłożonej na stole, od pierwszych rozmów i od sprawdzania, czy to, co wydaje się możliwe w wyobraźni, da się zrealizować w rzeczywistości. Bohaterowie dopiero snują plany, a już czujemy, że są w drodze. Bardzo podoba mi się połączenie emocjonalnej motywacji z praktycznym przygotowaniem. Są dokumenty, archiwa, trasa, samochody, noclegi i konie oraz grupa przyjaciół, która chce zrobić coś ważnego i ciekawego.
Wzruszające jest to, że bohaterowie nie szukają przodków tylko po to, żeby potwierdzić rodzinne opowieści. Chcą dowiedzieć się, jak naprawdę wyglądała przeszłość, nawet jeśli nie na wszystkie pytania uda się odpowiedzieć. Myślę, że właśnie taka postawa zasługuje na uznanie. Życzę tej opowieści wielu kolejnych części, bo chciałabym zobaczyć, jak bohaterowie zmierzą się z rzeczywistością miejsc, które dotąd istniały dla nich głównie na papierze. 🙂
Jak bardzo czasami przypadek potrafi zmienić nasze życie! Zwykła kawa z automatu w miejscu pracy, kilka pytań o pochodzenie i nagle pojawia się pomysł, który może połączyć współczesność z historią sprzed czterystu lat. Gdyby Karol nie poznał Oleksandra, być może wyprawa na Podole pozostałaby jedynie marzeniem albo kiedyś zrealizowałaby się w zupełnie innej formie. Bardzo lubię takie momenty w opowieściach, bo są naturalne i wiarygodne. Wielkie przedsięwzięcia często zaczynają się od drobnych zdarzeń, którym początkowo nie przypisujemy większego znaczenia. 🙂