Wszystko zaczęło się w lipcu 2006 roku, podczas uroczystości otwarcia wystawy „Szlacheckie herby” na Zamku Królewskim w Niepołomicach. Nie przypuszczałam wtedy, że to spotkanie stanie się początkiem niezwykłej historii, która połączy nie tylko rodzinne losy, ale również ludzi, których z czasem zacznę nazywać przyjaciółmi.
Karol podszedł do mnie pierwszy i przedstawił się imieniem i nazwiskiem. Kiedy powiedziałam, jak się nazywam, zauważyłam w jego oczach wyraźne zaskoczenie.
— Strażyc? — zapytał. — A z których Strażyców?
Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie spodziewałam się, że moje nazwisko wywoła takie pytanie, zwłaszcza podczas spotkania, które nie miało nic wspólnego z moimi prywatnymi poszukiwaniami genealogicznymi.
Widząc moje zakłopotanie, Karol wyjaśnił, że jego matka pochodzi ze Strażyców. To nazwisko było na tyle rzadkie, że nie przypuszczał, iż kiedykolwiek spotka kogoś, również je nosi.
Wtedy ja, równie zaciekawiona, zapytałam:
— A z których Strażyców?
Roześmialiśmy się serdecznie. Zamiast zwyczajnej rozmowy dwojga nieznajomych rozpoczęliśmy wymianę rodzinnych informacji, próbując ustalić, jakie więzy mogą nas łączyć. Okazało się, że oboje nosimy w pamięci fragmenty tej samej, choć przez lata rozdzielonej historii. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie, tym razem już po to, by spokojnie przyjrzeć się naszym rodzinnym koligacjom. W końcu odkryliśmy, że jesteśmy kuzynami i to wcale nie dalekimi. Nasi dziadkowie byli rodzonymi braćmi.
Mój dziadek miał na imię Michał. Dziadek Karola — Mikołaj.
Ich drogi rozeszły się jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej. W rodzinnych opowieściach pozostało po nich przede wszystkim zaginięcie, a potem wiadomości o śmierci. Każda z naszych rodzin żyła przez lata w przekonaniu, że ten drugi brat nie przeżył wojennej zawieruchy. Karolowi przekazano, że mój dziadek Michał zginął podczas wojny. Mnie powiedziano, że taki sam los spotkał Mikołaja.
Dopiero po latach zrozumieliśmy, jak bardzo podobne były te rodzinne historie. Dwaj bracia szukali się, lecz nie zdołali się odnaleźć. Ich potomkowie również nie mieli pojęcia o swoim istnieniu.
A przecież mieszkaliśmy w tym samym mieście.
Kiedy zaczęliśmy się spotykać, okazało się, że dzieli nas zaledwie kilka krakowskich ulic. Do dziś czasem zastanawiam się, czy zdarzało nam się wcześniej mijać na chodniku, stać obok siebie w kolejce albo czekać na zielone światło na tym samym skrzyżowaniu. Może kiedyś przechodziliśmy tuż obok siebie, nie wiedząc, że łączy nas coś więcej niż wspólne miasto.
Pamiętam, że podczas naszych pierwszych rozmów oboje mieliśmy wrażenie, że nie jesteśmy sobie zupełnie obcy. Nie potrafiliśmy wyjaśnić tego uczucia. Być może wynikało z podobieństwa rodzinnych opowieści, a może z tej szczególnej bliskości, która pojawia się czasem między ludźmi, zanim jeszcze zdążą się dobrze poznać.
Nie próbowaliśmy rozstrzygać tej zagadki. Wystarczyło, że od tamtej chwili zaczęliśmy nadrabiać stracony czas.
Była jednak jedna rzecz, której nie mogliśmy już naprawić. Nie poznaliśmy swoich najbliższych krewnych.
Mój dziadek Michał i ojciec zmarli, zanim Karol pojawił się w moim życiu. Karol nie zdążył poznać mojego ojca ani dziadka, ja zaś nie poznałam jego rodziców ani dziadka Mikołaja. Nasze spotkanie przyszło o całe pokolenie za późno.
Czasami, gdy przeglądaliśmy dokumenty, myślałam o tym, ile mogliby nam opowiedzieć. Jak wyglądało ich dzieciństwo? Co pamiętali z rodzinnego domu? Czy wiedzieli, że po drugiej stronie rozdzielonych losami krewnych dorastają ludzie, którzy kiedyś będą próbowali odtworzyć ich historię?
Ja wciąż noszę nazwisko przodków po ojcu. Karol ma nazwisko swojego ojca (ponieważ nasza więź prowadzi przez jego matkę). Na co dzień nie łączyło nas więc nic tak oczywistego jak wspólne nazwisko. Potrzebowaliśmy dokumentów, cierpliwości i odrobiny szczęścia, żeby odkryć to, co przez dziesięciolecia pozostawało ukryte.
Karol szybko stał się kimś więcej niż kuzynem. Został moim przyjacielem.
A potem przedstawił mi Konrada.
Pracowali razem jako informatycy. Wcześniej w Krakowie, później w Edynburgu. Konrad był inny niż Karol, bardziej powściągliwy, ale miał podobne poczucie humoru i tę samą zdolność do spokojnego wysłuchiwania cudzych opowieści, nawet jeśli dotyczyły spraw, które dla większości ludzi wydawałyby się odległe o kilkaset lat.
Ja z kolei poznałam ich z Majką i Ewą. Tak powstała nasza paczka.
Nie potrzebowaliśmy wielkich okazji, żeby się spotykać. Czasem wystarczała kawa, wspólny obiad, spacer albo wieczór, który niespodziewanie przeciągał się do późna. Rozmawialiśmy o pracy, o podróżach, o rodzinach, o tym, co nas cieszyło i co nie dawało nam spokoju. Z czasem staliśmy się dla siebie ludźmi, na których można było liczyć.
Majka szczególnie mocno związała się z moimi poszukiwaniami genealogicznymi. Wychowała się w domu dziecka i nie miała własnej rodziny, do której mogłaby wracać z pytaniami o dziadków czy pradziadków. Z Ewą łączyło ją jakieś pokrewieństwo, na tyle bliskie, że rodzina Ewy zapraszała ją czasem do Elbląga, skąd Ewa pochodziła.
Moja genealogia przypadła Majce do serca. Nie traktowała jej jak mojego prywatnego hobby. Przeglądała dokumenty, pomagała porównywać nazwiska i daty, wypatrywała szczegółów, które mogły umknąć mi podczas kolejnej godziny spędzonej nad papierami.
Niekiedy miałam wrażenie, że wkłada w te poszukiwania więcej emocji niż ja sama.
— Przecież oni też byli kiedyś zwyczajnymi ludźmi — powiedziała mi kiedyś, wskazując na stare nazwisko zapisane w jednym z dokumentów. — Mieli swoje sprawy, kłócili się, zakochiwali, martwili o dzieci. A teraz zostało po nich kilka linijek.
Zapamiętałam te słowa.
Bo właśnie o to chodziło. Nie tylko o ustalenie dat urodzenia i śmierci. Chciałam przywrócić tym ludziom choć odrobinę obecności.
Karol i Konrad wyjechali do Edynburga w 2012 roku.
Nie oznaczało to końca naszej przyjaźni, ale zmieniło jej codzienny rytm. Krakowskie spotkania, spontaniczne wyjścia i rozmowy przy kawie coraz częściej zastępowały nam rozmowy na Skype. Z czasem przyzwyczailiśmy się do ekranów, do drobnych opóźnień w połączeniu, do głosu dobiegającego z głośników i do tego, że jedna osoba czasem znikała z kadru, bo musiała zrobić herbatę.
Bywało, że rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Innym razem otwieraliśmy dokumenty i przez dwie godziny próbowaliśmy rozstrzygnąć, czy w jakimś starym zapisie widnieje nazwisko, którego szukaliśmy, czy tylko bardzo podobne.
Miałam więcej dokumentów niż Karol. Do tego dochodziła jeszcze rodzinna tradycja spisana przez mojego ojca Stanisława w ozdobnym zeszycie. Ojciec nie tylko starannie zapisał opowieść o przodkach, ale także ozdobił ją własnymi ilustracjami. Ten zeszyt był dla mnie czymś więcej niż pamiątką. Stanowił most między tym, co zachowało się w dokumentach, a tym, co przez pokolenia opowiadano przy rodzinnym stole.
Karol miał mniej materiałów, lecz nie mniej istotnych. Wspólnie próbowaliśmy łączyć rozproszone informacje w jedną opowieść.
Szczególne miejsce zajmował w niej Stanisław, urodzony w 1585 roku, który według rodzinnego przekazu od 1606 lub 1609 roku służył jako towarzysz prywatnej chorągwi starosty Kalinowskiego, a później został porucznikiem. W zeszycie ojca pojawiała się również opowieść o Janie, synu Stanisława, urodzonym w 1615 roku…
W tamtym świecie granice nie były liniami narysowanymi na spokojnej mapie. Były miejscami niepewnymi, wystawionymi na najazdy, przemarsze wojsk i nagłe zmiany losu. Rodzinna tradycja mówiła o strażnicy w okolicach Humania, o służbie wojskowej, patrolowaniu szlaków i zagrożeniu tatarskim. Pojawiały się w niej także opowieści o odbijaniu jasyru i odzyskiwaniu zrabowanego dobytku.
Nie wszystko mogliśmy potwierdzić w źródłach. Wiedzieliśmy, że pamięć rodzinna bywa wierna w jednych szczegółach, a w innych z czasem dopowiada to, czego nie udało się ocalić. Nie chcieliśmy jednak odrzucać jej tylko dlatego, że wymagała sprawdzenia.
— Wyobraź sobie — mówił czasem Karol podczas naszych rozmów — że człowiek przez całe życie czyta o jakimś miejscu, a potem okazuje się, że jego rodzina naprawdę tam była.
— Czyta o nim w starym zeszycie, a nie w podręczniku — odpowiadałam.
— Tym bardziej.
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że w 2019 roku pojawi się okazja, by pojechać w tamte strony…

9 komentarzy
Bardzo poruszająca historia. Czasami życie pisze takie scenariusze, których nie wymyśliłby żaden autor powieści. Pomyśleć, że dwie osoby spokrewnione ze sobą, których dziadkowie byli rodzonymi braćmi, mogły przez tyle lat żyć w tym samym mieście i nic o sobie nie wiedzieć. Aż w końcu spotykają się na wystawie i zwykła rozmowa o nazwiskach prowadzi do odkrycia rodzinnej historii. Najbardziej zastanawia mnie to, jak wiele takich historii mogło się wydarzyć w innych rodzinach, ale nigdy nie zostały odkryte. Dobrze, że zainteresowałaś się genealogią i że udało Ci się dotrzeć do tych informacji. To nie tylko poszukiwanie przodków, ale też odkrywanie ludzi, którzy mogliby być nam bardzo bliscy, gdyby los potoczył się inaczej. Pozdrawiam serdecznie.
Najbardziej poruszył mnie fragment o dwóch braciach, którzy się rozdzielili, a ich potomkowie przez wiele lat żyli w przekonaniu, że drugi brat nie przeżył wojny. To pokazuje, jak tragiczne skutki miały dawne wydarzenia i jak łatwo rodzinne więzi mogły zostać zerwane na całe pokolenia. Dzisiaj mamy telefony, internet i możliwość szybkiego kontaktu, a wtedy wystarczyło, że ktoś wyjechał albo zaginął, i wiadomości mogły już nigdy nie dotrzeć do bliskich. Cieszę się, że udało Ci się odtworzyć choć część tej historii. Dzięki takim opowieściom przeszłość przestaje być tylko zbiorem dat, a staje się czymś bardzo ludzkim i bliskim. 🙂
Piękne jest to, że na odkryciu pokrewieństwa Wasza historia się nie skończyła, ale dopiero zaczęła. Czasami odnalezienie rodziny kojarzy się przede wszystkim z dokumentami, drzewami genealogicznymi i ustalaniem, kto był czyim przodkiem. U Ciebie widać, że za tym wszystkim pojawiła się prawdziwa relacja, która z czasem przerodziła się w przyjaźń. Szczególnie podoba mi się fragment o Waszej paczce i zwyczajnych spotkaniach przy kawie. To właśnie takie codzienne chwile często okazują się najważniejsze. Jest w tym coś bardzo optymistycznego, bo pokazuje, że nawet jeśli poprzednie pokolenia nie zdążyły się odnaleźć, następne mogą jeszcze zbudować coś dobrego. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Szczególnie spodobał mi się fragment o zeszycie Twojego ojca, w którym zapisał rodzinną historię i ozdobił ją własnymi ilustracjami. Takie pamiątki mają ogromną wartość, zwłaszcza że nie są jedynie zbiorem informacji, ale zawierają również cząstkę osobowości człowieka, który je stworzył. Można sobie wyobrazić, ile czasu musiał poświęcić na zebranie materiałów i uporządkowanie opowieści. Dzisiaj, kiedy wiele rzeczy zapisujemy w komputerach, łatwo zapomnieć, jak wyjątkowy może być zwyczajny zeszyt przechowywany przez lata w rodzinie. Myślę, że dla Ciebie musi to być szczególnie wzruszające, ponieważ dzięki pracy ojca możesz kontynuować coś, co rozpoczął przed Tobą. 🙂
A mnie najbardziej poruszył mnie fragment o Majce, która wychowała się w domu dziecka i nie miała własnej rodziny, do której mogłaby zwracać się z pytaniami o przodków. Myślę, że właśnie dlatego Twoje poszukiwania były dla niej czymś więcej niż zwykłym hobby przyjaciółki. Mogła uczestniczyć w odkrywaniu historii ludzi, których nigdy nie poznała, a jednocześnie lepiej zrozumieć, jak ważne jest poczucie przynależności. Jej słowa o tym, że dawni ludzie również kochali, kłócili się i martwili o dzieci, są bardzo prawdziwe. Czasami potrzebujemy spojrzeć na przeszłość oczami kogoś innego, żeby zobaczyć w niej coś, co wcześniej nam umykało. 🙂
Bardzo zainteresował mnie końcowy fragment dotyczący Stanisława, Jana i rodzinnych opowieści związanych z okolicami Humania. To już nie tylko historia jednej rodziny, ale również obraz świata, który bardzo różnił się od naszego. Służba wojskowa, niepewne granice, najazdy i zagrożenia sprawiały, że życie ludzi wyglądało zupełnie inaczej. Podoba mi się, że nie przedstawiasz wszystkich rodzinnych przekazów jako bezspornych faktów, ale jednocześnie nie odrzucasz ich tylko dlatego, że nie udało się jeszcze wszystkiego potwierdzić. Myślę, że takie podejście jest bardzo ważne w genealogii. Czytelnik może poczuć ciekawość dawnych dziejów, a jednocześnie rozumie, że niektóre pytania pozostaną otwarte.
Najsmutniejsza jest dla mnie świadomość, że kiedy w końcu odnaleźliście się z Karolem, nie mogliście już porozmawiać z najstarszym pokoleniem rodziny. Ile pytań można byłoby zadać dziadkom, ile historii usłyszeć, ile niejasności wyjaśnić przy zwyczajnej rozmowie. Dopiero po latach człowiek zaczyna rozumieć, jak wiele można było dowiedzieć się od starszych osób, kiedy jeszcze były z nami. Twoja opowieść przypomina, żeby zapisywać rodzinne wspomnienia i pytać o przeszłość, póki jest taka możliwość. Dokumenty są ważne, ale nie zastąpią osobistych wspomnień ludzi, którzy sami przeżyli wydarzenia, o których później czytamy tylko w książkach. Pozdrawiam 🙂
Przeczytałam ten tekst z dużym zainteresowaniem i mam wrażenie, że opowiadasz w nim o czymś znacznie ważniejszym niż samo odnalezienie kuzyna. To historia o pamięci, przypadkowych spotkaniach, przyjaźni i potrzebie zrozumienia własnych korzeni. Podoba mi się również to, że nie próbujesz na siłę tworzyć niezwykłej opowieści, tylko opisujesz prawdziwe wydarzenia i zwyczajne chwile, które z perspektywy czasu nabrały szczególnego znaczenia. Czasami właśnie takie historie zostają w człowieku najdłużej, bo można w nich odnaleźć własne doświadczenia i przemyślenia. 🙂
Fragment o wyjeździe Karola i Konrada do Edynburga przypomniał mi, jak bardzo zmieniają się przyjaźnie, kiedy ludzie przestają mieszkać blisko siebie. Niby mamy dzisiaj wiele możliwości kontaktu, możemy rozmawiać przez internet i widzieć się na ekranie, ale to jednak nie to samo co spontaniczne spotkanie przy kawie. Jednocześnie dobrze, że odległość nie przerwała Waszych relacji. Podoba mi się opis wspólnego przeglądania dokumentów podczas rozmów na Skype. To pokazuje, że przyjaźń nie musi opierać się wyłącznie na wspólnym spędzaniu wolnego czasu, ale może również polegać na dzieleniu się zainteresowaniami i pomaganiu sobie w czymś ważnym.