Podróż na Wschodnie Podole – część 3

by Jolanta Strażyc

W 2019 roku przyjechaliśmy do Winnicy nie po to, żeby szukać przodków w archiwach. Przywieźliśmy ze sobą historię, którą mój ojciec zapisał w zeszycie, a która zaczynała się w 1606 roku. Chcieliśmy zobaczyć miejsca, w których mogła rozgrywać się jej pierwsza część.

Poprzedniego wieczoru dotarliśmy do miasta po całodniowej podróży. 

Było nas czworo: ja, Karol, mój odnaleziony po latach kuzyn, oraz nasi przyjaciele, Konrad i Majka. Każde z nas patrzyło na świat trochę inaczej, ale tego dnia łączył nas jeden cel — odnaleźć miejsce, w którym dwaj młodzi szlachcice rozpoczęli swoją służbę u starosty Kalinowskiego.

Mój ojciec pisał:

W 1606 roku, kierowany niepokojem i żądzą życia, ruszył na kresy. Tam, gdzie kończyło się prawo, a zaczynała siła — postanowił zbudować własny los.

Towarzyszył mu Jeremiasz – rok starszy od Stanisława, przyjaciel z czasów nauki w kolegium jezuitów.

Majątek, który posiadał, miał przy sobie. Trochę pieniędzy, ojcowska szabla i wojskowy rynsztunek, dwa konie i sieć kontaktów z ławy szkolnej…

Czytając te słowa, zawsze wyobrażałam sobie drogę, którą przebyli. Nie była to wycieczka dla przyjemności. Młodzi ludzie zostawiali za sobą znany świat i ruszali w stronę miejsca, w którym chcieli zapracować na własną przyszłość. Nie wiedzieli jeszcze, jak długo przyjdzie im tam pozostać ani co przyniosą kolejne lata.

A teraz my, po ponad czterystu latach, szliśmy ulicami Winnicy, próbując odtworzyć ich pierwszy poranek w mieście.

W zeszycie ojca zachowała się scena, którą szczególnie lubiłam. Mogłam ją sobie wyobrazić niemal jak kadr z filmu.

Gdy Stanisław stanął w antykamerze zamku starosty Kalinowskiego, jego kontusz nosił już wyraźne ślady podróży, on sam jednak trwał wyprostowany, z dłonią wspartą na rękojeści szabli.

Jeremiasz zatrzymał się krok za nim. W przeciwieństwie do przyjaciela nie sprawiał wrażenia człowieka szukającego wojennej sławy. Uważnie obserwował wnętrze komnaty, wiszące na ścianach mapy i stosy dokumentów leżących przy sekretarzyku.

Starosta siedział przy oknie, pogrążony w rozmowie z oficerem. Dopiero po chwili uniósł wzrok.

— Kto zacz? — Zapytał krótko.

Wyobrażałam sobie, że Stanisław podniósł głowę, gotów odpowiedzieć bez wahania, a Jeremiasz, stojący tuż za nim, zdążył już zauważyć więcej szczegółów niż obaj rozmówcy razem wzięci.

Kalinowski nie był człowiekiem, który przyjmowałby nowych ludzi wyłącznie na podstawie listów polecających. Na kresach potrzebował żołnierzy, ale również ludzi rozsądnych, umiejących ocenić niebezpieczeństwo i nie tracących głowy w trudnych okolicznościach.

Ojciec zapisał dalszą rozmowę:

Kalinowski powoli odstawił kielich z winem.

— A czego ode mnie chcecie?

— Służby w wojsku? — odpowiedział Stanisław.

Starosta przez chwilę przyglądał mu się badawczo.

— Umiesz walczyć?

— Umiem jeździć konno i ciąć szablą.

Kalinowski parsknął cicho i spojrzał w stronę uśmiechniętego oficera.

— To umie co drugi szlachcic po gorzałce. Ja pytam, czy potrafisz przeżyć na stepie.

Stanisław milczał.

— Czytasz z trawy jak z księgi? — ciągnął starosta. — Poznasz po ptakach, gdzie idzie czambuł? Wytrzymasz trzynaście godzin w siodle bez snu?

Stanisław zacisnął dłoń na rękojeści szabli.

— Nauczę się.

Starosta uśmiechnął się lekko.

— Dobrze odpowiedziałeś. Głupiec powiedziałby, że już wszystko umie.

W tej krótkiej wymianie zdań było coś, co sprawiało, że Stanisław stawał się dla mnie prawdziwym człowiekiem. Nie nieustraszonym bohaterem, który od początku wszystko potrafił, ale młodym szlachcicem, który miał ambicję i odwagę przyznać, że wiele jeszcze przed nim.

Starosta Kalinowski zwrócił się do Jeremiasza.

— A ty? Też szukasz miejsca w chorągwi?

Jeremiasz zawahał się przez moment.

— Jeśli łaska pana starosty pozwoli, wolałbym służbę spokojniejszą od wojennej.

Tutaj zawsze zatrzymywałam się na chwilę. Jeremiasz nie był przecież tchórzem. Ukończył tę samą naukę co Stanisław, znał się na szabli, odbył podobne przygotowanie wojskowe. Wiedział jednak, że jego miejsce może znajdować się gdzie indziej.

Wyobrażałam sobie, że starosta spojrzał na niego z większym zainteresowaniem.

— A cóż to za służba, którą uważasz za spokojniejszą? — mógł zapytać.

— W kancelaria, jeśli pan starosta uzna mnie za przydatnego. Umiem czytać i pisać, znam łacinę. Potrafię zachować w pamięci to, co powinno pozostać tajemnicą.

To już były moje słowa, nie zapis ojca. Ale pasowały do Jeremiasza: uważnego, rozsądnego, mniej skłonnego do efektownych deklaracji niż Stanisław.

Może Kalinowski uśmiechnął się wtedy pod wąsem.

— A więc jeden chce służyć szablą, drugi piórem. Zobaczymy, który z was będzie miał więcej pracy.

I tak, w mojej wyobraźni, rozpoczęła się ich wspólna historia w Winnicy.

Za oknami zamek powoli pogrążał się w czerwonym świetle zachodzącego słońca. Gdzieś daleko, od strony stepu, przeciągle zawył wilk.

Stanisław spojrzał na przyjaciela z ulgą.

— A więc jednak unikniesz wojaczki.

— Nie zapeszaj — powiedział Jeremiasz. — Na tych ziemiach człowiek może zginąć nawet od źle postawionego przecinka.

— Jeszcze żyjesz — roześmiał się Stanisław.

— Powtarzam ci — mruknął, poprawiając pas przy kontuszu — jeśli Tatarzy kiedyś mnie dopadną, umrę przez ciebie.

Kiedy tego letniego poranka w 2019 roku ruszyliśmy na poszukiwanie miejsca po zamku, wiedziałam, że nie zobaczę takiej budowli, jaką podsuwała mi wyobraźnia. Dawne warownie Winnicy były drewniane i nie przetrwały w postaci efektownych ruin. W dodatku źródła historyczne nie zawsze jednoznacznie wskazują lokalizację poszczególnych zamków.

Szczególnie interesowała nas wyspa Kempa na Bohu, wiązana z dawną warownią. Chcieliśmy zobaczyć jej położenie, przyjrzeć się rzece i spróbować zrozumieć, jak wyglądała przestrzeń, w której przed wiekami mogła funkcjonować siedziba starosty.

— No dobrze, to gdzie właściwie jesteśmy? — zapytał Karol, pochylając się nad mapą. — Bo z tego, co czytam, wynika, że zamków było tu więcej niż jeden, a każdy opisuje się trochę inaczej.

— Czyli tradycyjnie — odpowiedział Konrad. — Człowiek przyjeżdża znaleźć zamek, a najpierw musi ustalić, który zamek ma na myśli.

— I gdzie go postawili — dodała Majka.

— A potem okazuje się, że zamek był drewniany, więc nie ma już czego szukać.

Majka roześmiała się.

— Chciałabym zobaczyć, jak wyglądał i całe jego otoczenie. ludzi, stroje, konie, wnętrza. Wyobrażasz sobie, jak musiało tam być?

— Wyobrażam sobie przede wszystkim Stanisława — powiedziałam. — Dwadzieścia jeden lat, znoszony kontusz, ojcowska szabla i przekonanie, że zaraz pokaże staroście, na co go stać.

— A Jeremiasz? — zapytał Karol.

— Jeremiasz patrzył na mapy i dokumenty — odparłam. — Przynajmniej tak pisze tata. Podejrzewam, że już wtedy wiedział, iż szabla nie rozwiązuje wszystkich problemów.

— Rozsądny człowiek — podsumował Konrad. — W informatyce też czasami lepiej przeczytać dokumentację, niż od razu brać się za walkę z systemem.

Nie mieliśmy pewności, czy właśnie tam, na wyspie Kempa znajdowało się miejsce, w którym Stanisław i Jeremiasz zostali przyjęci na służbę. Nie zamierzałam udawać, że kilka starych murów albo widok na rzekę rozwiąże wszystkie zagadki. Ważne było samo dotarcie do tej części miasta i skonfrontowanie rodzinnej opowieści z rzeczywistym krajobrazem.

Po drodze oglądaliśmy Winnicę współczesną: jej główną ulicę, zabytkowe budynki, kościoły, place i nabrzeże. Zatrzymywałam się, żeby zrobić zdjęcia, a Majka zwracała uwagę na detale architektury. Karol i Konrad sprawdzali informacje i zastanawiali się nad historycznym układem miasta.

W końcu poszliśmy do restauracji. Po kilku godzinach chodzenia taki zwyczajny przystanek stawał się małym świętem. Zamówiliśmy coś do jedzenia, odpoczęliśmy i jeszcze raz rozmawialiśmy o Stanisławie i Jeremiaszu. Myślę, że każdy z nas miał wówczas własny obraz tamtych młodych ludzi.

— Wiecie, co mnie zastanawia? — zaczęłam. — Wszyscy opowiadają o dawnej szlachcie tak, jakby od rana do wieczora walczyli albo ucztowali. A przecież oni też mieli swoje zwyczajne dni.

— Jeremiasz pewnie od rana siedział w papierach — stwierdził Konrad.

— A Stanisław czekał na rozkaz, ćwiczył albo zajmował się końmi — dodał Karol. — I pewnie nie zawsze było tak romantycznie, jak nam się wydaje.

— Zimno, błoto, niewygodne kwatery, kiepskie jedzenie — wyliczyła Majka. — I żadnej możliwości, żeby po ciężkim dniu zamówić sobie kawę.

— Ja bym został w kancelarii — oznajmił Konrad.

W takich chwilach historia przestawała być odległym światem nazwisk, dat i bitew. Zaczynała przypominać życie ludzi, którzy mieli swoje przyzwyczajenia, ambicje i słabości. Może właśnie tego najbardziej szukałam w opowieści ojca — nie tylko odpowiedzi na pytanie, gdzie byli nasi bohaterowie, lecz także wyobrażenia, jacy mogli być.

Następnego dnia o świcie wyruszyliśmy w dalszą drogę

Karol jeszcze raz zerknął na mapę.

— Sześćdziesiąt pięć kilometrów. Niby niedużo.

— W dzisiejszych warunkach — zauważył Konrad. — Spróbuj przejechać to konno, po siedemnastowiecznych drogach.

— Jutro będziemy mogli się przekonać na własnej skórze — powiedziała Majka. — Myślę, że niektóre drogi na Ukrainie od siedemnastego wieku nie doczekały się remontu.

Roześmialiśmy się. Sześćdziesiąt pięć kilometrów na mapie było zaledwie cienką kreską. Przed nami rozciągało się jednak Podole — z jego szerokimi przestrzeniami, drogami pamiętającymi inne czasy i odległościami, które najlepiej mierzyło się nie kilometrami, lecz godzinami spędzonymi w siodle. Na razie mieliśmy pokonać ten dystans samochodami. Prawdziwa próba miała zacząć się później, kiedy przez sześć dni przyjdzie nam zdawać się na konie, drogę i własną wytrzymałość.

Zostawialiśmy za sobą Winnicę, jej ulice, rzekę i przestrzeń, w której niegdyś stała drewniana warownia. Nie dała nam wszystkich odpowiedzi, ale zostawiła coś ważniejszego niż komplet historycznych ustaleń: możliwość zobaczenia miejsca, które wcześniej istniało wyłącznie w opowieści.

Z zeszytu ojca:

Stanisław siedział z towarzyszami w zamkowej sali i śmiał się razem z nimi. Jeszcze jesienią czuł się między tymi ludźmi obco — zbyt młody, zbyt dobrze wychowany, zbyt dobrze wykształcony. Teraz coraz rzadziej zwracano się do niego „paniczu”, a coraz częściej po prostu „Stanisławie”.

Tylko Jeremiasz pozostawał niezmienny.

Z zapałem pracował w kancelarii starosty nad rachunkami i korespondencją. Kiedy Stanisław zaglądał tam późnymi popołudniem, znajdował przyjaciela pochylonego nad stołem przy świetle łojowych świec.

— Jeszcze pracujesz? — zapytał któregoś wieczoru.

Jeremiasz nawet nie podniósł głowy.

— Ktoś musi pilnować, by wasze żołdy się zgadzały.

— Żołdu i tak nie wypłacą na czas.

— Ale w księgach ma się zgadzać — odparł z cieniem uśmiechu.

Stanisław usiadł naprzeciw niego i przez chwilę przyglądał się przyjacielowi w milczeniu. Dopiero potem spytał ciszej:

— Żałujesz, że cię tu wyciągnąłem?

Jeremiasz długo obracał pióro między palcami.

— Jeszcze jesienią powiedziałbym, że tak.

— A teraz?

— Teraz mam przynajmniej wrażenie, że żyję naprawdę.

Stanisław uśmiechnął się lekko. Nie odpowiedział, lecz po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuł, że Jeremiasz odnalazł tu dla siebie miejsce.

You may also like

4 komentarze

Magdalena 2026-10-25 - 21:25

Bardzo poruszył mnie wątek zeszytu ojca. To niezwykłe, że zapisane przed laty słowa mogą po czasie stać się przewodnikiem po miejscach, których autor być może nigdy nie zobaczył w taki sposób jak Wy. W tej opowieści historia rodzinna łączy się z historią kraju, a przeszłość przestaje być czymś odległym. Dziękuję za tę podróż i pozdrawiam serdecznie.

Reply
Szeliga 2026-10-25 - 22:07

Stanisław i Jeremiasz od razu wzbudzili moją sympatię. Jeden z szablą, drugi z piórem — jestem ciekawa, jak potoczyły się ich dalsze losy. 🙂

Reply
Marzena 2026-10-25 - 22:31

Scena rozmowy ze starostą Kalinowskim bardzo mi się podobała. Szczególnie zdanie o tym, że głupiec powiedziałby, iż już wszystko umie. Jest w nim sporo życiowej mądrości, która pozostaje aktualna także dzisiaj. Podoba mi się również sposób, w jaki oddzielasz to, co zapisał ojciec, od własnych wyobrażeń. Dzięki temu można czytać opowieść z przyjemnością, a jednocześnie wiedzieć, gdzie kończy się źródło, a zaczyna literacka rekonstrukcja.

Reply
Anna W. 2026-10-25 - 22:53

Cenię to, że nie próbujesz na siłę dopasować rzeczywistości do rodzinnej opowieści. Piszesz otwarcie, że nie wiadomo dokładnie, gdzie znajdował się zamek i czy właśnie tam rozgrywały się opisane wydarzenia. Wydaje mi się, że takie podejście jest bardzo ważne w odkrywaniu przeszłości. Nie wszystko da się udowodnić, ale można uczciwie szukać, porównywać źródła i próbować zrozumieć dawny świat. Pozdrawiam serdecznie 🙂

Reply

Leave a Comment