Za wschodnią rubieżą, został mój dom rodzinny — dom, w którym śmiano się i śpiewano, w którym płonął ogień w kominku i pachniały jabłka z ogrodu. Ten dom legł w popiele. Zaorano po nim ziemię, by nikt z nas nie rozpoznał miejsca swego urodzenia. Tam, gdzie dawniej rosły róże, dziś hula wiatr i zalega cisza — głucha jak po śmierci.
Z domem spłonęły wszystkie pamiątki: książki, listy, obrazy, wspomnienia o poprzednich pokoleniach. Rozkradziono srebra, potłuczono kryształy, rozszarpano gobeliny. Nawet pamięć o tamtych miejscach próbowano zetrzeć z powierzchni ziemi.
Nie zostało nic.
Wyruszyłam na tułaczkę, niosąc w sobie ból i tęsknotę, nie mając nawet miejsca, gdzie można by zapłakać nad losem utraconym. Lecz moje serce zostało tam — w popiołach domu, w ogrodzie, wśród mogił przodków.
Czy ja, która tam mieszkałam do roku 1944, mogłam nie tęsknić za Ziemią Wołyńską? Czy mogłam zapomnieć o domu i o głosach ludzi, którzy byli moim światem?
Przez dziesięciolecia nie mogłam odwiedzać miejsc, w których dorastałam. Nie wolno mi było stanąć pod starym jaworem, który rósł obok naszego domu. Nie wolno było nawet wspominać — zbyt niebezpieczne było pamiętać to, co sowiecka propaganda próbowała zamazać i przekręcić.
Słuchałam więc w milczeniu, jak mówią o naszej ziemi, że za Polski niszczono, gnębiono, że nie było tam miłości ni porządku. A przecież ja pamiętam inaczej. Pamiętam pola, które rodziły. Pamiętam ludzi prostych, a dumnych, żyjących w zgodzie z ziemią i z Bogiem.
Zostały mi tylko wspomnienia.
To one przez wszystkie te lata były moją ojczyzną. I choć świat się odmienił, pamięć o tych ziemiach trwa — bo póki ktoś wspomina, tamta ziemia jeszcze żyje. Dlatego te słowa piszę — by ocalić ją od zapomnienia.
Mój ojciec, Antoni Dygasiński,
urodził się 23 września 1872 roku, jako jedyne dziecko Ignacego i Agnieszki z Zielińskich. Od młodości wyróżniał się nie tylko urodą, ale i pewnym nieuchwytnym wdziękiem, który sprawiał, że ludzie lgnęli do niego z sympatią. Zawsze elegancki, nienagannie ubrany, miał w sobie tę dawną ogładę, jakiej już dziś się nie spotyka. Tańczył lekko, jakby z natury, a w siodle siedział z dumą i pewnością, jak przystało synowi z dobrego domu.
Gimnazjum i studia ukończył w Warszawie, lecz jego dusza pragnęła sceny. Marzył o teatrze, o blasku rampy, o słowie, które porusza serca. Spróbował więc szczęścia we Lwowie, gdzie z entuzjazmem przyjęto jego talent i urok osobisty. Jednak życie szybko zweryfikowało te marzenia.
Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa,
ojciec nie zawahał się ani chwili. Zamiast sceny wybrał front — zamiast oklasków, huk dział. Walczył o Polskę, która wtedy dopiero rodziła się na nowo. Już na początku wojny został ciężko ranny w nogę. Rana nigdy się do końca nie zagoiła. Od tamtej pory utykał, wspierał się na lasce, ale nosił ją z godnością, jakby była symbolem przebytej drogi, a nie kalectwa.
Aktorstwo stało się niemożliwe — los zamknął przed nim scenę, ale otworzył inny świat: codzienności, obowiązku, pracy i rodziny. Nigdy jednak nie przestał mieć w oczach tego błysku, który zdradzał marzyciela. Czasem, gdy siadał wieczorem w fotelu, widziałam w jego spojrzeniu cień tamtego młodego mężczyzny ze Lwowa, który wierzył, że wszystko jeszcze przed nim.
W roku 1905, podczas pobytu w Warszawie, ojciec poznał kobietę, która odmieniła jego życie — moją matkę, Rozalię Potocką. Nazwisko miała znane, choć, jak zwykła żartować, nie z tych Potockich — z tych skromniejszych, mniej sławnych, ale z sercem szczerym i rozumem jasnym. Była osobą cichą, a zarazem stanowczą, z natury pogodną i pełną taktu. Ojciec od razu ją polubił — może za jej prostotę, może za spokój, który łagodził jego artystyczną duszę.
Ślub odbył się w roku 1906 w Warszawie.
Z czasem zamieszkali na Wołyniu, gdzie ojciec odnalazł to, czego szukał — przestrzeń, która koiła wspomnienia wojny, i dom, w którym rozbrzmiewał śmiech dzieci.
Pierwszy na świat przyszedł Leon, dnia 3 grudnia 1908 roku — chłopiec żywy, ciekawski, z błyskiem w oku po ojcu. Trzy lata później, 10 sierpnia 1911 roku, urodziłam się ja — Marianna.
Matka mawiała potem, że przyszłam na świat w czasie największych upałów, kiedy powietrze drżało od słońca, a zboża złociły się na polach. Dziecko z ognia i światła — śmiała się, ocierając pot z czoła. Ojciec, gdy mnie pierwszy raz wziął na ręce, miał podobno powiedzieć półżartem: Oto moja mała aktorka — oby jej życie było mniej dramatyczne niż moje.
Wraz z bratem Leonem uczęszczaliśmy do szkoły średniej w Kowlu.
To były lata młodości, pełne zapału i wiary, że świat stoi przed nami otworem. Uczyliśmy się pilnie, bo rodzice zawsze powtarzali, że wiedza to jedyne, czego nikt człowiekowi nie odbierze. Po zdaniu egzaminu dojrzałości Leon rozpoczął studia w Wyższej Szkole Mierniczej, a ja — kierując się raczej sercem niż modą — zapisałam się na Kursy Medyczne dla Kobiet. Chciałam pomagać ludziom, zrozumieć cierpienie, może w jakimś sensie naprawić to, co wojna zniszczyła w ojcu i tylu innych.
Miałam wtedy narzeczonego,
nazywał się Henryk Jaworski. Był miły, dobrze wychowany, z porządnej rodziny. Wydawało się, że wszystko prowadzi ku małżeństwu, lecz los chciał inaczej. Nie wyszło… I może dobrze, bo serce już szykowało dla mnie inną drogę.
Podczas karnawału w 1936 roku poznałam człowieka, który odmienił moje życie — mojego przyszłego męża, Wacława. Był to wieczór balowy, pełen muzyki, świateł i śmiechu. Tańczyliśmy walca, a ja pamiętam do dziś, że gdy mnie objął, poczułam dziwne, ciche przekonanie, że to właśnie on. Że przy nim zatrzyma się mój los.
Wacław, mój przyszły mąż, urodził się 16 kwietnia 1898 roku — dwa ogniste znaki zodiaku spotkały się więc, gdy nasze drogi się skrzyżowały. Był człowiekiem silnym duchem, pełnym energii, choć życie nie zawsze mu sprzyjało. Próbował szczęścia w wojsku — marzył o karierze oficera, o mundurze, który dla jego pokolenia był symbolem honoru i służby Ojczyźnie. Jednak los okazał się przewrotny. Wypadek, który przeszedł, przekreślił te plany. Zamiast frontu i marszów pozostała mu cywilna droga — spokojniejsza, lecz nie mniej odpowiedzialna.
15 listopada 1936 roku wzięliśmy ślub.
Był to dzień chłodny, ale pełen światła — jakby samo słońce chciało nam błogosławić przez mgłę. Po ślubie zamieszkaliśmy we Włodzimierzu Wołyńskim, mieście, które szybko stało się naszym domem. Po zakończeniu służby w 23 Pułku Piechoty im. pułkownika Lisa-Kuli, Wacław rozpoczął pracę jako zawiadowca stacji. Kolej była jego życiem — wszystko w niej miało porządek, rytm, sens. Pociągi przychodziły i odchodziły jak ludzie w życiu: jedni na chwilę, inni na zawsze.
Tam, we Włodzimierzu, rozpoczęły się nasze najpiękniejsze lata. 4 sierpnia 1937 roku urodziła się nasza córka, której daliśmy imiona Janina Wanda. Maleńka, krucha, o oczach błękitnych jak len. Rok później, 16 października 1938 roku, przyszedł na świat nasz syn Roman Stefan — silny, zdrowy chłopiec, którego ojciec od razu wziął na ręce z dumą i łzami w oczach.
Byliśmy wtedy młodzi, szczęśliwi i pełni planów. Nikt nie przeczuwał, że cień wojny już stoi za progiem.
Włodzimierz Wołyński był wówczas miasteczkiem spokojnym,
nieco prowincjonalnym, jakby zatrzymanym w czasie. Nie było tu przemysłu, wielkich zakładów ani bogactwa – za to był porządek, rytm codzienności i znajome twarze. Wszyscy znali się nawzajem, a życie toczyło się niespiesznie: praca, kościół, targ w soboty, spacery po rynku w niedzielne popołudnia.
W letnie dni najwięcej radości przynosiły zawody hippiczne, organizowane przez jednostki wojskowe miejscowego garnizonu. Dzieci biegły tłumnie na plac ćwiczeń, kobiety w jasnych sukniach przystawały przy ogrodzeniu, a mężczyźni dyskutowali o koniach, jakby od tego zależały losy świata. W północnej części miasta znajdowały się koszary 23 Pułku Piechoty imienia pułkownika Lisa-Kuli – największa duma i atrakcja Włodzimierza. Każda parada wojskowa była świętem, a dźwięk orkiestry niósł się daleko po ulicach, mieszając z zapachem lip i kurzem letniego dnia.
Jednak spokój nie trwał długo.
Nadchodził rok 1939 – i z każdym miesiącem coraz częściej mówiło się o wojnie. Nikt jeszcze nie wierzył, że naprawdę wybuchnie, ale w powietrzu wisiało napięcie. Po mobilizacji przez kilka dni wojska stacjonujące w naszym mieście odjeżdżały koleją w stronę Tucholi. Pamiętam te pociągi, pełne młodych twarzy i śpiewu, który brzmiał jak pożegnanie.
3 września spadły na miasto pierwsze bomby. Potem kolejne – codziennie, o różnych porach, bez litości. W ogrodach, na łąkach i przy torach biwakowali uciekinierzy z centralnej Polski – zmęczeni, głodni, z dziećmi i tobołkami w dłoniach…
A potem przyszedł 17 września 1939 roku.
Armia Czerwona wkroczyła od wschodu, głosząc „wyzwolenie spod ucisku burżuazyjnej Polski”. Włodzimierz zajęto bez walki. Sowieci mówili o wolności, szczęściu i nowym porządku, ale wszyscy czuliśmy, że to tylko słowa. Wkrótce zaczęły się zebrania, przemówienia i nakazy. W październiku zorganizowano głosowanie, po którym nasze ziemie włączono do Związku Radzieckiego. Nikt nas o zdanie nie pytał.
Wszyscy mieszkańcy dostali przymusowe obywatelstwo radzieckie. Trzeba było uczyć się nowych słów, nowych zasad, nowych gestów. Znajomy nauczyciel, Polak z dziada pradziada, otrzymał rozkaz napisania wiersza na cześć „Ojca Narodów” i „nowej rzeczywistości”. Napisał – bo musiał.
Nasz sąsiad, Ukrainiec, coraz częściej podśpiewywał dumki, w których więcej było gniewu niż melodii. Wiedziałam, o czym myśli – o Samoistnej Ukrainie, o Polsce, która miała zniknąć. Czułam strach, czułam niepewność. Miałam już wtedy dwoje dzieci, a w lutym 1940 roku urodziłam jeszcze bliźnięta. Zamiast radości towarzyszył mi lęk – ludzie znów mówili o wojnie…
Ale życie toczyło się dalej.
3 kwietnia 1940 roku mój brat Leon ożenił się z Reginą Zofią – córką doktora Wybrańczyka z Kowla. Pamiętam ten dzień dobrze – pierwszy raz od dawna ktoś się uśmiechał naprawdę.
A potem nadszedł 22 czerwca 1941 roku.
Wojska niemieckie zaatakowały Związek Radziecki. Jeszcze dziś słyszę warkot ciężko obładowanych junkersów, lecących na wschód. Wkrótce w mieście pojawili się Niemcy, a na drogach ciągnęły w przeciwnym kierunku kolumny radzieckich jeńców – brudnych, głodnych, milczących.
Zima 1941/42 była surowa – mróz, głód, strach. Palono wszystko, co drewniane: płoty, drzewa z miejskiego parku, nawet meble. Kolejarze mówili o transportach poodmrażanych Niemców, a żandarmeria kazała oddawać kożuchy – kto się sprzeciwił, był rozbierany na ulicy.
Były rewizje w domach, zabierano ciepłe ubrania i wysyłano swoim żołnierzom na wschodni front. Przyszli też do nas. Wandzia miała wtedy trzy i pół roku. Śliczna blondyneczka od razu spodobała się młodemu Niemcowi: So wie meine Heike („Taka jak moja Heike”) – powiedział ze łzami w oczach.
Ciepłe ubrania schowane były w łóżeczku bliźniąt, pod materacem. Nie zajrzeli tam.
Lato 1942 roku przyszło piękne, jakby wbrew wszystkiemu. Słońce paliło, zboża dojrzewały, ptaki śpiewały, jak dawniej. Tylko człowiek już nie był ten sam…
Wacław nigdy nie potrafił stać z boku, gdy działo się zło.
Już wcześniej mówił, że wojna nie skończy się szybko i że przyjdzie taki czas, kiedy każdy będzie musiał opowiedzieć się po którejś stronie. Jako zawiadowca stacji miał pewne możliwości – znał ludzi, wiedział, które transporty jadą gdzie, a które wracają puste. Czasem szeptem wspominał o przesyłkach, które „nie dotarły na miejsce”, o ludziach, których udało się wywieźć dalej, poza miasto. Nie pytałam o szczegóły – im mniej się wiedziało, tym bezpieczniej było dla wszystkich.
Na początku 1943 roku Niemcy przystąpili do likwidacji getta. Przez kilka dni ciężarówki odjeżdżały z Włodzimierza w kierunku lasu Piatydnie. Wacław to widział. Wrócił wtedy do domu blady, z oczami, w których nie było już światła. Nie powiedział wiele – tylko: Tego się nie da zapomnieć.
Wokół zaczynało się dziać coraz gorzej. Już w 1942 roku pojawiały się pogłoski o ukraińskich bandach atakujących polskie wsie, ale od stycznia 1943 roku te wieści zamieniły się w krwawe fakty. Wioski płonęły, ludzie ginęli w nocy, a Wołyń pogrążał się w chaosie. Mówiono, że to „czystka etniczna”, że chodzi o ziemię, ale dla nas to była po prostu rzeź — sąsiedzi mordowali sąsiadów.
W tych dniach na Wołyniu nie było już prawa.
Niemcy zajęci byli frontem, administracja bezsilna, a meldunki Armii Krajowej mówiły wprost: Stan panujący na Wołyniu przypomina zupełnie dzikie pola.
W takich warunkach Wacław włączył się w działalność ruchu oporu.
Myślę, że pomagał, jak mógł – znał tory, transporty, rozkłady jazdy. Mógł przekazywać wiadomości, ukrywać ludzi, ułatwiać przejazdy. Niewiele wiem, bo o takich rzeczach się nie mówiło. Ale pamiętam, że często wychodził nocą, cicho, bez słowa.
8 czerwca 1943 roku nie wrócił już do domu.
Do dziś nie wiem, co się z nim stało.
Według relacji świadków, Wacław został tego dnia o północy zatrzymany przez niemieckich żandarmów i tego samego dnia rozstrzelany. Tak brzmiał urzędowy zapis. Ale w mojej pamięci to nie tylko słowa. To noc bez końca.
Gdy nadeszła wiadomość o jego śmierci, przeniosłam się z dziećmi do rodzinnego domu w Kowlu.
4 stycznia 1944 roku wojska sowieckie przekroczyły dawną granicę polsko-sowiecką w rejonie Rokitna. Wołyń stał się zapleczem frontu – zapełniły się drogi, pola, tory. Niemcy zaczęli ewakuację, a w tym całym zamęcie Armia Krajowa przystąpiła do realizacji planu „Burza” – akcji zbrojnej mającej na celu wystąpienie przeciw Niemcom i ujawnienie wobec Sowietów polskiej administracji i wojska.
W lutym 1944 roku wywieziono mnie wraz z dziećmi i moimi rodzicami na przymusowe roboty do Niemiec.
Jechaliśmy dwa tygodnie w zaplombowanych, bydlęcych wagonach. Ciemno, duszno, zimno. Dzieci płakały, starzy milczeli, każdy wpatrzony w swoje myśli, jakby próbował zrozumieć, dokąd nas wiozą i po co. Najpierw dowieźli nas do Krakowa. Tam odczepiono połowę wagonów i skierowano w stronę Oświęcimia. Patrzyłam na to z przerażeniem, nie wiedząc, czy los nas ominie, czy tylko odwlecze się w czasie.
Po przyjeździe do Niemiec zabrano nam brudne ubrania i skierowano do łaźni. Wszystko działo się szybko, bez słowa, jakbyśmy przestali być ludźmi. Mieszkaliśmy potem w baraku – na środku stał żelazny piecyk, trociniak, który miał ogrzewać całą izbę. Zimy w Niemczech nie były bardzo mroźne, ale wilgoć i smutek przenikały do kości.
Ojciec mój, który znał kilka języków, został tłumaczem.
Dzięki temu pracował w kuchni i dostawał dodatkowe kartki żywnościowe oraz przydział mleka. Mama nie pracowała – była już słaba. Ja sprzątałam na dworcu kolejowym, a potem w gospodarstwie rolnym u bauera. Był to człowiek, o dziwo, dobry. Nie mieli z żoną dzieci, więc moje pociechy bardzo polubili – szczególnie Wandę. Bałam się, że będą chcieli mi ją zabrać, bo coraz częściej dawali mi do zrozumienia, że chcieliby ją zatrzymać przy sobie.
Obóz w Wuppertalu był międzynarodowy.
Obok nas mieszkali Francuzi, którzy od czasu do czasu dostawali paczki żywnościowe. Moje dzieci chodziły do nich, żeby coś zjeść, choćby kawałek chleba, owoc, trochę słodyczy. Chorowały wtedy na koklusz. Pewnego dnia, kiedy dowiedziały się, że Francuzi dostali paczkę, poszły do nich. Dali im mrożone pomidory. Wandzia nie chciała jeść, więc Romek zjadł swoją porcję i jej.
Wkrótce zachorował. Dyfteria (błonica) – rozwinęła się błyskawicznie. Niemieccy „lekarze” zabrali go do izby chorych. Nie pozwolili mi wejść. Po chwili wyszli. Powiedzieli tylko, że „sprawa załatwiona”. Wiem, że dostał zastrzyk z fenolu. Zmarł 14 sierpnia 1944 roku, miał sześć lat.
Nie ma słów, które mogłyby opisać ten ból.
W obozie nie wolno było płakać głośno. Ale każdej nocy szeptałam jego imię, jakby mógł mnie jeszcze usłyszeć.
W tym samym czasie Wandzia uległa wypadkowi – wpadła pod samochód. Niemcy zabrali ją do szpitala. Piękna, jasnowłosa, z niebieskimi oczami po ojcu – szybko nauczyła się niemieckiego i mówiła płynnie. Leczono ją dobrze, choć nie mogłam jej odwiedzać. W czasie nalotów cały szpital przeniesiono do piwnic. Wanda miała wtedy siedem lat.
Po powrocie opowiadała,
że bardzo ją bolało i że krzyczała z bólu, a wtedy żołnierze zagrozili, że jeśli nie przestanie, to ją uduszą. Wspominała też, że na Boże Narodzenie każdemu dziecku w szpitalu postawiono na szafce małą choineczkę – tylko ona nie dostała. Pewnie dlatego, że jestem Polką – powiedziała.
Nie potrafiłam jej odpowiedzieć. Przytuliłam ją tylko mocno, bo w świecie, w którym ginęły dzieci, każde żywe dziecko było cudem.
Po wyzwoleniu obozu w marcu 1945 roku,
mieliśmy możliwość wyjazdu do Belgii. Moi rodzice zdecydowali się tam pojechać. Mnie jednak ten pomysł nie odpowiadał – pragnęłam wrócić do Polski. Wybrałam więc drogę przez Czechy.
Dlaczego przez Czechy? Pewien Czech, a właściwie Słowak, o imieniu Václav, zaproponował nam wspólny powrót. Obiecał różne wygody, pomoc, bezpieczeństwo – a ja, zmęczona i zdesperowana, uwierzyłam. Niestety okazało się, że moje dzieci i ja byliśmy mu potrzebni tylko do szybkiego i bezproblemowego dotarcia do domu.
Na stacji w Bratysławie czekała na niego dość liczna rodzina. Zostawił nas na dworcu i odszedł. Siedziałam zszokowana z dziećmi przez kilka godzin. Wanda miała wtedy osiem lat, bliźniaki – cztery. Pod wieczór starsza kobieta zabrała nas do swojej ubogiej chatki, gdzie spędziliśmy kilka dni…
W końcu dotarliśmy do Polski.
Odwiedziliśmy rodzinę: brata Leona w Koluszkach, cioteczną siostrę Józię Kłosińską w Tarnobrzegu, ale i tam nie było dla nas miejsca. Wędrowaliśmy z miasta do miasta: Bratysława, Tarnobrzeg, Koluszki, Katowice, Wrocław, szukając dachu nad głową.
Wreszcie ktoś doradził mi, aby udać się do Urzędu Repatriacyjnego, ponieważ przed wojną mieszkałam z dziećmi za Bugiem.
W tamtych chwilach dotarło do mnie gorzkie prawdziwe zdanie: „Wszystkie dobra rodzinne Dygasińskich zostały na Wołyniu, należącym teraz do ZSRR…”. Nic nie zostało, oprócz wspomnień i determinacji, by przetrwać i dać dzieciom dom, choćby tymczasowy.
Pierwszym punktem na drodze do nowego życia była stacja w Dziedzicach.
Tam, 8 września 1945 roku, otrzymałam specjalną przepustkę, uprawniającą do jednorazowego, bezpłatnego przejazdu wszystkimi środkami transportu do Katowic. Dokument potwierdzał, że jestem repatriantką ze Wschodu i prosił władze państwowe oraz samorządowe o udzielenie mnie i dzieciom wszelkiej możliwej pomocy.
W 1947 roku przydzielono mi gospodarstwo we wsi Krośnice niedaleko Milicza. Był to pierwszy krok do samodzielnego życia po wojennej tułaczce. Nie miałam jednak doświadczenia w pracy na roli – nie znałam się ani na uprawie ziemi, ani na hodowli zwierząt – dlatego z czasem zrezygnowałam z prowadzenia gospodarstwa.
Pod koniec kwietnia 1952 roku, w zamian za gospodarstwo otrzymałam dom z niewielkim ogródkiem w Wierzchowicach, gmina Krośnice, w powiecie milickim.
W tym samym czasie rodzice, wrócili z Belgii. Zamieszkali ze mną w nowym domu i pomagali w codziennych obowiązkach. Dzieci już były odchowane.
Rozpoczęłam pracę w szpitalu jako położna.
Musiałam też uporządkować swoje sprawy formalne. Wojenne doświadczenia pozostawiły mnie w trudnej sytuacji prawnej – byłam wdową, a w dokumentach wciąż figurowałam jako mężatka. 15 września 1948 roku, dzięki zebranym dokumentom i świadkom, Sąd Grodzki w Miliczu wydał postanowienie o uznaniu Wacława za zmarłego, tym samym kończąc etap wojennego zamieszania.
Miałam rodzinę – rodziców, troje dzieci – ale brakowało mi kogoś naprawdę bliskiego sercu.
Zawsze czułam się młoda, przynajmniej duchem, i próbowałam ułożyć sobie życie po swojemu. Najpierw był Słowak, potem Jan, który malował portrety ze zdjęć – po nim został mi całkiem udany portret, do dziś wiszący na ścianie. Aż w końcu pojawił się Wacek, trzynaście lat młodszy ode mnie.
Ślub wzięliśmy 25 października 1952 roku.
Miałam wtedy czterdzieści jeden lat, a on dwadzieścia osiem. Zwariowałam na jego punkcie tak bardzo, że nawet nie zwróciłam uwagi, że w dniu naszego ślubu Wandzia miała poważną operację kręgosłupa. Powinnam była być przy niej, ale… serce wygrało. Poszłam do ślubu.
A potem przyszła smutna wiadomość.
25 października 1958 roku zmarł mój ojciec, Antoni Dygasiński, w szpitalu w Koźminie. Tego ranka obudził się i nie mógł wypowiedzieć ani jednego słowa – stracił mowę. Zawsze był żartownisiem, więc na początku mama pomyślała, że sobie żartuje. Jeszcze mu powiedziała parę nieprzyjemnych słów, zanim wezwała pogotowie. Zabrano go do szpitala neurologicznego w Koźminie Wielkopolskim, ale chyba było już za późno. Patrzę na te wydarzenia i próbuję je połączyć – lekki udar? Wylew? Stracił mowę, ale wstał i chodził, choć w jego oczach widać było niepokój, którego nie mógł wypowiedzieć…
Na początku lat pięćdziesiątych Wanda zachorowała na gruźlicę kości.
Spędziła wiele lat w szpitalu i sanatorium w Kamiennej Górze, gdzie ukończyła Państwową Szkołę Ogólnokształcącą oraz zaocznie szkołę kreślarską. To tam poznała przyszłego teścia Michała TU, a niedługo później jego syna, Stanisława TU. Po ślubie zamieszkali w Boguszowie, gdzie Staszek pracował w lecznicy weterynaryjnej. W 1961 roku, po śmierci Ireny – matki Staszka, przenieśli się do Puław TU.
Moja mama, Rozalia Dygasińska
była już damą z „ósmym krzyżykiem”, ale wciąż pełną życia i energii. Dbała o zdrowie i wygląd w sposób godny podziwu. Codziennie rano chodziła na mszę świętą nie do pobliskiego kościoła, ale do sąsiedniej wsi, cztery kilometry w jedną stronę. Nie jadła nic tłustego, przeważnie warzywa i owoce, czasem chudy nabiał, a dla dodania sobie wigoru codziennie wypijała „naparsteczek” koniaku. Jej kondycja i pamięć budziły powszechny podziw.
Pewnego zimowego ranka życie postawiło przed nią okrutną próbę – złamała nogę w biodrze.
W tym czasie urodziła się moja wnuczka. Mama doczekała się prawnuczki i była przeszczęśliwa – bardziej niż kiedykolwiek z wnuków. Chciała ją zobaczyć, ale złamane biodro unieruchomiło ją na dobre. Kiedy dziecko skończyło trzy miesiące, Staszek zrobił jej zdjęcia. Kiedy je zobaczyła, oczy jej zalśniły szczęściem – patrzyła na prawnuczkę z czułością, której nie potrafiłoby wyrazić żadne słowo.
Rozalia Dygasińska zmarła 30 marca 1962 roku. Brak ruchu i nadziei na poprawę zdrowia odebrało jej życie.
Po czternastu latach małżeństwa
zaczęły pojawiać się drobne pęknięcia, które z czasem stawały się coraz wyraźniejsze. Różnica wieku – trzynaście lat na moją niekorzyść – dawała o sobie znać w drobnych gestach, słowach, cichych aluzjach, które przypominały mi, że jestem starsza. Nie były to wielkie dramaty, lecz codzienne, subtelne ukłucia, które powoli raniły serce.
W końcu zrozumiałam, że muszę podjąć decyzję wyłącznie dla siebie – dla swojej godności, poczucia własnej wartości i spokoju ducha.
Rozstanie z Wackiem. 30 kwietnia 1966 roku…
Po rozwodzie, nie chciałam mieszkać w sąsiedztwie byłego męża. Przeniosłam się do Puław TU i zamieszkałam z córką w domu jej teścia – wkraczając w nowy etap życia – spokojniejszy, pełen samodzielności i wewnętrznej siły, choć wciąż naznaczony doświadczeniami minionych lat.
Miałam 55 lat. Do emerytury brakowało mi pięć lat. Puławski szpital mnie nie przyjął – może byłam już za stara? Postanowiłam działać na własną rękę: założyłam prywatne przedszkole dla trójki dzieci. Chętnych było więcej, ale skromne warunki lokalowe wystarczały dla trójki.
Na emeryturę przeszłam w sierpniu 1971 roku.
Pod koniec lat sześćdziesiątych zmarł Michał. Formalnym właścicielem domu został jego syn, a mój zięć Staszek.
Moi synowie również przenieśli się do Puław. Dostali pracę w Zakładach Azotowych i własne mieszkania. W 1970 roku ożenili się, a niedługo potem przyszły na świat ich dzieci. Ale wnukami się nie zajmowałam – od wychowywania dzieci są przecież rodzice. Ja miałam swoje życie, które chciałam przeżyć najlepiej jak potrafię, bo zauważyłam, że z moją pamięcią zaczyna się dziać coś niedobrego.
Pierwsze objawy zaniku pamięci pojawiły się po 65. roku życia.
Fizycznie czuję się dobrze – spaceruję, spotykałam się z przyjaciółmi. Ale choroba postępuje: zaniki pamięci, wysokie ciśnienie, podwyższony cholesterol, pierwsze symptomy miażdżycy… i świadomość, że pewnego dnia film mojego życia może się urwać.
Najbardziej boli mnie to, że ludzie dziwnie patrzą na moją chorobę. Uśmieszki, irytacja, mówienie, że pytam po kilka razy o to samo – jakby ze mną nie dało się już rozmawiać…
Tracę pamięć dnia dzisiejszego, ale pamiętam dawne czasy.
Chcę zachować te wspomnienia dla mojej wnuczki, która interesuje się historią przodków. Chcę, aby znała nasze życie, nasze radości i cierpienia, aby wiedziała, skąd pochodzimy i kim jesteśmy. Niech te słowa będą mostem między przeszłością a przyszłością, który przetrwa dłużej niż pamięć jednej osoby.
***
Marianna Dygasińska, przez ostatnie lata życia, zmagała się z chorobą Alzheimera.
Zmarła 27 listopada 1988 roku w wieku 77 lat. Spoczywa w nowej części cmentarza przy ulicy Piaskowej w Puławach. Historia Jej życia, pozostaje w mojej pamięci i we wspomnieniach, które mi przekazała.
Bo życie, choć przemija, zostawia ślad, który można pielęgnować i przekazywać dalej.
(Marianna Dygasińska)

8 komentarzy
Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś przeczytane w internecie poruszyło mnie tak głęboko. Te wspomnienia są jak list z przeszłości – napisany spokojnym tonem, a jednak z bólem, który czuć w każdym zdaniu. Pani Marianna miała niezwykłą zdolność mówienia o tragedii bez goryczy, z godnością i pokorą. To opowieść nie tylko o wojnie, ale o miłości, stracie i sile kobiet, które potrafiły przetrwać wszystko. Dziękuję, że ocaliłaś jej głos.
„Wspomnienia Marianny Dygasińskiej” to prawdziwy skarb. W czasach, gdy historia często bywa uproszczona lub zapomniana, taki zapis osobistego doświadczenia ma bezcenną wartość. Widać, że to nie tylko rodzinne wspomnienie, ale świadectwo losów całego pokolenia Polaków z Kresów. To powinno się czytać w szkołach – nie jako lekturę, ale jako żywy głos historii. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Czytając, miałam wrażenie, że słucham mojej własnej babci. Mówiła bardzo podobnie o Wołyniu – o sadach, o zapachu jabłek i o ciszy, która zapadła po wojnie. Te wspomnienia są jak wspólna pamięć wielu rodzin. Dziękuję, że pozwoliłaś Mariannie znów przemówić – jej słowa to nie tylko opowieść o przeszłości, ale i przestroga, by nigdy nie zapomnieć, kim jesteśmy i skąd pochodzimy. 🙂
Wspomnienia Marianny Dygasińskiej to niezwykle cenne źródło pamięci o losach Polaków z Kresów. Takie świadectwa pozwalają nam zrozumieć nie tylko fakty, ale też emocje i codzienność tamtych ludzi. Widać w nich, jak wojna przerwała zwykłe, spokojne życie – jak nagle wszystko, co znane, zostało zabrane. To nie są suche dane, to życie zapisane w słowach. Głęboki ukłon dla Ciebie, że te Wspomnienia zachowałaś. 🙂
Jestem z pokolenia, które zna wojnę tylko z podręczników. Po przeczytaniu tej historii czuję, jakby historia stała się osobista. To nie są daty i nazwiska, to ludzie z krwi i kości, z marzeniami, planami, z dziećmi na rękach. Pani Marianna pokazuje, że nawet po największej tragedii można żyć dalej – i zachować człowieczeństwo.
To opowieść o kobiecie niezłomnej, która potrafiła przejść przez trudy życia, utratę i samotność, a mimo to zachować w sobie czułość i wiarę. W jej historii jest coś z losu wszystkich kobiet tamtego pokolenia: matki, żony, córki, które dźwigały świat, gdy mężczyźni ginęli. Nie mogłam się oderwać – płakałam, ale też czułam dumę. Pozdrawiam serdecznie.
„Wspomnienia Marianny Dygasińskiej” napisane są jak dobra powieść, a jednak wszystko w nich jest prawdą. Styl p. Marianny – spokojny, pełen szacunku do życia i ludzi – sprawia, że te wspomnienia zostają w sercu na długo. Widać, że nawet pośród cierpienia miała w sobie ogromne światło. To tekst, który chciałoby się czytać na głos, żeby brzmiał jak modlitwa za tych, którzy odeszli. Pozdrawiam cieplutko 🙂
Po przeczytaniu tego opowiadania trudno wrócić do codzienności. To więcej niż wspomnienia – to pomnik pamięci, zbudowany ze słów i uczuć. Pani Marianna opowiada z taką szczerością, że czujemy jej obecność, jakby siedziała obok i mówiła: „Zapisz to, żeby nie zginęło”. Dobrze, że ocaliłaś tę historię. Takie wspomnienia uczą pokory wobec życia i szacunku wobec przeszłości.