jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga
Category:

Genealogia

GenealogiaOpowiadanie

W poszukiwaniu miejsca na ziemi

by Jolanta Strażyc 2025-09-30

Wiosenne słońce leniwie przeciągało się nad rozległymi równinami Żuław. Wiatr poruszał młode źdźbła traw, a na horyzoncie zarysowywały się ciemne sylwetki wierzb, rosnących wzdłuż wijących się kanałów melioracyjnych. Wśród tych krajobrazów, osiadła rodzina Wunderlich — nieliczni przedstawiciele niemieckiej szlachty, którzy w XVI wieku przybyli na Żuławy jako gutsbesitzerzy, właściciele majątków ziemskich.

Ich dom, wzniesiony w stylu muru pruskiego, otoczony starymi lipami, był znany w okolicy. W jego wnętrzu unosił się zapach miodu i suszonych ziół — charakterystyczny dla życia Jana Wunderlicha, syna ziemianina, który odchodząc od rodzinnej tradycji, ukończył studia medyczne, został aptekarzem i osiedlił się w Grudziądzu.

To właśnie tutaj, około roku 1793, przyszedł na świat jego syn, Jan Henryk Wunderlich.

Był pogodnym chłopcem, z bystrym spojrzeniem i zamiłowaniem do książek. Ojciec z dumą obserwował, jak chłopiec przesiaduje w aptece i przegląda zielniki albo słowniki łacińsko-niemieckie.

— Henryku, nie czytaj tyle przy lampie — upominała go czasem matka. — Oczy sobie popsujesz.

— Ale mamo, to tylko do końca tego rozdziału. Opisują tu właściwości korzenia arcydzięgla — odpowiadał chłopiec z entuzjazmem.

Ojciec śmiał się z boku, stojąc przy drewnianym stole, na którym właśnie ucierał miksturę z szałwii i kory wierzbowej.

— Niech czyta, Doroto. Może z niego będzie nie tylko aptekarz, ale i uczony. Kto wie, może kiedyś poprowadzi własną aptekę.

Gimnazjum w Grudziądzu, do którego Jan Henryk trafił jako nastolatek, otworzyło przed nim nowy świat. Miasto, pod panowaniem pruskim, tętniło życiem handlowym i wojskowym. W cieniu cytadeli i wzdłuż Wisły, pełnej barek i tratw, chłopak dorastał, chłonąc wiedzę i marząc o przyszłości większej niż Żuławy.

Po ukończeniu szkoły, bez wahania rozpoczął praktykę w aptece ojca. Pracował sumiennie, ucząc się od podstaw: od rozpoznawania ziół, przez odmierzanie proporcji, po kontakt z pacjentami.

— Pamiętaj, synu — mawiał ojciec — aptekarz nie tylko leczy lekarstwami. On też leczy rozmową. Musisz umieć słuchać.

Z biegiem lat Jan Henryk nabierał doświadczenia. Aż w końcu, wiosną roku 1817, z duszą pełną ambicji i sercem gotowym na nowe, pożegnał rodzinny Grudziądz.

Stał na progu domu, z niewielką walizą i starannie złożonym listem polecającym w kieszeni płaszcza. Matka go objęła, a ojciec podał mu rękę — mocno, z szacunkiem.

— Jedź, synu. Warszawa to inne życie. Ale nie zapomnij, skąd jesteś.

Jan Henryk skinął głową.

— Nie zapomnę, ojcze. Nigdy.

Z wiatrem w plecy i nadzieją w sercu ruszył do stolicy, nieświadomy jeszcze, jak bardzo ta podróż odmieni jego los.

Studia

Warszawa pachniała bzem i kurzem brukowanych ulic. Miasto tętniło życiem, mieszały się w nim języki, stroje i obyczaje, echo dawnej świetności i cichy szelest nadchodzących zmian. Ulice były gwarne, powozy mijały pieszych, gazeciarze nawoływali z rogów, a w kawiarniach dyskutowano o nauce, polityce i nowinkach z Paryża.

Jan Henryk zatrzymał się przed drzwiami apteki Henricha, mieszczącej się w parterowej kamienicy z okiennicami malowanymi na zielono. W dłoni trzymał list polecający od ojca. Przez chwilę wahał się, po czym nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Za kontuarem stał starannie ubrany aptekarz o lekko siwiejących skroniach. Przez chwilę przyglądał się młodzieńcowi.

— Czym mogę służyć?  — zapytał spokojnym, rzeczowym tonem.

Jan Henryk podszedł bliżej i podał mu list. Aptekarz rozłożył go i zaczął czytać. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

– A więc to pan jest synem Jana Wunderlicha… – rzekł po chwili. – Proszę usiąść. Porozmawiamy.

Apteka była przestronna i pachniała mieszaniną ziół, spirytusu oraz świeżo mielonych korzeni. Regały pełne były słoików z etykietami wypisanymi po łacinie. W powietrzu unosiła się cisza, przerywana jedynie cichym stukiem moździerza.

— Praca zaczyna się o szóstej rano. Prócz przygotowywania leków, będzie pan porządkował zioła, obsługiwał klientów i – mam nadzieję – uczył się czegoś więcej niż tylko receptur — powiedział Henrich, zerkając spod okularów.

Jan Henryk skinął głową z szacunkiem.

— To zaszczyt, mistrzu.

Zamieszkał w niewielkim pokoiku przy ulicy Chmielnej, na piętrze niewielkiej kamienicy. Z okna rozciągał się widok na dziedziniec, gdzie rosła stara czereśnia. Tam właśnie poznał swojego współlokatora – Kazimierza Wyrzykowskiego.

— Wunderlich? Brzmi niemiecko, ale mówi pan czystą polszczyzną — zauważył Kazimierz, podając mu dłoń.

— Pochodzę z Grudziądza. Ojciec mój jest aptekarzem, dziad także. A pan?

— Wyrzykowski. Z Podlasia, z majątku nad Bugiem. Studiuję prawo na Uniwersytecie. I modlę się, żeby zima nie była sroga – bo piec tu zieje chłodem — zaśmiał się szczerze.

Od tej pory stali się nie tylko współlokatorami, ale i przyjaciółmi. Wspólne kolacje, rozmowy o książkach i losach kraju, spacery po Ogrodzie Saskim i słuchanie koncertów w salonach sprawiały, że Warszawa zaczęła przypominać dom.

Na Uniwersytecie Warszawskim, Jan Henryk chłonął wiedzę z zakresu chemii, botaniki, anatomii i farmakognozji. Profesorowie byli surowi, a egzaminy — bezlitosne. Studenci farmacji stanowili zwartą grupę, wyróżniającą się białymi fartuchami i wiecznym zapachem terpentyny.

— Farmacja to nie tylko nauka o miksturach — mówił profesor Wroński — to odpowiedzialność za życie. Wasze decyzje będą miały wagę większą niż pieczęcie kancelarii!

Wieczorami Jan Henryk wracał do apteki Henricha, gdzie pomagał przy sporządzaniu preparatów, nalewek i maści. Pod okiem starszego farmaceuty nauczył się, jak z suszonych płatków róży robić łagodzącą miksturę dla niemowląt, a z kory chinowca — lek przeciw febrze.

Pewnej nocy, gdy kończyli pracę, Henrich podał mu niewielką buteleczkę z brązowego szkła.

— To pan zrobił. Nalewka z kozłka i rumianku. Doskonała. Proszę, na sen — powiedział z lekkim uśmiechem.

Jan Henryk poczuł się dumny. Mały gest, a jednak znaczył tak wiele.

W maju 1819 roku, dwa lata po rozpoczęciu nauki, Jan Henryk przystąpił do egzaminu końcowego. Odpowiadał płynnie, ręce miał lekko wilgotne, ale głos nie drżał. Kiedy wyszedł z sali, na schodach spotkał Kazimierza.

— I jak?

— Zdałem.

— No to teraz zostaje tylko jedno — westchnął Kazimierz. — Trzeba gdzieś znaleźć swoje miejsce.

Jan Henryk spojrzał przez okno na zachodzące słońce nad Warszawą.

— Może gdzieś na wschodzie. Gdzie niebo większe, a ludziom potrzeba lekarstw i rozmowy.

Kazimierz uśmiechnął się pod nosem.

— Zabiorę cię kiedyś na Polesie Wołyńskie. Tam niebo rzeczywiście ogromne. I jeziora jak lustra.

Jan Henryk nie wiedział jeszcze, że ta obietnica zmieni jego życie.

Miłość

Było lato, początek lat dwudziestych XIX wieku. Powietrze pachniało zbożem, miodem i słodką wonią kwitnących lip. Jan Henryk i Kazimierz, wolni na czas wakacji, wsiedli do powozu i wyruszyli na wschód – najpierw na Podlasie, do rodzinnego majątku Wyrzykowskich, a potem dalej, ku nieznanym krainom między Bugiem a Prypecią.

Dni mijały w rytmie końskich kopyt, nocy spędzanych w dworskich izbach i rozmów, które toczyły się przy herbacie z samowara lub kieliszku domowego wiśniaku.

— Aż trudno uwierzyć, że tu kończy się Rzeczpospolita, a zaczyna coś zupełnie innego — powiedział Jan Henryk pewnego dnia, patrząc na rozległe jezioro wśród lasów.

— To Polesie. Tutejsze jeziora mają w sobie coś baśniowego — odpowiedział Kazimierz. — Widzisz to? To Świteź. Szklane jezioro, lśniące pod światłem późnego popołudnia. Otoczone lasami, jakby świat je chronił przed zgiełkiem reszty ziemi.

Po tafli przesuwały się czółna z rybakami, a na brzegu, pod rozłożystym dębem, siedziały kobiety, przędząc len i śpiewając pieśni.

— Słyszysz ten śpiew? — zapytał Kazimierz. — To „Oj u luzi na Prypeci”… Moja babka śpiewała mi to przed snem.

Jan Henryk zamilkł. W powietrzu drgała wilgoć, zapachy ziół i ziemi. Czuł, że to miejsce zostanie z nim na zawsze.

W dworze Wyrzykowskich w Wólce Chrypskiej (dziś Rostań), zorganizowano dla gości letnie przyjęcie. Pachniały pieczone kaczki, słychać było śmiechy dzieci, a w salonie brzmiały dźwięki fortepianu.

Tam właśnie Jan Henryk ujrzał ją.

Stała przy oknie, w białej sukni z haftowanym pasem, z włosami zebranymi w warkocz. Miała w sobie prostotę i godność – nie tą salonową, wystudiowaną, ale prawdziwą, głęboką.

— Olimpia — powiedział Kazimierz cicho, zauważając spojrzenie przyjaciela. — Moja kuzynka. Przyjechała z matką na lato.

— Piękne imię — odpowiedział Jan Henryk. — Jak bogini z greckich poematów.

Kazimierz uśmiechnął się.

— Tylko uważaj, Janie. U nas na Polesiu, kto spojrzy na dziewczynę przy Świtezi, szybko się zakochuje.

Tak też się stało.

Ich rozmowy były najpierw nieśmiałe – o książkach, ziołach, jeziorach. Później o marzeniach, podróżach i miłości.

— A pan, panie Janie — zapytała któregoś dnia, gdy siedzieli pod starym dębem — wierzy w przeznaczenie?

— Nie wiem, czy to przeznaczenie, czy mądrość chwili. Ale wiem, że odkąd panią spotkałem, wszystko inne wydaje się mniej ważne.

Zaręczyny odbyły się w sierpniu 1823 roku, tuż po żniwach. W ogrodzie rozstawiono stoły, grała muzyka, a młoda para wpatrywała się w siebie tak, jakby świat przestał istnieć.

— Janie — powiedziała Olimpia, ściskając jego dłoń — czy myślisz, że w Warszawie będziemy szczęśliwi?

— Myślę, że gdziekolwiek będziesz ty, tam będę w domu.

Ślub zaplanowano po świętym Marcinie – 22 listopada. Zgodnie z obowiązkiem, spisano akt uszanowania, gdyż ojciec Jana Henryka już nie żył. Wesele było skromne, lecz pełne wzruszeń i życzliwych słów.

Pan młody miał trzydzieści lat. Panna młoda – dwadzieścia.

Ich pierwsze miesiące jako małżeństwa upłynęły w Warszawie, w rytmie nauki, pracy i coraz śmielszych planów na przyszłość.

Ale serca ciągnęły ich na wschód…

Dom i apteka

Zima 1824 roku była sroga. Mróz skrzypiał pod butami, a śnieg lśnił jak sproszkowane szkło. Gdy Jan Henryk i Olimpia zbliżali się saniami do Lubomla, koń wiózł ich przez śnieżne pola, między sosnami i nagimi sadami, nad którymi wisiała mlecznoszara mgła.

— To tutaj zaczniemy nasze nowe życie. — powiedziała Olimpia, patrząc z uśmiechem na kamienne domy otaczające rynek.

— Tak — odpowiedział Jan Henryk, obejmując ją. — Tutaj stworzymy coś własnego. Aptekę. Dom. Przyszłość.

Ich mieszkanie mieściło się tuż nad apteką – przytulne, z jasnym salonem, kuchnią pachnącą ziołami i dziecięcym pokoikiem, który wkrótce miał wypełnić się śmiechem. Meble przyjechały z Warszawy – solidne, proste, z ciemnego drewna. Na ścianach zawisły portrety rodzinne, nad kominkiem – ikona Matki Boskiej, a obok niej – obraz Świtezi, pamiątka z miejsca, gdzie narodziła się ich miłość.

Sama apteka była dumą Jana Henryka. Za kontuarem stały szklane słoiki z łacińskimi etykietami: Salvia, Valeriana, Mentha, Belladonna… W drewnianych szufladach – wysuszone korzenie, liście, kora. Był też kredens z miksturami, balsamami, nalewkami. Dawniej aptekarz przyuczony był nie tylko do przygotowywania lekarstw. Musiał również umieć udzielić chorym odpowiedniej porady medycznej i pomocy.

W 1825 roku przyszło na świat ich pierwsze dziecko — Władysław Jan Henryk. Rok później – Karol Mikołaj Jan. Potem córki: Józefa Róża i Adelia Augustyna Maria – ale ich życie przerwała choroba, Malwina Julia, Joanna Zofia, Adela Erazma i najmłodsza — Ludwika Konstancja.

Dom wypełnił się dziecięcym śmiechem i tupotem małych stóp.

Olimpia była matką oddaną i mądrą, potrafiła z czułością zarządzać domem i jednocześnie pomagać mężowi w aptece.

— Twoje mieszanki są coraz lepsze — powiedział Jan Henryk pewnego wieczoru, podając jej filiżankę ziołowej herbaty.

— Bo robię je z sercem — odpowiedziała z uśmiechem. — Jak wszystko dla ciebie.

W wolnych chwilach jeździli do Wyrzykowskich nad Jezioro Świteź. Przyjaźnili się z sąsiadami. Święta, chrzty, śluby i zgony były okazją do towarzyskich spotkań. Odwiedzali właścicieli okolicznych majątków – między innymi zaprzyjaźnioną rodzinę Strażyców z Równa, oddalonego o kilkanaście kilometrów od Lubomla.

— Franciszku, muszę ci przyznać, twoja wiśniówka wciąż nie ma sobie równych — żartował Jan Henryk, wznosząc kieliszek podczas świątecznego spotkania.

— Ale twoja nalewka z anyżku ratuje mi żołądek po każdej mojej — śmiał się Franciszek Strażyc.

Dni płynęły w rytmie natury i pracy. Apteka działała od świtu do zmierzchu, ale Jan Henryk nigdy nie odmówił nikomu pomocy. Czasem wstawał w nocy, gdy ktoś pukał do drzwi z dzieckiem na ręku albo kobietą w gorączce.

— Niech pan ratuje, panie aptekarzu. Bóg zapłać, że pan nie śpi.

A on nie spał. Bo czuł, że jego miejsce jest tu – pośród ludzi, ziół i zapisków w zeszytach receptur.

W letni wieczór 1840 roku, siedząc na ganku z Olimpią, patrzył na bawiące się dzieci.

— Pamiętasz, co ci powiedziałem, gdy jechaliśmy do Lubomla?

— Że stworzymy tu coś własnego?

— Tak. I myślę… że nam się udało.

Powaga życia

Lata czterdzieste XIX wieku. Dzieci Wunderlichów dorastały. Apteka wciąż działała pełną parą, a Jan Henryk stawał się coraz bardziej znaną postacią w Lubomlu i okolicach. Kobiety przynosiły mu kosze jaj lub miodu w podzięce, a chłopi z sąsiednich wsi przysięgali, że jego zioła mają moc większą niż modlitwa.

Wszystko miało rytm: poranki z pierwszymi klientami, popołudnia z rodziną, niedziele w kościele Świętej Trójcy i serdeczne spotkania z przyjaciółmi…

Olimpia często mawiała:

— Luboml to nie Warszawa, ale tu ludzie żyją spokojnie. I chyba szczęśliwiej.

Pewnego dnia, latem 1851 roku, Jan Henryk wracał z wizyty u chorego dziecka. Słońce stało już nisko nad polami, a powietrze drgało od ciepła i zapachu dojrzałego żyta. Czuł zmęczenie – to było inne zmęczenie niż zwykle, głębsze, jakby dochodziło z samych kości.

Wieczorem położył się wcześniej niż zwykle. Olimpia nalała mu ziół, zmierzyła czoło dłonią.

— Janie, nie masz gorączki, ale jesteś blady.

— To tylko zmęczenie, Olimpio. Może zbyt długo dzisiaj pracowałem.

Ale nie minęło wiele dni, gdy stan się pogorszył. Słabł. Ledwo schodził na dół do apteki, aż w końcu został w łóżku.

Przy jego łożu zgromadziła się rodzina. Najstarszy syn, Władysław, trzymał go za rękę, Karol przygotowywał miksturę z kozłka, a Olimpia trwała przy nim dzień i noc.

— Powiedz mi, Olimpio… — szepnął któregoś ranka — czy sądzisz, że dobrze przeżyłem to życie?

Jej oczy zaszkliły się łzami.

— Janie… dałeś ludziom zdrowie, dzieciom dom, mnie – miłość. Czego chcieć więcej?

8 sierpnia 1851 roku, nad ranem, Jan Henryk odszedł. W księdze parafii rzymskokatolickiej w Lubomlu zapisano:

Dnia ósmego sierpnia roku Pańskiego 1851, zmarł w wieku 61 lat szlachcic Jan Henryk Wunderlich, pozostawił żonę Olimpię z Wyrzykowskich, synów: Władysława i Karola oraz córki: Malwinę, Joannę, Adelę i Ludwikę.

Pogrzeb był wielki. Mieszkańcy Lubomla i okolicznych wiosek przybyli aby towarzyszyć Janowi Henrykowi w ostatniej drodze. W kościele Świętej Trójcy zabrzmiały dzwony, a przed ołtarzem zapłonęły świece.

Mowę pożegnalną wygłosił jego stary przyjaciel — Franciszek Strażyc z Równa:

— Jan Henryk Wunderlich nie był tylko aptekarzem. Był opiekunem naszych dzieci, powiernikiem naszych lęków, przyjacielem w chorobie i w zdrowiu. W jego domu było światło, w jego słowach – mądrość, a w jego oczach – wiara w dobro człowieka.

Na cmentarzu, wśród brzozowych krzyży i starych kamiennych nagrobków, stanął prosty pomnik z napisem:

JAN HENRYK WUNDERLICH,
aptekarz, mąż, ojciec, przyjaciel.
Żył mądrze, służył sercem.
1793 – 1851.

Olimpia długo nie mogła pogodzić się z jego odejściem. Siadywała wieczorami przy oknie, patrzyła na ogród i mówiła do synów:

— Wasz ojciec byłby dumny z tego, co razem zbudowaliśmy. Trzeba żyć dalej. Dla niego. Dla siebie. Dla sióstr.

Ostatnie lata w Lubomlu

Po śmierci Jana Henryka aptekę przejęli Władysław i Karol, dwaj bracia o łagodnych twarzach i oczach pełnych pokory. Obaj już wtedy nosili w sobie zarazki choroby, która w XIX wieku była wyrokiem – gruźlicy. Mimo to, z niegasnącym oddaniem obsługiwali klientów, ważyli mikstury i pilnowali porządku w aptekarskich księgach.

Ich matka, Olimpia, choć sama przytłoczona żałobą, nie pozwoliła sobie na bezczynność.

— Wasz ojciec mówił zawsze, że nie ma większej chwały, niż dobrze służyć ludziom — powtarzała, podwijając rękawy i pomagając synom w prowadzeniu apteki.

Wciąż przychodziły do niej kobiety z pytaniami, dzieci z drobnymi skaleczeniami, a sąsiedzi z potrzebą porady.

Władysław i Karol nie założyli rodzin. Byli świadomi swojej choroby, która raz po raz odbierała im oddech i siły. Ich dni były liczone, choć nie mówili o tym głośno.

Ale w życiu rodziny nie brakowało nadziei.

W styczniu 1855 roku, odbył się pierwszy ślub. Malwina Julia, najstarsza z żyjących córek, miała dwadzieścia dwa lata, kiedy wyszła za Edwarda Gilde, lekarza ze Lwowa.

Niedługo potem, w lipcu tego samego roku, Olimpia – matka, opiekunka, powierniczka – zmarła. Odeszła cicho, w wieku zaledwie pięćdziesięciu lat. Jej śmierć była ciosem, ale życie w rodzinie nie zatrzymało się.

Jesienią 1855 roku, mimo świeżej żałoby, odbyła się kolejna uroczystość. Tym razem dziewiętnastoletnia Joanna Zofia, wyszła za Wincentego Gerleckiego, lekarza z Zasławia. Ślub był cichy, pełen wzruszeń, skromniejszy niż zwykle, ale z pięknym błogosławieństwem od Karola.

— Mama byłaby dumna — powiedziała Joanna, ściskając dłoń starszego brata.

Karol tylko skinął głową. Jego twarz bielała z dnia na dzień, ale usta wciąż były pogodne.

W sierpniu 1856 roku w kościele Świętej Trójcy zabrzmiały znów dzwony – tym razem na ślub osiemnastoletniej Adeli Erazmy z Ignacym Strażycem, synem starego przyjaciela domu, Franciszka Strażyca z Równa.

Uroczystość była bardziej wystawna niż poprzednie. Kościół ozdobiono girlandami z ziół i dzikich kwiatów. Przed cudownym obrazem Matki Boskiej Lubomelskiej, Adela złożyła przysięgę. Wesele odbyło się w majątku w Równie – dworku otoczonym lipami, gdzie podawano pyszne potrawy i domowe nalewki, a orkiestra grała aż do świtu.

— Patrz, bracie — powiedział Władysław do Karola — ojciec i matka pewnie na to patrzą. I się cieszą.

Karol uśmiechnął się, patrząc na tańczącą siostrę.

— Trzy wydane… Jeszcze jedna została.

Ich najmłodsza siostra – Ludwika Konstancja, miała wtedy zaledwie szesnaście lat.

Cicha, łagodna, od najmłodszych lat chorowita – również nosiła w sobie zarazki choroby, która zbierała żniwo wśród młodych i dobrych. Zawsze mówiła o życiu zakonnym.

— Chciałabym do klasztoru, bracia — mówiła szeptem. — Ale chyba nie przyjmą mnie z tak słabym zdrowiem.

I rzeczywiście – nie przyjęto.

Ale Ludwika się nie poddała. Została świecką zakonnicą, pomagając w parafii, ucząc dzieci modlitwy, odwiedzając chorych.

— Życie to nie tylko wybór miejsca — mawiała. — Ale wybór serca.

Wszyscy troje zmarli młodo — gruźlica zabrała ich, nim zdążyli przekroczyć trzydziesty piąty rok życia. Jakby nad ich życiem ktoś postawił niewidzialną kreskę — w tym samym miejscu, w tym samym wieku.

Najpierw, zimą 1862 roku, odszedł Władysław, starszy z braci. Rok później — Karol, który do końca prowadził aptekę. Ludwika, najmłodsza z rodzeństwa, żyła jeszcze kilkanaście lat. Odeszła wiosną 1876 roku, tak jak oni — mając zaledwie trzydzieści pięć lat.

Echo pamięci

Pod koniec lat 70. XIX wieku apteka Wunderlichów przeszła w ręce nowego właściciela – Karola Rodziewicza, krewnego znanej pisarki Marii Rodziewiczówny. Był to moment, w którym w Lubomlu kończyła się historia ludzi, którzy na co dzień pomagali innym w chorobie.

Rodziewicz, również był świetnym aptekarzem i szybko zyskał uznanie mieszkańców miasteczka. Chociaż z wielką ostrożnością i szacunkiem wchodził w buty poprzedników, zauważył coś, czego nie dostrzegali ci, którzy nie znali historii Lubomla: apteka była sercem tej społeczności, miała swoje miejsce w pamięci ludzi.

I choć czas nieubłaganie płynął, a dom Wunderlichów zmienił właściciela, w sercach ludzi pozostał ten sam obraz: Jan Henryk Wunderlich, którego apteka była nie tylko punktem na mapie Lubomla, ale także miejscem spotkań, rozmów, gdzie niosło się pomoc, nie tylko w postaci lekarstw, ale także zwykłej, ludzkiej troski.

Podobno w młodym wieku Maria Rodziewiczówna bywała w Lubomlu, obserwowała ludzi, notowała różne wydarzenia, które później umieszczała w swoich powieściach. Czy spotkała kiedyś potomków Jana Henryka Wunderlicha? Może jego córkę Adelę – żonę Ignacego Strażyca z Równa? Możliwe. Jeden z bohaterów powieści Barbara Tryźnianka nosi nazwisko „Strażyc”.

Tropem Adeli Wunderlich TU

Wspomnienia Pani Zofii o Adeli Wunderlich TU

2025-09-30 8 komentarzy
8 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

Tajemnica

by Jolanta Strażyc 2025-08-20

Rok 2008

Sierpniowy wieczór był ciepły i spokojny. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi, rozlewając złote światło po ścianach mojego pokoju. Gdzieś w oddali dzieciaki grały jeszcze w piłkę, słychać było ich śmiech i pokrzykiwania, ale tu, w moim mieszkaniu, panował spokój.

Siedziałam przy biurku, zanurzona w dokumentach genealogicznych, zaczytana w metrykach, aktach chrztu i pożółkłych notatkach. O tej porze dnia często siadałam do swojej „papierologii”, jak mawiała Majka – moja przyjaciółka od lat.

Drzwi otworzyły się bez pukania. To oczywiście Majka – jak zawsze wpadła bez zapowiedzi, w biegu, z jakimś świeżym zamieszaniem w oczach.

– Cześć! – zawołała radośnie. – Ależ dzień miałam! W sklepie kolejka jak za PRL-u, a potem… wyobraź sobie, pani Ania z trzeciego piętra zgubiła kota! Cała klatka go szukała. A okazało się, że zasnął w bębnie pralki! Prawie go wyprała, biedaka…

Zaśmiałam się, kręcąc głową.

– Tylko u was takie historie. Siadaj, zobacz, znowu grzebię w dokumentach, które dostałam od taty.

Majka usiadła na brzegu łóżka, popijając przyniesioną ze sobą butelkę lemoniady.

– Pamiętasz, w tym segregatorze są papiery dotyczące mojego dziadka Michała – powiedziałam, wskazując otwarty skoroszyt. – Jest wszystko, co dotyczy jego i jego przodków, ale… o jego matce nie ma prawie nic. Tylko imię i wiek w metryce urodzenia. A o ojcu – też niewiele. Zastanawiające, prawda?

Majka pochyliła się nad dokumentami.

– Hm… jakaś tajemnica, czy co? Musimy zrobić dochodzenie!

– Jeśli dochodzenie, to mamy tylko jeden dokument, w którym wymieniono rodziców Michała – powiedziałam, sięgając po kopię metryki chrztu z 1891 roku.

– Michał Strażyc, urodzony 29 maja 1891 w Krasnymstawie, syn Mieczysława lat 29, urzędnika Akcyzy i Leokadii Lisowskiej lat 18. Chrzestni: Michał Dworakowski lat 40, urzędnik Akcyzy i Antonina Lisowska – żona księdza.

– Żona księdza? – powtórzyła Majka ze zmarszczonym czołem. – To chyba jakiś wschodni obrządek. Prawosławny pewnie. Ale czekaj… Przecież w życiorysie z 1966 roku Michał napisał, że jego ojciec był stolarzem, a nie urzędnikiem.

– To były czasy PRL-u… – westchnęłam. – Raczej nie przyznawano się do tego, że ojciec był carskim urzędnikiem. W tamtych czasach tylko klasa robotnicza była mile widziana. Szlachta i klasa średnia – to byli „wrogowie ludu”.

– Czyli coś musiał ukrywać – przyznała Majka. – Może dla własnego bezpieczeństwa. Jeśli pracował jako nauczyciel, a później dyrektor szkoły, to przeszłość rodzinna mogła mu zaszkodzić.

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, tylko cykady za oknem grały swoją jednostajną wieczorną pieśń.

– Krasnystaw leży na Lubelszczyźnie – powiedziałam cicho. – Ciekawe, czy w lubelskim archiwum są jakieś dokumenty Akcyzy. Może teczki osobowe pracowników?

Majka już sięgała po telefon.

– To sprawdzimy teraz. W końcu od czego jest Internet!

Nazajutrz rano, gdy tylko archiwum otworzyło swoje linie telefoniczne, zadzwoniłyśmy. Rozmowa była rzeczowa, choć niezbyt owocna – potwierdzono jedynie, że dokumenty Akcyzy się zachowały. Między innymi – teczki osobowe.

Ale przez telefon nic więcej się nie dowiedziałyśmy.

Spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.

– Trzeba jechać do Lublina – powiedziała Majka. – Pakujemy się?

– Najpierw zaparzę kawę – odparłam z uśmiechem. – I zrobimy plan działania. Tajemnice same się nie odkryją.

Minął tydzień od tamtego sierpniowego wieczoru

Dokumenty leżały uporządkowane w teczce, notes z pytaniami gotowy, telefon do Archiwum w Lublinie zapisany w komórce. Majka przygotowała zapas kanapek i termos z herbatą, a ja… no cóż, odpaliłam mojego niezawodnego Renault 19 cupé  – granatowego jak wieczorne niebo i niemal równie romantycznego w prowadzeniu.

– Gotowa na przygodę? – zapytałam, wrzucając bieg z lekkim oporem, jakby samochód nie był do końca pewien, czy na pewno chce jechać.

– Jeśli dojedziemy do Sandomierza bez lawety, to uznam to za sukces – mruknęła Majka, poprawiając pas i przytrzymując termos między kolanami.

Kraków żegnał nas upałem, a klimatyzacja w moim Renault działała jak zawsze – czyli w trybie „otwórz okno”. Ale co tam! Miałyśmy przed sobą ponad 280 kilometrów drogi i całą masę historii do odkrycia.

Trasa przez Sandomierz była celowa – po pierwsze: piękne miasto, po drugie: pierogi u pani Zosi w Rynku, które Majka wspominała od zeszłego lata.

Oczywiście po drodze musiało się coś wydarzyć. W okolicach Połańca Renault postanowił zagrać z nami w grę „Zgadnij, co piszczy”. Majka, jak zwykle opanowana, zagrała rolę mechanika-psychologa:

– To pewnie pasek klinowy, on czasem lubi sobie pomarudzić. Albo duch dziadka Michała daje znaki.

Ale po kilku minutach pisk zniknął, jakby samochód sam doszedł do wniosku, że przesadza. Albo po prostu Sandomierz działał na niego kojąco.

W mieście zatrzymałyśmy się na krótki spacer – wąskie uliczki, czerwone dachy, widok na Wisłę… Dwie godziny później, ruszyłyśmy dalej – przez Kraśnik, który przywitał nas korkiem i zapachem rozgrzanego asfaltu.

– A może by tak zostawić to auto na parkingu i przejść się pieszo do Lublina? – zaproponowała Majka, gdy przez dziesięć minut nie ruszyłyśmy się nawet o metr.

– A potem wrócić po nie autobusem? Wolę korek – odparłam, stukając palcami w kierownicę w rytm muzyki z radia, które szumiało jak radio Wolna Europa.

W końcu dotarłyśmy do Lublina. Było późne popołudnie, słońce przesiadło się na zachodni horyzont, a moje Renault wydało z siebie ostatnie westchnienie, gdy wyłączyłam silnik pod blokiem mojej córki.

Na powitanie wybiegł Michałek – a raczej poturlał się jak to dwuletni brzdąc – z szerokim uśmiechem i łapkami wyciągniętymi do góry. Moja córka stała w drzwiach z nieco zaskoczonym wyrazem twarzy.

– Mamo? Myślałam, że przyjedziesz pociągiem… albo czymś nowszym.

– Renault to klasyk. Poza tym, nie zawiódł. Jeszcze.

Majka cmoknęła Michałka w czółko, po czym wypaliła:

– No, to teraz możemy zabrać się za szpiegowanie przeszłości. Czas ruszyć na trop carskiego urzędnika!

Wieczorem, przy kuchennym stole, planowałyśmy naszą wyprawę do Archiwum. Szykowałyśmy się na kolejne rozdziały rodzinnej tajemnicy.

Archiwum i tajemnice z teczki

Dzień był upalny, Lublin tętnił wakacyjnym rytmem… Wnętrze archiwum pachniało kurzem, starym papierem i czymś jeszcze – może ciszą, może przeszłością. Po wypełnieniu wniosków, sprawdzaniu danych i rozmowie z pomocną panią w okularach na sznurku, nadszedł ten moment: przyniesiono nam teczkę osobową Mieczysława Strażyca.

Wyglądała niepozornie. Gruba, lekko pożółkła, pachnąca historią. Otworzyłam ją powoli, niemal uroczyście.

I wtedy zaczęła się podróż wstecz.

Było tam ponad 40 dokumentów. Przeniosły nas do XIX wieku: pisma urzędowe, raporty służbowe, odręczne listy, świadectwa pracy… Wśród nich – prawdziwe skarby:

– Metryka urodzenia Mieczysława z 1861 roku, z miejscowości Wola Ostrowicka. Syn Ignacego Strażyca – dziedzica, właściciela wsi Równo, Wola Ostrowiecka i Piskorów, oraz Adeli Wunderlich.

– No proszę… – mruknęła Majka.

– Wunderlich… – przeczytałam z niedowierzaniem. – Jakie nazwisko! Jak u bohaterki z niemieckiej powieści.

Majka zachichotała, ale od razu spoważniałyśmy, bo kolejnym dokumentem był akt ślubu Mieczysława z Leokadią Lisowską.

W akcie zapisano jasno: ojcem Leokadii był Paweł Lisowski – ksiądz prawosławny, a jego żona, Antonina z Zańskich, była obecna przy ślubie. I wtedy złożyło się wszystko – chrzestna Michała, Antonina Lisowska, to właśnie ta sama Antonina – żona księdza.

– To dlatego Michał milczał o tym wszystkim w swoim życiorysie – powiedziała Majka. – Ojciec carski urzędnik, jeden dziadek – ksiądz prawosławny, babka – żona duchownego, a drugi dziadek – właściciel ziemski. W latach 60. takie pochodzenie to była prawdziwa kompromitacja.

Skinęłam głową. W PRL, w środku głębokiej komuny, trzeba było wpisać „stolarz” i przemilczeć wszystko inne. Szlachta, urzędnicy carscy, duchowieństwo? To mogło oznaczać jedno – utrudnienia w karierze, brak zaufania, a może i kłopoty.

– Michał to wszystko ukrył, by przeżyć – powiedziałam z namysłem. – Żeby móc pracować, wychowywać dzieci, prowadzić szkołę. A teraz… teraz my odkrywamy to, czego sam nie mógł powiedzieć.

Wyszłyśmy z archiwum oszołomione. Świat na zewnątrz wydawał się jakby mniej realny – samochody, gwar, trolejbusy, a w głowie – Ignacy Strażyc, Adela, Paweł Lisowski, Antonina…

Wieczorem siedziałyśmy na balkonie, popijając herbatę. Po mieszkaniu biegał mały Michałek, a moja córka opowiadała, jak uczy się nowych rzeczy i krzyczy „daj!” na wszystko. Życie płynęło dalej, ale my miałyśmy wrażenie, że właśnie zamknęłyśmy jeden rozdział – a może otworzyły następny.

– To co teraz? – spytała Majka.

– Teraz… szukamy dalej. Przecież każdy dziedzic i ksiądz ma jakąś historię, a każda panna też zostawiła jakiś ślad.

Wróciłyśmy z Lublina z teczką zeskanowanych dokumentów i głowami pełnymi historii, ale jedna postać nie dawała nam spokoju.

Leokadia – imię na marginesie

W metryce chrztu Michała miała zaledwie 18 lat. Młodziutka, niemal dziewczyna, kiedy urodziła syna. W akcie ślubu – jasno zapisano: córka Pawła Lisowskiego, księdza prawosławnego, i Antoniny z Zańskich.

To jedno zdanie uruchomiło we mnie lawinę pytań.

Kim była Leokadia? Czy miała rodzeństwo? Czy była wychowywana w duchu cerkwi, czy może przeciwnie – szukała dla siebie miejsca poza cieniem ojca–duchownego? Jak to się stało, że wyszła za mąż za Mieczysława, urzędnika Akcyzy, człowieka starszego o jedenaście lat, o zupełnie innym statusie społecznym?

Zaczęłam wertować dokumenty raz jeszcze, tym razem nie pod kątem Mieczysława, ale jej. Przeszukiwałam bazę metryk, szukałam śladów w spisach ludności, ale imię Leokadia pojawiało się rzadko, a nazwisko Lisowski – zbyt często. Bez imienia ojca – niewiele bym zdziałała.

Na razie wiedziałam tyle:

– Leokadia urodziła się około 1873 roku, najprawdopodobniej na terenach Lubelszczyzny lub Podlasia.

– Jej ojciec – Paweł Lisowski, ksiądz prawosławny – to już sporo. Tytuł „ksiądz” przy nazwisku to nie kapryśny dodatek. W tamtych czasach duchowni prawosławni nie mogli się przemieszczać bez zgody władz cerkiewnych. To oznaczało, że najpewniej służył w jednej z parafii wschodniego obrządku – może w Krasnymstawie, może w Szczebrzeszynie, może gdzieś na uboczu – w jakiejś drewnianej cerkwi na granicy etnicznych i religijnych światów.

Zaczęłam dopisywać możliwe wątki, jakby była bohaterką powieści.

Może Leokadia była najstarszą córką, tą odpowiedzialną, uległą, która nie miała wyboru – a może przeciwnie, była zbyt niezależna, zbyt „łacińska” jak na cerkiewne realia?

Może zakochała się w Mieczysławie wbrew woli rodziców, a może był to związek z rozsądku – młoda dziewczyna i starszy, ustabilizowany urzędnik? Może była wykształcona, znała rosyjski i polski, pisała ładnie pismem kancelaryjnym, a może przeciwnie – była cicha, schowana, pokorna?

– Przecież była żoną, matką, córką duchownego – powiedziałam któregoś wieczora do Majki. – A w dokumentach istnieje tylko w jednym zdaniu. Jakby jej nie było.

Majka podniosła wzrok znad kubka z herbatą.

– Bo kobiety wtedy istniały tylko jako „czyjaś” – córka, żona, matka. Nikt nie pytał o ich historię.

– To my zapytamy – odparłam cicho.

I wtedy coś mnie tknęło. Antonina z Zańskich, żona księdza, czyli babka Michała. Jeśli Zańscy to również rodzina stanu duchownego, a wszystko na to wskazuje – może tędy prowadzi kolejna nić?

Zapisałam sobie w notesie:

„Poszukać: Zańscy – parafie greckokatolickie i prawosławne – Krasnystaw, Chełm i okolice.”

Nie wiedziałam jeszcze, gdzie mnie to zaprowadzi, ale wiedziałam jedno: Leokadia zasługiwała na więcej niż tylko przypis w metryce. A jeśli ślady są zatarte – to nie znaczy, że jej nie było.

Gruba księga i dwie linie krwi

Nie spodziewałam się, że coś takiego znajdę w Archiwum. Stała na półce, oprawiona w ładną okładkę, gruba, ciężka, z literami jeszcze nie wytartymi od czasu. Chełmski Konsystorz Greckokatolicki – książka, którą można było kupić. Więc kupiłam. Dopiero kilka dni po powrocie z Lublina wzięłam ją do rąk. Nie przypuszczałam wtedy, że ta książka odmieni moje spojrzenie na historię rodziny.

W środku – surowy język administracyjny, rejestry, sprawozdania… Pomiędzy nimi – nazwiska, które znałam tylko z metryk. Ale teraz… nabierały głosu.

Paweł Lisowski – ksiądz prawosławny, którego znałam z metryki ślubu Leokadii i Mieczysława – okazał się synem księdza dziekana Józefa Lisowskiego, postaci wpływowej, dobrze znanej w strukturach cerkwi w połowie XIX wieku.

I nie tylko on…

Na kolejnych stronach – jakby historia specjalnie zostawiła mi wskazówkę – znalazłam Dymitra Zańskiego, także księdza dziekana, który okazał się ojcem Antoniny Zańskiej, żony Pawła i matki Leokadii. A więc Michał, mój dziadek, był potomkiem szlachty – od strony ojca urzędnika carskiego oraz duchowieństwa unickiego i prawosławnego od strony matki.

I właśnie Dymitr Zański, jak podawała książka, zginął za wiarę przy kasacie unii.

Zamarłam, czytając te słowa. Nie jako genealog, nie jako badacz, ale jako wnuczka kogoś, kto przez całe życie milczał o swoich korzeniach.

Kasata unii – to nie był tylko akt administracyjny. To był dramatyczny rozdział polskiej historii. Cerkiew unicka, przez wieki wiążąca duchowość wschodnią z katolicką, została brutalnie rozwiązana przez władze carskie. Duchownych unickich zmuszano do przejścia na prawosławie. Wielu odmówiło. Niektórzy zostali zesłani, inni – jak Dymitr – zapłacili życiem.

To nie była tylko historia – to była moja historia.

– Majka – powiedziałam później, pokazując jej stronę z odręczną notatką o śmierci Dymitra. – Mój praprapradziadek zginął za to, że nie chciał wyrzec się swojej religii. A jego córka była żoną prawosławnego księdza. A ich córka… Leokadia… wyszła za carskiego urzędnika. A ich syn – Michał – musiał to wszystko przemilczeć.

Majka wzięła książkę w ręce jak relikwię.

– To jest historia ziem wschodnich. Unici, prawosławni, katolicy, carscy urzędnicy, PRL… I ty – pośrodku tego wszystkiego.

Zrobiło się cicho. Z zewnątrz dochodził śmiech dzieci bawiących się na podwórku, gdzieś zadzwonił tramwaj. Ale ja byłam tam – w połowie XIX wieku, w wiejskiej cerkwi, gdzie ksiądz Dymitr stawał przed wyborem. W więzieniu, gdzie może konał. W duszy Leokadii, która być może całe życie próbowała pogodzić dziedzictwa dwóch światów.

I wtedy zrozumiałam – to nie była tylko historia rodzinna. To była opowieść o przetrwaniu. O milczeniu, które mówi więcej niż tysiąc słów. O tym, jak łatwo można zostać imieniem w metryce, a jak trudno odzyskać głos po pokoleniach.

Wybory sumienia. Dymitr Zański i Paweł Lisowski

W tamtych czasach, na wschodnich terenach Królestwa Polskiego, wiara nie była sprawą prywatną. Była aktem przynależności. Do Kościoła, do wspólnoty, do historii. I kiedy w 1875 roku car Aleksander II rozkazał zlikwidować cerkiew unicką, wszystko zaczęło się rozpadać – jak stare, wyschnięte drewno cerkiewnych ikonostasów.

W parafii Biszcza i w parafii Rostoka służyli wtedy dwaj duchowni, związani rodziną, ale oddzieleni decyzją, której nie dało się cofnąć.

Dymitr Zański – doświadczony ksiądz unicki, dziekan, wdowiec, ojciec dorosłych dzieci – stanął w obronie religii greckokatolickiej, której służył przez całe życie. Nie przeszedł na prawosławie. Wiedział, co go czeka. Nie miał złudzeń. Miał już swoje lata, swoją historię i swoje sumienie. Nie miał nic do stracenia – oprócz wiary.

W swoim ostatnim nabożeństwie wypowiedział słowa, które przetrwały w sercach parafian:

Zabrać możecie dach nad głową, zabrać możecie sutannę i księgi, ale wiary z duszy nie wyrwiecie.

Nie wszyscy jednak mogli sobie pozwolić na ten gest.

Jego zięć – Paweł Lisowski, mąż Antoniny z Zańskich, też był początkowo księdzem greckokatolickim. Ale życie nie dało mu wyboru łatwego ani czystego.

Miał żonę i trzy małe córki. Gdyby odmówił podporządkowania się dekretowi i nie przyjął prawosławia, czekało go więzienie lub zesłanie – a jego rodzina zostałaby bez środków do życia, bez dachu nad głową, być może na ulicy. Areszt dla niego mógł oznaczać śmierć dla nich.

Więc Paweł przeszedł na prawosławie.

Czy z przekonania, czy ze strachu? Tego nie wiemy. Ale na pewno z poczucia odpowiedzialności.

Antonina, jego żona – córka męczennika – musiała ten wybór przyjąć w milczeniu. Może rozumiała. Może się buntowała. Może właśnie z tego milczenia narodziło się całe późniejsze milczenie ich córki, Leokadii, a potem wnuka Michała.

To był dramat bez patosu. Cichy dramat codziennego przetrwania.

Dymitr poszedł drogą heroizmu – za wiarę, wierność, godność. Paweł poszedł drogą życia – za chlebem, bezpieczeństwem, rodziną. Obaj przegrali na swój sposób, obaj ocalili coś innego.

I w tym podzielonym świecie urodziła się Leokadia – córka prawosławnego księdza, wnuczka unickiego męczennika.

W jej oczach mogło być coś z obu tych historii. A jej syn – Michał, w głębokim PRL-u – zrobił to, co robili wszyscy: przemilczał. Zamienił historię rodziny na życiorys funkcjonalny. Z ojca szlachcica zrobił „stolarza”. Z cerkiewnych śladów – puste rubryki.

Nie ze wstydu. Z konieczności.

Ale teraz, po latach, wszystko wraca – przez nazwiska w księdze, przez litery odręcznie pisane, przez mój upór.

2025-08-20 9 komentarzy
9 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaOpowiadanie

Las milczy, ale pamięta

by Jolanta Strażyc 2025-01-10

Stanisław Strażyc, syn Michała i Ireny z Kruszewskich, urodził się 27 kwietnia 1929 roku. Już od najmłodszych lat był dzieckiem niezwykłym — bystrym, odważnym i pełnym pomysłów. A przy tym upartym jak mało kto. Zawsze musiał postawić na swoim. A to wbił gwoździa w podłogę i nikomu nie wolno go było wyciągać, a to przyniósł z lasu zaskrońce i włożył je między podwójne okna. Innym razem wdrapał się na drzewo i siedział tam trzy godziny, ignorując rozpaczliwe nawoływania mamy:
— Stasiu, zejdź…
(Gdyby nie stała pod drzewem i nie prosiła, pewnie nie siedziałby tam aż tak długo).

Najlepiej czuł się na wsi, w majątku wuja Stanisława Kruszewskiego — brata Ireny — w Kotlicach, położonych wśród lasów, nieopodal rzeki Nidy. Tam, wraz z mamą i młodszym bratem, spędził całą okupację. Tam też nauczył się jeździć konno i opiekować zwierzętami.

Kochał konie. Wuj Staś cieszył się, że chłopak tak chętnie się nimi zajmuje. Nie wiedział jednak, że jazda konna przydaje się chłopakowi do znacznie poważniejszych zadań.

Wojna zabiera dzieciństwo

W wieku zaledwie czternastu lat Staszek zaciągnął się do partyzantki i pełnił funkcję kuriera. Niemcy, przyzwyczajeni do widoku dziecka na koniu, nie zwracali na niego uwagi. Staszek przewoził meldunki, uczestniczył w akcjach bojowych — i choć był jeszcze chłopcem, miał już w sobie odwagę dorosłego mężczyzny.

Las był dla Staszka kryjówką, podwórkiem, miejscem zabawy i… wojny. Tam znał każdą ścieżkę, każdy kamień, pod którym chowały się zaskrońce. Jego koń — łaciaty Dyzio — znał drogę bez komend. Byli nierozłączni.

W tamtych czasach Staszek w oczach dorosłych i Niemców był tylko dzieckiem. Właśnie dlatego nadawał się idealnie na kuriera.

Czasem jechał z meldunkiem schowanym w podszewce kurtki, czasem pod siodłem. I choć miał tylko kilka zadań tygodniowo, traktował je bardzo poważnie.

Pamiętał jedną noc szczególnie — mróz tak silny, że lód strzelił na rzece Nidzie jak wystrzał z karabinu. Meldunek schował wtedy za bandażem na nodze — udawał kontuzjowanego, który „jechał po pomoc”. Niemiec nawet nie zajrzał do środka. A może widział, ale zamknął oczy. Różnie to bywało. Nie wszyscy byli tacy sami.

Drzewa tłumiły dźwięki, ale nie lęk. Gdy wiatr zrywał się znienacka i szumiał w koronach, Staszkowi zdarzało się pomyśleć, że to głosy tych, którzy zginęli. Partyzanci mówili: Las wie wszystko. Las milczy, ale pamięta.

Mimo młodego wieku chłopak wiedział już, że wojna nie wygląda jak w książkach. Nie miała bohaterów z brązu, nie miała czystych mundurów. Była zimna, głodna, czasem absurdalna.

Pierwszy raz zobaczył śmierć późną jesienią. Las był wtedy złoty, liście ścieliły się pod końskimi kopytami jak dywan. Dostał zadanie: zawieźć meldunek do jednego z punktów kontaktowych. Miał wrócić tą samą drogą — o zmierzchu.
Nie wrócił sam.

Przy drodze leżał chłopak. Starszy od niego może o trzy lata. W kurtce tak cienkiej, że z trudem przykrywała krew. Obok leżała torba z papierami. Niemcy już odjechali. Albo jeszcze nie przyjechali.

Staszek nie zastanawiał się długo. Wsadził chłopaka na konia, sam prowadził Dyzia piechotą przez cały las, aż do dworu wuja. Chłopak nie przeżył. Ale meldunek — dotarł.

Była też historia z radiem — starym, ukrytym pod podłogą w spiżarni. Nadawali przez nie raz w tygodniu. Kiedyś Staszek musiał przenieść je w inne miejsce. Zawinął w koc i wyniósł pod osłoną nocy do stajni, gdzie spały konie. Radio przeleżało tam kilka dni, a potem wróciło na swoje miejsce.

Wuj powiedział wtedy tylko:
— Takiś ty mały, a taki odpowiedzialny.
Staszek milczał. Ale w środku coś w nim rosło. Może duma. Może dorosłość…

Czasem śniły mu się meldunki, które nigdy nie dotarły. Listy, które zgubił. W snach jego koń stawał dęba, wicher porywał papier, a Niemiec mierzył w niego z karabinu. Budził się spocony. Ale nigdy nie mówił o tym głośno.

Staszek nie mówił o tych rzeczach zbyt wiele. Z biegiem lat z opowieści robiły się tylko krótkie zdania. Czasem mrugnięcie. Albo cisza po pytaniu. Ale kiedy siadał na koniu, miał w oczach ten sam błysk — jakby znowu miał czternaście lat i pędził przez las z tajemnicą ukrytą pod siodłem i sercem bijącym jak końskie kopyta.

Po wojnie

Po zakończeniu wojny Staszek znalazł się w świecie, który był inny, ale nie do końca nowy. Lata spędzone w partyzantce dały mu nieocenioną twardość, którą teraz musiał zastosować w bardziej „cywilnym” życiu. Jego pierwszym krokiem w dorosłość była służba wojskowa, którą odbył w Ludowym Wojsku Polskim.

Może dla innych była to nuda i obowiązek, ale dla Staszka była to okazja do nauczenia się rzeczy, które miały decydować o jego przyszłości. Wojskowy mundur bardziej mu pasował niż szkolny fartuch. Lubił dyscyplinę, porządek i poczucie, że należy do czegoś większego.

Był instruktorem wychowania fizycznego, a na boisku mógł być wreszcie tym, kim zawsze chciał być — nauczycielem, który nie tylko rozkazuje, ale i uczy. Piłka nożna, bieg na orientację, treningi w terenie. Staszek rozumiał ten świat, tak jak kiedyś rozumiał konie i życie w lesie. Wiedział, kiedy przyspieszyć, kiedy zwolnić, kiedy zacząć grać, a kiedy odpuścić.

A potem przyszła jego prawdziwa pasja – weterynaria.

Choć jeszcze na wojnie nie wiedział, w czym się specjalizować, wiedział jedno: chciał być blisko zwierząt. Kiedy tylko dostał możliwość studiowania weterynarii, nie zawahał się ani chwili. Wrocław, nowa rzeczywistość, nowe możliwości. Życie nie zatrzymało się w miejscu ani na chwilę.

Joanna

Wrocław był dla Staszka miastem zaskoczeń. Nie czuł się tu obcy, choć jego dzieciństwo miało wiele wspólnego z życiem na wsi. Znalazł się w świecie, gdzie wąskie uliczki nie były pełne zapachu świeżo skoszonej trawy, ale zapachu historii i przemian.

I w tym wszystkim pojawiła się Joanna.

Spotkali się przypadkiem — na jednym z przyjęć organizowanych przez znajomych z pracy. Staszek wiedział, że życie po wojnie ma swoje zasady, ale Joanna miała w sobie coś, co sprawiało, że cała jego pewność siebie wyparowała. Była piękna, ale nie tak, jak te dziewczyny z reklam czy gazet. Była piękna cicho. Dzielnie znosiła życie, które nie było łatwe. A jej spojrzenie, pełne czułości, zatrzymywało go w miejscu.

I właśnie to spojrzenie sprawiło, że Staszek zaczął myśleć o przyszłości. O tym, co będzie dalej, kiedy już zapomni o wojnie, o lasach, o walce. Zaczął myśleć o życiu, o ciepłej, bezpiecznej rodzinie. O normalności.
I o niej. O Joannie.

Zaraz po ślubie osiedlili się we Wrocławiu. Wtedy to Staszek poczuł się jak w nowym życiu. Pierwsza wspólna kawalerka, potem mieszkanie w centrum miasta. Codzienność. Staszek rozpoczął pracę w dolnośląskich lecznicach dla zwierząt.

Oboje byli pełni życia. Pracowali zawodowo, chodzili po górach, jeździli na nartach. Na motorze zwiedzili niemal cały Dolny Śląsk. Ich związek był pełen pasji, ale wkrótce Joanna odeszła…

Pozostał sam w mieszkaniu, w którym ich życie przez chwilę było pełne planów na przyszłość. Jednak nie było czasu na smutki. Staszek musiał wrócić do swoich codziennych obowiązków.

Wanda

Pojawili się inni ludzie. Ale to nie byli ci, którzy mieli na stałe wpisać się w jego życie. Aż pewnego dnia do jego życia weszła Wanda.

Wanda przyszła na świat we Włodzimierzu Wołyńskim. Była jednym z tych dzieci, które od początku wiedziały, czym jest cierpienie. W dzieciństwie przeszła ciężką chorobę — gruźlicę kości. Wiele dzieci w jej wieku biegało po łąkach, śmiało wchodziło na drzewa, ale Wanda – jeszcze jako dziewczynka – musiała leżeć w szpitalu, w gipsie, unieruchomiona przez długie miesiące. Jej młode ciało, pełne energii, z dnia na dzień stawało się coraz bardziej ograniczone przez chorobę, która wysysała z niej nadzieję.

I choć w wielu chwilach czuła, że nie ma siły na dalszą walkę, jej matka, Marianna, nie pozwalała jej się poddać. Mówiła: Bądź silna, Wandziu. Przetrwaj. Życie zawsze daje drugą szansę.

Może te słowa miały moc, a może były po prostu ostatnią nadzieją, którą matka była w stanie jej przekazać, ale Wanda sięgnęła po nią z całych sił.

Była piękna, o tym mówili wszyscy, którzy ją znali. Miała delikatną, rysunkową twarz, a w oczach skrywała coś, co zapierało dech w piersiach — siłę, której nikt nie mógłby się spodziewać w tak młodej dziewczynie.

Wanda była artystką. Zawsze siedziała z ołówkiem w ręku, szkicując pejzaże, postaci. Jej rysunki były pełne emocji i piękna. Rysowanie dawało jej ukojenie, pozwalało zbliżyć się do świata, który wydawał się oddalony od zamkniętej przestrzeni szpitala i gipsu.

Po kilku trudnych latach leczenia nadeszła chwila, kiedy Wanda poczuła, że mogłaby wyjść na zewnątrz.

W szpitalu zakochała się w chłopaku. Po kilku miesiącach jakaś fałszywa „przyjaciółka” odbiła jej ukochanego. Zdjęcie chłopaka trzymała w szkatułce do końca życia — razem z najcenniejszymi wspomnieniami.

Choroba, zawód miłosny, samotność — myślała nawet o klasztorze. Ale i tam jej nie przyjęto, ze względu na stan zdrowia.

Gdy jej stan się pogorszył, trafiła do sanatorium w Kamiennej Górze. Tam poznała Michała Strażyca, ojca Staszka. Michał, choć starszy, miał w sobie siłę, która przyciągnęła Wandę. To on podjął decyzję, by zbliżyć ją do Staszka.

I wtedy, po wielu latach cierpienia, Wanda wreszcie znalazła to, czego szukała. Znalazła kogoś, kto rozumiał ból, ale i potrafił pokazać, że życie zawsze daje drugą szansę.

Wanda nigdy nie była osobą, która otwarcie szukała bliskości. Zawsze trzymała się na uboczu, nie lubiła mówić o swoich uczuciach, wolała tłumić je w sobie. Jednak ze Staszkiem było inaczej. Od pierwszego momentu, gdy spotkała go w Kamiennej Górze, wiedziała, że ma przed sobą kogoś, kto potrafi zrozumieć jej ciszę.

Choć nie mówiła o tym głośno, czuła, że Staszek staje się częścią jej świata — jako ktoś, kto dostrzega ją nie tylko jako kobietę z przeszłością, ale jako kobietę z przyszłością.

Zanim zdążyli się oboje zorientować, ich codzienne rozmowy stały się czymś naturalnym. Staszek był kimś, kto rozumiał życie w sposób, który jej imponował.

– Staszku, dlaczego wybrałeś weterynarię? Przecież mogłeś robić cokolwiek innego? – zapytała Wanda.
Staszek spojrzał na nią przez chwilę, a potem odpowiedział, jakby to było najprostsze pytanie na świecie:
– Zawsze czułem, że muszę być blisko tych, którzy nie potrafią mówić. Zwierzęta, które nie mogą się skarżyć, które nie mają głosu. Może dlatego zawsze wiedziałem, że to moja droga.

Wanda wiedziała, że Staszek ma swoją tajemnicę, swoją przeszłość, która go ukształtowała, ale nigdy o nic go nie pytała. Zamiast tego słuchała, bo to, co mówił, miało w sobie coś, co przyciągało ją do niego.

Mijały dni, a między nimi rosła sympatia, która przechodziła w coś głębszego. Wanda, choć niechętna do pokazywania swoich uczuć, zaczęła dostrzegać, że jej serce bije szybciej, gdy Staszek zbliżał się do niej. Nie był to miłosny pęd, ale coś bardziej subtelnego — czysta bliskość, której w swoim życiu szukała od dawna.

Zbliżały się kolejne zmiany

Na początku lat 60. zmarła Irena — mama Staszka, żona Michała. Miała 63 lata. Michał skończył wówczas siedemdziesiątkę. Mimo że był człowiekiem silnym i samodzielnym, jego bliscy uznali, że będzie potrzebować wsparcia. Wtedy zapadła decyzja: Staszek i Wanda przeprowadzą się do Michała i otoczą go opieką.

Po przeprowadzce Staszek poślubił Wandę. Możliwe, że to właśnie Michał był cichym inicjatorem tego związku.

Wanda troskliwie opiekowała się teściem. Nie znała swojego ojca — wiedziała tylko, że działał w konspiracji i został rozstrzelany przez Niemców zimą 1943 roku. Z jej opowieści wynika, że z Michałem bardzo się zżyli. Być może widziała w nim ojca, którego tak wcześnie straciła.

2025-01-10 10 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Genealogia

Ja żołnierz Wojska Polskiego, część 3

by Jolanta Strażyc 2024-12-20

1 września 1939 roku III Rzesza w porozumieniu ze ZSRR dokonała zbrojnej agresji na Polskę na całej długości granicy międzypaństwowej. W obliczu przewagi liczebnej wroga, jego absolutnej dominacji w powietrzu oraz wyższości technologii niemieckiej nad polską, nie było możliwe stawienie skutecznego oporu…

Bohaterowie postów „Ja żołnierz Wojska Polskiego” TU i TU: Michał, Kamil Tadeusz i Marian Strażycowie już od pierwszych dni II wojny światowej brali czynny udział w walce obronnej 1939 roku.

Michał w dniach od 1 września do 1 października 1939 roku przebywał na froncie. Jako oficer rezerwy 36 pp brał udział w obronie Warszawy. Był dowódcą kompanii strzeleckiej 2 Pułku Piechoty Obrony Pragi – nazywanego 336 Pułkiem Piechoty rezerwowej. 17/18 września brał udział w ciężkich walkach z piechotą niemiecką. 19/20 września pozycje 336 pp rez. były ostrzeliwane ogniem artyleryjskim [1]. Tylko cudem uratował się przed śmiercią.

Na początku października Michał przeszedł do konspiracji. Do końca 1941 roku działał w ruchu oporu na terenie Lubelszczyzny. Poszukiwany przez Niemców, przeniósł się z żoną i synami na Kielecczyznę – do majątku ziemskiego w Kotlicach, należącego do Stanisława Kruszewskiego. Stanisław był szwagrem Michała. W czasie II wojny światowej dał schronienie znacznej części swojej rodziny.

Ziemia Kielecka była obszarem dobrze rozwiniętego ruchu oporu. W lasach działały różne grupy partyzanckie. Michał obdarzony nadzwyczajnym genem konspiratora, nawet kapitulując miał „schowaną za plecami zapasową broń”. Tutaj też działał w ruchu oporu, uczył młodzież na tajnych kompletach. Żył bez wytchnienia i zrobił wszystko, aby podobne wartości wyniosły z domu jego dzieci.

Czas wojny przyśpieszał dojrzewanie, kształtował odpowiedzialność za kraj i postawę życiową. Irena i Stanisław – dzieci Michała – otrzymały trudne zadania i prawdziwe próby życiowe, już w ścisłej konspiracji. 

Stanisław Strażyc ps. „Krzywda”[2] TU – syn Michała i Ireny z Kruszewskich, swoją działalność w ruchu oporu rozpoczął w listopadzie 1943 roku. Jako 15 letni chłopiec, pełnił funkcję kuriera – łącznika. W czerwcu 1944 roku wraz z oddziałem ,,Krzemienia”[2] brał udział w nieudanej akcji na torach. Na początku lipca 1944 roku pełnił funkcję amunicyjnego KM Piatów. W sierpniu 1944 roku, w ramach walk II Dywizji Piechoty AK brał udział w walkach z oddziałami niemieckimi pod Cecorą, Cisną i Mniszkiem. Po wojnie uzyskał uprawnienia kombatanta.

Córka Michała i Ireny z Kruszewskich – Irena Strażycówna ps. „Lutnia” TU, w czasie II wojny światowej działała w ruchu oporu: Pogotowie Wojenne Harcerek, ZWZ, AK, i „Szare Szeregi”. Początkowo w Okręgu Lubelskim. W 1942 roku została skierowana do Okręgu Kielecko – Radomskiego. Pełniąc funkcję sanitariuszki w Powstaniu Warszawskim została ranna. Od stycznia 1945 roku przebywała w jędrzejowskim obwodzie AK. Po wojnie otrzymała uprawnienia kombatanta.

Michał, po zakończeniu II wojny światowej był organizatorem szkolnictwa na Dolnym Śląsku, dyrektorem Szkoły Wodno – Melioracyjnej w Sołtysowicach oraz Powiatowym a następnie Wojewódzkim Kuratorem Oświaty WRN we Wrocławiu, dziennikarzem i korespondentem wrocławskiego Radia. W 1957 roku przeszedł na emeryturę. Zmarł 18 listopada 1968 roku w wieku 77 lat.

Kamil Tadeusz do  1939  roku  pracował  w Wojskowym Instytucie  Geograficznym (WIG) przy Sztabie Generalnym jako kierownik Składnicy Map Geograficznych. Na początku września 1939 roku rozpoczęto ewakuację Instytutu, pracowników i ich rodzin do Lwowa TU

Od października 1939 roku do kwietnia 1940 roku internowany w Obozie Ciz-fürdő, a od maja 1940 do listopada 1944 roku w Obozie Eger na Węgrzech. Były to obozy internowania żołnierzy polskich – miejsca przymusowego pobytu żołnierzy Wojska Polskiego, którzy po kampanii wrześniowej 1939 znaleźli się na terytorium państw neutralnych.

Po opuszczeniu obozu w grudniu 1944 roku, wyjechał do Mezőkövesd.  Na początku 1945 roku wybrał się w krótką podróż do Tury. W kwietniu 1945 roku wrócił do Polski:

(…) Jako topograf może być cywilnie wykorzystany. Wniosek: w WP pracować nie może – cywilnie pod obserwacją. Kraków, dnia 5.V.1945 Przewodniczący Komisji Skibniewski porucznik.

Do czasu przejścia na emeryturę, Kamil Tadeusz pracował w Głównym Urzędzie Pomiaru Kraju w Warszawie. Od 1948 roku był kierownikiem kursów kreślarskich. W 1949 roku, na zlecenie Komisji Programowej przy Ministerstwie Oświaty opracował program nauczania dla szkół mierniczych. Od roku szkolnego 1957/58 (już na emeryturze), wykładał w Technikum  Geodezyjnym  w  Warszawie.

Zmarł bezpotomnie 12 września 1967 roku, w wieku 75 lat.  Pochowany  na  cmentarzu  Powązkowskim w Warszawie.

W  1968  roku,  żona Kamila Tadeusza  przekazała potomkom Michała Strażyca pamiątki po Tadeuszu Kamilu, między innymi pieczęć  rodową z herbem Krzywda – należącą wcześniej do Franciszka Konstantego Strażyca i klamrę od pasa  wojskowego z czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego należącą do Antoniego Strażyca.

Marian 24 lipca 1939 roku dostał skierowanie na stanowisko dowódcy 12 Pułku Piechoty Ziemi Wadowickiej 6 Dywizji Piechoty w Krakowie[5]. W tym czasie pełnił funkcję kierownika Katedry Broni Pancernych Wyższej Szkoły Wojennej i do pułku wstawił się 20 sierpnia.

Od 1 września 1939 roku przebywał na froncie. W dniu 18 września 1939 roku, 12 Pułk Piechoty wraz z ugrupowaniem 6 Dywizji Piechoty znalazł się w okrążeniu w lesie Susiec. Po ciężkich walkach w okolicach Narola, Niemcy zaproponowali 6 Dywizji Piechoty kapitulację i polskie dowództwo przyjęło ją. 20 września 1939 ppłk Marian Strażyc dostał się do niewoli niemieckiej. Przez ponad trzy lata przetrzymywany był w Oflagu VII A Murnau. Pod koniec 1943 roku zachorował. Zmarł bezpotomnie 30 grudnia 1943 roku w lazarecie[7] we Freysing w  Niemczech, w wieku 50 lat. Pochowano go na przyszpitalnym cmentarzu. Po likwidacji cmentarza w 1985 roku szczątki pochowanych tam oficerów zostały przeniesione na cmentarz wojenny w Neumarkt in der Oberpfalz. W centralnej części cmentarza znajduje się pomnik z tablicą upamiętniającą polskich oficerów, którzy zmarli w tamtejszym lazarecie. Na tablicy widnieje również nazwisko Mariana: ppłk Marian Strażyc ur. 21.01.1894 zm. 30.2.1943

Marian został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari KS nr 12778, przyznany przez organy władzy państwowej na uchodźstwie[7].

***

Oddawałem społeczeństwu wszystko z siebie nie żądając nic w zamian. Pracowałem nie dla pochwał, lecz z wewnętrznej potrzeby pracy społecznej, i świadomości, że w okresie bezczynności i bierności społeczeństwa,  praca  jest obowiązkiem…

A  kiedy ludzie… powiedzą: „umarł człowiek” – ja mówię, że to nie prawda. Nikt nie umarł, tylko przeszedł na drugą stronę horyzontu, jako Duch wolny. A ten duch pozostawił swoje promienie, których ręce są wyciągnięte ku słońcu. Pozostawił znicz rozpalony w ich duszach, jako światło śród nocy. Ten człowiek idący, lub Duch  samowiedny  w  tym człowieku  ogłasza:  Jestem, i…

(Michał Strażyc)

_____________________________________________________________

[1] 336 Pułk Piechoty Rezerwowej zaprzestał walki 27 września i na rozkaz dowódcy Armii „Warszawa” skapitulował 28 września 1939 roku.

[2] Pseudonim „Krzywda” był również pseudonimem Michała w czasach Legionów. Po I wojnie światowej, pseudonimy  używane w Legionach Polski i Polskiej Organizacji Wojskowej,  na  mocy  ustawy  sejmowej  z  1920  roku  stały  się  częścią  nazwiska. Krzywda jest  również herbem  Strażyców.

[3] „Krzemień” – pseudonim porucznika Stanisława Rogowskiego

[4 Na początku lipca 1944 roku oddział ,,Krzemienia” został wcielony do II Batalionu Pułku Ziemi Jędrzejowskiej pod dowództwem ,,Halnego” (Józef Kurek). W sierpniu 1944 roku batalion został wcielony do II Dywizji Piechoty AK pod dowództwem ,,Lina” (ppłk Antoni Żółkiewski). II Dywizja „Lina” została rozformowana 29 lutego 1945 roku.

[5] W czasie kampanii wrześniowej 1939 roku, 12 Pułk Piechoty walczył w składzie macierzystej 6 Dywizji Piechoty (Armia „Kraków”). Była to wielka jednostka piechoty Wojska Polskiego II RP.

[6] Lazaret –  m.in. szpital w obozie jenieckim.

[7] Zapis prowadzony przez Kapitułę Orderu z siedzibą w Londynie.

Bibliografia

Wspomnienia Stanisława Strażyca i jego siostry Ireny.

Dokumenty i zdjęcia z archiwum domowego Stanisława Strażyca.

Michał Strażyc Życiorys udokumentowany.

Korespondencja Michała Strażyca.

Centralne Archiwum Wojskowe (CAW) Teczki osobowe: Michał Strażyc, Kamil Tadeusz Strażyc, Marian Strażyc.

2024-12-20 7 komentarzy
5 FacebookTwitterPinterestEmail
Genealogia

Ja żołnierz Wojska Polskiego, część 2

by Jolanta Strażyc 2024-12-10

Po zakończeniu I wojny światowej i klęsce państw zaborczych, 11 listopada 1918 roku, Polska odzyskała upragnioną wolność. Radość jednak nie trwała długo. 4 stycznia 1919 roku, siły bolszewickie przeprowadziły atak na opuszczone przez Niemców Wilno. Słabo uzbrojone oddziały samoobrony polskiej zostały zmuszone do kapitulacji.

Istnieją dwa stanowiska co do momentu rozpoczęcia wojny polsko – bolszewickiej. Jedni historycy wskazują datę 5 stycznia 1919 roku,  kiedy to Armia Czerwona zajęła Wilno, inni historycy twierdzą, że wojna rozpoczęła się 14 lutego 1919 roku, starciem pod miasteczkiem Mosty koło Szczuczyna, kiedy Wojsko Polskie powstrzymało oddziały Frontu Zachodniego Armii Czerwonej i ich dalszy marsz na zachód w ramach „Cel Wisła”…

Rok 1919. Odyseja wojenna bohaterów poprzedniego postu „Ja żołnierz Wojska Polskiego” TU trwa dalej. Michał, Kamil Tadeusz i Marian Strażycowie po zakończeniu I wojny światowej, w dalszym ciągu  pełnili swoje obowiązki wojskowe.

Michał od 18 listopada 1918 roku, w stopniu porucznika, pełnił funkcję oficera instrukcyjnego w szkole podoficerskiej w Krakowie.

15 września 1919 roku wcielono go do 20 Pułku Piechoty Ziemi Krakowskiej, gdzie do 18 listopada 1919 roku pełnił funkcję instruktora i od 1 lutego 1920 do 18 marca 1920 dowódcy kompanii.

Od 19 marca do 6 grudnia 1920 na froncie bolszewickim w 4 a później w 3 pułku strzelców podhalańskich.

W dniach od 19 marca do 7 sierpnia 1920, jako dowódca kompanii w 4 Pułku Strzelców Podhalańskich brał udział w walkach w okolicach miejscowości: Chodaki, Jaktuszków, Wasiutyńce, Komorowce, Miaskówka, Tomaszpol.

Od 7 sierpnia do 13 sierpień 1920 był adiutantem samodzielnego Baonu 50 p.p. w polu walki w okolicy Brześcia.

W dniach od 13 sierpnia do 6 grudnia 1920, jako dowódca 3 pułku strzelców podhalańskich, brał udział w walkach pod miejscowościami: Brześć, Granie, Firlej, Łuków, Siedlce, Białystok, Sokółka, Kuźnica i w kilku wypadach na wschód od Sokółki.

Kamil Tadeusz, 13 listopada 1918 roku, z rozkazu generała dywizji Tadeusza Rozwadowskiego, otrzymał przydział do Wojskowej Szkoły Mierniczej (w październiku 1919 nazwę szkoły zmieniono na Oficerską Szkołę Topografów). W czasie wojny polsko – bolszewickiej 1920 r. naukę w szkole przerwano, a oficerów skierowano na front. Kamila Tadeusza wcielono do 18 Pułku Artylerii Ciężkiej. W tym samym roku awansował do stopnia kapitana.

Po zakończeniu wojny polsko – bolszewickiej Kamil Tadeusz ukończył Oficerską Szkołę Topografów. Od września 1921 roku do grudnia 1922 pełnił funkcję topografa w Wojskowym Instytucie Geograficznym (WIG) w Warszawie.

Marian pod koniec 1919 roku został wcielony do baonu zapasowego 5 Pułku Piechoty Legionów. Jako dowódca kompani brał udział w walkach nad Dźwiną i w Dyneburgu oraz w wiosennej ofensywie Wojska Polskiego na Ukrainie. Na początku sierpnia 1920 roku, w walkach nad Styrem, został ciężko ranny.

W styczniu 1921 roku, już jako kapitan, rozpoczął kurs w Wyższej  Szkole  Wojennej. Po uzyskaniu dyplomu w 1923 roku, otrzymał przydział na stanowisko oficera Sztabu Generalnego w 71 Pułku Artylerii Polowej w Toruniu.  W  tym  samym  roku  został  mianowany  majorem WP.

Michał od 7 grudnia 1920 do 17 czerwca 1921 był referentem oświatowym w kowieńskim pułku strzelców.

Od 18 czerwca – 19 października 1921 w 80 Nowogródzkim p.p. jako dowódca kompanii technicznej, brał udział w pracach fortyfikacyjnych pod Wilnem.

Opinia z dnia 1 sierpnia 1921 roku, podpisana przez Dowódcę Dywizji Litewsko-Białoruskiej, Edwarda Hajdukiewicza: „por. Strażyc Michał ur. 29 V 1891 r. jako dowódca kompanii technicznej wykazał duże zdolności. Pragnie służyć zawodowo, stara się, umie utrzymać porządek i karność. Może przynieść korzyść. Kwalifikuje się na zawodowego”.

2 lutego 1921 Michał ożenił się z Ireną Marią Kostrzębską. Irena  Maria  urodziła się w 1895 roku jako córka Michała i Elżbiety z Palmerów. W czasie I wojny światowej była  sanitariuszką.  Po wojnie już  jako mężatka  ukończyła studia prawnicze. Zmarła 3 września 1921 roku, w pięć dni po porodzie, w  warszawskim  szpitalu  przy  ulicy  Karowej. Kilka dni wcześniej zmarła też (przeżywszy tylko kilka godzin) córka Ireny Marii i Michała – Małgorzata.

Pobyt na Syberii i w niewoli niemieckiej, kilka lat czynnej służby wojskowej, trudne doświadczenia życiowe związane z zaginięciem rodziców i młodszego brata, śmierć żony i córki… Odporność psychiczna człowieka ma swoje granice. Gdy 21 września 1921 roku znalazł się w szpitalu, zdecydował się przejść do rezerwy.

Na początku października 1921 roku zdał „Dyplomowy Egzamin Nauczycielski” organizowany przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświaty Publicznej dla nauczycieli szkół średnich, posiadających wyższe wykształcenie, ale nie pedagogiczne. 20 października 1921 roku rozpoczął pracę – jako nauczyciel oraz w porozumieniu z władzami wojskowymi zorganizował Powiatowy Komitet WF i PW, który był jednym z pierwszych komitetów tego typu zorganizowanych na terenie całej Polski. Opracował dla niego statut. Uruchomił harcerstwo. Reorganizował Związek Strzelecki i Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”. Idee PW propagował na łamach czasopism jako dziennikarz. 30 listopada 1922 roku ożenił się z Ireną Skarbek – Kruszewską. W latach 1924 – 1932 na świat przyszło kolejne pokolenie Strażyców: Irena (1924), Stanisław (1929) i Janusz (1932).

Kamil Tadeusz od 5 marca 1923 do 31 października 1924 pełnił  funkcję topografa  i  wykładowcy  w  Oficerskiej  Szkole  Podchorążych Artylerii w Toruniu. Wykładał tam terenoznawstwo i był kierownikiem Biblioteki Naukowej.

Od listopada 1924 do września 1939 pracował w Wojskowym Instytucie Geograficznym (WIG) w Warszawie. Pełnił tam funkcję topografa i kierownika Składnicy Map oraz ukończył kurs pedagogiczny przy  Departamencie  Naukowo – Szkoleniowym w Warszawie.

10  grudnia  1933  roku  ożenił  się  z  Janiną  Teofilą  z  Lewandowskich 1v. Szweryn.

W  1934  roku  awansował  do  stopnia  majora.

Marian w  latach  1924 – 1930  pracował  w  Oddziale  III  Sztabu  Generalnego. W latach 1924 – 1925 był wykładowcą prawoznawstwa i ekonomii społecznej w Szkole Podchorążych Artylerii w Toruniu.

5  sierpnia  1929  roku  ożenił  się  z  Olgą  Krzyżanowską 1v. Wańkowicz.  Ślub  odbył  się  w  Toruniu,  a  panna  młoda  była  z  zawodu  prawnikiem.

Od  16  października  1931 do 6 czerwca 1934 był  zastępcą  dowódcy  3  pułku  pancernego – oddziału broni pancernych Wojska Polskiego w II Rzeczypospolitej, stacjonującego w Warszawie a później w Modlinie.

Zarządzeniem Prezydenta RP z dnia 27 czerwca 1935 roku awansował  do stopnia podpułkownika dyplomowanego.

24 lipca 1939 roku dostał skierowanie na stanowisko dowódcy 12 Pułku Piechoty Ziemi Wadowickiej 6 Dywizji Piechoty w Krakowie. W tym czasie pełnił funkcję kierownika Katedry Broni Pancernych Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie i do pułku wstawił się 20 sierpnia.

Bibliografia

Wspomnienia Stanisława Strażyca i jego siostry Ireny

Dokumenty i zdjęcia z archiwum domowego Stanisława Strażyca

Michał Strażyc Życiorys udokumentowany

Korespondencja Michała Strażyca

Centralne Archiwum Wojskowe (CAW) Teczki osobowe: Michał Strażyc, Kamil Tadeusz Strażyc, Marian Strażyc

Grzegorz Wójcik „Początek wojny polsko – bolszewickiej”: 

https://muzhp.pl/wiedza-on-line/poczatek-wojny-polsko-bolszewickiej

2024-12-10 8 komentarzy
6 FacebookTwitterPinterestEmail
Genealogia

Ja żołnierz Wojska Polskiego, część 1

by Jolanta Strażyc 2024-11-20

Ja żołnierz Wojska Polskiego przysięgam służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, bronić jej niepodległości i granic. Stać na straży Konstytucji, strzec honoru żołnierza polskiego, sztandaru wojskowego bronić. Za sprawę mojej Ojczyzny, w potrzebie krwi własnej ani życia nie szczędzić. Tak mi dopomóż Bóg. „Rotą”, przysięgą wojskową, ustanowioną w 1992 roku, rozpoczęłam kolejny post, w którym wspominać będę czterech wnuków Ignacego Strażyca – właściciela do 1906 roku, majątku ziemskiego znajdującego się we wsi Równo, Piskorowo i Wola Ostrowiecka.

Michał, Mikołaj, Kamil Tadeusz, Marian

Urodzili się w latach 1891 – 1898, w czasach zaboru rosyjskiego. Naukę z zakresu szkoły powszechnej pobierali w domu. Do szkoły średniej uczęszczali w Chełmie i Radomiu. Lubili miasto. Tam mieli swoje miejsca i zakamarki, rodziców i fajnych kolegów. Było jednak miejsce, za którym zawsze tęsknili – dom rodzinny ich ojców, babci Adeli i dziadka Ignacego, położony urokliwie w zachodniej części Polesia Wołyńskiego, gdzie, spędzali święta i wakacje. Tam wśród rodzinnych opowieści i pamiątek, kształtowały się ich młode serca. Dziadek Ignacy Strażyc dobrze wiedział jakie zasady panują w zrusyfikowanych szkołach. Sam do takiej szkoły uczęszczał i zrobił wszystko, aby przekazać im zupełnie inne wartości.

Byli ze sobą bardzo zżyci. Najstarszy był Michał[1] – dusza towarzystwa, potrafił znaleźć się w każdej sytuacji. Kamil Tadeusz[2] był o rok młodszy. Ich przyjaźń przetrwała wszystko. Uczyli się bardzo dobrze, ale to Kamil był prymusem. Marian[2] – trzeci pod względem wieku – poważny i rezolutny. Najmłodszy Mikołaj[1] – podobnie jak dziadek Ignacy, pięknie grał na skrzypcach.

W 1905 roku Michał i Kamil Tadeusz, już jako gimnazjaliści, brali udział w strajku szkolnym TU. Po zakończeniu strajku, w dalszym ciągu uczestniczyli w akcjach konspiracyjnych organizacji szkolnej (kolportaż, rozlepianie ulotek itp.). Powodowało to nadzór policyjny nad rodziną, rewizje, poszukiwanie proklamacji, prasy, ulotek i innych zabronionych materiałów.

W 1906 roku spędzili ostatnie wakacje w Równie. Jak co roku, dziadek Ignacy zorganizował wiele atrakcji, ale nie czuł się najlepiej. Zmarł jesienią, pozostawiając rodzinę i przyjaciół w ogromnym smutku. Był bardzo dobrym człowiekiem, wrażliwy, czuły na ludzką krzywdę. Zawsze można było na nim polegać. Kochała go rodzina, służba, włościanie. W 1907 roku synowie Ignacego Strażyca sprzedali odziedziczony po ojcu majątek. Ich drogi zaczęły się rozchodzić.

Michał po ukończeniu gimnazjum w 1910 roku, został wcielony, jako jednoroczny, do wojska rosyjskiego, 67 pułku piechoty w Kowlu. Rok później został zesłany do Wschodniej Syberii. Tam jako wykształcony, bo po gimnazjum i po przeszkoleniu wojskowym, został zatrudniony  w  firmie  „Rudzki”  przy  budowie  kolei  nadamurskiej. Pracował  jako  rachmistrz,  a  potem  jako szef biura Wschodniego Odcinka  Budowy  Kolei. W latach 1913 – 1914 włączył się do ruchu wolnościowego Mandżurów. Mimo tak wielu obowiązków znalazł czas na naukę. W latach 1911 – 1914  studiował w Chaborowsku na Prywatnych Wyższych Kursach Technologii Chemicznej. 1 sierpnia 1914 roku wstąpił do konnego oddziału wywiadowczego 22 pułku strzelców wschodnio – syberyjskich, skąd został skierowany na egzamin do sztabu wojskowego w twierdzy we Władywostoku. Po egzaminie uzyskał patent oficerski w stopniu chorążego piechoty.

Kamil Tadeusz w 1910 roku, po ukończeniu gimnazjum w Radomiu, rozpoczął studia w Szkole Handlowej w Kiszyniowie. Jesienią  1911  roku, został wcielony, jako jednoroczny, do wojska rosyjskiego, 67 pułku piechoty w Kowlu.  W 1912  roku  awansował  na  chorążego. Po zwolnieniu  z  wojska, przez kilka miesięcy pracował  w  Banku  w  Radomiu.

Marian szkołę średnią handlową ukończył w Radomiu w 1912 roku, a następnie rozpoczął studia  w szkole  kupieckiej  w  Kiszyniowie.

Czternastoletni Mikołaj uczył się w gimnazjum w Chełmie…

Pierwsza wojna światowa zastała ich w różnych miejscach

Michał 29 października 1914 roku, jako młodszy oficer i dowódca kompani w 36 pułku strzelców wschodnio – syberyjskich wyjechał na front niemiecki.

Kamil Tadeusz 1 lipca 1914  roku  został powołany  do  wojska  rosyjskiego,  przez  mobilizację,  do  23 pp.  w  6  brygadzie  artylerii, na  stanowisko  młodszego  oficera.

Marian w  1914  roku  wstąpił  do Konstantynowskiej Wojskowej  Szkoły w Kijowie.

Mikołaj z rodzicami[1] w czasie I wojny światowej znalazł się w trudnej sytuacji na niebezpiecznym terenie walk.  W początkach maja 1915 roku w Galicji ruszyła ofensywa wojsk austriacko – niemieckich, która doprowadziła do przerwania frontu rosyjskiego w rejonie Gorlic. To spowodowało odwrót Rosjan z terytorium Królestwa Polskiego, połączonego z planem tak zwanej ewakuacji, której głównym celem było zostawienie nieprzyjacielowi pustej ziemi (wypędzenie ludności w głąb Rosji oraz niszczenie wszystkiego, czego nie dało się wywieźć). W 1915 roku Lubelszczyzna straciła 1/4 ludności, w tym również rodzinę Strażyców: Mieczysława, Leokadię i ich młodszego syna Mikołaja.

Michał pierwsze rany odniósł na początku 1915 roku. Mimo to brał udział w walkach odwrotowych z Niemcami. W lutym 1915 roku dostał awans na stopień porucznika. 8 marca 1915 roku, pod wsią Kalisko koło Ostrołęki został ciężko ranny w klatkę piersiową, po czym nieprzytomnego zabrano go do niewoli niemieckiej. Przebywał w obozie w Stralzundzie, a  później w Gutersich.

Kamil Tadeusz  pierwsze  rany  odniósł  w  1916  roku.  Od  października 1917  roku  do  marca  1918  przebywał  w  szpitalu  w  Kijowie.  Po  zajęciu  Kijowa  przez Niemców w  czerwcu  1918,  wyjechał  do  Radomia.

Marian w latach  1915 – 1917 przebywał  na  froncie  jako  dowódca  kompanii  piechoty  i  CKM.  W  roku  1915 został  ranny i  przebywał  przez  pewien  czas  w  szpitalu.

W czasie I wojny światowej Polaków wcielano do wojsk zaborców. Zmuszeni byli walczyć przeciw sobie. Walczyli w armii rosyjskiej, niemieckiej czy austro-węgierskiej, na własnej ziemi i w ciągu czterech lat zabijali się wzajemnie, aby zdobyć niepodległość dla Polski. W roku 1920 prawie wszyscy dowódcy Wojska Polskiego byli oficerami i podoficerami z dawnej armii państw zaborczych. W czasach zaborów wstąpili ochotniczo do armii rosyjskiej, austriackiej i pruskiej, tam ukończyli szkoły wojskowe, zdobyli dobre wykształcenie i wojskowe umiejętności, które okazały się później niezbędne do pokonania bolszewików.

Bohaterowie tego postu: Michał, Kamil Tadeusz i Marian Strażycowie, swoje umiejętności wojskowe zdobyli w armii rosyjskiej, z którą w końcu pożegnali się i w stopniach porucznika – wstąpili do Legionów Polskich. Tam w krótkim czasie przeszkolili rzesze ochotniczej polskiej młodzieży w podstawach żołnierskiego rzemiosła i następnie w polu bitwy brali czynny udział w wojnie polsko – bolszewickiej, a kilkanaście lat później w wojnie obronnej 1939 roku.

Wojsko Polskie

1 sierpnia 1916 roku, Michał został przeniesiony do polskiego oficerskiego obozu Ellewangen  skąd w  liczbie   68  oficerów   Polaków,  w  dniu  10 grudnia 1916  roku   wyjechał   do   Warszawy,  do  Komendy   Legionów. Tam został wcielony do 3 pułku Legionów.

W lipcu 1917 roku zażądano od legionistów złożenia przysięgi na wierność Niemcom. Część oficerów i dowództwo byłej Naczelnej Komendy Legionów odmówiło złożenia przysięgi. Zostali internowani i umieszczeni w obozach niemieckich. Michał został wywieziony do polskiego oficerskiego obozu w Helmsztedt, a następnie Neustadt. W Niemczech był przytrzymany do października 1918 roku. Od 1 listopada 1918 roku przebywał w Krakowie, gdzie pełnił funkcję oficera instrukcyjnego w Szkole Podoficerskiej oraz brał udział w wyszkoleniu rekrutów.

W tym czasie Kamil Tadeusz i Marian (również w stopniach porucznika), służyli w I Korpusie Polskim.  Dowódcą I Korpusy był generał Józef Dowbor – Muśnicki. Podkomendni generała, byli pierwszymi polskimi żołnierzami, którzy stanęli do walki z bolszewizmem i zwyciężyli. Na odległych Kresach zdołali wyzwolić pierwszy skrawek Polski. Na początku drugiej połowy 1918 roku, po rozwiązaniu I Korpusu, Kamil Tadeusz i Marian wyjechali do Warszawy, do Komendy  Legionów.

Kamil Tadeusz w Wojsku Polskim w stopniu porucznika, od 5 listopada 1918 roku. 13 listopada 1918 roku, z rozkazu generała dywizji Tadeusza Rozwadowskiego, otrzymał przydział do Wojskowej Szkoły Mierniczej w Warszawie (w październiku 1919 roku, nazwę szkoły zmieniono na Oficerską Szkołę Topografów).

Marian w Wojsku Polskim w stopniu porucznika, od 12 grudnia 1918 roku w Warszawie…

Narodowe Święto Niepodległości

Data 11 listopada jest szczególnie ważna dla Polaków. Tego dnia w 1918 roku, Polska odzyskała niepodległość po 123 latach zaborów. To również moment zakończenia walk o wolność oraz początek nowej ery w historii Polski. Narodowe Święto Niepodległości upamiętnia przekazanie przez Radę Regencyjną naczelnego dowództwa wojsk polskich Józefowi Piłsudskiemu. Święto zostało ustanowione przez Sejm RP w 1937 roku. Zniesiono je w 1945 roku i przez cały okres PRL nie było oficjalnie obchodzone. Święto przywrócono w roku 1989.

__________________________________________________________________

[1] Michał i Mikołaj Strażycowie – synowie Mieczysława i Leokadii z Lisowskich.

[2] Kamil Tadeusz i Marian Strażycowie – synowie Stefana Bronisława i Jadwigi z Dębowskich.

Bibliografia

Wspomnienia Stanisława Strażyca i jego siostry Ireny Szanser

Michał Strażyc, Życiorys udokumentowany

Centralne Archiwum Wojskowe (CAW) – Teczki osobowe: Michał Strażyc, Kamil Tadeusz Strażyc, Marian Strażyc.

2024-11-20 7 komentarzy
16 FacebookTwitterPinterestEmail
Genealogia

Michał Strażyc. Wspomnienia z owych lat

by Jolanta Strażyc 2024-11-10

Gdy dziś przypatruję się życiu dzieci i młodzieży, przypominają mi się dawne, jakże inne czasy sprzed lat pięćdziesięciu.

Szczególnie niezapomniane są lata 1904-5. Uczyłem się wtedy w Chełmie Lubelskim, w gimnazjum.  W budynku szkolnym, w którym dziś młodzież może się radośnie uczyć i wychowywać (…) myśmy musieli pić gorycz niewoli. Wprost wierzyć się nie chce, że takie same dzieci w 1905 r. brały udział w strajku szkolnym, kolportowały i rozklejały po mieście ulotki rewolucyjne.

W ówczesnej szkole znosić musieliśmy różne szykany. Przypominam sobie np. pracę domową z języka rosyjskiego na temat „Moja Ojczyzna”. Wtedy w prostocie ducha napisałem m.in., że moim rodzinnym miastem jest Krasnystaw, że mieszkańcami stałymi są Polacy i Żydzi, a Rosjanie – elementem napływowym jako urzędnicy i wojsko. Otrzymałem wtedy ocenę niedostateczną, chociaż błędów nie było, bo wypracowanie dałem przezornie poprzednio do poprawy starszemu koledze. Wtedy dostał mi się także surowy “wygowor”.

Dla naprowadzenia nas na „właściwą drogę” przybywał czasem do naszego gimnazjum sławny polakożerca – prawosławny biskup chełmski, Eulogiusz. Tłumaczył on nam, jak niewdzięczni są Polacy wobec cara, skoro się buntują, mówił, że Polacy nie rozumieją swego szczęścia i zaszczytu, jaki na nich spływa stąd, że są poddanymi cara.

Te „argumenty” musiały nas jeszcze więcej oburzać i gniewać. Coraz bardziej rosła nienawiść do wszystkiego, co carskie, tym bardziej, że zaczęły się pojawiać tajne broszury i książki, które budziły tęsknotę do wolności i sprawiedliwszego życia.

Nadeszła pamiętna zima 1904 – 1905 roku. Rosnące wśród dorosłych wrzenie polityczne znajdowało  u młodzieży żywy oddźwięk. Rozmowy na te tematy odbywały się zazwyczaj w odludnych miejscach. Jeżeli tak gremialnie wybieraliśmy się na ślizgawkę nad rzekę Ucherkę, to przede wszystkim z tą  myślą, że nikt nam nie będzie mógł przeszkodzić w naszych tajnych rozmowach. Tam zjawiał się skądś student lub jakiś robociarz, który dzielił się z nami wiadomościami, zagrzewającymi młode serca. (…)

Któregoś zimowego popołudnia tutaj, na lodzie zapadło postanowienie, że od jutra strajkujemy, a jak mówiono wtedy – “buntujemy się”. Rodzice o tym nie wiedzieli. Następnego dnia normalnie zabrało się książki i poszło do szkoły. A w szkole jak w ulu – zdenerwowanie. Książek nikt nie rozpakował, czekamy na znak…

Pierwsze ruszyły z piętra klasy starsze, a równocześnie łącznicy wpadli do klas – przygotowawczej, pierwszej, drugiej i trzeciej wołając: „ubierać się, wychodzić przed szkołę i ustawiać się klasami”. Ustawili się. Powychodzili również przerażeni nauczyciele i dyrektor Niewski. Dyrektor przemawia, aby wszyscy wrócili do klas. Wtedy wystąpił jego syn, uczeń, zdaje się klasy VI i odpowiedział ojcu: „do klas nie pójdziemy, bo idziemy z robotniczym pochodem” (rzeczywiście, w tym czasie uformował się na ulicach Chełma pochód).

Ojcowie i dzieci dwa obozy nie mogące znaleźć wspólnego języka. Nie było potem takich rozmów i ile pasków od rodzicielskich spodni w robocie, ileż sztubackich łez? Kto to zliczy?

Naprężenie zwiększyło się z chwilą, kiedy zastrajkowała i młodzież. Ulice przemierzały konne patrole kozackie lub piesze, składające się z policjantów i żołnierzy. Na niektórych ulicach stały posterunki. To wszystko nie przeszkadzało jednak młodzieży rozlepiać na murach ulotek. Stosowano przy tym taką taktykę: kilku kolegów rozpoczynało między sobą bójkę, a kiedy “gorodowoj” (policjant) zagapił się na nich, inny kolega wyjmował spod płaszcza przygotowaną już wcześniej ulotkę i przyklejał  ją  na  murze. Z  radością  widzieliśmy  potem,  jak  przechodnie  oglądając  się  czytali te  ulotki. Nieraz zdążyło ją przeczytać kilku czy kilkunastu ludzi, zanim „gorodowoj” zdołał się zorientować  i  zniszczyć. Oczywiście, wkrótce gdzieś w pobliżu zjawiały się na murach inne odezwy.

Rząd carski dla walki z ruchem rewolucyjnym zmobilizował również rosyjską „czarną sotnie”. Z tego czasu przypominam sobie pochód w Chełmie, w którym uczestniczyli popi w szatach liturgicznych przy dźwiękach orkiestry wojskowej w otoczeniu tłumu wrzeszczącego „Dołoj gramotnych” (precz z wykształconymi). Do tych pochodów usiłowano zapędzić także tych nielicznych uczniów szkoły rosyjskiej. Dziwne więc wrażenie robiły te okrzyki „Dołoj gramotnych” w obecności uczącej się młodzieży.

Im większy był ucisk, tym gwałtowniej narastał opór w społeczeństwie, a zwłaszcza wśród młodzieży.

W tej walce wyrastało i hartowało się młode pokolenie do przyszłych walk. Trudno dziś powiedzieć, ilu pozostało wiernych swym młodzieńczym ideałom. Jako dawny nauczyciel wiem, jak wielkie znaczenie wychowawcze mają przykłady z przeszłości, o której opowiedzieć by mogli pozostali jeszcze przy życiu weterani z tamtych czasów, gdyby ich zebrać w ich dawnych szkołach. A stare mury ożywiłaby pamięć o bohaterskim zrywie młodzieży z 1905 roku. Wtedy zebraliby swoje wspomnienia wesołe i smutne – dla pokoleń nowych, jak nas kiedyś ożywiał romantyzm walki o wolność i sprawiedliwość.

Michał Strażyc, Wrocław

Wspomnienia z owych lat. Głos Nauczycielski, 30 stycznia 1955 r.

2024-11-10 7 komentarzy
2 FacebookTwitterPinterestEmail
Genealogia

Równo

by Jolanta Strażyc 2024-10-20

Równo (ukr. Рі́вне) położone jest w niedalekim sąsiedztwie rzeki Bug, około 10 km od przejścia granicznego w Dorohusku. Przez lata, niewiele tam się działo. Ominęła to miejsce „wielka historia”, nie wybudowano tam imponujących zabytków, a to co było, zostało zniszczone w 1943 roku przez ukraińskie bojówki z pod znaku UPA (Ukraińska Powstańcza Armia). Znalezienie polskich śladów na tym terenie jest trudne. Do odtworzenia historii miejscowości wykorzystałam wspomnienia mojego ojca Stanisława Strażyca, dokumenty sprowadzone z Państwowego Archiwum w Żytomierzu (DAŻO), dokumenty, listy, pamiętniki z archiwum domowego oraz książki autorstwa dra Leona Popka o parafii Ostrówki, do której należało Równo.

Z dokumentów spadkowych z 1805 – 1809 roku wynika, że majątek ziemski we wsi Równo był częścią majątku spadkobierców Piotra Strażyca.

W 1809 roku właścicielem majątku w Równie został syn Piotra – Antoni Strażyc. Z testamentów i dokumentów finansowych, które znajdują się w Archiwum Państwowym w Żytomierzu można wywnioskować, że gospodarstwo pod zarządem Antoniego było prowadzone wzorowo. Antoni Strażyc był zapobiegliwym gospodarzem i majątek we wsi Równo doprowadził do kwitnącego stanu. Z testamentu jego syna Franciszka, wynika, że: Franciszek Antonowicz Strażyc przejął po Ojcu odnowione budynki mieszkalne i gospodarcze oraz gospodarstwo ziemskie w stanie doskonałym, przynoszące wysokie dochody…

Po śmierci Antoniego właścicielem majątku został jego młodszy syn Franciszek, a następnie syn Franciszka – Ignacy. W marcu 1857 roku, Ignacy Strażyc kupił od spadkobierców rodziny Olędzkich, 250 hektarowe gospodarstwo w Woli Ostrowieckiej. W 1857 roku (czyli jeszcze przed uwłaszczeniem włościan) po dołączeniu Woli Ostrowickiej do Równa obszar posiadanej ziemi wynosił ponad 400 hektarów.

W Woli Ostrowickiej i w Równie urodziły się dzieci Ignacego: Stanisław i Zofia (zmarli jako dzieci), Mieczysław (1861), Malwina Józefa  (1862) i Stefan Bronisław – używał imienia Bronisław (1864) oraz syn Franciszka (z drugiego małżeństwa) – Józef (1864)

Franciszek Strażyc zgodnie z Testamentem z dniem 6 lipca 1868 roku, przekazał cały swój majątek rodzinny i niepodzielny synowi z pierwszego małżeństwa – Ignacemu. Synowi z drugiego małżeństwa – Józefowi, zapisał 500 rubli w srebrze, które to: syn Ignacy wręczy bratu Józefowi gdy już będzie pełnoletni oraz na jego utrzymanie (do tego czasu) co rocznie jedną czwartą zysku ze sprzedaży zboża.

Przez większość XIX wieku rubel był walutą srebrną. W latach siedemdziesiątych srebro szybko taniało i w latach osiemdziesiątych kiedy Józef stał się pełnoletni, miało już nie wielką wartość. Z tymi 500 rublami nie wiele by zdziałał. Zapewne wtedy Ignacy postanowił dać mu dom z zabudowaniami i 50 ha ziemi w Woli Ostrowickiej. Kiedy to nastąpiło? Na pewno po roku 1890. Według spisu Polska własność ziemska na Ukrainie 1890 roku jako ziemianie posiadający majątki ziemskie w Równie, Woli Ostrowieckiej i Ostrówkach wymienieni są: Ignacy Strażyc, Stefan Kuczyński i Kamila Bogatko.

Synowie Ignacego Strażyca chyba nie mieli zamiłowania do prowadzenia majątków ziemskich. Pod koniec 1883 roku Mieczysław zamieszkał w Chełmie. Kilka lat później również Bronisław opuścił Równo i przeniósł się na Lubelszczyznę. Tam podjęli pracę i założyli rodziny…

Ignacy cieszył się, że synowie dobrze prosperują po drugiej stronie Bugu. Dobrze też wiedział co to oznacza dla gospodarstwa, któremu on poświęcił niemal całe swoje dorosłe życie. Zmarł w 1906 roku pogodzony z myślą, że po jego śmierci majątek może przejść w obce ręce.

W 1907 roku, synowie Ignacego: Mieczysław i Bronisław zdecydowali się na sprzedaż odziedziczonego po ojcu majątku. Przyjeżdżali tu jeszcze na wakacje, korzystając z gościnności kuzynów Moszyńskich, Rudnickich, Bogatków. Mieczysław Strażyc spędził tu dwumiesięczny urlop w 1911 i w 1914 roku. Jego młodszy brat Bronisław, odwiedzał Równo znacznie częściej i dłużej. Ostatni zapis na ten temat pochodzi z roku 1922.

2024-10-20 13 komentarzy
11 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaWspomnienia

Tam, gdzie zaczęła się historia

by Jolanta Strażyc 2024-10-10

Śnieg padał bezszelestnie, otulając drzewa i parapety miękkim puchem. Siedziałam przy stole, opierając dłonie o filiżankę herbaty. Zapach suszonej pomarańczy i goździków mieszał się z nostalgią. Zerkając na ekran laptopa, odczytałam wiadomość, która miała otworzyć drzwi do świata, o którym dotąd jedynie słyszałam.

Tadeusz Kaznowski — daleki krewny, genealog, człowiek, który potrafił z odłamków historii złożyć pełen obraz. Pisał:

W archiwach w Winnicy, Chmielnickim i Żytomierzu natrafiłem kilkukrotnie na nazwisko Strażyc.

Znał je. Znał historię mojej rodziny. Poszukując dziejów własnego rodu musiał natrafić na dokumenty, w których wspomniano o Teresie z Kaznowskich, żonie cześnika orszańskiego Antoniego Franciszka Strażyca (1675–1738). Teresa – moja 6xprababka – była ogniwem łączącym dwa rody.

Zrobiłem, co mogłem: skany, zdjęcia. Ale większość została nieodkryta – napisał. – Wiesz, jak tam jest… bez znajomości i pieniędzy – najlepiej w twardej walucie – nic się nie da zrobić. Ale wiem, gdzie szukać dalej. Skontaktuję Cię z odpowiednimi ludźmi.

Poszukiwania archiwalne

Zadzwoniłam do biura genealogicznego, które znalazłam przez Tadeusza. Choć oddalone od Krakowa o ponad 200 km, nie miało to żadnego znaczenia. Głos w słuchawce był spokojny, wyważony.

– Proszę podać nazwisko, region. Cokolwiek pani ma. Spróbuję czegoś poszukać.

Tydzień później przyszedł e-mail:

Teczki z Podola i Wołynia są. Głównie po rosyjsku, czasem po łacinie. Ale są też polskie dokumenty z XVIII wieku.

Nie było rozmów przy stole, serdecznych spotkań. Były wiadomości, telefoniczne ustalenia… Tak wyglądała moja podróż w przeszłość – surowa, ale prawdziwa.

Paczka z przeszłości

W maju przyszła paczka. Szara koperta, ciężka, z zagięciami na rogach. Adres wypisany ręką właściciela biura genealogicznego, który od lat ściągał przeszłość z czeluści archiwów dla swoich klientów. Przesyłka pachniała starym papierem i daleką drogą.

Ostrożnie otworzyłam. W środku – plik dokumentów spięty klipsami. Dwieście lat historii rodziny rozpisane na kartkach: metryki, odpisy z ksiąg grodzkich, świadectwa marszałków i carskich urzędników. Jedne po polsku, inne po rosyjsku. Na marginesach – krzyżyki, notatki, nierówne cyfry.

Cała historia opowiadana przez tatę. Teraz udokumentowana.

Z Majką – moją przyjaciółką od lat, siedziałyśmy przy stole, wpatrzone fotokopie dokumentów.

– Nie wierzę, że to naprawdę zdobyłaś… – powiedziała. – To jak klucz do innego świata.

– Ja też wciąż nie mogę uwierzyć. Przez lata nazwisko Strażyc żyło tylko w opowieściach taty. Teraz… mam imiona, daty, miejsca.

– Historia to nie tylko przeszłość. To coś, co nosimy w sobie. Nawet jeśli o tym nie wiemy.

Gdy miejsca z map stają się rzeczywistością

Wojtowiec, Równo, Wola Ostrowiecka, Piskorów… Miejsca, które znałam jedynie z map i historii taty. Na kartach dokumentów te wsie przestały być bajką – stały się realne. Rodzina Strażyców mieszkała przez wiele lat na Podolu. Posiadali majątek ziemski w powiecie bracławskim w Wojtowcu nad rzeką Boh. W drugiej połowie XVIII wieku, Piotr Strażyc otrzymał po rodzinie matki ziemie w okolicach Woronowicy, oddalone od Wojtowca około czterdzieści kilometrów oraz dworek we Włodzimierzu Wołyńskim.

Piotr zmarł młodo. Zostawił trzech synów: Józefa, Antoniego i Teodora. Opiekunem chłopców i ich majątku, został brat cioteczny Piotra – Andrzej Kaznowski, sędzia ziemski, właściciel połowy wsi Równo na Wołyniu.

I tak historia dwóch rodów znowu się splatała – Kaznowskich i Strażyców. Nie tylko przez krew, ale przez odpowiedzialność, decyzje i – jak się potem okaże – przez ziemię.

Ziemia, która łączy i dzieli

W 1798 roku, synowie Piotra: Józef, Antoni i Teodor rozpoczęli rozliczanie opieki z wujem Kaznowskim. Sprawa była dość długa i skomplikowana i skończyła się przejęciem przez braci Strażyców majątku Andrzeja Kaznowskiego we wsi Równo.

Dlaczego tak się stało?

Wuj Kaznowski, korzystając z pieniędzy nieletnich Strażyców, postanowił powiększyć swoje włości i dokupił drugą część wsi Równo. Gdy sprawa wyszła na jaw i trafiła do sądu, zobowiązał się spłacić zaciągnięty dług w ciągu dziesięciu lat. Niestety, nie wywiązał się z obietnicy. Z czasem dług powiększył się o odsetki oraz inne zobowiązania. Kaznowscy nie mieli innego wyjścia, musieli opuścić Równo.

W 1809 roku Józef i Jan Teodor zrzekli się na korzyść Antoniego przekazanego przez Kaznowskich majątku. Józef został zakonnikiem, Teodor przejął część dóbr na Podolu. W ten sposób wieś Równo przeszła w ręce Antoniego Strażyca, a następnie jego potomków: syna Franciszka, wnuka Ignacego – który powiększył majątek o dwie sąsiednie wsie – oraz prawnuków, Mieczysława i Bronisława, ale ci dwaj w 1909 roku, sprzedali wszystko i przenieśli się na Lubelszczyznę, zamykając tym samym stuletni rozdział obecności rodu Strażyców na Wołyniu.

Korzenie

Wieczorem siedziałyśmy z Majką na balkonie. Wysoko nad nami cicho trzepotały skrzydła jerzyków. Świerszcze już grały, a błękit nieba ciemniał ku granatowi.

– Myślisz, że oni wiedzieli, że ktoś ich kiedyś będzie szukać? – zapytała.

– Może nie… Ale chyba czuli, że to, co zostawiają, nie zginie. Nie mamy już tych ziem… Ale mamy coś więcej. Korzenie.

A potem zamknęłam oczy. I naprawdę – jak przez sen – zobaczyłam Wojtowiec, rzekę Boh, mgłę unoszącą się nad polami w Równie, Woli Ostrowickiej… I Piotra, Antoniego, Franciszka, Ignacego. I Teresę, dumną i stanowczą, z cieniem Kaznowskich w spojrzeniu.

Równo TU

2024-10-10 5 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • Saga. Rozdział III – Svyata Kyrnychka

    2026-04-10
  • Saga. Rozdział II – Rozkaz: trwać!

    2026-03-30
  • Saga. Rozdział I – Na skraju świata

    2026-03-20
  • Szkocja

    2026-03-10
  • Otwarci na zmiany

    2026-02-20

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    Tajemnica

    2025-08-20
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga