Po szkoleniu personal shopper miałyśmy certyfikaty. To znaczy — formalnie byłyśmy przygotowane do wykonywania zawodu. Przynajmniej tak wynikało z papierów. Problem polegał na tym, że papier nie odpowiadał na jedno zasadnicze pytanie:
Co my właściwie mamy teraz z tym zrobić?
Spotkałyśmy się u mnie w mieszkaniu. Na stole kawa, jakieś ciastka, notatki ze szkolenia i oczywiście tematy, które miałyśmy „tylko na chwilę omówić”.
Jak zwykle.
Po pięciu minutach było już wiadomo, że nie skończy się na pięciu minutach.
Majka przyniosła ze sobą kilka swoich rzeczy. Ewa opowiadała o nowych obrazach. Ja miałam aparat pod ręką. Czyli właściwie wszystko było po staremu. Tylko teraz każda z nas miała jeszcze certyfikat personal shoppera.
Spojrzałyśmy na siebie.
— No dobrze — powiedziałam. — I co teraz?
Zapadła cisza.
To było bardzo dobre pytanie.
— Możemy zostać stylistkami — powiedziała Majka.
— Ale co to właściwie znaczy? — zapytała Ewa.
No właśnie.
Co to znaczy?
Bo podczas szkolenia dowiedziałyśmy się, że personal shopper ma pomagać ludziom w wyborze garderoby, robić przeglądy szaf, chodzić z klientami na zakupy, dobierać kolory, fasony, dodatki, czasem nawet fryzurę i makijaż.
Brzmiało świetnie.
Tylko czy człowiek naprawdę potrzebuje kogoś, kto będzie za niego wybierał ubrania?
— Może nie chodzi o samo chodzenie po sklepach — powiedziałam. — Może chodzi o cały wizerunek.
Ewa spojrzała na mnie.
— Czyli?
— No popatrz. Ja robię zdjęcia. Majka robi biżuterię. Ty malujesz. Wszystkie zajmujemy się czymś związanym z obrazem.
To było pierwsze odkrycie.
— Może wcale nie powinnyśmy budować czegoś zupełnie nowego — ciągnęłam dalej — Może powinnyśmy połączyć to, co już umiemy. Tylko jak?
Zaczęłyśmy kombinować.
Personal shopper może pomóc komuś znaleźć styl.
Ale co dalej?
Może zdjęcia?
Jeżeli ktoś zmienia wizerunek, dobrze byłoby ten nowy wizerunek pokazać.
— Czyli ja robię stylizację, a ty zdjęcia? — zapytała Majka.
— Możemy zrobić zdjęcia „przed” i „po”.
— Jak w telewizji? — zapytała Ewa.
— Tylko bez dramatycznej muzyki — odpowiedziałam.
Wyobraziłyśmy sobie klientkę, która przychodzi do nas w swoim codziennym ubraniu.
Najpierw rozmawiamy z nią o tym, czego potrzebuje.
Kim jest.
Czym się zajmuje.
Jak wygląda jej życie.
Czego nie lubi.
W czym chciałaby się poczuć lepiej.
Potem określamy jej typ sylwetki i kolorystykę.
Wybieramy ubrania.
Dodatki.
Biżuterię.
A na koniec robię jej profesjonalną sesję zdjęciową.
— To już zaczyna mieć sens — powiedziała Ewa.
Ale oczywiście pojawiło się kolejne pytanie.
Czy personal shopper naprawdę pomaga?
Czy czasem po prostu narzuca klientowi własny gust?
I tutaj zaczęła się właściwa dyskusja.
— Przecież jeżeli klientka przychodzi i mówi, że lubi tylko czerń, a my jej każemy kupić różową sukienkę, to chyba trochę przesada — powiedziała Majka.
— Ale jeżeli świetnie wygląda w różowym? — zapytałam.
— To może jej powiedzieć, że świetnie wygląda.
— I?
— I pozwolić jej nadal nosić czerń.
Ewa pokiwała głową.
— Właśnie. Bo człowiek ma się dobrze czuć w tym ubraniu.
Zaczęłyśmy się zastanawiać, gdzie jest granica pomiędzy doradzaniem a przebieraniem człowieka.
Bo można przecież kogoś ubrać tak, że wygląda fantastycznie.
Tylko że jeśli ten ktoś czuje się przebrany za kogoś innego, to chyba nie osiągnęłyśmy celu.
— Czyli personal shopper nie powinien robić z klienta siebie — powiedziałam.
— Absolutnie — odpowiedziała Ewa. — Powinien zrobić z niego jego najlepszą wersję.
To zdanie nam się spodobało.
Tylko zaraz pojawiło się kolejne pytanie.
Czy dwudniowy kurs wystarcza, żeby nazywać się stylistką?
Tym razem cisza była dłuższa.
Miałyśmy certyfikaty. Ale miałyśmy też świadomość, że dwa dni to jednak za mało.
Można przez dwa dni nauczyć się podstaw.
Można dostać narzędzia.
Można dowiedzieć się, na co zwracać uwagę.
Ale nie można w dwa dni zdobyć wieloletniego doświadczenia.
To doświadczenie trzeba dopiero zbudować.
— Czyli co? — zapytała Majka. — Mamy udawać, że jesteśmy ekspertkami?
— Nie — odpowiedziałam. — Mamy zacząć się uczyć na prawdziwych ludziach.
— Brzmi trochę niebezpiecznie.
— Dlatego na początek możemy zacząć od znajomych.
I znowu zrobiło się cicho.
Bo właśnie wtedy pojawił się pierwszy konkretny pomysł.
Możemy zrobić coś małego.
Nie wielką firmę.
Nie wielką kampanię.
Nie od razu studio stylizacji.
Tylko usługę, która połączy nasze trzy światy.
Stylizacja + biżuteria + fotografia.
Klientka przychodzi do nas po pomoc w odnalezieniu własnego stylu.
My pomagamy jej dobrać ubrania i dodatki.
Majka może dobrać albo stworzyć biżuterię.
A ja mogę zrobić profesjonalną sesję zdjęciową.
Ewa?
Ewa może zadbać o tę artystyczną część całego przedsięwzięcia. W końcu nie bez powodu jest malarką.
Nagle zaczęłyśmy widzieć w tym coś więcej niż zwykłe zakupy.
To mogło być doświadczenie.
Mała metamorfoza.
Nie w sensie „zrobimy z ciebie kogoś innego”.
Raczej: pokażemy ci, jak możesz wyglądać, kiedy naprawdę jesteś sobą.
Oczywiście zanim zaczęłyśmy zarabiać pieniądze, trzeba było wymyślić, jak w ogóle znaleźć klientki.
— Facebook? — zaproponowała Majka.
Facebook był wtedy oczywiście bardzo ważny.
Ale Instagram dopiero zaczynał wchodzić nam wszystkim do głowy.
Blogi miały się dobrze.
Sklepy internetowe również.
A my już miałyśmy coś, czego wiele początkujących biznesów nie miało.
Każda z nas miała własną działalność.
Nie musiałyśmy więc zaczynać od zera.
Wystarczyło znaleźć wspólny punkt.
I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałyśmy, że może to nie będzie osobny biznes.
Może to będzie kolejna gałąź tego, co już robimy.
Tylko trzeba było ją jakoś nazwać.
A z nazwami zawsze jest najgorzej.
Bo kiedy pomysł jest jeszcze w głowie, wszystko brzmi świetnie.
A kiedy trzeba to napisać na wizytówce, nagle okazuje się, że nic nie pasuje.
— „Stylizacja osobista”? — zaproponowała Ewa.
— Za poważne.
— „Metamorfoza”?
— Za telewizyjne.
— „Personal shopper”?
— Przecież nikt nie będzie wiedział, co to znaczy.
Popatrzyłyśmy na siebie. I zaczęłyśmy się śmiać.
Bo oto trzy artystki siedziały przy kawie, każda miała swój zawód, każda coś potrafiła, każda miała jakieś doświadczenie, a naszym największym problemem było to, jak nazwać nowy pomysł.
Ale pomysł już był. I był całkiem dobry. Tylko wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, dokąd nas zaprowadzi.
Bo może właśnie tak zaczynają się małe biznesy.
Nie od wielkiego planu.
Nie od inwestora.
Nie od biznesplanu na pięćdziesiąt stron.
Tylko od kawy przy kuchennym stole i pytania:
— A może byśmy zrobiły coś razem?
A potem od następnego:
— No dobrze. Tylko co?

16 komentarzy
Moim zdaniem właśnie po to idzie się do stylistki, żeby usłyszeć prawdę. Jeżeli coś mnie pogrubia, skraca nogi albo sprawia, że wyglądam na zmęczoną, to wolę, żeby ktoś mi to powiedział, zamiast grzecznie przytakiwać. Mam tylko wątpliwość, gdzie jest granica. Czy stylistka powinna powiedzieć: „To źle na pani wygląda”, czy raczej: „Zobaczmy, czy znajdziemy coś, w czym poczuje się pani lepiej”?
Myślę, że właśnie sposób powiedzenia prawdy jest tutaj najważniejszy. Można komuś powiedzieć, że dany fason nie działa na jego korzyść, nie raniąc go przy tym. W końcu klient nie przychodzi po ocenę własnego ciała, tylko po pomoc w ubraniu go w taki sposób, żeby czuł się dobrze. I chyba tego nauczyło mnie to szkolenie: nie chodzi o to, żeby powiedzieć „to jest złe”, tylko dlaczego coś nie działa i co można zrobić zamiast tego.
Tutaj mam największy problem. Dwa dni szkolenia? Naprawdę? Przecież żeby zostać dobrym stylistą, trzeba mieć doświadczenie, wiedzę o materiałach, konstrukcji ubrań, historii mody, psychologii klienta itd. Certyfikat po dwóch dniach może dawać podstawy, ale chyba nie powinien robić z człowieka eksperta. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Zgadzam się z tym w stu procentach. I chyba właśnie dlatego po szkoleniu miałyśmy więcej pytań niż odpowiedzi. Certyfikat był miłym potwierdzeniem, że uczestniczyłyśmy w kursie, ale nie traktowałyśmy go jako dowodu, że nagle stałyśmy się wielkimi ekspertkami od wizerunku.
Dwa dni wystarczyły, żeby zobaczyć pewne mechanizmy i dostać podstawowe narzędzia.
Reszta to już praktyka. I właśnie ta świadomość była chyba zdrowa. Gorsza byłaby sytuacja, gdybyśmy po dwóch dniach uwierzyły, że wiemy wszystko. 🙂
Widzę, że masz wiele zainteresowań. Bardzo mi się to podoba. Fajny blog. Jest bardzo różnorodny tematycznie i z postu na post coraz ciekawszy. Jeśli chodzi o dzisiejszy wpis, to zastanawiam się, czy usługa personal shoppera nie jest trochę pójściem na skróty. Zamiast nauczyć się, co nam pasuje, płacimy komuś, żeby wybierał za nas. A potem co? Za każdym razem dzwonimy do stylistki przed zakupem spodni?
To bardzo ciekawe pytanie. Dla mnie idealna stylistka nie powinna uzależnić od siebie klienta. Powinna raczej nauczyć go patrzeć na siebie trochę inaczej. Jeżeli po spotkaniu klientka wie już, dlaczego dobrze wygląda w określonym kroju spodni, jakie kolory jej służą i czego lepiej unikać, to następnym razem może sama podjąć decyzję. Czyli zamiast: „Kupuj tylko to, co ci wybiorę”, raczej: „Pokażę ci, na co zwracać uwagę”. 🙂
A co, jeśli klientka uwielbia coś, co jej „nie pasuje”? Załóżmy, że stylistka mówi: „Ten fason jest nie dla pani”, a klientka odpowiada: „Ale ja kocham takie sukienki!”. I co wtedy? Stylistka ma postawić na swoim czy odpuścić? 🙂
Odpuścić. A przynajmniej ja tak to widzę. Jeżeli klientka kocha tę sukienkę, dobrze się w niej czuje i nie chce z niej zrezygnować, to nie będę prowadzić wojny o sukienkę. 😉 Można natomiast poszukać rozwiązania. Może inny kolor? Inna długość? Inny materiał? Może odpowiednia marynarka albo buty zmienią proporcje? Stylizacja nie powinna być egzaminem, na którym klientka ma zdać test z tego, co jej wolno nosić.
Mam alergię na wszystkie określenia typu „ukryj brzuch”, „zamaskuj biodra”, „wyszczupl nogi”. Dlaczego nie możemy po prostu nosić tego, co chcemy? Czy personal shopping nie powinien raczej pomagać zaakceptować swoje ciało niż cały czas je poprawiać? Serdecznie Cię pozdrawiam 🙂
To bardzo ważna uwaga. Myślę, że język ma tutaj ogromne znaczenie. Można mówić o „ukrywaniu mankamentów”, ale można też mówić o budowaniu proporcji i podkreślaniu tego, co chcemy pokazać. Dla mnie to ogromna różnica. Ubranie nie powinno być karą za to, że mamy biodra, brzuch, mały biust, duży biust czy cokolwiek innego. Nie jesteśmy przecież projektami do naprawienia. Możemy natomiast zdecydować, jaki efekt chcemy osiągnąć. I to jest chyba najciekawsze w ubraniu. 🙂
Można mówić o profesjonalizmie, ale przecież stylistka też jest człowiekiem. Jeśli kocha minimalizm, to pewnie będzie proponowała minimalizm. Jeśli kocha kolory, będzie widziała kolory wszędzie. Czy naprawdę da się całkowicie odłożyć własny gust na bok?
Nie sądzę… i chyba nawet nie trzeba. Własnego gustu nie da się przecież wyłączyć jak światła. Można natomiast nauczyć się go kontrolować. To trochę jak z fotografią. Fotograf ma swój sposób patrzenia, ale nie może zrobić każdego człowieka na jedno kopyto. Inaczej wszyscy na zdjęciach wyglądaliby tak samo. Ze stylistką jest podobnie. Własne wyczucie jest potrzebne, ale powinno służyć klientowi, a nie odwrotnie. 🙂
No dobrze, ale czy z tego naprawdę można zrobić biznes? I tu jestem najbardziej ciekawa dalszego ciągu. Wszystko brzmi pięknie: stylizacja, biżuteria, fotografia, sztuka. Ale jak zamienić to w coś, za co ktoś rzeczywiście będzie chciał zapłacić? Bo mieć pomysł to jedno, a znaleźć klientów to zupełnie inna historia. Czy po tym spotkaniu miałyście już konkretny plan, czy raczej skończyło się na kawie, ciasteczkach i „może kiedyś coś z tego zrobimy”? 😉
I to jest właśnie pytanie, od którego powinnyśmy zacząć. Bo pomysłów miałyśmy wtedy mnóstwo. Stylizacja, biżuteria, fotografia, artystyczne spojrzenie. Może sesje zdjęciowe? Może metamorfozy? Może warsztaty? Może współpraca ze sklepami? Może coś dla kobiet, które chcą zmienić swój wizerunek? Problem polegał na tym, że każda kolejna możliwość rodziła następną. A im więcej pomysłów, tym trudniej było wybrać jeden. Więc tak — na początku rzeczywiście było trochę kawy, ciasteczek i: „Może coś z tego zrobimy?”. Tylko że tym razem nie skończyło się na „może”. Zaczęłyśmy naprawdę działać. I chyba właśnie wtedy zaczęła się najciekawsza część całej historii.
A co z budżetem? Czy personal shopper nie jest usługą tylko dla bogatych? To chyba największy problem. Łatwo doradzać komuś, kto może wydać kilka tysięcy złotych na garderobę. Ale co z osobą, która ma na zakupy 1000 zł? Czy da się stworzyć dobry wizerunek za niewielkie pieniądze?
Moim zdaniem właśnie wtedy dobry personal shopper ma największe pole do popisu. Jeżeli ktoś ma nieograniczony budżet, można kupić prawie wszystko. Ale kiedy pieniędzy jest mniej, trzeba naprawdę wiedzieć, czego szukać. Lepiej mieć kilka dobrze dobranych rzeczy niż pełną szafę przypadkowych ubrań. I chyba tutaj najbardziej przydaje się znajomość sklepów, cen, jakości materiałów i umiejętność łączenia rzeczy. Poza tym dobrze dobrany styl nie musi być drogi.