W 2013 roku wszystko było jeszcze trochę inne. Facebook już oczywiście istniał i każda z nas miała swoje konto. Internet coraz bardziej wchodził do codziennego życia, ale nie było jeszcze tego całego świata, który dzisiaj wydaje się oczywisty: rolek, stories, filmików nagrywanych wszędzie i przez wszystkich, codziennego dokumentowania każdego lunchu i każdej stylizacji.
Był za to blog.
Blog był wtedy czymś bardzo konkretnym.
Można było pisać.
Można było pokazywać zdjęcia.
Można było opowiadać.
I przede wszystkim można było pokazać, że dokładnie wie się, co się robi.
— Załóżmy bloga modowego — powiedziałam.
— Też o tym myślałam –– odpowiedziała Ewa.
— Jak go nazwiemy? — zapytała Majka.
I wtedy pojawiła się nazwa:
„Twoja Osobista Stylistka ”.
Brzmiało profesjonalnie.
Może nawet trochę bardziej profesjonalnie, niż się wtedy czułyśmy.
Ale nazwa była dobra. Konkretna, łatwa do zapamiętania i od razu było wiadomo, czego można się spodziewać.
W maju 2013 roku założyłyśmy więc modowego bloga „Twoja Osobista Stylistka”.
Był też fanpage o tej samej nazwie.
I oczywiście pojawiło się jeszcze coś, co dzisiaj może wywoływać u młodszych czytelników pytanie: „Ale co to było?”
Google+.
My też tam byłyśmy. Nie pamiętam już, czy wtedy naprawdę wierzyłyśmy, że Google+ stanie się kolejnym wielkim miejscem w Internecie, czy po prostu wychodziłyśmy z założenia, że skoro jest, to trzeba tam być.
Bo przecież trzeba być wszędzie.
Facebook? Jest.
Blog? Jest.
Fanpage? Jest.
Google+? Jest.
I tak rozpoczęła się nasza internetowa przygoda.
Blog miał być miejscem, w którym będziemy pisać o modzie, stylizacjach, kolorach, sylwetkach, ubraniach i tym wszystkim, czego nauczyłyśmy się na kursie. Chciałyśmy pokazywać, że dobrze ubrana kobieta niekoniecznie musi mieć szafę wielkości garderoby hollywoodzkiej aktorki.
Że można łączyć rzeczy.
Że można szukać własnego stylu.
Że ubranie może podkreślać charakter, a nie go przykrywać.
Że moda nie musi oznaczać ślepego podążania za tym, co akurat ktoś uznał za modne.
A że każda z nas miała już swoje zajęcie, pomysł wydawał się całkiem naturalny.
Majka miała swoją biżuterię.
Ja fotografowałam.
Ewa malowała.
A wszystkie trzy interesowałyśmy się ubraniami.
Wydawało się więc, że puzzle same się układają.
Tylko wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że największym problemem nie będzie wymyślenie pomysłów.
Problemem będzie czas.
Bo blog trzeba było prowadzić.
A prowadzenie bloga to nie jest tylko:
„O, dzisiaj coś napiszemy”.
Najpierw trzeba było coś wymyślić.
Potem napisać.
Potem zrobić zdjęcia.
Potem je przygotować.
Potem opublikować.
Potem udostępnić.
Potem jeszcze coś napisać na Facebooku.
A później oczywiście sprawdzić, czy ktoś to przeczytał.
A jak już ktoś przeczytał, to człowiek zaczynał się zastanawiać:
— Dlaczego tylko dwadzieścia osób?
— A może trzeba było dać inne zdjęcie?
— A może tytuł?
— A może za mało hasztagów?
Tyle że wtedy chyba nawet nie używałyśmy jeszcze tego słowa w takim zakresie jak dzisiaj.
Były za to statystyki.
I człowiek potrafił spędzić zdecydowanie zbyt dużo czasu, patrząc, ile osób weszło na bloga.
To było ciekawe doświadczenie i chyba właśnie dzięki temu blog w ogóle zaczął żyć.
Przez kolejne lata TOS i fanpage funkcjonowały.
Pisałyśmy o modzie, stylizacjach i wszystkim, co wiązało się z naszym pomysłem na osobistą stylistkę.
Z czasem jednak coś zaczęło się zmieniać.
Bo początkowo mówiłyśmy:
„Może kiedyś będziemy ubierać klientki”.
A potem okazało się, że… zaczęłyśmy naprawdę je ubierać.
I nie tylko ubierać.
Zaczęły pojawiać się osoby, które chciały pomocy w wyborze ubrań, stylizacji, dodatków.
A my coraz częściej nie siedziałyśmy już tylko przed komputerem.
Zaczęłyśmy jeździć z klientkami na zakupy.
Pomagać im wybierać ubrania.
Patrzeć na sylwetkę, kolory, proporcje.
A potem coraz częściej pojawiał się jeszcze jeden element.
Fotografia.
Bo skoro już klientka była dobrze ubrana… to przecież trzeba było zrobić jej dobre zdjęcia.
I wtedy wszystko zaczęło się łączyć w jedną całość.
To, czego nauczyłyśmy się na kursie, przestało być tylko teorią.
Zaczęło się robić praktyką.
Prawdziwą.
Z prawdziwymi kobietami, prawdziwymi szafami, prawdziwymi zakupami i — co najważniejsze — prawdziwymi problemami typu:
— „Ja absolutnie nie założę spodni z wysokim stanem”.
— „Dlaczego?”
— „Bo wyglądam w nich jak…”
— „Proszę je przymierzyć”.
— „Nie”.
— „Proszę”.
— „No dobrze…”
I po pięciu minutach:
— „A wie pani, że chyba jednak mogę?”
I właśnie takie momenty były najlepsze.
Bo wtedy człowiek widział, że to nie jest tylko zabawa w ubrania.
Że można komuś naprawdę pomóc zobaczyć siebie trochę inaczej.
Blog działał do końca 2019 roku.
Przez kilka lat próbowałyśmy pogodzić prowadzenie bloga z fotografią, biżuterią, malowaniem, klientkami, własnymi projektami i całą resztą życia. Aż w pewnym momencie tych wszystkich „reszt” zrobiło się po prostu za dużo.
I wtedy trzeba było podjąć bardzo praktyczną decyzję.
Nie da się być wszędzie.
Nie da się jednocześnie prowadzić bloga, wymyślać treści, fotografować, stylizować klientki, jeździć na zakupy, zajmować się własną pracą i jeszcze udawać, że ma się nieograniczoną ilość czasu. Do tego wszystkiego blog wymagał przede wszystkim jednej rzeczy: regularnej obecności. A my coraz częściej zamiast pisać o tym, jak ubierać inne kobiety… po prostu je ubierałyśmy.
I chyba wtedy dotarło do nas, że projekt, który zaczął się od kursu w 2013 roku, zrobił coś, czego zupełnie nie planowałyśmy.
Przestał być tylko pomysłem.
Stał się pracą.
Google+ oczywiście zniknęło.
Internet poszedł dalej.
Platformy się zmieniły.
Sposób komunikowania się z klientami też się zmienił.
A „Twoja Osobista Stylistka” przetrwała do końca 2019 roku.
Siedem lat.
Jak na internetowy projekt zrodzony przy kawie i pytaniu: „No dobrze, ale co my właściwie możemy z tym zrobić?” — całkiem nieźle.
I kiedy dzisiaj patrzę na tamten czas, najbardziej bawi mnie to, że wtedy nie wiedziałyśmy jeszcze, dokąd nas to wszystko zaprowadzi.
Myślałyśmy, że zakładamy bloga o modzie. A tak naprawdę zaczynałyśmy budować coś, co kilka lat później połączyło: stylizację, zakupy i fotografię.
I chyba właśnie dlatego ten kurs personal shopper okazał się ważniejszy, niż nam się wtedy wydawało.
Bo czasami człowiek idzie na dwudniowe szkolenie.
Dostaje certyfikat.
Wraca do domu.
Zakłada bloga.
A siedem lat później orientuje się, że z tej całej historii zrobiła się prawdziwa praca.
Tylko wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że właśnie tak będzie.

14 komentarzy
Najbardziej podoba mi się ten moment, kiedy hobby staje się pracą. To jest chyba najciekawsze w całej historii. Najpierw kurs, potem blog, a później nagle prawdziwe klientki. Czy od początku myślałyście o tym jako o biznesie?
Nie 🙂 I chyba właśnie dlatego było w tym tyle frajdy. Na początku bardziej eksperymentowałyśmy. „Zobaczymy, co z tego wyjdzie”. Blog miał być miejscem do dzielenia się pomysłami, a nie od razu wielkim przedsięwzięciem. Dopiero z czasem zaczęły pojawiać się prawdziwe klientki i wtedy okazało się, że coś, co zaczęło się trochę niewinnie, może rzeczywiście stać się pracą.
Czy prowadzenie bloga we trzy to z perspektywy czasu był w ogóle dobry pomysł? 😊 Czy nie powodowało to między Wami z czasem jakichś napięć. Wspólne projekty są fajne, dopóki mniej więcej po równo dzieli się obowiązki, a przy blogu przecież dochodziło jeszcze mnóstwo rzeczy poza samym pisaniem. Ciekawa jestem, jak to wyglądało u Was w praktyce — czy od początku miałyście podział obowiązków? I czy gdybyś dziś miała zaczynać ten projekt od nowa, zdecydowałabyś się ponownie na prowadzenie go w trzy osoby?
Na szczęście u nas nigdy nie stało się to źródłem większych napięć. Każda z nas miała swoje życie, pracę i obowiązki, więc naturalnie nie zawsze mogłyśmy angażować się w TOS w takim samym stopniu. Ale każda z nas brała udział w szkoleniu dla personal shopperów i każda miała wiedzę oraz doświadczenie w tym temacie, dlatego od początku naprawdę dużo nas łączyło. Nie miałyśmy chyba sztywnego podziału obowiązków w stylu „Ty robisz to, ja robię tamto”. Raczej każda z nas wnosiła do projektu to, w czym była najlepsza. Ja, oczywiście nie potrafiłam przejść obojętnie obok zdjęcia, które można było jeszcze poprawić, ale teksty pisałyśmy każda osobno i każda z nas dbała o to, żeby były dopracowane. Resztą zajmowałyśmy się wspólnie, w zależności od tego, kto akurat miał czas. W pewnym momencie TOS stało się trochę naszym dzieckiem. Każda z nas była jego częścią i każda czuła się za nie odpowiedzialna. I chyba właśnie dlatego to działało — nie liczyłyśmy sobie, kto zrobił więcej, kto mniej, tylko miałyśmy wspólny cel i świadomość, że każda z nas daje od siebie tyle, ile w danym momencie może. 🙂 Czy dzisiaj zdecydowałabym się ponownie na taki układ? Myślę, że tak. To była naprawdę fajna przygoda i możliwość stworzenia czegoś razem. A że po drodze było mnóstwo pracy? Oczywiście. Ale było też mnóstwo satysfakcji, rozmów, śmiechu i wspólnych momentów, które do dziś bardzo dobrze wspominam. 🙂
Czy ubranie naprawdę może coś zmienić? Zastanawiam się, czy naprawdę można komuś pomóc samym ubraniem. Przecież problemy z pewnością siebie są dużo głębsze 🙂
Oczywiście. 🙂 Ubranie nie rozwiąże problemów życiowych i nie zastąpi terapii, rozmowy czy pracy nad sobą. Ale czasami zmiana ubrania daje kobiecie coś bardzo prostego: moment, w którym patrzy w lustro i mówi „O, to naprawdę jestem ja — tylko jakaś taka fajniejsza”. I właśnie takie momenty są dla mnie bardzo ważne. Nie chodzi o przebieranie człowieka. Chodzi o to, żeby pomóc mu zobaczyć coś, czego sam wcześniej nie zauważał.
Najlepsze jest to połączenie stylizacji i fotografii. Dla mnie najbardziej logiczne jest właśnie to, że po stylizacji robiłaś zdjęcia. Przecież wtedy klientka dostawała coś więcej niż tylko zakupy. 🙂
Dokładnie tak zaczęłam na to patrzeć. 🙂 Najpierw pomagamy znaleźć ubrania, potem stylizację, dodatki, całość zaczyna „grać”, a na końcu można to jeszcze zatrzymać na zdjęciach. I tutaj bardzo przydało mi się moje doświadczenie fotograficzne. Bo ubranie na wieszaku to jedno, ubranie na człowieku to drugie, a człowiek przed aparatem — to już zupełnie inna historia. I chyba właśnie wtedy wszystkie nasze wcześniejsze zainteresowania zaczęły się naprawdę łączyć.
Zawsze mnie zastanawia, gdzie jest granica między doradzaniem a narzucaniem własnego gustu. Przecież stylistka też ma swoje upodobania. Pozdrawiam serdecznie.
I właśnie tego uczyłyśmy się chyba najdłużej. 🙂 Stylistka może mieć własny gust, ale klientka nie przyszła po to, żeby stać się jej kopią. Moim zdaniem dobra stylizacja to nie jest „ubiorę cię tak, jak ja lubię”. To raczej „spróbujmy znaleźć wersję Ciebie, w której poczujesz się dobrze”. A to czasami oznacza również zaakceptowanie faktu, że klientka kocha coś, czego ja osobiście nigdy bym nie założyła.
Bardzo ciekawa historia. Kiedyś naprawdę fajnie się blogowało — miałam wrażenie, że wokół blogów tworzyła się cała mała społeczność i każdy trochę szukał swojego miejsca w sieci. A Google+? Zupełnie zapomniałam, że coś takiego w ogóle istniało. A przecież przez jakiś czas miał to być taki drugi Facebook i wiele osób naprawdę wierzyło, że Google+ stanie się kolejnym wielkim portalem społecznościowym. Ludzie zakładali tam profile, przenosili społeczności, podłączali swoje blogi i biznesy, licząc, że warto być tam od początku. Dziś aż trudno uwierzyć, jak szybko takie internetowe „pewniaki” potrafiły zniknąć i zostać tylko wspomnieniem. Pozdrawiam cieplutko 🙂
Chyba bardziej wierzyłyśmy w zasadę: „Skoro jest, to trzeba tam być”.😉W 2013 roku człowiek miał poczucie, że jeżeli nie pojawi się w każdym możliwym miejscu w Internecie, to za chwilę przegapi jakąś wielką szansę. Facebook — oczywiście. Blog — koniecznie. Fanpage — wiadomo. Google+ — też! A potem przyszło życie i pokazało nam, że najtrudniejsze nie jest założenie kolejnego profilu. Najtrudniejsze jest regularne prowadzenie wszystkich naraz.
Czyli patrząc z perspektywy czasu — poszłabyś jeszcze raz na ten kurs personal shopper? 😊 Zastanawiam się, czy po latach nadal uważasz, że była to dobra decyzja i czy rzeczywiście przydał Ci się w późniejszym życiu zawodowym. Czasem dopiero z perspektywy czasu widać, które takie doświadczenia naprawdę coś nam dały, a które były po prostu ciekawym epizodem. Jestem bardzo ciekawa, jak dziś oceniasz tę decyzję.
Tak. 🙂 Nawet jeśli dzisiaj wiem, że dwa dni nie wystarczą, żeby zostać ekspertem od stylizacji. Bo czasami warto zrobić coś trochę „na próbę”. Nie zawsze trzeba od razu wiedzieć, dokąd to prowadzi. My poszłyśmy na kurs, bo interesowała nas moda i chciałyśmy nauczyć się czegoś nowego. Potem założyłyśmy bloga. Potem pojawiły się klientki. Potem połączyłam stylizację z fotografią. I dopiero po latach można było spojrzeć wstecz i powiedzieć: „Aha… czyli to właśnie tam się zaczęło”. I chyba właśnie dlatego lubię wspominać tę historię. Bo wtedy jeszcze zupełnie nie wiedziałyśmy, że te dwudniowe szkolenie będzie miało dalszy ciąg.