Umówiłyśmy się na kawę w małej kawiarni, w samym sercu galerii handlowej. Zapach świeżo mielonej kawy mieszał się z aromatem nowych ubrań i tego charakterystycznego zapachu galerii, który trudno opisać, ale każdy, kto spędził w niej trochę czasu, doskonale zna.
Tym razem jednak nie przyszłam tu na zwykłe zakupy.
Przyszłam do pracy.
Kiedy ją zobaczyłam, uśmiechnęłam się pod nosem. Włosy miała niedbale spięte w koczek. Ale nie był to taki zwyczajny, przypadkowy koczek. To był ten rodzaj niedbałości, który zdradza intuicję estetyczną.
Usiadła przy stoliku i westchnęła.
— Przepraszam, że się spóźniłam. Dzieci nie chciały wyjść z domu.
Spojrzałam na nią.
Twarz trochę zmęczona, ale pełna ciepła. I ten charakterystyczny wyraz kobiety, która od rana zrobiła już trzydzieści rzeczy, a mimo wszystko znalazła chwilę, żeby przyjść.
W głowie zaczęłam układać plan.
Sylwetka — klasyczna gruszka.
Biodra wyraźniejsze niż ramiona, talia, którą zdecydowanie warto podkreślić. Zgrabne nogi.
Typ kolorystyczny?
Lato.
Chłodna, delikatna uroda. Pudrowe róże, miękkie błękity, szałwiowe zielenie, przygaszone kolory.
A ona siedziała przede mną w kolorze, który był mniej więcej tak daleki od jej palety jak ja od spokojnego przejścia obok wyprzedaży bez wejścia do sklepu.
— Zrobimy z Ciebie pastelowy poemat — powiedziałam.
Spojrzała na mnie z lekkim niedowierzaniem.
— Tylko proszę… nie każ mi mierzyć kombinezonu.
Roześmiałam się.
— Obiecuję. Dzisiaj nie będzie żadnych kombinezonów.
I ruszyłyśmy na zakupy.
Mijałyśmy manekiny ubrane w sezonowe hity. Smutne, piękne i absolutnie pewne siebie. Na manekinach wszystko wyglądało dobrze. Na człowieku — już niekoniecznie. I właśnie na tym polegała cała zabawa.
W głowie zaczęły mi się układać kolejne zestawy. Najpierw bladoróżowa koszula z lejącego się materiału. Luźniejsza w ramionach, delikatnie taliowana, z trochę dłuższym tyłem. Do tego spodnie w kolorze szałwii, z wysokim stanem i prostą nogawką.
Nie chciałam jej przebierać. Chciałam tylko pokazać jej inne możliwości.
Podałam jej ubrania.
— Spróbuj tego.
— Ale…
— I nie patrz na metkę.
Spojrzała na mnie podejrzliwie.
— Tylko na siebie — dodałam.
Zniknęła za kotarą.
A ja zostałam z dwiema sukienkami przewieszonymi przez ramię i myślą, że może galerie handlowe powinny mieć osobne przymierzalnie dla kobiet z przeszłością.
Takich, które przez lata słyszały:
„Tego nie możesz nosić”.
„To nie jest dla ciebie”.
„Masz za szerokie biodra”.
„Po co ci taka sukienka?”
„Przecież jesteś mamą”.
Czasami człowiek wchodzi do przymierzalni nie tylko z ubraniami. Wchodzi tam również z całą historią tego, co kiedyś usłyszał o swoim wyglądzie.
Po chwili usłyszałam:
— Mogę Ci pokazać?
Wysunęła się z kabiny trochę niepewnie.
I nagle zobaczyłam coś, co zawsze jest najlepszym momentem w tej pracy.
Nie zmianę ubrania.
Zmianę spojrzenia.
Kolory zmiękczyły jej cerę. Koszula lekko otuliła sylwetkę. Wysoki stan spodni podkreślił talię, a prosta nogawka pięknie wydłużyła nogi.
Nic spektakularnego. Żadnej wielkiej transformacji. Po prostu wszystko zaczęło być na swoim miejscu.
Spojrzała w lustro.
Potem na mnie.
— To chyba… ja?
Uśmiechnęłam się.
— Tak.
Chwilę milczała.
— Tylko jakaś taka…
— Jaka?
— Taka, którą chyba lubię.
I właśnie o to chodziło. Nie o to, żeby zrobić z niej kogoś innego. Tylko żeby zobaczyła siebie w wersji, której wcześniej nie brała pod uwagę.
Kupiła spodnie.
Koszulę też.
A potem wróciła jeszcze po lnianą marynarkę, którą wcześniej odrzuciła bez przymierzania.
— Naprawdę uważasz, że będę ją nosić?
— Nie wiem.
— To po co ją kupuję?
— Bo pierwszy raz od pięciu minut pytasz nie „czy wypada?”, tylko „czy będę ją nosić”.
Roześmiała się.
I kupiła.
Wyszłyśmy ze sklepu, ale to nie był jeszcze koniec.
Spojrzałam na jej włosy.
Ona spojrzała na mnie.
— Co? — zapytała.
— Potrzebujesz fryzjera.
Pokręciła głową.
— Wiedziałam.
W salonie fryzjerskim pachniało lakierem, pianką i odrobiną nadziei na lepszy dzień.
Fryzjerka przyjrzała się jej włosom.
— No dobrze. Co robimy?
Klientka spojrzała na mnie.
— Może trochę objętości? — zaproponowałam.
— Ale bez przesady — dodała.
— Oczywiście.
Po czym rozpoczęła się cała operacja.
Fryzjerka pracowała z wprawą artystki, a włosy z każdą minutą zaczynały wyglądać mniej jak „rano nie miałam czasu” i bardziej jak „tak właśnie miało być”.
W pewnym momencie spojrzała na efekt i powiedziała:
— No. Teraz to już nie burza tropikalna. Raczej letnia bryza.
I chyba właśnie tego potrzebowała.
Nie wielkiej, poważnej metamorfozy.
Trochę zabawy.
Trochę dystansu.
I świadomości, że można coś zmienić bez robienia z siebie kogoś zupełnie innego.
Potem przyszedł czas na makijaż.
Makijażysta od razu zaznaczył:
— Nie robimy maski. Chodzi o to, żeby podkreślić to, co już jest ładne.
I to zdanie bardzo mi się spodobało.
Bo właściwie dokładnie o to samo chodziło nam z ubraniami.
Nie zakrywać.
Nie przebierać.
Nie poprawiać człowieka na siłę.
Tylko wydobyć to, co już w nim jest.
Pokazał jej kilka prostych trików.
Delikatny podkład, dobrze dobrany do skóry.
Odrobina korektora pod oczami.
Róż, który dodaje twarzy świeżości.
Trochę rozświetlenia.
Tusz do rzęs.
Naturalny kolor ust.
I najważniejsze: mniej znaczy więcej.
— A brwi? — zapytała.
— Delikatny żel. Tylko żeby je ujarzmić.
— Czyli mam je przekonać, a nie zmuszać?
— Dokładnie.
Nagle okazało się, że makijaż również nie musi być obowiązkiem.
Może być zabawą.
Można nauczyć się kilku prostych rzeczy, które zajmują rano pięć minut, a dają poczucie, że człowiek nie wyszedł z domu prosto z walki z budzikiem.
Kiedy wyszłyśmy z salonu, było już późne popołudnie. Słońce chowało się za chmurami. Klientka zatrzymała się przy jednej z witryn. Spojrzała na swoje odbicie.
Poprawiła włosy.
Uśmiechnęła się.
Nie do mnie.
Do siebie.
I wtedy powiedziała:
— Wiesz co?
— Co?
— Chyba dawno nie patrzyłam na siebie w ten sposób.
Nie odpowiedziałam od razu.
Bo czasami nie trzeba.
Szłyśmy dalej z torbami w rękach.
W środku były spodnie, koszula i lniana marynarka.
Na głowie — nowa fryzura.
Na twarzy — delikatny makijaż.
Ale najważniejsze było coś zupełnie innego.
Ta kobieta, która kilka godzin wcześniej weszła do galerii z włosami związanymi w niedbały koczek i z poczuciem, że najpierw trzeba ogarnąć dzieci, dom i całą resztę świata, teraz szła trochę inaczej. Pewniej.
Jakby przypomniała sobie, że poza byciem mamą, żoną, pracownicą, organizatorką rodzinnego chaosu i osobą od miliona spraw…
jest jeszcze ona.
I może właśnie dlatego lubię tę pracę.
Bo czasami nie chodzi wcale o nowe ubrania, fryzurę czy makijaż. Czasami chodzi o tę krótką chwilę przed lustrem, kiedy kobieta przestaje się oceniać i zaczyna siebie widzieć.
A cała reszta?
Reszta może się wtedy wydarzyć trochę łatwiej.

16 komentarzy
Mam wrażenie, że w tym wpisie wcale nie chodzi o ubrania. Najbardziej poruszyło mnie to, że napisałaś o kobiecie, która przestaje się oceniać i zaczyna siebie widzieć. Sama jestem mamą i doskonale znam ten moment, kiedy przez kilka lat wszyscy są ważniejsi ode mnie. Dzieci, praca, dom, zakupy, lekarze, obiady… a ja gdzieś na samym końcu. Czy często spotykałaś kobiety, które przychodziły po prostu po ubrania, a wychodziły z takim innym spojrzeniem na siebie?
Tak. I właśnie te momenty zostały ze mną najmocniej. Oczywiście nie każda wizyta była wielką przemianą. Czasami po prostu trzeba było znaleźć spodnie, które dobrze leżą. Ale czasami pojawiała się taka chwila, kiedy kobieta stawała przed lustrem i nagle mówiła: „Ojej… dawno tak nie wyglądałam”. I wtedy człowiek rozumie, że ubranie może być tylko początkiem. Bo czasami problem nie polega na tym, że kobieta nie ma się w co ubrać. Ona po prostu przestała patrzeć na siebie jak na kobietę, a zaczęła patrzeć jak na osobę odpowiedzialną za całą resztę świata. 🙂
Bardzo podoba mi się zdanie „Tak. Tylko taką, którą polubisz”, ale mam też pewną wątpliwość. Czy nie ma ryzyka, że stylistka zaczyna widzieć klientkę przez pryzmat swoich zasad? Sylwetka, typ kolorystyczny, odpowiednie proporcje… A przecież kobieta może mieć ochotę nosić pomarańczowy, nawet jeśli według analizy kolorystycznej lepiej wygląda w różowym. Czy nie za bardzo próbujemy czasami wszystko dopasować? Pozdrawiam serdecznie.
Masz rację, że takie ryzyko istnieje. Dlatego z czasem nauczyłam się, że zasady są świetnym narzędziem, ale nie mogą być ważniejsze od człowieka. Analiza kolorystyczna może coś podpowiedzieć, typ sylwetki również, ale przecież nie odbieramy kobiecie prawa do jej ulubionego koloru czy fasonu. Jeżeli ktoś kocha pomarańczowy, to nie będę mu przecież wyrzucać pomarańczowych ubrań podczas przeglądu szafy. Można pokazać inne możliwości. Można zaproponować, porównać, przymierzyć. Ale ostatecznie to nadal ma być jej styl, a nie mój. 🙂
Zastanawia mnie coś jeszcze. Jeśli stylistka za każdym razem wybiera klientce ubrania, pokazuje kolory, fasony, dodatki, fryzurę, makijaż… to czy klientka później nie zaczyna myśleć: „Sama już nic nie potrafię wybrać”. Pozdrawiam 🙂
To bardzo ważne pytanie. Właśnie dlatego chciałabym, żeby dobra usługa stylistyczna kończyła się nie tylko torbami z zakupami, ale również wiedzą. Jeśli po spotkaniu klientka wie, dlaczego dobrze wygląda w konkretnym fasonie, jak łączyć kolory i na co zwracać uwagę przy zakupach, to następnym razem może już zrobić wiele rzeczy sama. Nie chciałabym być kimś, bez kogo klientka nie może kupić bluzki. Raczej kimś, kto kiedyś pomógł jej zrozumieć, jak wybierać tę bluzkę samodzielnie. 🙂
Bardzo ciekawy wpis. W obecnych czasach dla osoby, która chce coś w życiu osiągnąć, wiedza na ten temat jest niezbędna. Też bym chciała przejść taką metamorfozę… Brzmi pięknie, ale zakupy, fryzjer, makijaż i jeszcze stylistka… To chyba nie jest rozrywka dla przeciętnej kobiety. 🙂
To jest temat, który rzeczywiście często się pojawia i masz rację, że pełna usługa może kosztować więcej niż zwykłe wyjście na zakupy. Ale sama idea osobistej stylistki nie musi oznaczać wielkich wydatków. Można przecież pracować z tym, co klientka już ma. Można zrobić przegląd szafy, stworzyć nowe zestawy, dokupić tylko kilka rzeczy. I czasami właśnie to jest najbardziej rozsądne. Nie potrzebujemy kolejnych dziesięciu ubrań. Potrzebujemy czasami trzech rzeczy, które naprawdę będą ze sobą działać. 🙂
Podoba mi się, że wprowadziłaś makijaż, ale trochę inaczej niż w typowych poradnikach. Dzisiaj mamy tyle kosmetyków, baz, fixerów, konturów, rozświetlaczy i całej reszty, że czasami kobieta może pomyśleć, że bez dwudziestu produktów nie wolno jej wyjść z domu. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Ten mini tutorial potraktowałam raczej jako pokazanie podstaw. Dobrze dobrany podkład, odrobina różu, tusz do rzęs, odpowiedni kolor szminki — i już można wyglądać świeżo. A potem, jeśli ktoś lubi makijaż, można oczywiście eksperymentować. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby kosmetyki były narzędziem, a nie kolejnym obowiązkiem. 🙂
Ja mam dokładnie odwrotny problem. W sklepach widzę coś, co mi się podoba, ale zanim przymierzę, już sama sobie mówię: „Nie, to nie dla mnie”. Potem oczywiście wracam do domu z kolejną czarną bluzką. Jak przekonać kogoś do rzeczy, których sam nigdy by nie wybrał?
Chyba najlepiej nie przekonywać słowami. Przymierzyć. Bo czasami rzecz na wieszaku wygląda zupełnie inaczej niż na człowieku.
I dlatego zawsze lubiłam moment:
– Nie, tego nie założę.
– Dobrze. Ale przymierz.
– Ale po co?
– Żebyśmy obie wiedziały, że nie.
A potem kobieta wychodzi z przymierzalni i robi minę:
– O kurczę…”
I właśnie wtedy zaczyna się najciekawsza rozmowa. Bo może się okazać, że problemem nie była marynarka. Problemem było tylko to, że przez dziesięć lat nawet nie dała sobie szansy jej zobaczyć na sobie. 🙂
Bardzo przyjemnie się to czyta, ale mam wrażenie, że ta historia urywa się dokładnie w momencie, kiedy zaczyna się robić naprawdę ciekawie. To była jedna z pierwszych klientek? I jak w ogóle zdobywałyście klientki na początku? Przez bloga? Facebooka? Polecenia? Bo co innego zrobić komuś stylizację koleżanki, a co innego, kiedy przychodzi obca kobieta i mówi: „Dzień dobry, proszę mi powiedzieć, co mam nosić”. 🙂
Właśnie tutaj zaczyna się kolejny rozdział 🙂 Bo pierwsze klientki to już zupełnie inna historia. Kiedy pojawia się osoba, która naprawdę płaci za Twoją wiedzę i mówi: „Dobrze, zdaję się na Ciebie”, nagle nawet najprostsze zakupy nabierają zupełnie innego znaczenia. Blog i Facebook oczywiście pomagały nam pokazać, czym się zajmujemy. Ale później zaczęły działać również polecenia. Jedna klientka powiedziała drugiej. Druga trzeciej. I nagle zaczęły pojawiać się kolejne kobiety. A wtedy przestało chodzić tylko o ubrania. Zaczęły się historie. Prawdziwe, czasami zabawne, czasami wzruszające. I chyba właśnie o nich warto opowiedzieć w następnych wpisach. 🙂
Spotkałam się kiedyś ze stylistką, ale tylko spotkałam, na zakupy z nią nie poszłam, bo jej podejście do mnie jako klientki było mało ciekawe. Może chciała mi pomóc, ale z drugiej strony zbombardowała mnie informacjami co powinnam poprawić, zamaskować, wyszczuplić. Czułam się przy niej fatalnie. Czy stylistka nie powinna raczej pokazywać, co można podkreślić, zamiast mówić, co trzeba ukryć?
Zdecydowanie wolę tę drugą wersję. Dla mnie analiza sylwetki nigdy nie powinna być listą wad. „Tego nie wolno, to zakryć, tego nie pokazujemy”. Bardziej interesuje mnie pytanie: „Co możemy zrobić, żebyś czuła się dobrze w tym, co masz?” Jeżeli ktoś ma piękną talię — możemy ją podkreślić. Jeżeli ma świetne nogi — możemy je pokazać. Jeżeli nie chce pokazywać ramion — też dobrze. Nie chodzi o stworzenie idealnej sylwetki. Chodzi o znalezienie ubrań, w których człowiek przestaje myśleć o tym, co chciałby zmienić. 🙂