Urlop na Roztoczu

by Jolanta Strażyc

Był czerwiec 2009, połowa miesiąca – czas, w którym lato dopiero się zaczyna. Lubię właśnie ten moment – przed sezonem, kiedy wszystko jeszcze oddycha spokojem, a przyroda dopiero się rozkręca. Z Majką i Ewą z Elbląga spakowałyśmy plecaki, zabrałyśmy termos z kawą, kanapki i ruszyłyśmy w drogę – na Roztocze.

Naszą bazą był mały pensjonat w Krasnobrodzie – cichy, niedrogi, z dużą rozłożystą jabłonką, pod którą codziennie siadałyśmy z książką, winem i planem: odpoczywać, gdzie się da, chodzić, gdzie warto, i zjeść, co lokalne.

Krasnobród

Pierwszy dzień urlopu spędziłyśmy na spokojnym rozpoznaniu okolicy. Przespacerowałyśmy się do zalewu, gdzie kilkoro dzieci pluskało się w wodzie, a starsi wczasowicze leniwie opalali się na kocach. Woda w zalewie była chłodna, ale przejrzysta, a rzeka Wieprz szemrała spokojnie wśród trzcin i sitowia. W powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy i dzikiej mięty. 

– Zobacz, jak tu spokojnie. – powiedziała Majka, siadając na brzegu pomostu i zanurzając stopy w wodzie. – Ani hałasu, ani tłoku. Zupełnie jakbyśmy cofnęły się w czasie.

Potem weszłyśmy na wzgórze z kamieniołomem. Widok był wart każdego kroku – z baszty rozciągał się szeroki pejzaż na lasy Roztocza i taflę zalewu błyszczącą w słońcu jak rozlana rtęć. Wiatr pachniał żywicą i nagrzanym wapieniem.

Po południu zwiedziłyśmy zespół pałacowo-parkowy Leszczyńskich, gdzie dzieci spacerowały, trzymając się za ręce. Było w tym coś wzruszającego – stara architektura, kasztanowa aleja i głosy dzieci niosące się echem po dziedzińcu.

Wieczorem poszłyśmy do Kościoła Nawiedzenia NMP. Chłodne wnętrze, ciężkie organy i światło przechodzące przez kolorowe witraże stworzyły niesamowitą atmosferę. Po mszy usiadłyśmy przy „Kaplicy na Wodzie”, gdzie szemrał niewielki strumień. Ewa nabrała trochę wody do butelki.

– Podobno uzdrawia, – mruknęła z uśmiechem. – Nie zaszkodzi mieć przy sobie coś świętego.

Wieczorem siedziałyśmy na tarasie pensjonatu, owinięte w wełniane szale, popijając piwo z sokiem malinowym. Powietrze było ciepłe, ale już z lekką nutą wieczornego chłodu. Rozłożyłam mapę na stole, wygładzając zagięcia dłonią.

– Zobaczcie – zaczęłam. – Miejsca, które warto zobaczyć: Zwierzyniec z Kościołem na Wodzie, szumy nad Tanwią, koniki polskie w rezerwacie, Zamość – wiadomo. I coś bardziej osobistego… cerkiew w Szczebrzeszynie, gdzie księdzem dziekanem był mój praprapradziadek, Józef Lisowski. I jeszcze Topólcza – tam mieszkał z rodziną. Co wy na to?

Majka podeszła bliżej i nachyliła się nad mapą.

– Ty jesteś naszym przewodnikiem – powiedziała. – To zaczynamy od Szczebrzeszyna.

Cerkiew praprapradziadka

Z Krasnobrodu wyjechałyśmy rano, gdy mgła jeszcze tańczyła między polami, jakby nie wiedziała, że dzień już się zaczął. Droga do Szczebrzeszyna wiła się wśród pagórków, pól i lasów – wszędzie widoki jakby wymalowane ręką zapomnianego artysty.

– Jakie to piękne… – powiedziała Majka, wychylając się przez okno. – Jakby tu czas się zatrzymał.

– Albo przynajmniej zgubił zegarek – dodała Ewa, z nosem przyklejonym do szyby. – Czuję się, jakbyśmy były w środku pocztówki.

Szczebrzeszyn przywitał nas powolnym ruchem przechodniów i zapachem świeżego chleba z piekarni przy rynku. Cerkiew stała na uboczu, niemal schowana za drzewami – jakby wciąż niepewna, czy jej miejsce jeszcze tu jest. Milczałyśmy chwilę, patrząc w ciszy, aż w końcu powiedziałam cicho:

– Dziwne uczucie… Że ktoś z moich przodków tu żył, oddychał tym powietrzem, chodził tymi ścieżkami…

– Historia jest jak kurz na książkach – powiedziała Ewa, chowając przewodnik po Roztoczu do torebki. – Niewidoczna, dopóki nie dmuchniesz.

Do wnętrza cerkwi wprowadził nas starszy mężczyzna. Uśmiechnął się bez słowa i zaprosił gestem dłoni. W środku pachniało drewnem, woskiem i odrobiną kadzidła, jakby liturgia wciąż gdzieś tu była – ukryta w kątach, nie do końca gotowa odejść.

Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny w Szczebrzeszynie to najstarsza zachowana świątynia prawosławna w Polsce. Jej wnętrze zdobią polichromie z XVI i XVII wieku – wyblakłe, ale wciąż poruszające. Sceny Apokalipsy, kuszenie Chrystusa, postaci aniołów i świętych – wszystko jakby mówiło do nas innym językiem, ale prosto do serca.

Wpatrywałyśmy się w stare ikony, w kolory, które czas przygasił, ale nie zniszczył. Gdzieniegdzie złoto błyszczało jeszcze w świetle porannego słońca wpadającego przez wąskie okna.

– A tam można? – zapytała Ewa, wskazując na prezbiterium.

Mężczyzna potrząsnął głową.

– Tylko mężczyźni. Tradycja.

Zatrzymałyśmy się więc u progu, patrząc przed siebie, jakbyśmy przez tę niedostępność widziały jeszcze więcej. Może nawet tak miało być – żeby poczuć nie wszystko, ale coś głębszego. Tajemnicę.

– On naprawdę tu był… – szepnęłam. – Może tym kluczem otwierał drzwi? Może modlił się tak, jak my teraz milczymy.

Wyszłyśmy w ciszy. Każda z nas trochę bardziej zamyślona niż wcześniej. Czasem to nie widoki robią największe wrażenie, ale echo, które zostaje po nich w człowieku.

– Zazdroszczę ci tych wszystkich praprzodków – odezwała się cicho Majka. – I tego, że znasz ich historie. U mnie to wszystko się gdzieś urwało… nic się nie zachowało.

– Weźmiemy się kiedyś za twoją genealogię – uśmiechnęłam się.

– A ja pomogę – dorzuciła Ewa z entuzjazmem.

– Nic z tego nie będzie – westchnęła Majka. – Nie znam nawet miejscowości, z których moi pradziadkowie się wywodzą. Nie wiem, jak się za to zabrać… gdzie szukać, kogo pytać…

Na chwilę zapadła cisza, tylko wiatr poruszał liśćmi starych lip. Może właśnie tak zaczynają się poszukiwania – od rozmowy, od niedosytu, od pragnienia, by coś odzyskać.

Ze Szczebrzeszyna pojechałyśmy jeszcze do Topólczy. Ksiądz Józef Lisowski mieszkał tam niegdyś z żoną Marianną, na plebanii, gdzieś w pobliżu cerkwi. W Topólczy przyszły na świat ich dzieci, w tym syn Paweł – ojciec Leokadii Lisowskiej TU

Stara, drewniana cerkiew już nie istnieje, ale nowa, murowana, nadal stoi wtopiona w krajobraz. Obok niej zaczyna się wąwóz lessowy – wąski, porośnięty trawą i wysokimi paprociami, jak brama do innego świata.

U jego podnóża ciągnie się ścieżka, prowadząca na okoliczne pola i cmentarz. Ta droga, cicha i malownicza, bywa czasem ostatnią drogą tutejszych mieszkańców.

Szłyśmy przez wąwóz w milczeniu. Rzeczka szemrała cicho, jakby opowiadała coś bardzo starego i ważnego – ale tylko tym, którzy potrafią słuchać. Nad nią pochylały się drzewa, porośnięte mchem i pamięcią. To było prawdziwe Roztocze – piękne, surowe i ciche. Takie, które nie krzyczy, tylko zostaje w pamięci.

Zamość – dzień sztuki

Do Zamościa wyruszyłyśmy około dziesiątej. Pogoda była idealna: słońce, ale bez upału, lekki wiatr i czyste niebo. Miasto powitało nas tak, jakby wiedziało, że jesteśmy z tych, którzy potrafią patrzeć.

Ratusz z wachlarzowymi schodami górował nad rynkiem. Kamienice w pastelowych kolorach — każda inna, a razem olśniewające.

– To naprawdę perła renesansu — powiedziała Majka, robiąc zdjęcie z takim zaangażowaniem, jakby od tego zależała przyszłość rodzinnego albumu.

Zaczęłyśmy od kawy z widokiem na rynek i parasole. Obok nas usiadła grupa Niemców z przewodnikiem. Potem odwiedziłyśmy lokalną galerię sztuki — wystawa zaskoczyła nas nowoczesnością. Instalacje z metalu, obrazy w stylu ekspresjonizmu… Majka zatrzymała się przy rzeźbie przypominającej plątaninę wieszaków i zapytała:

– Co to ma być?

– Może dusza urzędnika po godzinach — zażartowałam.

Na obiad trafiłyśmy do restauracji na uboczu rynku. Menu regionalne, bez zbędnych udziwnień. Po posiłku zrobiłyśmy ostatnią rundkę po rynku i spacer pod mury twierdzy.

W sklepie z lokalnymi produktami kupiłyśmy miód fasolowy.
– Najlepszy na serce i na nerwy. I na sąsiadów — powiedziała sprzedawczyni, wkładając słoik do papierowej torby.

Wieczorem, już w Krasnobrodzie, rozsmarowałyśmy miód na kromkach chleba. Smak był delikatny, słodki, z lekkim ziołowym tłem. Niby fasola, a jednak nie do końca. Jak nasz urlop — niby zwyczajny, a jednak nie do opisania.

Wieczorem, na tarasie, milczałyśmy dłużej niż zwykle. Na niebie zapalały się gwiazdy jedna po drugiej — jakby ktoś włączał światło w pokojach nieba.

– Jak wrócimy, muszę to wszystko zapisać — powiedziała Ewa, z głową opartą o pień drzewa.

– Już zapisałaś. Tylko w sobie — odparłam.

Majka spojrzała na nas z uśmiechem:

– Pomyśleć, że wystarczyło przyjechać tu, żeby przypomnieć sobie, że życie nie musi być aż tak poważne.

Obok jabłonka szumiała coś cicho. Może potakiwała. Może słuchała.

Wykorzystać każdą chwilę

Kolejne dni mijały między wędrówkami a wieczornym siedzeniem na tarasie. Patrzyłyśmy, jak niebo zmienia barwy. Czasem mówiłyśmy dużo, czasem wcale — i to „nic” też było dobre.

Nad Tanwią słuchałyśmy „szumów” – miniaturowych progów rzecznych, które grały koncert tylko dla nas. Woda spływała kaskadami po kamieniach, tworząc biały, pienisty dywan.

– Tu mógłby się zaczynać jakiś film — powiedziała Ewa, wyciągając aparat.
– Albo kończyć — dodała Majka. — Szczęśliwe zakończenie z przyrodą w tle.

W Zwierzyńcu wąskie uliczki, wybrukowane kamieniem, prowadziły nas wśród kolorowych domów z czerwonymi dachami, których okiennice trzaskały lekko na wietrze.

Kościół na Wodzie wyglądał jak z baśni: biały, elegancki, odbijający się w tafli stawu, otoczony starymi wierzbami, których gałęzie leniwie muskają wodę. W powietrzu unosił się zapach lipy i świeżo skoszonej trawy, a wokół świergotały ptaki…

Przeszłyśmy się po parku, gdzie dzieci biegały z latawcami, a ich rodzice siedzieli na ławkach i wymieniali się opowieściami. Odwiedziłyśmy też browar – małą perełkę, gdzie właściciel z pasją opowiadał o tradycji piwowarskiej Roztocza. W urokliwej knajpce, zjadłyśmy obiad, który smakował jak dawniej – w rodzinnym domu, pachnącym ziołami i czasem spędzonym przy wspólnym stole.

Ostatniego dnia wybrałyśmy się do rezerwatu, gdzie żyją koniki polskie. Mgła unosiła się nad łąkami, a konie — spokojne — pasły się w oddali. Niektóre podchodziły bliżej, ciekawskie, z mokrymi chrapami i błyszczącymi oczami.

– To było dobre pięć dni — podsumowała Majka.

– Idealne wakacje bez presji — dodała Ewa. — Bez zegarka, bez Internetu, z przyjaciółkami.

Wracałyśmy do pensjonatu w milczeniu, zmęczone, ale szczęśliwe. Czekała tam na nas butelka wina i słoik miodu, który kupiłyśmy w Zamościu.

Roztocze zostało z nami na długo — nie tylko na zdjęciach i w pamięci, ale w zapachach poranka, w ciszy i w dotyku trawy na bosych stopach.
W tym, co się nie kończy, nawet kiedy urlop dawno minął.

You may also like

9 komentarzy

Magdalena 2025-08-30 - 22:45

To opowiadanie pachnie latem i wspomnieniami. Czytając, czułam się, jakbym sama siedziała pod tą jabłonką w Krasnobrodzie – z kubkiem kawy i planem dnia, który nie musi być zaplanowany. Ujęło mnie to spokojne tempo, które tak rzadko spotyka się w dzisiejszych podróżach. Roztocze nigdy nie wydawało mi się aż tak poetyckie – dopiero teraz widzę, że to kraina ciszy, światła i historii, które wciąż oddychają pod warstwą czasu. Pozdrawiam serdecznie.

Reply
Anna W. 2025-08-30 - 23:10

Piękna, nastrojowa podróż, która pokazuje, że czasem to, co najcenniejsze, dzieje się między zdaniami. Między słowem a milczeniem. Między poranną mgłą a wieczornym światłem gwiazd. Cerkiew w Szczebrzeszynie – opisana tak subtelnie, z takim szacunkiem dla miejsca i pamięci – to dla mnie najpiękniejszy fragment. Nie tylko podróż w przestrzeni, ale też w głąb siebie. Pozdrawiam serdecznie 🙂

Reply
Marzena 2025-08-31 - 11:07

Jak cudownie czyta się opowieść, w której nie ma pośpiechu. Gdzie bohaterki zatrzymują się przy każdym kamieniu, przy każdym zapachu. Gdzie historia praprapradziadka łączy się z dzisiejszym światem w naturalny sposób. To prawdziwy hołd dla podróżowania „po cichu” – nie po to, żeby zdobywać kolejne miejsca, ale żeby spotkać siebie w ich odbiciu.

Reply
Monika 2025-08-31 - 18:03

To opowiadanie to gotowy scenariusz filmu podróżniczego. Trzy przyjaciółki, wąskie drogi Roztocza, rozmowy przy winie, wspomnienia i odkrywanie korzeni. W tle – pejzaże, które nie potrzebują żadnych efektów specjalnych. Szczególnie urzekła mnie końcówka: „W tym, co się nie kończy, nawet kiedy urlop dawno minął.” – piękne zdanie. Takie, które zostaje na dłużej. 🙂

Reply
Krystyna 2025-08-31 - 21:48

Czuję w tym tekście coś bardzo osobistego, nawet jeśli nie wszystkie miejsca są mi znane. To nie tylko podróż – to rytuał odzyskiwania spokoju. Przypomina mi to, że urlop to nie zawsze wyjazd w egzotyczne kraje, ale bycie tu i teraz. Słuchać, patrzeć, oddychać. Dziękuję za ten klimat i za przypomnienie, że w Polsce też można odnaleźć prawdziwą magię. Pozdrawiam cieplutko 🙂

Reply
Szeliga 2025-08-31 - 22:00

Zakochałam się w tej opowieści od pierwszych akapitów. Wspomnienie o praprapradziadku dodało jej głębi i sensu – to nie była tylko wyprawa, ale też spotkanie z przeszłością. Myślę, że wiele osób czytających ten wpis odnajdzie w nim inspirację, by zajrzeć w swoje rodzinne historie. Może właśnie tak zaczynają się genealogiczne przygody – od jednego letniego dnia i ciekawości. 🙂

Reply
Marta Stach. 2025-08-31 - 22:27

Roztocze jest piękne. Uwielbiam 🙂 To opowiadanie ma w sobie niezwykły rytm. Nie spieszy się. Płynie jak rzeka Wieprz, jak rozmowa przy ognisku, jak wieczorne wino pod jabłonią. Każde zdanie ma zapach, kolor, dźwięk. Szczególnie wzruszył mnie moment przy cerkwi – ten „kurz historii”, który ożywa, gdy się go dotknie. To naprawdę poetyckie pisanie o życiu codziennym. 🙂

Reply
Oliwka 2025-08-31 - 23:54

To opowiadanie ma w sobie spokój, którego tak bardzo dziś potrzebujemy. Nie ma tu pogoni, jest zachwyt. Nie ma wielkich wydarzeń, a jednak dzieje się bardzo dużo – w sercach bohaterek, w ich rozmowach, w ciszy między nimi. Bardzo podoba mi się też język – zmysłowy, obrazowy, ale nieprzesadzony. Czuć, że naprawdę byłaś w tych miejscach.

Reply
Alicja 2025-09-01 - 23:30

Czytając ten tekst, miałam wrażenie, że jestem z Wami – w tym samochodzie o poranku, w cerkwi pachnącej woskiem, w Zamościu przy kawie. To niezwykła umiejętność: pisać tak, żeby czytelnik nie był tylko obserwatorem, ale uczestnikiem. I jeszcze te dialogi! Naturalne, lekkie, ale z głębokim sensem. Prawdziwe kobiece wakacje – pełne emocji, śmiechu i refleksji. 🙂

Reply

Skomentuj Monika Cancel Reply