Między nadzieją a codziennością

by Jolanta Strażyc

Kiedy skończyły się lata 80., w kraju wyraźnie czuć było zmianę. Ludzie przestali szeptać i zaczęli mówić. Władza, która przez lata patrzyła z góry, nagle zaczęła się tłumaczyć. Komunizm odchodził powoli, ale nieubłaganie. Z dnia na dzień wszystko miało być inne – tylko nikt nie powiedział, jak się w tej nowej Polsce żyje. A szczególnie jak się żyje kobietom, matkom, zwykłym ludziom, którzy z dnia na dzień zostali obywatelami „wolnego rynku”.

1990 – Polska się budzi

Miałam trzydziestkę tuż za rogiem i córkę w szkole podstawowej. Wolność przyszła jak długo wyczekiwana wiosna – ale z tą różnicą, że razem z nią nie przyszedł spokój. Przyszedł chaos. Ceny rosły z tygodnia na tydzień, pensje nie nadążały. W sklepach wszystko było – ale nie każdego było na to stać.

Ale była też wolność. Ludzie zakładali małe firmy, szyldy rosły jak grzyby po deszczu. Jednego dnia osiedlowy kiosk zamieniał się w butik, a na placu, gdzie kiedyś był pomnik komunistycznego idola, ktoś sprzedawał z łóżka kanadyjskie dżinsy czy tureckie kożuchy. Przestaliśmy stać w kolejkach – zaczęliśmy „kombinować” na nowo – ale już nie w szaro-burym PRL-u, tylko w nowej rzeczywistości.

A kobiety? Kobiety nie tylko pracowały na etatach i prowadziły domy – zaczęły tworzyć coś własnego. Małe, domowe biznesy, najczęściej z potrzeby, czasem z pasji. Ktoś sprzedawał dziecięce ubranka szyte na maszynie po cioci, ktoś inny otwierał zakład fryzjerski w przekształconym pokoju, a jeszcze inna uczyła się robienia paznokci z kolorowych gazet i próbowała szczęścia na bazarku. Bez wsparcia, bez poradników, ale z determinacją.

Początek edukacji i „dorosłości” mojej córki

Moja córka rosła w zupełnie innej Polsce, niż ta, w której przyszła na świat. Gdy miała 10 lat… telewizja pokazywała programy zachodnie, pojawiły się komputery, kasety wideo, pierwsze reklamy. Z jednej strony świat stał przed nią otworem. Z drugiej – był to świat niepewny. Szkoły nie nadążały za zmianami, nauczyciele byli zmęczeni, rodzice – przepracowani. Wszyscy musieli się uczyć życia od nowa.

Pamiętam, że rachunki zaczęły wyglądać inaczej. Pojawiły się nowe podatki, nowe zasady, nowe instytucje. Ludzie, którzy przez całe życie pracowali w jednym zakładzie, nagle tracili wszystko – bo „restrukturyzacja”, bo „upadłość”, bo „prywatyzacja”. A inni robili majątki na oczach sąsiadów – zakładali firmy, sprowadzali sprzęt, handlowali wszystkim, co tylko dało się sprzedać.

Kobiety w nowej Polsce

Nadal prowadziły domy, dbały o dzieci, gotowały, pracowały, dorabiały. I zakładały własne firmy – często z potrzeby, ale również często z pasji. Ktoś otwierał pracownię krawiecką w piwnicy, ktoś inny urządzał salon fryzjerski w przedpokoju. Zwykłe kuchnie zmieniały się w miejsca wypieków ciast „na zamówienie”, a w garażach powstawały pierwsze hurtownie, księgarnie, punkty usługowe. Byłyśmy przedsiębiorcze, choć nikt nas tak jeszcze wtedy nie nazywał.

Nie miałyśmy mentorów, poradników, coachów. Uczyłyśmy się metodą prób i błędów. Byłyśmy księgowymi, sprzątaczkami, właścicielkami i sekretarkami w jednym. I choć rzadko mówiono o nas w gazetach, to właśnie kobiety były fundamentem tej pierwszej fali polskiej mikroprzedsiębiorczości. Pracowałyśmy po cichu, między obiadem a odrabianiem lekcji z dziećmi. Czasem po godzinach etatu, czasem ryzykując wszystko, co miałyśmy.

Nie tylko pracowałyśmy – uczyłyśmy się. Kursy księgowości, szkolenia kosmetyczne, wieczorowe licea, studia zaoczne. Często z własnych pieniędzy, kosztem snu, czasu wolnego, komfortu. Bo wiedziałyśmy, że świat się zmienia – i jeśli chcemy być w nim kimś więcej niż tylko obserwatorkami, musimy się rozwijać. Po swojemu. Ale skutecznie.

Kobiety – między domem a biznesem

Pamiętam Halinę z trzeciego piętra – całe życie zajmowała się domem i dziećmi, a kiedy przyszły zmiany, zaczęła piec torty. Nie jakieś zwykłe – prawdziwe dzieła sztuki. Najpierw piekła dla sąsiadów, potem dla znajomych z parafii, a w końcu założyła małą pracownię cukierniczą. Miała wtedy prawie pięćdziesiątkę i pierwszą kasę fiskalną w naszym bloku.

Albo Elżbieta, koleżanka z pracy, która wieczorami uczyła się księgowości – z podręczników, które przynosiła z rynku. Zdała egzamin i otworzyła biuro rachunkowe w pokoju po synu, który wyjechał na studia. Dziś prowadzi firmę, zatrudnia ludzi, a wtedy… wtedy po prostu musiała się odnaleźć, kiedy zlikwidowali jej dział w zakładzie.

Były też kobiety, które szyły, szydełkowały, robiły paznokcie, sprzedawały warzywa na ryneczku. Często „na dziko”, zanim powstały przepisy, pozwolenia, zasady. Działałyśmy instynktownie – nie dlatego, że ktoś nam kazał, tylko dlatego, że trzeba było zadbać o rodzinę. I jakoś tak wyszło, że zaczęłyśmy dbać też o siebie.

Pierwsze kursy i szkolenia

Z czasem zaczęły pojawiać się kursy – szybkiego pisania, obsługi komputera, robienia paznokci, prowadzenia działalności gospodarczej. Często organizowane przy domach kultury, czasem w szkołach wieczorowych. Chodziłyśmy tam po pracy. Niektóre dziewczyny przychodziły z dziećmi, bo nie miały ich z kim zostawić.

Pamiętam, że kurs komputerowy prowadził chłopak młodszy ode mnie o dobre dziesięć lat. Pokazywał nam, jak pisać w Wordzie i robić tabele w Excelu. Mówił do nas „panie”, a my do niego „panie Tomku” – i śmiałyśmy się, że kiedyś to my go mogłyśmy uczyć. Ale uczyłyśmy się od niego pokory wobec nowego świata.

Lokalne liderki

W tych latach rodziły się też pierwsze kobiece głosy w przestrzeni publicznej – może nie od razu w sejmie, ale w radach osiedli, komitetach rodzicielskich, lokalnych stowarzyszeniach. Ktoś organizował zbiórkę na sprzęt do szkoły, ktoś inny pilnował, by zrobiono drogę dojazdową albo postawiono latarnię. To też była forma przedsiębiorczości – tylko społecznej, niewidocznej w mediach, ale ważnej.

Zaczęłyśmy się łączyć. Wspierać. Niektóre kobiety zakładały stowarzyszenia, inne grupy nieformalne. Pojawiły się pierwsze pisma kobiece – z poradami, z historiami „z życia”, z modą i zdrowiem. W kioskach, obok gazet politycznych, można już było kupić Claudie”, „Twoje Imperium” czy „Panią”.

W duchu zmiany tożsamości

Z biegiem lat coraz rzadziej myślałyśmy o sobie wyłącznie jako o „żonach” i „matkach”. Nadal nimi byłyśmy – i to z dumą – ale coraz częściej widziałyśmy się też jako kobiety, które mają coś do powiedzenia. Które nie tylko gotują i sprzątają, ale też zarządzają, tworzą, zmieniają rzeczywistość.

W latach 90. nie mówiło się jeszcze o „siostrzeństwie”, ale ono istniało. Każda z nas niosła coś więcej niż tylko siatki z zakupami – niosła w sobie zmianę. I w tej zmianie nie byłyśmy już same.

W życiu codziennym było już nieco lżej. Może nadal się „kombinowało”, ale częściej z nadzieją niż z desperacji. Dzieci rosły, my dojrzewałyśmy razem z nimi. Moja córka powoli zbliżała się do wieku nastoletniego, a ja coraz częściej patrzyłam na nią z dumą, nie tylko troską.

1995 – Lech Wałęsa odchodzi, świat pędzi

W 1995 roku odbyły się wybory prezydenckie – Lech Wałęsa przegrał, wygrał Aleksander Kwaśniewski. Dla wielu był to symbol końca pierwszej epoki wolności i wejścia w drugą – bardziej pragmatyczną, mniej romantyczną.

W domach pojawiły się pierwsze komputery. Niektórzy kupili używane samochody z Niemiec. Kasety VHS ustępowały miejsca płytom CD. Na chodnikach można było kupić wszystko – od butów po anteny satelitarne.

Ale było też wiele niedokończonych spraw: niedofinansowane szpitale, bieda emerytów, zapaść edukacji, drożyzna. Kraj się zmieniał, ale zmieniał się nierówno – niektórzy lecieli do przodu, inni zostali z tyłu.

1996 – zamyka się pewien rozdział

Ten rok był dla mnie symboliczny. Czułam, że weszłam już na dobre w nowe życie. Moja córka była nastolatką, coraz bardziej samodzielna. Ja – dojrzalsza, bardziej pewna siebie, niż w latach 80 👉 TU

Zaczęłam wtedy inaczej patrzeć na samą siebie – nie tylko jako na matkę czy żonę, ale jako na kobietę, która przeszła przez transformację razem z tym krajem. Przetrwała kryzysy, niepewność, reformy. I nadal miała w sobie siłę. Dla mnie to był czas wychodzenia z cienia. Z cienia PRL-u, z cienia młodości naznaczonej stanem wojennym, z cienia kobiet, które całe życie były „w tle”.

You may also like

9 komentarzy

Marzena 2025-03-10 - 22:20

Czytając Twój wpis, poczułam, jakbyś opisywała fragmenty mojego życia. Przemiany, które przeszliśmy – zarówno jako kraj, jak i my sami – zostawiły w nas trwały ślad. Lata 90. nauczyły mnie pokory i zaradności, ale też tego, by nigdy nie brać niczego za pewnik. Dziś, jako kobieta w „pewnym wieku”, matka dorosłych dzieci, czuję dumę z tego, ile przeszłam, i jaką siłę w sobie odkryłam. Dziękuję za tę emocjonalną podróż.

Reply
Anna W. 2025-03-11 - 20:21

Czasy się zmieniły, ale wyzwania zostały. Dziś zmagamy się z inflacją, samotnością, cyfrowym światem, w którym trudno znaleźć autentyczność. Cieszę się, że podejmujesz temat życia z taką szczerością. My, kobiety, często jesteśmy pomijane w narracji publicznej, a przecież mamy głos – i to bardzo ważny. Pozdrawiam serdecznie 🙂

Reply
Magdalena 2025-03-11 - 22:01

Twój blog to dla mnie źródło siły i inspiracji. Pokazujesz, że niezależnie od wieku i przeszłości, można budować nowe życie, odnajdywać siebie na nowo i cieszyć się codziennością – nawet jeśli nie zawsze jest łatwa. Dziękuję za autentyczność, której tak bardzo brakuje w świecie pełnym filtrów. Pozdrawiam serdecznie.

Reply
Oliwka 2025-03-12 - 18:02

To, co piszesz, trafia prosto w serce. Czasami czuję, że tylko kobieta, która naprawdę coś przeżyła, może tak pisać o życiu. O miłości, o stracie, o nadziei i o codziennych zmaganiach. Takie historie są potrzebne – zwłaszcza kobietom, które przeszły przez trudne czasy i nie boją się o nich mówić. Pozdrawiam cieplutko ☀️

Reply
Beata 2025-03-12 - 21:51

Pamiętam początek lat 90. jakby to było wczoraj. Sklepy nagle zapełniły się towarem, którego wcześniej nie mogliśmy nawet powąchać. Pachnące mydła, kolorowe opakowania, zachodnie kawy… ale też ceny, które przyprawiały o zawrót głowy. Reformy Balcerowicza zmieniły wszystko. Mój mąż stracił pracę w państwowej fabryce, a ja zaczęłam sprzedawać ubrania z hurtowni. Małe dziecko, zimne mieszkanie i wielki strach – ale i nadzieja, że może będzie lepiej. 🙂

Reply
Krystyna 2025-03-12 - 22:59

Kiedy otworzyli pierwszy supermarket w naszym mieście, poszłam z córką „na zwiady”. Byłyśmy onieśmielone – kolorowe półki, wszystko w jednym miejscu, nikt nie krzyczał. Ale portfel szybko się opróżniał. Pamiętam, jak musiałam liczyć każdy grosz i wybierać: mleko czy pieluchy. Rząd zrobił swoje – jak to mówiono – ale my, kobiety, musiałyśmy kombinować jak nigdy wcześniej. 🙂 🙂 🙂

Reply
Karolina 2025-03-12 - 23:02

Dziś młodzi patrzą na lata 90. z sentymentem, przez pryzmat seriali i muzyki. Ale dla mnie to był trudny czas – wolność była gorzka. Miałam 30 lat, dwójkę dzieci i pustą lodówkę. Pensja męża nie wystarczała na opłaty, a ja… sprzątałam u sąsiadki, żeby dokupić zeszyty na nowy rok szkolny. Nie wstydzę się tego. To była walka o godność. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie 🙂

Reply
Szeliga 2025-03-13 - 21:53

Pamiętam, jak w radiu i telewizji trwały debaty, a my, zwykli ludzie, siedzieliśmy przy kuchennych stołach i zastanawialiśmy się, jak przeżyć do pierwszego. Dla mnie tamten czas to lekcja przetrwania – ale też początek tego, że jako kobieta nauczyłam się niezależności. Zaczęłam swój pierwszy biznes – z konieczności, ale z sercem. 🙂

Reply
Martyna 2025-04-02 - 19:04

W 1991 roku kupiliśmy używany samochód – za równowartość kilku pensji. Czułam się wtedy jak królowa. Dzieci na tylnym siedzeniu, ja z mapą na kolanach. Mimo inflacji, chaosu i niepewności, to był początek nowego życia. Reforma gospodarki zabolała, ale dała też poczucie, że coś zależy od nas. Dziś doceniam tamten trudny czas, choć wtedy nie raz płakałam w poduszkę. Bardzo ciekawy blog. Często zaglądam. Pozdrawiam 🙂

Reply

Skomentuj Krystyna Cancel Reply