jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga
Category:

Wspomnienia

Wspomnienia

Historia i życie zderzyły się pod moim oknem

by Jolanta Strażyc 2025-02-20

W roku, gdy czołgi znów jeździły po polskich ulicach, ja trzymałam w ramionach niemowlę. Historia i życie zderzyły się pod moim oknem – a ja, uczyłam się, co znaczy być matką i dorosłą kobietą.

Grudzień 1980. Skończyłam właśnie 19 lat. Byłam młoda, pełna lęków, ale też nadziei. Świat wokół mnie był niespokojny – z telewizora dobiegały wieści o „Solidarności”, strajkach, porozumieniach. Wszyscy mówili, że coś się kończy, coś się zaczyna.

W domu panowała nadzieja, a w sercu – przeczucie. Czułam, że coś się we mnie zmienia, coś dojrzewa, coś, co już niedługo wywróci mój świat do góry nogami.

W pierwszych dniach stycznia 1981 roku rozpoczęłam swoją pierwszą pracę. 5 stycznia, poniedziałek – data, którą pamiętam do dziś. Już wtedy przeczuwałam, że mogę być w ciąży. To był instynkt – cichy, kobiecy głos, który mówił: „Czas na zmiany”.

Chciałam pracować, choćby chwilę, by zdobyć prawo do urlopu wychowawczego – to było wtedy ważne, zwłaszcza dla kogoś tak młodego jak ja. Dość szybko weszłam w prawdziwą dorosłość. Kończyłam jeszcze szkołę średnią, gdy zaszłam w ciążę. Taka nagła zmiana – z uczennicy w mamę – wcale mnie nie przerażała. Byłam świadoma swojej nowej roli i nie uciekałam od niej.

Życie w cieniu strajków

W kwietniu 1981 roku wzięliśmy ślub. W czasie, gdy kraj wrzał – ludzie strajkowali, robotnicy walczyli o godność – my, młodzi, zakochani, mówiliśmy sobie „tak” z nadzieją na wspólną przyszłość.

Na ulicach było coraz więcej milicji, a w domach – coraz mniej produktów żywieniowych… Ale w sercu była radość. Nie myśleliśmy o wielkiej polityce. Chcieliśmy być razem.

Ślub był skromny. Ludzie składali życzenia z odrobiną czułości i współczucia – jakby wiedzieli, że życie w tym kraju nie będzie dla nas łatwe. Ale człowiek, niezależnie od sytuacji, chce kochać i żyć normalnie.

Na początku października przyszła na świat nasza córka. W tej jednej chwili nie istniała żadna „Solidarność”, żadna partia, żadna władza. Istniało tylko dziecko – czysta, bezbronna istota, której trzeba było dać wszystko, co najlepsze. Macierzyństwo i prowadzenie domu dawało mi dużo radości. Nie chciałam być jedną z tych mam nieobecnych, niezaangażowanych. Skupiłam całą energię na moim dziecku. 

13 grudnia 1981 roku

Moja córka miała niespełna trzy miesiące, kiedy generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny. Obudziłam się rano i poczułam, że coś jest inaczej. W telewizji – tylko on, w mundurze, z kamienną twarzą.

„Ogłaszam, że dziś w nocy…”

Telefon nie działał. Na ulicach – czołgi. W telewizji tylko jeden program, w którym mówiono o „ratowaniu ojczyzny”. Nie wiedziałam, czy mąż wróci z pracy. Czy sklepy będą otwarte. Czy będzie mleko dla dziecka. Czy będzie jakieś jutro…

W Sylwestra odwiedzili nas sąsiedzi – znajomi z dzieciństwa, towarzysze podwórkowych zabaw. Odczepiliśmy fragment ogrodzenia i mimo godziny milicyjnej mogliśmy swobodnie poruszać się między domami 🙂 Chcieliśmy przywitać Nowy Rok – choćby małym toastem, skromnym jedzeniem i chwilą zapomnienia. W telewizji puścili Sami swoi – film swojski, znajomy, śmieszny… I śmialiśmy się, choć nie mogliśmy zadzwonić do nikogo, pojechać bez przepustki, ani protestować.

Rok 1981 był dla Polski rokiem nadziei i dramatu. Dla mnie – rokiem nowego życia, dosłownie.

Przez kolejne miesiące, Polska trwała w stanie wojennym – milcząca, przestraszona, sparaliżowana. A ja bez wielkich idei, bez polityki, miałam swoją własną wojnę – o sen, o spokój, o zdrowie psychiczne.

Mąż ciężko pracował, wspierał mnie jak mógł, ale wiadomo – większość obowiązków spadała na matkę. Nasza córka była wątła, chorowita, nie nadawała się do żłobka czy przedszkola. Nie było Internetu, grup wsparcia, blogów. W takiej sytuacji nie miałam szans, by wrócić do pracy. Na szczęście los pozwolił mi kontynuować fotografię i odkrywać nowe pasje…

Dziecko, które nie dawało spać

Pierwsze siedem miesięcy macierzyństwa to była walka. Moja córka płakała niemal bez przerwy. Dni, noce, poranki, wieczory – jakby chciała krzykiem zareagować na świat, który przywitał ją zimnymi ulicami i czołgami na skrzyżowaniach.

Nie miałam zbyt wiele wsparcia. Ludzie się bali. Rodzina była zajęta swoimi sprawami. Znajomi – kochani, ale przecież każdy miał własne problemy. 

Latem 1982 roku, po miesiącach bezsennych nocy i życia na granicy wyczerpania, postanowiłam wyjechać choć na chwilę – odpocząć, złapać oddech. Pojechałam z koleżanką do cioci mojego męża – do Elbląga i nad Zalew Wiślany. Córkę zostawiłam pod opieką męża, babci i dwóch koleżanek. Jedna osoba nie dałaby rady – trzeba było się zmieniać.

W Elblągu, było więcej patroli, więcej ZOMO, więcej napięcia. Odpoczynek okazał się względny. Ale spokojny. Tego właśnie najbardziej mi brakowało.

Właśnie wtedy, gdy mnie nie było, koleżanki postanowiły wdrożyć plan „szkoleniowy”, jak same to nazwały. Ustaliły rytuał: kąpiel, kolacja, łóżko. I koniec. Zamykały drzwi, a córka – jak można się było spodziewać – w płacz.
Pierwszego dnia – pełna godzina.
Drugiego – pół godziny.
Trzeciego – dziesięć minut.
Czwartego dnia – cisza. I tak już zostało.

To był przełom. Dla niej – i dla mnie.

Gdy wróciłam i usłyszałam, że córka zasypia sama – byłam szczęśliwa. Po siedmiu miesiącach nieustannego płaczu, noszenia, czuwania – to było jak wybawienie. Może i serce matki gdzieś tam na moment się ścisnęło, że to „szkolenie” odbyło się beze mnie, ale rozsądek mówił jasno: nareszcie odpoczniemy. I rzeczywiście – od tej pory noce były spokojniejsze. Dziecko spało. A ja uczyłam się na nowo, co to znaczy cisza w domu.

Życie w stanie wojennym – i po nim

Stan wojenny oficjalnie zakończono 22 lipca 1983 roku. Wcześniej, w 1982 – „zawieszono” go, ale realnie nic się nie zmieniło. Nadal można było zostać internowanym, przesłuchanym, wyrzuconym z pracy. Nadal mówiliśmy szeptem. Nadal znikali ci, których znaliśmy tylko z nazwiska.

Matki tamtych czasów musiały być twarde. Nie tylko dlatego, że dzieci płakały. Ale dlatego, że wszystko inne też „płakało”: system, służba zdrowia, dostęp do podstawowych rzeczy. A mimo to próbowałyśmy żyć normalnie. Dbałyśmy o wygląd, wychodziłyśmy do restauracji, do kina, do znajomych – czasem z dzieckiem, czasem udało się je zostawić z kimś, kto zgodził się pomóc choć na chwilę.

Mimo wszystko – życie toczyło się dalej. Dzieci rosły, rodziny trwały. W mieszkaniach pachniało obiadem. Święta obchodzono zgodnie z tradycją. Urodziny – z tortem i bliskimi przy stole.

To właśnie wtedy (my, matki lat 80.) nauczyłyśmy się doceniać rzeczy proste.
Kubek ciepłej herbaty.
Płomień świeczki podczas przerwy w dostawie prądu.
Uśmiech dziecka, które – choć na chwilę – przestaje płakać.
Jedna spokojna noc.
Zwykły dzień bez złych wiadomości.

Do końca lat 80. – kiedy świat się zmieniał

Lata mijały. Władza zmieniała się, ale powoli. Cenzura nie znikała, ale ludzie mówili coraz więcej. Ktoś przyniósł książkę z drugiego obiegu. Ktoś wspomniał o podziemnej mszy za Ojczyznę…

Pod koniec dekady coś zaczęło się zmieniać naprawdę.
Lech Wałęsa znów był w telewizji.
Ludzie wychodzili na ulice – nie ze strachu, ale z nadzieją.

W 1989 roku poczułam, że skończyła się nie tylko peerelowska epoka, ale i mój osobisty stan wewnętrznego zamrożenia. Bo kiedy upadał system, moja córka miała już 8 lat, chodziła do szkoły, bardzo dobrze się uczyła. Była już na tyle duża, że mogłam z nią podróżować po Polsce.

Córka miała w sobie ten sam głód poznawania co ja. Podróże pokochała od pierwszego wyjazdu. Była świetnym piechurem – chodziła po górach, wspinała się z uporem i radością. Umiała docenić piękno zabytków, z zachwytem zwiedzała pałace, zamki, kościoły i muzea. Lubiła kino i teatr, chłonęła muzykę na koncertach.

Była moim dowodem na to, że nawet w najciemniejszych czasach może wyrosnąć coś pięknego. Że mimo strachu, pustych półek i czołgów pod oknem – można wychować dziecko, które patrzy na świat z ciekawością i wrażliwością.

Fotografia – moja droga wśród cieni

Z czasem ludzie zaczęli coraz częściej dostrzegać moje zdjęcia. Najpierw znajomi, potem dalsi znajomi, aż w końcu zupełnie obce osoby zaczęły pytać, czy mogłabym sfotografować ich dzieci, ślub, chrzciny, jakąś uroczystość.

Aparat i ciemnię fotograficzną dostałam od taty, gdy miałam 14 lat. O tym napisałam w poprzednim poście TU

Już w szkole średniej robiłam zdjęcia koleżankom – trochę na zarobek, trochę dla siebie, dla rodziny. Ale dopiero teraz ta pasja zaczęła nabierać realnych kształtów. I znaczenia.

Coraz częściej ktoś coś u mnie zamawiał, ktoś inny polecał mnie dalej. Rodzina powtarzała z przekonaniem:

– Działaj! To twoja szansa.

Dziecko było już na tyle odchowane, że mogłam w końcu zrobić coś dla siebie – zapisałam się na profesjonalne szkolenie. Uporządkowałam to, co już umiałam z praktyki, i uzupełniłam wiedzę teoretyczną. I tak, trochę niepostrzeżenie, ta „zabawa w fotografa” zaczęła wypełniać mi coraz więcej dnia.

Zaczęłam dorabiać jako freelancer – słowo wtedy jeszcze nieużywane, ale dokładnie oddające sytuację.

Dziś wspominam tamte lata z mieszanką złości i czułości. Było trudno. Ale w czasach, kiedy wszystko się waliło, my – matki, ojcowie, sąsiedzi, przyjaciele – trzymaliśmy się razem. Zawsze.

Bo choć nie mieliśmy wiele, mieliśmy siebie.

2025-02-20 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Lata siedemdziesiąte

by Jolanta Strażyc 2025-02-10

Grudzień 1970. W telewizji mówiono o nowym I sekretarzu – Edwardzie Gierku. Ja miałam wtedy dokładnie dziewięć lat. W głowie – skakanka, oranżada w proszku i niekończące się pytania, które zadawałam mojemu tacie przy kuchennym stole.

Lata siedemdziesiąte przyszły jak powiew świeżości po dusznej dekadzie Gomułki. Przez chwilę wszyscy wierzyliśmy, że socjalizm da się pogodzić z kolorową coca-colą, krakersami w błyszczących paczkach i meblościanką z płyty wiórowej – szczytem marzeń każdej gospodyni. Na wystawie sklepu meblowego, wśród dywanów z „Dywilan”, ona – meblościanka – błyszczała jak eksponat z innego świata.

Moda – to był prawdziwy manifest wolności. Dżinsy, nawet te siermiężne, szyte w kraju z „polskiego teksasu”, były jak bilet do świata Zachodu. A oryginalne Levi’sy? Cóż, pojawiały się jak miraże – w Pewexie, za dolary, pachnące inaczej, pachnące wolnością.

W „łyżwiarkach” dziewczyny wyglądały jak bohaterki francuskich filmów, których nie widzieliśmy, ale o których opowiadało się szeptem. Flanelowe koszule, podkoszulki z Hofflandu, palto z ortalionu – i już było się „kimś”.

Moda nie była tylko ubraniem – była sztuką oporu. Bo nawet jeśli władza chciała, byśmy wszyscy wyglądali tak samo, to my – kolorem, fakturą, detalem – mówiliśmy: „Nie jestem częścią tej masy”.

Styl życia – nie tylko to, co się nosiło, ale też to, gdzie się bywało, co się słuchało i o czym się marzyło.

We wczesnych latach siedemdziesiątych pojawiło się nowe słowo, które brzmiało jak coś zza oceanu, z innego świata: dyskoteka.

Jeszcze niedawno zabawy taneczne odbywały się w remizach, na salach gimnastycznych, pod czujnym okiem wychowawców albo miejscowego milicjanta. A teraz – kolorowe światła, wzmacniacze, muzyka z płyt winylowych i zagraniczne hity, przy których aż chciało się rzucić w wir tańca, nawet jeśli podłoga skrzypiała, a głośniki trzeszczały jak stare radio „Sonata”.

Do dyskoteki nie chodziło się tylko po to, by tańczyć. Chodziło się, żeby być. Zobaczyć i dać się zobaczyć. Mieć na sobie coś kolorowego, trochę odważniejszego, z podwiniętym rękawem albo zapiętym tylko jednym guzikiem. Jeśli ktoś miał szczęście i znajomości – dżinsy z Pewexu – to już był bilet wstępu do innej ligi.

Początkowo te przybytki nowoczesności dostępne były tylko dla „lepiej ustawionych”. Wstęp kosztował, a napoje – cola, oranżada, czasem jakiś importowany sok – były na wagę złota. Z czasem jednak dyskoteki zaczęły się rozprzestrzeniać jak wirus: pojawiły się w domach kultury, w klubach studenckich, nawet w piwnicach przedszkoli, które w weekendy zamieniały się w miejsca spotkań…

Ale ulica miała swoją drugą twarz. Druga połowa lat 70. to już kolejki – wszędzie, po wszystko i o każdej porze. Po chleb, po mięso, po po cukier, po papier toaletowy, po przydział na meble. Z jednej strony więcej kolorów w życiu, a z drugiej – więcej pustych półek. Szpitalne korytarze pełne oczekujących, przychodnie bez leków, apteki z zapasami na pokaz.

A jednak – życie codzienne nabierało złudnego połysku, szczególnie w domach, gdzie pojawił się telewizor.

Pamiętam ten moment, kiedy tato kupił „Beryla” i oglądaliśmy z zapartym tchem „Pogodę dla bogaczy”. Potem „Colombo”. Westerny…

I były dwa programy – aż dwa!. A wieczorami – cisza na klatkach schodowych. Tylko gdzieś z otwartego okna leciało „Studio 2”, a w nim – nie do wiary – sama ABBA, śpiewająca w polskiej telewizji, jakby Polska naprawdę była częścią Zachodniej Europy.

W prasie pojawiły się rzeczy, które kiedyś byłyby nie do pomyślenia – porady seksuologiczne, zdjęcia kobiet w półnegliżu, czasem nawet całkiem odważne. Kino też poszło tą drogą. Filmy zaczęły opowiadać o ciele i pożądaniu, nie jak o grzechu, ale jak o czymś, co po prostu było. „Dzieje grzechu” – Żeromski na nowo odkryty przez pokolenie zafascynowane tym, co zakazane, a zarazem dziwnie bliskie.

A między tym wszystkim – coca-cola i pepsi-cola. Dla wielu bardziej magiczne niż wino czy wódka. Miały smak Ameryki, której nie dało się dotknąć, ale można było ją poczuć na języku. Dziwnym trafem – jeśli w sklepie była coca-cola, to nie było pepsi. I odwrotnie. Jakby cały kraj został podzielony na strefy wpływów tych dwóch bąbelkowych imperiów.

Tenis był jak coca-cola: mało kto go próbował, ale wszyscy chcieli go mieć.

Na kortach zrobiło się tłoczno – choć niekoniecznie od gry. Kto miał rakietę Dunlopa przewieszoną przez ramię, a najlepiej jeszcze torbę z napisem Maxply, ten już był „tenisistą”. A że zamiast kortu była piaszczysta plaża, a zamiast tenisa – kometka? Nikt nie zadawał zbędnych pytań.

Fibak wygrywał za granicą, a my – wygrywaliśmy na podwórkach uwagę kolegów. Polski Polsport oferował rakiety o nazwach jak z lekcji angielskiego – Set i Gem – i choć łamały się po trzecim użyciu, miały w sobie coś magicznego.

Korty, kiedyś zaniedbane i porośnięte mchem, nagle odżyły. Stawały się miejscami, gdzie młodzi chcieli „bywać” – niekoniecznie po to, żeby grać, ale żeby nosić się modnie, flirtować, śmiać się zbyt głośno i odmierzać czas nie według zegarka, tylko według kolejnego seta.

Tak samo było z samochodami.

Maluch – symbol sukcesu. Mały, głośny, wiecznie przegrzewający się – ale własny. Nie wszyscy go mieli, choć wszyscy go chcieli. Zdobycie malucha graniczyło z cudem – trzeba było mieć przedpłatę, asygnatę, cierpliwość oraz znajomości, najlepiej w partii.

Kto miał Fiata 126p, ten był panem swojego losu. Jechał nad morze, nad jezioro, albo chociaż za miasto, byle tylko ruszyć „w trasę”. Wystarczył koc, dwa słoiki konserw i termos – i już było się w podróży.

Dla „wybranych” był polonez – samochód poważny, obszerny i równie przestarzały, jak decyzje Komitetu Centralnego. Jeździli nim dyrektorzy i… porucznik Borewicz z „07 zgłoś się”. Samochód niby nowoczesny, a jednak już wtedy pachniał papierem maszynowym i urzędową pieczątką.

W tle tych wszystkich marzeń o zachodnim stylu życia, o sporcie, który pachniał Wimbledonem i samochodzie, który miał dowozić ludzi do lepszego jutra, wydarzyło się coś, czego władza bała się najbardziej: Papież przyjechał do Polski.

Czerwiec 1979. Miasta zamarły. Ulice wypełniły się ludźmi, ale nie było w tym nic z propagandowego pochodu. To było coś innego. Ludzie stali godzinami, słuchali, milczeli, płakali. Nie bali się.

Gierek się zgodził, choć Breżniew był przeciwny. – Róbcie, jak chcecie towarzyszu, bylebyście później nie żałowali – ostrzegał. Ale było już za późno.

Władza rozbudziła apetyty – i nie potrafiła ich zaspokoić.

Pod koniec dekady kredyty się kończyły, półki pustoszały, telewizor wciąż grał, ale coraz częściej w tle słychać było pomruk niezadowolenia. Ludzie stali w kolejkach z numerkami wypisanymi na kartkach, słyszeli w radio o planach, a w lodówkach mieli tylko światło.

Socjalizm zamienił się w system niedoboru – bigosowy eksperyment, który przypalił się już na dobre.

Timothy Garton Ash napisał później, że nikt nie może bezkarnie narobić apetytu i go nie zaspokoić. I miał rację. My już wiedzieliśmy, że Zachód istnieje – nie z propagandy, ale z muzyki ABBY, z puszek coli i z torby tenisowej przewieszonej przez ramię.

I choć często nie mieliśmy dostępu do tego świata – to wiedzieliśmy, że jest. A to wystarczyło, by zacząć o nim marzyć naprawdę.

2025-02-10 9 komentarzy
3 FacebookTwitterPinterestEmail
Wspomnienia

Dom rodzinny

by Jolanta Strażyc 2025-01-20

Dom rodzinny… skromny w swej formie, ale nie ubogi, z pobielanymi ścianami i gankiem porośniętym winogronem… Powstał w 1929 roku, z inicjatywy mojego dziadka Michała TU i jego żony, mojej babci Ireny. To tam dorastały ich dzieci: córka Irena i dwaj synowie: mój tata Stanisław i jego młodszy brat Janusz…

Babci Ireny nie zdążyłam poznać – zmarła przed moim urodzeniem. Znam ją jedynie z opowieści, z kilku wyblakłych zdjęć, na których patrzy poważnie… ale z czułością. Dziadka Michała natomiast pamiętam, choć tylko trochę – zmarł, gdy miałam siedem lat. A jednak te wspomnienia, choć krótkie, zostały we mnie bardzo wyraźnie.

Pamiętam jego pogrzeb. Było listopadowe popołudnie. Tłum ludzi niosących wieńce i kwiaty. A ja – mała dziewczynka – podrygiwałam w rytm marszy żałobnych, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje. Widziałam łzy dorosłych, ale nie czułam wtedy smutku – raczej podniosłość chwili. Dopiero później przyszło zrozumienie.

Dziadek Michał – cichy bohater i mój nauczyciel życia TU

Dziadek zawsze miał w sobie spokój, który nie był bierny. To był spokój człowieka, który widział więcej niż opowiadał, ale nigdy nie pozwalał, żeby to, co trudne, przyćmiło to, co dobre. Gdy byłam mała, wiedziałam, że był „ważny” – że był nauczycielem, dyrektorem, że ludzie go szanowali. Ale dopiero później zrozumiałam, jak wiele w sobie niósł.

Był legionistą. Brał udział w obronie Warszawy. Tato mówił, że był w ruchu oporu, w partyzantce na Kielecczyźnie. Ja znałam go jako człowieka, który co rano zakładał sweter, siadał przy stole i słuchał uważnie moich dziecięcych opowieści.

Na emeryturze, zamiast odpoczywać, działał w ZBOWiD. Pisał, spotykał się z innymi weteranami, organizował uroczystości, ale zawsze wracał na czas, by podać mi herbatę i posłuchać, jak czytam na głos. Czasem patrzyłam, jak zamyka oczy, gdy mówiłam. Myślałam, że zasypia. Ale on słuchał – wszystkiego. Nawet najprostszych zdań. I każde z nich traktował jak coś ważnego.

Uczył mnie nie słowami, tylko obecnością. Pokazywał, że można być silnym bez krzyku, mądrym bez popisywania się, i dobrym bez potrzeby bycia docenionym. Dziś, gdy myślę o tym, kim jestem, wiem, że w moim spojrzeniu jest jego spokój. W mojej pracy – jego cierpliwość. A w tym, jak słucham ludzi – jego cicha mądrość.

Dziadek był bohaterem historii. Ale dla mnie był po prostu moim Dziadkiem. I to najpiękniejszy tytuł, jaki mógł nosić.

Kawa, las i życie w rytmie ciszy

Dziadek zaczynał dzień od kawy. Zawsze. Najpierw był ten rytuał – wyjmował z szafki drewniany młynek, trochę już starty od lat, ale dla niego jak relikwia. Wsypywał ziarna, zamykał wieczko i kręcił powoli korbką. Mielenie kawy miało swój dźwięk – cichy, rytmiczny, znajomy. Dla mnie był to dźwięk domu. Dźwięk obecności. Cała kuchnia pachniała wtedy jak inny świat – gorzko, głęboko, ciepło. Dziadek nalewał kawę do swojej ulubionej filiżanki – biała, z delikatnym złotym rantem – i siadał przy stole. Czasem tylko patrzył przez okno, czasem do mnie mówił: Kawa to nie pośpiech. To chwila dla siebie.

I ja, choć miałam wtedy może sześć lat – już wtedy rozumiałam, że to coś więcej niż napój.

Po kawie był spacer. Zawsze. Bez względu na pogodę. Najczęściej szliśmy do lasu – dziadek znał tam każdy zakątek. Pokazywał mi, jak rozpoznać drzewa, słuchać ptaków, czytać ślady na ścieżce. Mówił, że las to nauczyciel – trzeba tylko umieć słuchać. I rzeczywiście, przy nim las jakby przemawiał – liśćmi, światłem, ciszą. Czasem milczeliśmy przez cały spacer. Ale to nigdy nie była pustka. To była taka obecność, która mówi więcej niż tysiąc słów. Czułam się bezpieczna. Czułam się widziana.

Dziadek kochał przyrodę i tę miłość we mnie zaszczepił. Do dziś, kiedy wchodzę do lasu, mam wrażenie, że idzie ze mną. Że jeszcze gdzieś tam słychać ten młynek do kawy, cichutko, z oddali. I jego głos: Nie spiesz się. Zobacz, jak pięknie tu jest.

Przejście na drugą stronę horyzontu

Pamiętam, jak któregoś wieczoru tato usiadł obok mnie i powiedział spokojnym głosem, że Dziadek musiał odejść – że nadszedł już dla niego czas, by wyruszyć „na drugą stronę horyzontu”. To określenie zapadło mi w pamięć na zawsze.

Tam, po tej drugiej stronie, miał teraz zamieszkać w nowym domu – takim, który nie potrzebuje ścian ani dachu, tylko miłości i wspomnień. Tam miał znów spotkać swoją ukochaną żonę, moją babcię Irenę, a także swoich rodziców i tych wszystkich, których kiedyś pożegnał. Tato mówił o tym tak, by dziecko mogło zrozumieć stratę – bez lęku, z czułością. I ja w to wierzyłam. Wierzę nadal.

W 1966 roku, w naszym domu zamieszkała babcia – mama mojej mamy TU

Była zupełnie inna niż większość kobiet z sąsiedztwa – elegancka, zawsze zadbana, z nienaganną fryzurą i klasyczną torebką zawieszoną na zgięciu łokcia. Miała w sobie coś z przedwojennej damy – nie tylko w sposobie bycia, ale też w języku, w gestach, w tym, co opowiadała. Uwielbiała wspominać czasy młodości – piękne bale, święta w dużym domu rodzinnym na Wołyniu, spacery alejkami, które już dawno zarosły trawą. Tamte czasy były dla niej zawsze lepsze, spokojniejsze, piękniejsze, jakby obleczone światłem, które już nie wróciło.

Ale jej opowieści nie były tylko słodkie i nostalgiczne. Często schodziła głosem i mówiła o wojnie – tej, która zabrała jej młodość i męża. Ona sama, razem z dziećmi i rodzicami, została wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec. To był świat, w którym nikt nie mówił o przyszłości – tylko o przetrwaniu.

Jej ojciec – a mój pradziadek – był człowiekiem niezwykłym. Znał kilka języków i właśnie dzięki temu przeżyli. W obozie pracował jako tłumacz, a gdy nie tłumaczył – pomagał w kuchni. Dzięki temu dostawał dodatkowe kartki żywieniowe i mleko dla dzieci. Tak ratował rodzinę – dodatkowym chlebem i umiejętnością mówienia.

Po wojnie nie wrócili już na Wołyń. Tamten dom przepadł, podobnie jak całe dawne życie. Trafili na Dolny Śląsk. I chociaż tam znów zaczęło się życie, to jednak dla babci to było już tylko „miejsce do mieszkania”, nie „dom”. W końcu, wiele lat później, babcia przeniosła się do nas – do naszego domu. I chociaż w jej oczach wszystko było „już nie takie jak kiedyś”, to jednak myślę, że to właśnie wśród nas, w codzienności – cichej i zwyczajnej – znalazła trochę spokoju.

Siedziała wieczorami przy oknie, z kubkiem herbaty, patrząc, jak słońce chowa się za horyzontem. A ja wtedy siadałam obok i słuchałam. Czasem opowiadała, czasem milczała. Ale nawet w tym milczeniu było coś, co pamiętam do dziś – jej obecność, jej historia, jej siła.

Babcia wniosła do naszego domu coś więcej niż tylko obecność – wnosiła klasę

To ona nauczyła mnie, że elegancja to nie tylko ubranie, ale sposób mówienia, sposób, w jaki niesie się głowę, jak patrzy się ludziom w oczy. Potrafiła z prostych rzeczy stworzyć coś wyjątkowego – apaszkę zawiązać tak, że wyglądała jak z francuskiego magazynu, a z taniej sukienki uczynić kreację, w której czułam się jak dama.

Kochała mówić o modzie – o rękawiczkach noszonych do płaszcza, o pończochach z szwem z tyłu, o zapachach, które wybierało się starannie, „na okazję”, nie jak dziś – na co dzień, bez refleksji. Zawsze miała w szafie kilka rzeczy „na specjalną okazję”, nawet jeśli te okazje już nie nadchodziły.

Przez kilkanaście lat mieszkałyśmy razem – dwie kobiety z różnych epok, ale w jakiś sposób bardzo sobie bliskie. A potem… zaczęła się zmieniać.

Na początku to były drobiazgi – zapomniane słowa, nieodłożone rzeczy, pytania powtarzane kilka razy dziennie. Ale później było coraz trudniej. Babcia zaczęła tracić pamięć. Zapominała, co jadła na śniadanie, ale potrafiła opowiadać z najdrobniejszymi szczegółami o podróży pociągiem z Łucka do Lwowa w 1938 roku. Dawne czasy – te sprzed wojny – stawały się dla niej coraz bardziej realne, jakby wracała tam myślami, szukając w nich ukojenia. Czasem mówiła do mnie imieniem swojej mamy albo córki, którą była moja mama, ale z czasów dzieciństwa. Przesuwały się w niej obrazy, ale to, co było „teraz” – znikało.

Choroba Alzheimera zabierała ją powoli – nie od razu, nie gwałtownie, ale po kawałku

I choć była przy mnie fizycznie, czułam, że odchodzi. Najpierw z codziennych rozmów, potem ze wspólnego śniadania, w końcu z samego spojrzenia. Do końca pozostało w niej jednak coś – pewna łagodność w ruchach, uśmiech, gdy usłyszała znajomą melodię, albo gdy ktoś podał jej filiżankę herbaty w porcelanie „jak kiedyś”. Może nie wiedziała, kim jestem, ale kiedy brałam ją za rękę, uspokajała się. Myślę, że na jakimś poziomie – pamiętała. Może nie mnie jako osobę, ale emocję, więź, czułość.

Zmarła spokojnie, otoczona ciszą i światłem wpadającym przez okno. Odeszła – tak, jak żyła – z godnością.

A ja do dziś, kiedy zakładam apaszkę albo układam włosy przed lustrem, słyszę jej głos: Zawsze noś się z klasą, nawet jeśli nikt nie patrzy. Ty masz patrzeć na siebie z dumą.

Moi rodzice byli jak dwa filary naszego domu – każdy inny, ale razem tworzyli coś wyjątkowego

Tata z wykształcenia był weterynarzem. Zawsze z pasją opowiadał o zwierzętach, a kiedy wracał z pracy, miał w sobie tę charakterystyczną cierpliwość, którą mają tylko ludzie, potrafiący naprawdę słuchać – nawet tych, którzy nie mówią słowami. Przez wiele lat pracował w lecznicy, gdzie znał każdy przypadek, każde zwierzę po imieniu. Potem związał się z zakładem Biowet w Puławach – to już była inna praca, bardziej „naukowa”, laboratoryjna, ale jego podejście pozostało to samo: dokładność, zaangażowanie i serce włożone w to, co się robi. Nigdy nie opowiadał o sobie z wielkimi słowami – był skromny. Ale ja wiedziałam, że jest dobry w tym, co robi.

Mama z kolei zajmowała się domem – i to z taką starannością i sercem, jakby tworzyła małe dzieło sztuki każdego dnia. Czasami dorabiała sobie, robiąc swetry na drutach – dokładne, równe, często z pięknymi wzorami. Pamiętam, że potrafiła siedzieć wieczorami w fotelu, z drutami stukającymi cicho w rytmie własnych myśli, i mimo zmęczenia miała cierpliwość, by spruć cały rękaw, jeśli coś jej nie pasowało.

Ale tym, co najbardziej ją wyróżniało, była kuchnia.

Mama gotowała – nie „dla obowiązku”, ale z miłości. Jej potrawy miały duszę. Aromat rosołu, który unosił się w niedzielę rano, był jak sygnał, że wszystko jest na swoim miejscu. Pierogi, które lepiła na święta, miały idealnie cienkie ciasto i farsz tak doprawiony, że znikały ze stołu, zanim zdążyła usiąść. Ciasta, zapiekanki, konfitury, pasztety – wszystko było domowe, autentyczne i zawsze podane z uśmiechem.

W naszym domu niemal zawsze ktoś był – sąsiedzi, kuzyni, przyjaciele rodziców, znajomi z pracy. Bywało gwarno, wesoło, czasem głośno. Mama nie narzekała – wręcz przeciwnie, cieszyła się, że dom żyje. Nakrywała do stołu z jakąś naturalną gracją, zawsze znajdowało się „coś dobrego” do poczęstowania gości – i co najważniejsze, nikt nie mógł wyjść głodny. To właśnie od niej nauczyłam się, że jedzenie może być językiem miłości – że nakarmienie kogoś to coś więcej niż tylko gest. To sposób, by powiedzieć: „jesteś mile widziany, jesteś ważny”.

I chyba właśnie dlatego do naszego domu zawsze chciało się wracać.

Tata miał jeszcze jedną pasję, która – jak się później okazało – zaważyła na moim całym życiu

Pamiętam go z aparatem fotograficznym przewieszonym przez ramię, z wiecznie zapisaną rolką filmu i spokojem, z jakim ustawiał ostrość, jakby chciał uchwycić nie tylko obraz, ale też myśl, emocję, moment, którego już nie da się powtórzyć. W domu mieliśmy ciemnię – prawdziwą! Czerwona żarówka, zapach chemikaliów, suszące się zdjęcia na sznurku. To było jak magia.

Z czasem zaczęłam sama podkradać mu aparat – najpierw z ciekawości, potem z rosnącą pasją.

Aż w końcu, kiedy miałam czternaście lat, tata spojrzał na moje zdjęcia, pokiwał głową i powiedział z uśmiechem: „Wiesz co? Ty robisz już lepsze zdjęcia ode mnie. Ten cały sprzęt jest Twój.” I tak właśnie podarował mi nie tylko aparaty, obiektywy i powiększalnik – ale też przyszłość. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że fotografia stanie się moim zawodem. Ale tata już to wiedział. A wszystko zaczęło się od ciemni w piwnicy i taty, który umiał nie tylko patrzeć przez obiektyw, ale też dostrzegać potencjał w innych.

Jeśli chodzi o gotowanie… cóż, mama próbowała przekazać mi swoją kulinarną pasję, ale tu nasze drogi trochę się rozeszły. Owszem, gotuję – ale tylko dania wegetariańskie. Może nie mają tego „polskiego charakteru” jak jej gotowanie i pieczenie, ale smakują. Tyle że – szczerze mówiąc – nie gotuję często. Po prostu nie mam czasu.

Zamiast tego wolę podróżować.

To właśnie w drodze najlepiej smakuje jedzenie – lokalne, świeże, prawdziwe. Lubię odkrywać smaki regionów, próbować tego, co ludzie gotują „po swojemu”, z produktów, które rosną tuż za płotem. Jak raz powiedziała mi koleżanka, trochę z przekąsem, a trochę z humorem: „Ja już wiem, ty lubisz po knajpach się żywić, a nie w domu, jak porządna kobieta polska.” I wiesz co? Coś w tym jest! 😉 Ale chyba nie o to chodzi, żeby być „porządną kobietą polską”, tylko sobą. A mnie zawsze było bliżej do aparatu i walizki niż do kuchni i piekarnika.

Każde z tych miejsc, które odwiedziłam, było dla mnie czymś więcej niż punktem na mapie. To były przystanki, które coś mi dały – inną perspektywę, nowy smak, zdjęcie, które zrobiłam mimo deszczu, słowo, którego wcześniej nie znałam, człowieka, którego już nigdy nie zapomnę.

To właśnie podróże, a nie gotowanie, są moją „przyprawą życia”.

2025-01-20 10 komentarzy
5 FacebookTwitterPinterestEmail
GenealogiaWspomnienia

Tam, gdzie zaczęła się historia

by Jolanta Strażyc 2024-10-10

Śnieg padał bezszelestnie, otulając drzewa i parapety miękkim puchem. Siedziałam przy stole, opierając dłonie o filiżankę herbaty. Zapach suszonej pomarańczy i goździków mieszał się z nostalgią. Zerkając na ekran laptopa, odczytałam wiadomość, która miała otworzyć drzwi do świata, o którym dotąd jedynie słyszałam.

Tadeusz Kaznowski — daleki krewny, genealog, człowiek, który potrafił z odłamków historii złożyć pełen obraz. Pisał:

W archiwach w Winnicy, Chmielnickim i Żytomierzu natrafiłem kilkukrotnie na nazwisko Strażyc.

Znał je. Znał historię mojej rodziny. Poszukując dziejów własnego rodu musiał natrafić na dokumenty, w których wspomniano o Teresie z Kaznowskich, żonie cześnika orszańskiego Antoniego Franciszka Strażyca (1675–1738). Teresa – moja 6xprababka – była ogniwem łączącym dwa rody.

Zrobiłem, co mogłem: skany, zdjęcia. Ale większość została nieodkryta – napisał. – Wiesz, jak tam jest… bez znajomości i pieniędzy – najlepiej w twardej walucie – nic się nie da zrobić. Ale wiem, gdzie szukać dalej. Skontaktuję Cię z odpowiednimi ludźmi.

Poszukiwania archiwalne

Zadzwoniłam do biura genealogicznego, które znalazłam przez Tadeusza. Choć oddalone od Krakowa o ponad 200 km, nie miało to żadnego znaczenia. Głos w słuchawce był spokojny, wyważony.

– Proszę podać nazwisko, region. Cokolwiek pani ma. Spróbuję czegoś poszukać.

Tydzień później przyszedł e-mail:

Teczki z Podola i Wołynia są. Głównie po rosyjsku, czasem po łacinie. Ale są też polskie dokumenty z XVIII wieku.

Nie było rozmów przy stole, serdecznych spotkań. Były wiadomości, telefoniczne ustalenia… Tak wyglądała moja podróż w przeszłość – surowa, ale prawdziwa.

Paczka z przeszłości

W maju przyszła paczka. Szara koperta, ciężka, z zagięciami na rogach. Adres wypisany ręką właściciela biura genealogicznego, który od lat ściągał przeszłość z czeluści archiwów dla swoich klientów. Przesyłka pachniała starym papierem i daleką drogą.

Ostrożnie otworzyłam. W środku – plik dokumentów spięty klipsami. Dwieście lat historii rodziny rozpisane na kartkach: metryki, odpisy z ksiąg grodzkich, świadectwa marszałków i carskich urzędników. Jedne po polsku, inne po rosyjsku. Na marginesach – krzyżyki, notatki, nierówne cyfry.

Cała historia opowiadana przez tatę. Teraz udokumentowana.

Z Majką – moją przyjaciółką od lat, siedziałyśmy przy stole, wpatrzone fotokopie dokumentów.

– Nie wierzę, że to naprawdę zdobyłaś… – powiedziała. – To jak klucz do innego świata.

– Ja też wciąż nie mogę uwierzyć. Przez lata nazwisko Strażyc żyło tylko w opowieściach taty. Teraz… mam imiona, daty, miejsca.

– Historia to nie tylko przeszłość. To coś, co nosimy w sobie. Nawet jeśli o tym nie wiemy.

Gdy miejsca z map stają się rzeczywistością

Wojtowiec, Równo, Wola Ostrowiecka, Piskorów… Miejsca, które znałam jedynie z map i historii taty. Na kartach dokumentów te wsie przestały być bajką – stały się realne. Rodzina Strażyców mieszkała przez wiele lat na Podolu. Posiadali majątek ziemski w powiecie bracławskim w Wojtowcu nad rzeką Boh. W drugiej połowie XVIII wieku, Piotr Strażyc otrzymał po rodzinie matki ziemie w okolicach Woronowicy, oddalone od Wojtowca około czterdzieści kilometrów oraz dworek we Włodzimierzu Wołyńskim.

Piotr zmarł młodo. Zostawił trzech synów: Józefa, Antoniego i Teodora. Opiekunem chłopców i ich majątku, został brat cioteczny Piotra – Andrzej Kaznowski, sędzia ziemski, właściciel połowy wsi Równo na Wołyniu.

I tak historia dwóch rodów znowu się splatała – Kaznowskich i Strażyców. Nie tylko przez krew, ale przez odpowiedzialność, decyzje i – jak się potem okaże – przez ziemię.

Ziemia, która łączy i dzieli

W 1798 roku, synowie Piotra: Józef, Antoni i Teodor rozpoczęli rozliczanie opieki z wujem Kaznowskim. Sprawa była dość długa i skomplikowana i skończyła się przejęciem przez braci Strażyców majątku Andrzeja Kaznowskiego we wsi Równo.

Dlaczego tak się stało?

Wuj Kaznowski, korzystając z pieniędzy nieletnich Strażyców, postanowił powiększyć swoje włości i dokupił drugą część wsi Równo. Gdy sprawa wyszła na jaw i trafiła do sądu, zobowiązał się spłacić zaciągnięty dług w ciągu dziesięciu lat. Niestety, nie wywiązał się z obietnicy. Z czasem dług powiększył się o odsetki oraz inne zobowiązania. Kaznowscy nie mieli innego wyjścia, musieli opuścić Równo.

W 1809 roku Józef i Jan Teodor zrzekli się na korzyść Antoniego przekazanego przez Kaznowskich majątku. Józef został zakonnikiem, Teodor przejął część dóbr na Podolu. W ten sposób wieś Równo przeszła w ręce Antoniego Strażyca, a następnie jego potomków: syna Franciszka, wnuka Ignacego – który powiększył majątek o dwie sąsiednie wsie – oraz prawnuków, Mieczysława i Bronisława, ale ci dwaj w 1909 roku, sprzedali wszystko i przenieśli się na Lubelszczyznę, zamykając tym samym stuletni rozdział obecności rodu Strażyców na Wołyniu.

Korzenie

Wieczorem siedziałyśmy z Majką na balkonie. Wysoko nad nami cicho trzepotały skrzydła jerzyków. Świerszcze już grały, a błękit nieba ciemniał ku granatowi.

– Myślisz, że oni wiedzieli, że ktoś ich kiedyś będzie szukać? – zapytała.

– Może nie… Ale chyba czuli, że to, co zostawiają, nie zginie. Nie mamy już tych ziem… Ale mamy coś więcej. Korzenie.

A potem zamknęłam oczy. I naprawdę – jak przez sen – zobaczyłam Wojtowiec, rzekę Boh, mgłę unoszącą się nad polami w Równie, Woli Ostrowickiej… I Piotra, Antoniego, Franciszka, Ignacego. I Teresę, dumną i stanowczą, z cieniem Kaznowskich w spojrzeniu.

Równo TU

2024-10-10 5 komentarzy
4 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4

O mnie

O mnie

Jolanta Strażyc

Nazywam się Jolanta Strażyc. Mieszkam w Krakowie. Jestem miłośniczką zdrowego stylu życia, muzyki klasycznej, mody, podróży i fotografii. Przez kilka lat prowadziłam bloga "Moda i fotografia", na którym oprócz tematyki lifestylowej pisałam o modzie oraz przedstawiam autorskie stylizacje poświęcone dojrzałym kobietom i pokazywałam, że życie nie kończy się po 50-tce.

Ostatnie posty

  • Podróż na Wschodnie Podole – część 2

    2026-10-18
  • Podróż na Wschodnie Podole – część 1

    2026-10-11
  • Nie dla niego, nie dla niej. Dla siebie

    2026-10-04
  • Jak zostałam stylistką?

    2026-09-27
  • Lato w galerii

    2026-09-20

Popularne posty

  • 1

    O mnie

    2024-09-30
  • 2

    Równo

    2024-10-20
  • 3

    Budapeszt

    2025-10-30
  • 4

    Lata siedemdziesiąte

    2025-02-10
  • 5

    W cieniu starych drzew – część 1

    2026-01-15
  • Facebook
  • Twitter
  • Instagram
  • Pinterest

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
jolantastrazyc.pl
  • Strona główna
  • Kontakt
  • Podróże
  • Wspomnienia
  • Opowiadania
  • Genealogia
  • Saga