Są miasta, do których człowiek jedzie po raz pierwszy i od razu ma wrażenie, że gdzieś już je zna. Może z fotografii. Może z filmów. Może z opowieści innych ludzi. A może po prostu dlatego, że pewne miejsca mają w sobie coś znajomego, choć wcześniej nigdy się w nich nie było.
Tak właśnie było z Wiedniem.
Był czerwiec 2012 roku. Jeszcze przed wakacjami, kiedy lato dopiero się rozkręcało, a przed nami nie było jeszcze całego tego wakacyjnego zamieszania.
To nie była nasza pierwsza podróż samolotem z Balic, więc tym razem obyło się bez większej dramaturgii.
Przynajmniej teoretycznie.
Bo oczywiście przed każdym wyjazdem pojawia się ten sam zestaw pytań:
— Masz dokumenty?
— Mam.
— Telefon?
— Mam.
— Pieniądze?
— Mam.
— Ładowarkę?
— Mam.
— A aparat?
Tu odpowiedź była już oczywista.
— Jak mogłabym nie mieć?
No właśnie.
Aparat w podróży jest trochę jak dodatkowy członek naszej ekipy. Czasami milczy, czasami przeszkadza, czasami człowiek przeklina jego ciężar, ale kiedy go nie ma, nagle okazuje się, że brakuje najważniejszej rzeczy.
Z Balic poleciałyśmy do Wiednia.
Tym razem nie było już tego pierwszego zachwytu związanego z samym faktem, że lecimy. Było raczej przyjemne poczucie, że wiemy, co robimy.
Lotnisko.
Samolot.
Lądowanie.
A potem droga do miasta.
I nagle pojawił się Wiedeń.
Kolejny kontakt z miastem, bo przecież wcześniej już tu byłyśmy, ale tym razem przyjechałyśmy na kilka dni i mogłyśmy zobaczyć go trochę bardziej po swojemu. Bez pośpiechu. Bez konieczności zaliczenia wszystkiego. Z planem, ale takim, który można było w każdej chwili zmienić. Czyli właściwie z planem idealnym.
Kwaterę znalazłyśmy prywatną. Nie był to wielki hotel z marmurowym lobby, pianistą w tle i człowiekiem, który patrzy na walizkę tak, jakby właśnie przyjechała z innej planety.
I bardzo dobrze.
Było wygodnie, czysto i miałyśmy wszystko, czego potrzebowałyśmy.
Po podróży najważniejsze było jedno:
— Jest kawa?
Reszta mogła poczekać.
Rozpakowałyśmy rzeczy, chwilę odpoczęłyśmy i oczywiście nie wytrzymałyśmy długo. Bo przecież przyjechałyśmy do Wiednia, nie po to, żeby siedzieć w pokoju.
Pierwsze wyjście na miasto zawsze jest trochę wyjątkowe, nawet jeśli człowiek bywał tu kilka razy. Ulice zaczynają nabierać znaczenia. Kamienice przestają być tylko ładnymi budynkami. Nagle zaczyna się zwracać uwagę na detale: klamki, okna, drzwi, rzeźby, ozdobne fasady
Co kilka kroków było coś, co zatrzymywało mnie na dłużej.
— Poczekajcie.
Majka i Ewa już wiedziały.
— Znowu zdjęcie?
— Tak.
I oczywiście robiłam zdjęcie.
Czasami Majka czekała. Czasami Ewa. A czasami obie szły kawałek dalej i po chwili słyszałam:
— Idziesz?
— Zaraz!
Bo „zaraz” w języku fotografującego może oznaczać wszystko od trzydziestu sekund do dziesięciu minut.
Ewa miała z kolei swoje zatrzymania. Potrafiła stanąć przed jakąś fasadą, kolorem ściany albo fragmentem starego budynku i patrzeć dłużej niż my.
I chyba właśnie to było ciekawe. Każda z nas patrzyła na to samo miasto trochę inaczej.
Ja przez aparat.
Ewa jak malarka.
Majka — jak ktoś, kto na co dzień tworzył rzeczy, które miały być nie tylko ładne, ale też miały mieć swój detal, formę i charakter.
Wiedeń ma też tę cudowną cechę, że można spacerować bez specjalnego celu. Oczywiście można mieć plan, mapę, można wiedzieć, gdzie chce się dojść. Ale wystarczy skręcić w boczną ulicę i nagle plan przestaje mieć znaczenie. A my bardzo lubimy takie momenty. Bo właśnie wtedy trafia się na małe zaułki, spokojniejsze uliczki, piękne podwórza i miejsca, których wcześniej nie było na żadnej liście. I w ten sposób mogłyśmy chodzić godzinami.
Był oczywiście czas na pałace. Wiedeń bez pałaców byłby trochę jak Kraków bez Rynku. Nie będę jednak robić tutaj katalogu wszystkich miejsc, które zobaczyłyśmy, bo nie taki jest cel tych wspomnień. Ważniejsze jest to, że w pewnym momencie stanęłyśmy przed jednym z tych wiedeńskich pałaców i przez chwilę po prostu patrzyłyśmy.
Ogrom.
Elegancja.
Historia.
I ta charakterystyczna wiedeńska przesada, którą albo się lubi, albo po prostu trzeba zaakceptować. 😉
— Wyobrażasz sobie tu mieszkać?
Ewa spojrzała jeszcze raz na budynek.
— Ja bym tu chyba tylko malowała.
— A ja bym się zastanawiała, kto to wszystko posprząta — dodała Majka.
I w tym momencie cała romantyczna atmosfera pałacu trochę się skończyła. Ale tylko na chwilę.
Były też muzea.
Nie mogłyśmy pojechać do Wiednia i nie zajrzeć przynajmniej do kilku miejsc związanych ze sztuką. Dla Ewy był to trochę inny rodzaj zwiedzania niż dla nas. Zatrzymywała się przy niektórych dłużej. Patrzyła, czasami coś komentowała
— To mi się podoba — mówiła.
Albo:
— Tego kompletnie nie rozumiem.
Właśnie to lubię w takich wyjazdach, że nie trzeba wszystkiego kochać i wszystkiego rozumieć. Czasami wystarczy zobaczyć coś, co zostanie w pamięci. Albo coś, co wywoła rozmowę jeszcze długo po wyjściu z muzeum.
A potem kawa.
Bo przecież nie można mówić o stolicy Austrii i pominąć kawiarni. Wiedeń wyjątkowo dobrze nadaje się do takiego sposobu zwiedzania. Można wejść do kawiarni, usiąść przy stoliku i przez dłuższą chwilę po prostu obserwować ludzi.
Kelnerzy.
Turyści.
Mieszkańcy.
Starsze panie rozmawiające przy stoliku obok.
Para, która od dziesięciu minut patrzy w menu.
Ktoś czytający gazetę.
Ktoś, kto najwyraźniej prowadzi bardzo ważną rozmowę przez telefon.
I my.
Trzy Polki, które właśnie uznały, że kawa jest doskonałym sposobem na odpoczynek po zwiedzaniu.
Oczywiście pojawiła się również Sachertorte. Bo jak już jesteśmy w Wiedniu, to trzeba. Zresztą są takie rzeczy, których człowiek nie musi sobie specjalnie tłumaczyć i zastanawiać się: „Czy naprawdę potrzebuję kawałka tortu?”
Potrzebujemy.
Koniec dyskusji.
Spróbowałyśmy i oczywiście zaczęła się analiza.
— Dobre.
— Bardzo dobre.
— Ale czy aż tak dobre?
Ewa spojrzała na nas i powiedziała:
— Nie wiem.
— To trzeba spróbować jeszcze raz.
I tym sposobem można przeprowadzić bardzo rzetelne badania porównawcze.
Wiedeń był też piękny wieczorem.
Kiedy światło zaczynało mięknąć, a budynki przybierały zupełnie inny charakter, spacery stawały się jeszcze przyjemniejsze. Nie trzeba było już niczego szukać. Po prostu szłyśmy. Czasami rozmawiałyśmy. Czasami milczałyśmy.
Czasami zatrzymywałyśmy i patrzyłyśmy na światło.
— Teraz jest pięknie.
Oczywiście wtedy również musiałam zrobić zdjęcie.
— Idziesz?
— Zaraz.
— Mówiłaś „zaraz” pięć minut temu.
— Światło się zmieniło.
Dziewczyny się śmiały i cierpliwie czekały.
To był jeden z tych wyjazdów, w których nic wielkiego nie musiało się wydarzyć. Nie było spektakularnych przygód. Były za to spacery, rozmowy, sztuka, zdjęcia, śmiech i zwyczajne bycie razem. I chyba właśnie takie wspomnienia zostają najdłużej.
Oczywiście nie zobaczyłyśmy wszystkiego. I bardzo dobrze. Nie taki był cel.
Wiedeń zostawiłyśmy sobie trochę „na potem”.
Na kolejny wyjazd.
Na inne muzeum.
Na kolejny pałac.
Na miejsca, do których tym razem nie zdążyłyśmy.
Na kolejną kawę.
Na kolejną porcję tortu, oczywiście wyłącznie w celach badawczych.
Bo chyba właśnie dlatego lubię podróże, podczas których nie próbuje się zobaczyć wszystkiego. Można wtedy wyjechać z lekkim niedosytem. A niedosyt jest całkiem dobrą rzeczą. Bo dzięki niemu chce się wrócić.
Kiedy nadszedł czas powrotu, Wiedeń nie był już dla nas tylko miastem z fotografii. Miał swoje ulice, po których chodziłyśmy. Swoje kawiarnie, kamienice, przy których się zatrzymywałyśmy, muzealne sale, pałace, nasze rozmowy i małe historie oraz nasze trzy różne spojrzenia.
Mój aparat.
Biżuteryjny świat Majki.
Malarskie spojrzenie Ewy.
A przede wszystkim wspólny czas.
W samolocie znowu pojawił się ten moment, kiedy człowiek patrzy przez okno i zaczyna myśleć o tym, co zobaczył.
— Fajnie było.
— Bardzo.
— Wrócimy?
— Pewnie.
I na tym właściwie skończyła się rozmowa.
Bo wszystkie trzy wiedziałyśmy, że Wiedeń nie powiedział nam jeszcze wszystkiego.
My też nie zobaczyłyśmy wszystkiego.
I może właśnie dobrze.
Niektóre miejsca warto zostawić sobie na następny raz.
A Wiedeń zdecydowanie jest jednym z nich.

8 komentarzy
Wiedeń zawsze kojarzył mi się z elegancją, pałacami, muzeami i ludźmi, którzy piją kawę w filiżankach większych od swoich problemów. A po Twoim wpisie widzę, że można go też zwiedzać po prostu po swojemu — trochę chodzić, trochę fotografować, trochę się zgubić i oczywiście obowiązkowo usiąść na kawę. Najbardziej podoba mi się to, że znowu nie próbowałyście „zaliczyć” miasta. Zostawiłyście sobie coś na następny raz. To chyba najlepszy sposób na podróżowanie. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Z całego wpisu najbardziej podoba mi się fragment o Sachertorte. Szczególnie teoria, że trzeba spróbować jeszcze raz, żeby przeprowadzić rzetelne badania porównawcze.
To jest dokładnie mój sposób podróżowania.
„Czy potrzebujemy jeszcze deseru?”
„Nie.”
„Ale przecież trzeba sprawdzić, czy ten pierwszy był rzeczywiście dobry.”
„Aaa, no tak.”
I nagle człowiek jest po drugim kawałku. 🙂
Wasze dialogi są najlepsze. Niby zwykła rozmowa trzech kobiet na wyjeździe, a po kilku zdaniach wiadomo wszystko o Waszej relacji. Masz dokumenty?… A aparat? Jak mogłabym nie mieć? I już wiadomo, że można Was wypuścić z domu. Chociaż jestem pewna, że gdybyście sprawdziły jeszcze raz, to czegoś by brakowało. 🙂 Wyobrażam sobie Waszą trasę: Ty i Ewa zatrzymujecie się, bo piękne światło, Majka zatrzymuje się, bo piękna klamka do inspiracji i po godzinie jesteście trzy ulice dalej niż planowałyście. Takie spacery lubię najbardziej 🙂
To, co najbardziej lubię w Twoich Wspomnieniach, to fakt, że po przeczytaniu mam ochotę pojechać w dane miejsce, ale nie mam wrażenia, że przeczytałam przewodnik. Wymieniasz miejsca, pokazujesz atmosferę, ale najważniejsze są Wasze rozmowy i to, co dzieje się między jednym miejscem a drugim. Dzięki temu człowiek zaczyna sobie wyobrażać nie tylko Wiedeń, ale Was spacerujące po Wiedniu. Właśnie dlatego te wpisy tak dobrze się czyta. 🙂
Podoba mi się Wasz sposób podróżowania. Niby wiecie, co chcecie zobaczyć, ale zostawiacie sobie dużo miejsca na przypadek. Ja kiedyś przed wyjazdem robiłam listę tak długą, że po powrocie potrzebowałam urlopu od urlopu. Teraz coraz bardziej rozumiem, że lepiej zobaczyć mniej, ale naprawdę być w tym miejscu. Wasz Wiedeń chyba właśnie taki był — trochę muzeum, trochę pałaców, trochę uliczek, dużo kawy i dużo rozmów. Pozdrawiam serdecznie.
Przeczytałem fragment o pałacu i pytanie „Wyobrażasz sobie tu mieszkać?” i już wiedziałem, że odpowiedź Majki będzie praktyczna. „Nie, bo trzeba by to wszystko sprzątać” — absolutnie genialne. Człowiek patrzy na pałac, marmury, historię, sztukę, wielkie sale, a Majka od razu sprowadza temat do poziomu codziennych obowiązków. I chyba właśnie dlatego tak lubię Twoje wspomnienia — nie są przesłodzone.
No i teraz mam problem, bo napisałaś, że zostawiłyście sobie Wiedeń na następny raz. Czyli rozumiem, że będzie część druga? Bo już widzę, jak za jakiś czas pojawia się kolejny wpis: „Wiedeń po raz drugi” i wtedy się okaże, że znowu nie zobaczyłyście wszystkiego, bo znalazłyście fajną kawiarnię. To jest bardzo skuteczna metoda — człowiek nigdy nie może powiedzieć, że zna miasto w stu procentach. Pozdrawiam cieplutko 🙂
Wiedeń znam głównie z krótkiego wyjazdu, ale najbardziej zapamiętałam go właśnie wieczorem. Te światła, kamienice, spokojniejsze ulice… Zupełnie inne miasto niż w ciągu dnia. Dlatego bardzo podobał mi się fragment o Waszym spacerze bez konkretnego celu. To są chyba najlepsze momenty na wyjazdach. Nie wtedy, kiedy biegnie się do kolejnej atrakcji, tylko kiedy człowiek może po prostu iść przed siebie i nagle okazuje się, że właśnie ten spacer pamięta się najlepiej.