Edynburg

by Jolanta Strażyc

W połowie września 2012 roku Karol i Konrad spakowali swoje życie w kilka walizek i polecieli do Edynburga. Na początku miało to być „na próbę” – dobra praca, mieszkanie na start, nowe doświadczenie. W praktyce oznaczało to jednak zupełnie nowy rozdział, którego żadne z nas jeszcze wtedy nie potrafiło sobie wyobrazić.

Pierwszy rok minął im na oswajaniu obcego miasta – akcentu, deszczu, krótkich dni i długich nocy. Nam – mnie, Majce i Ewie – czas płynął w rytmie pracy, wystaw, projektów i codzienności. Szkocja była gdzieś w tle: w rozmowach przez komunikator, w zdjęciach przysyłanych z klifów i w żartach o tym, że mamy już własną bazę wypadową na północy Europy.

Oni przylecieli do Krakowa zaledwie dwa razy – na krótkie, intensywne weekendy. Nowa praca nie zostawiała wiele przestrzeni na urlopy, a my nie miałyśmy odwagi, by tak po prostu rzucić wszystko i polecieć do nich. Aż w końcu przyszedł moment, kiedy przestałyśmy szukać wymówek. Pojechałyśmy.

Podróże, które wtedy się zaczęły, trwały – z przerwami – przez kolejne lata, od 2013 do 2017 roku. Pięć kilkudniowych wyjazdów, dziesiątki miejsc, setki zdjęć i tysiące wspomnień. Dziś, kiedy do nich wracam, splatają się w jedną opowieść – jakby była to jedna długa droga prowadząca przez wrzosowiska, kamienne miasta, górskie szlaki i nadmorskie klify. Ta historia jest właśnie o tej drodze.

Majowy weekend i pierwsza podróż do Szkocji

Samolot przyziemił z lekkim szarpnięciem. Przez okno zobaczyłam pas startowy zalany deszczem – dokładnie tak, jak się spodziewałam. Edynburg przywitał nas klasyczną szkocką pogodą.

Czyli parasol powinnam była wyjąć, a nie wkładać na samo dno plecaka? – mruknęła Majka, poprawiając kaptur kurtki.

Spokojnie – odpowiedziała Ewa. – To tylko powietrze jest mokre.

Drzwi terminala rozsunęły się bezszelestnie i wtedy ich zobaczyłyśmy. Karol machał do nas energicznie, a Konrad stał obok, z rękami w kieszeniach, z tym swoim spokojnym uśmiechem człowieka, który „wszystko ogarnął”.

Przywitanie było głośne, trochę chaotyczne i zdecydowanie zbyt długie jak na szkockie standardy pogodowe. Deszcz nie padał – on po prostu wisiał w powietrzu.

No, witamy w domu – powiedział Karol.

W domu”. To słowo zabrzmiało inaczej, niż się spodziewałam.

Droga z lotniska prowadziła szeroką arterią, potem coraz węższymi ulicami. Siedziałam z tyłu i chłonęłam wszystko jak pierwszoroczna studentka architektury: rzędy kamienic z ciemnego kamienia, czerwone piętrowe autobusy, mokry asfalt odbijający światła latarni. W oddali, ponad dachami, majaczyła sylwetka zamku.

Przy dobrej pogodzie widać go z połowy miasta – rzucił Konrad, łapiąc moje spojrzenie w lusterku. – A przy złej… trzeba sobie wyobrazić.

Czyli przez większość roku ćwiczycie wyobraźnię? – zapytała Majka.

To rozwija – odparł poważnie.

Kiedy skręciliśmy w węższą ulicę, ruch wyraźnie zwolnił. Kamienne elewacje wydawały się jeszcze ciemniejsze w opadającej mgle. Bruk był śliski i lśniący, jakby ktoś dopiero co polał go wodą.

To wygląda jak plan filmowy z „Harry’ego Pottera” – powiedziałam, zadzierając głowę.

Nad nami piętrzyły się wysokie, surowe kamienice. Wąskie zaułki znikały między budynkami, jakby prowadziły do zupełnie innych czasów.

Wiesz, że właśnie tutaj kręcono część scen? – rzucił Karol. – A przynajmniej tak mówią przewodnicy.

Spojrzałam w górę jeszcze raz. Ciemnoszary kamień, wilgoć, światło przesączające się przez mgłę.

To nie był tylko nowy adres. To było wejście do innej opowieści.

Zamek i duchy

Pierwszym punktem była oczywiście korona miasta – Zamek Edynburski. Wchodziliśmy przez bramę obronną, kiedy usłyszeliśmy pierwsze dźwięki dud. Chłopak w kilcie stał na skraju murów, a jego melodia odbijała się echem od kamienia i znikała gdzieś nad miastem.

Gdyby nie telefon w kieszeni, pomyślałabym, że jesteśmy w XVIII wieku – zauważyła Ewa.

W środku przewodnik opowiadał o królewskich klejnotach, o słynnym Kamieniu Przeznaczenia i legendzie o duchu bezgłowego bębniarza.

Podobno słychać jego bębny przed każdą wielką katastrofą – powiedział z powagą, patrząc nam prosto w oczy.

Spojrzeliśmy na siebie z udawanym niepokojem.

Czy lot powrotny nie jest za kilka dni?

Śmiech rozproszył napięcie, ale kiedy wyszliśmy na taras widokowy, wiatr był tak silny, jakby naprawdę próbował coś nam wyszeptać.

Miasto muzeów i uliczek

Z zamku zeszliśmy na główny trakt Starego Miasta Royal Mile łączący Zamek z pałacem Holyroorhouse. Po krótkim spacerze, zatrzymaliśmy się w People’s Story Museum – Muzeum Ludowym, które okazało się niespodziewanie fascynujące. Stare narzędzia, szkockie stroje, listy zwykłych mieszkańców sprzed wieków… i całkiem makabryczne eksponaty.

Patrz, średniowieczne narzędzie do wyrywania języka! – zawołał Karol, aż starsza pani stojąca obok spojrzała na nas z niesmakiem.

Delikatniej, to nie horror – szepnęłam mu do ucha.

Po południu zagubiliśmy się w labiryncie wąskich przejść między kamienicami. Te edynburskie „closes” wyglądały jak szczeliny między epokami – wilgotne, kręte, tajemnicze.

Jedna z uliczek wyprowadziła nas do małej księgarni. Właściciel – starszy pan z siwą brodą – z dumą wskazał regał z rzadkimi wydaniami szkockich poetów.

Poezja w tym klimacie smakuje lepiej niż herbata – powiedział.

Kupiłam tomik Robbiego Burnsa, choć nie rozumiałam większości słów. Ale może właśnie o to chodziło – żeby coś brzmiało obco i pięknie jednocześnie.

Katedra, deszcz i uśmiechnięty barista

Wieczorem weszliśmy do St Giles’ Cathedral. Witraże zalewały wnętrze kolorowym światłem, a cisza była niemal namacalna.

Jakby czas się zatrzymał – szepnęłam.

Po wyjściu z katedry znów zaczęło padać. Schroniliśmy się w małej kawiarni na Cockburn Street. Pachniało kawą i cynamonem. Barista, uśmiechnięty chłopak z dredami, nalał nam flat white i zapytał:

First time in Scotland?

Aye, and not the last – odpowiedział Konrad z udawaną szkocką intonacją.

Chłopak roześmiał się, a my poczuliśmy, że miasto zaczyna nas oswajać.

W stronę nieba – Arthur’s Seat

Skoro już tu jesteście, to nie możecie wyjechać bez wejścia na górę – oznajmił Karol następnego dnia rano.

Na jaką górę? – zapytała Majka, jeszcze z kubkiem kawy w ręku.

Na jedyną słuszną.

Po kilkunastu minutach staliśmy u podnóża Arthur’s Seat.

Z dołu wyglądało niewinnie. Ot, większe wzgórze. Kilka ścieżek wijących się po zboczu, grupki turystów, ktoś z psem, ktoś z aparatem. Dopiero kiedy zaczęliśmy się wspinać, wiatr pokazał nam, kto tu rządzi.

To miała być „lekka przechadzka”! – zawołała Ewa, próbując ujarzmić rozwiane włosy.

Ścieżka stawała się coraz bardziej kamienista. Powietrze było czyste, ostre, nasycone zapachem trawy i wilgoci. A kiedy w końcu stanęliśmy na szczycie, miasto rozłożyło się pod nami jak mapa.

Z jednej strony kamienne Stare Miasto, z wyraźną linią Royal Mile, z drugiej nowoczesne dzielnice i portowe nabrzeża. W oddali majaczyło morze, srebrzyste i spokojne.

I pomyśleć, że to wszystko w zasięgu spaceru – powiedział Karol ciszej niż zwykle.

Stałam chwilę bez słowa. W Edynburgu najbardziej zaskakiwało mnie to, że dzikość i miejskość nie walczyły ze sobą. One tu współistniały. Wystarczyło wyjść kilka przecznic dalej, żeby znaleźć się niemal wśród wrzosów.

To takie małe Highlands – mruknęła Majka.

Spokojnie – uśmiechnął się Konrad. – Na prawdziwe jeszcze was zabierzemy.

Wiatr był tak silny, że trudno było zrobić zdjęcie. Ale może właśnie dlatego zapamiętałam ten moment wyraźniej niż wszystkie fotografie.

Opowieść o kraju – Narodowe Muzeum

Po powrocie do miasta schroniliśmy się przed kolejnym deszczem w monumentalnym gmachu National Museum of Scotland.

Wysokie, przeszklone atrium wypełniało jasne światło, zupełnie inne niż to przytłumione, kamienne światło starego miasta. W środku – wszystko. Od prehistorycznych skamielin, przez historię klanów, aż po szkockie wynalazki i przemysł.

Czy oni naprawdę wynaleźli pół świata? – zapytała Majka, czytając kolejne tablice.

Tylko tę lepszą połowę – odparł Karol z powagą.

Zatrzymałam się przy makiecie dawnego statku handlowego. Myślałam o tym, jak wielu ludzi przez wieki wyruszało stąd w świat – z portów, z dolin, z małych miasteczek. Może dlatego emigracja Karola i Konrada nagle wydała mi się częścią większej historii. Nie pierwszą i nie ostatnią.

W jednej z sal dzieci budowały most z drewnianych elementów. W innej starszy pan tłumaczył wnuczce, zasadę działania silnika parowego. Historia nie była tu zamknięta w gablotach. Ona żyła.

Lubię to miasto – powiedział nagle Konrad. – Jest stare, ale nie udaje muzeum. 

–  Tak… – Karol uśmiechnął się lekko. – Z każdym dniem czuję, że jestem u siebie.

Powrót przez mgłę

Następnego ranka Edynburg znów tonął we mgle. Ostatni raz przeszliśmy Royal Mile, mijając grajka, który dwa dni wcześniej grał pod zamkiem.

Dźwięk dud będzie mi się śnił jeszcze przez tydzień – westchnęłam.

Lepiej niż duchy bezgłowych bębniarzy – zaśmiał się Karol.

Edynburg nie próbował nas oczarować. On po prostu był – kamienny, wietrzny, trochę surowy. A jednak wyjeżdżając, miałam wrażenie, że zostawiamy tu coś więcej niż ciekawie spędzony weekend. Zostawiałyśmy pierwszy rozdział naszej szkockiej historii.

You may also like

9 komentarzy

Marta Stach. 2026-02-28 - 21:57

Czytałam i miałam wrażenie, że czuję ten szkocki deszcz na twarzy. Edynburg zawsze mnie fascynował, ale po Twoim opisie chcę tam lecieć natychmiast. ❤️

Reply
Anna W. 2026-02-28 - 22:38

Uwielbiam sposób, w jaki łączysz historię z humorem – duch bezgłowego bębniarza i pytanie o lot powrotny mnie rozbroiły. Bardzo podoba mi się też motyw emigracji Karola i Konrada w tle. Dzięki temu to nie jest tylko opowieść o zwiedzaniu, ale też o przyjaźni i zmianach w życiu. To dodaje głębi. Pozdrawiam serdecznie 🙂

Reply
Magdalena 2026-02-28 - 23:40

Zamek Edynburski i Royal Mile to klasyka, ale pokazałaś je w taki sposób, że nie brzmią jak przewodnik, tylko jak prawdziwa przygoda. Pozdrawiam serdecznie i czekam na dalszą część.

Reply
Krystyna 2026-02-28 - 23:53

Twoja relacja ma w sobie coś filmowego. Widzę tę mgłę, słyszę dudy i prawie czuję wiatr na wzgórzu. Najbardziej poruszył mnie moment w muzeum, kiedy pomyślałaś o emigracji jako części większej historii. To nadaje całej podróży zupełnie inny wymiar. Pozdrawiam cieplutko 🙂

Reply
Alicja 2026-03-01 - 08:33

Zamek, muzeum, Arthur’s Seat – wszystko w zasięgu spaceru. Arthur’s Seat to najlepszy punkt widokowy w mieście! Weszłam tam w deszczu i wietrze, więc totalnie rozumiem walkę o zdjęcia. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie St Giles’ Cathedral. Widzę dokładnie to światło z witraży. Masz rację – cisza tam jest niemal namacalna. Dziękuję za powrót do tamtego momentu.

Reply
Szeliga 2026-03-01 - 13:00

Duch bezgłowego bębniarza i lot powrotny za kilka dni – przyznam, że też bym zaczęła sprawdzać bilety 😅 Edynburg zawsze był na mojej liście, ale po przeczytaniu Twoich „Wspomnień” wskoczył na pierwsze miejsce. Ta mgła i dudy – czuję klimat 🙂

Reply
Marzena 2026-03-01 - 18:42

Pięknie oddałaś atmosferę Edynburg – surowość, kamień, wiatr. Byłam tam zimą i miałam dokładnie takie same odczucia: miasto stare, ale nie muzealne. To ogromna różnica.

Reply
Monika 2026-03-01 - 19:04

Super plan na pierwszą wizytę: Zamek, Royal Mile, muzeum i wzgórze – wszystko blisko siebie. Bardzo podoba mi się wątek emigracji Twoich przyjaciół. To sprawia, że ta historia nie jest tylko o podróży, ale też o zmianie, dorastaniu i odwadze. Czekam na dalszy ciąg.

Reply
Krzysztof 2026-03-01 - 22:18

Idealnie uchwyciłaś pogodę – nie pada, po prostu wisi w powietrzu oraz jak opisałaś dźwięk dud rozbrzmiewający echem po murach zamku. To jak w kinie. Edynburg naprawdę ma tę ponadczasową atmosferę.

Reply

Leave a Comment