Śnieg padał bezszelestnie, otulając drzewa i parapety miękkim puchem. Siedziałam przy stole, opierając dłonie o filiżankę herbaty. Zapach suszonej pomarańczy i goździków mieszał się z nostalgią. Zerkając na ekran laptopa, odczytałam wiadomość, która miała otworzyć drzwi do świata, o którym dotąd jedynie słyszałam.
Tadeusz Kaznowski — daleki krewny, genealog, człowiek, który potrafił z odłamków historii złożyć pełen obraz. Pisał:
W archiwach w Winnicy, Chmielnickim i Żytomierzu natrafiłem kilkukrotnie na nazwisko Strażyc.
Znał je. Znał historię mojej rodziny. Poszukując dziejów własnego rodu musiał natrafić na dokumenty, w których wspomniano o Teresie z Kaznowskich, żonie cześnika orszańskiego Antoniego Franciszka Strażyca (1675–1738). Teresa – moja 6xprababka – była ogniwem łączącym dwa rody.
Zrobiłem, co mogłem: skany, zdjęcia. Ale większość została nieodkryta – napisał. – Wiesz, jak tam jest… bez znajomości i pieniędzy – najlepiej w twardej walucie – nic się nie da zrobić. Ale wiem, gdzie szukać dalej. Skontaktuję Cię z odpowiednimi ludźmi.
Poszukiwania archiwalne
Zadzwoniłam do biura genealogicznego, które znalazłam przez Tadeusza. Choć oddalone od Krakowa o ponad 200 km, nie miało to żadnego znaczenia. Głos w słuchawce był spokojny, wyważony.
– Proszę podać nazwisko, region. Cokolwiek pani ma. Spróbuję czegoś poszukać.
Tydzień później przyszedł e-mail:
Teczki z Podola i Wołynia są. Głównie po rosyjsku, czasem po łacinie. Ale są też polskie dokumenty z XVIII wieku.
Nie było rozmów przy stole, serdecznych spotkań. Były wiadomości, telefoniczne ustalenia… Tak wyglądała moja podróż w przeszłość – surowa, ale prawdziwa.
Paczka z przeszłości
W maju przyszła paczka. Szara koperta, ciężka, z zagięciami na rogach. Adres wypisany ręką właściciela biura genealogicznego, który od lat ściągał przeszłość z czeluści archiwów dla swoich klientów. Przesyłka pachniała starym papierem i daleką drogą.
Ostrożnie otworzyłam. W środku – plik dokumentów spięty klipsami. Dwieście lat historii rodziny rozpisane na kartkach: metryki, odpisy z ksiąg grodzkich, świadectwa marszałków i carskich urzędników. Jedne po polsku, inne po rosyjsku. Na marginesach – krzyżyki, notatki, nierówne cyfry.
Cała historia opowiadana przez tatę. Teraz udokumentowana.
Z Majką – moją przyjaciółką od lat, siedziałyśmy przy stole, wpatrzone fotokopie dokumentów.
– Nie wierzę, że to naprawdę zdobyłaś… – powiedziała. – To jak klucz do innego świata.
– Ja też wciąż nie mogę uwierzyć. Przez lata nazwisko Strażyc żyło tylko w opowieściach taty. Teraz… mam imiona, daty, miejsca.
– Historia to nie tylko przeszłość. To coś, co nosimy w sobie. Nawet jeśli o tym nie wiemy.
Gdy miejsca z map stają się rzeczywistością
Wojtowiec, Równo, Wola Ostrowiecka, Piskorów… Miejsca, które znałam jedynie z map i historii taty. Na kartach dokumentów te wsie przestały być bajką – stały się realne. Rodzina Strażyców mieszkała przez wiele lat na Podolu. Posiadali majątek ziemski w powiecie bracławskim w Wojtowcu nad rzeką Boh. W drugiej połowie XVIII wieku, Piotr Strażyc otrzymał po rodzinie matki ziemie w okolicach Woronowicy, oddalone od Wojtowca około czterdzieści kilometrów oraz dworek we Włodzimierzu Wołyńskim.
Piotr zmarł młodo. Zostawił trzech synów: Józefa, Antoniego i Teodora. Opiekunem chłopców i ich majątku, został brat cioteczny Piotra – Andrzej Kaznowski, sędzia ziemski, właściciel połowy wsi Równo na Wołyniu.
I tak historia dwóch rodów znowu się splatała – Kaznowskich i Strażyców. Nie tylko przez krew, ale przez odpowiedzialność, decyzje i – jak się potem okaże – przez ziemię.
Ziemia, która łączy i dzieli
W 1798 roku, synowie Piotra: Józef, Antoni i Teodor rozpoczęli rozliczanie opieki z wujem Kaznowskim. Sprawa była dość długa i skomplikowana i skończyła się przejęciem przez braci Strażyców majątku Andrzeja Kaznowskiego we wsi Równo.
Dlaczego tak się stało?
Wuj Kaznowski, korzystając z pieniędzy nieletnich Strażyców, postanowił powiększyć swoje włości i dokupił drugą część wsi Równo. Gdy sprawa wyszła na jaw i trafiła do sądu, zobowiązał się spłacić zaciągnięty dług w ciągu dziesięciu lat. Niestety, nie wywiązał się z obietnicy. Z czasem dług powiększył się o odsetki oraz inne zobowiązania. Kaznowscy nie mieli innego wyjścia, musieli opuścić Równo.
W 1809 roku Józef i Jan Teodor zrzekli się na korzyść Antoniego przekazanego przez Kaznowskich majątku. Józef został zakonnikiem, Teodor przejął część dóbr na Podolu. W ten sposób wieś Równo przeszła w ręce Antoniego Strażyca, a następnie jego potomków: syna Franciszka, wnuka Ignacego – który powiększył majątek o dwie sąsiednie wsie – oraz prawnuków, Mieczysława i Bronisława, ale ci dwaj w 1909 roku, sprzedali wszystko i przenieśli się na Lubelszczyznę, zamykając tym samym stuletni rozdział obecności rodu Strażyców na Wołyniu.
Korzenie
Wieczorem siedziałyśmy z Majką na balkonie. Wysoko nad nami cicho trzepotały skrzydła jerzyków. Świerszcze już grały, a błękit nieba ciemniał ku granatowi.
– Myślisz, że oni wiedzieli, że ktoś ich kiedyś będzie szukać? – zapytała.
– Może nie… Ale chyba czuli, że to, co zostawiają, nie zginie. Nie mamy już tych ziem… Ale mamy coś więcej. Korzenie.
A potem zamknęłam oczy. I naprawdę – jak przez sen – zobaczyłam Wojtowiec, rzekę Boh, mgłę unoszącą się nad polami w Równie, Woli Ostrowickiej… I Piotra, Antoniego, Franciszka, Ignacego. I Teresę, dumną i stanowczą, z cieniem Kaznowskich w spojrzeniu.
Równo TU
