Czerwiec 2010
Lotnisko w Krakowie. Piątka znajomych rusza w kilkudniową wyprawę do Budapesztu. Ja z aparatem na szyi, Majka z plecakiem pełnym koralików, „na wypadek, gdyby natchnienie przyszło w Budapeszcie”, Ewa ze szkicownikiem, Karol i Konrad – z laptopami, „bo może coś trzeba będzie poprawić w kodzie”.
Samolot startował o dziewiętnastej. Majka, jak zwykle, zasnęła przed oderwaniem kół od pasa, a Ewa próbowała narysować stewardesę, zanim ta zdążyła się zorientować. Ja dokumentowałam wszystko – od chmur po plastikowy kubeczek z sokiem.
W połowie lotu Majka się ocknęła i zapytała:
– A wiecie, że Budapeszt to właściwie trzy miasta w jednym?
– Serio? – zdziwił się Karol.
– Tak. Buda, Óbuda i Peszt połączyły się dopiero w XIX wieku – odpowiedziała z dumą. – Widziałam w przewodniku.
– To znaczy, że mamy do zwiedzenia nie jedno, tylko trzy miasta – mruknął Konrad. – Czuję, że będzie bolało.
Po przylocie wzięliśmy taksówkę i trafiliśmy do naszego hotelu, opisanego w Internecie jako „średniej klasy z klimatem”. Klimat rzeczywiście był – trochę jak w filmie z lat 80. Windy nie było, klucz ważył pół kilo, a pokoje miały widok na podwórko, gdzie ktoś wieszał pranie w rytm muzyki z radia. Ale kto by tam narzekał – w końcu to Budapeszt!
Zasnęliśmy szybko – zbyt zmęczeni, by zastanawiać się, czy w nocy zgaśnie światło (zgasło).
Poniedziałek – zderzenie z historią i kawą po węgiersku
Pierwszy poranek rozpoczął się od bohaterskiej próby odnalezienia śniadania. Konrad stwierdził, że „kawa po węgiersku” musi być mocna jak palinka – i miał rację. Po dwóch łykach byłam gotowa zwiedzić cały parlament i pół Pesztu.
Zaczęliśmy od Mostu Łańcuchowego. Karol próbował tłumaczyć, że to „symbol jedności”, ale bardziej jednoczyło nas to, że w połowie mostu Ewa przypomniała sobie, że ma lęk wysokości. Zdjęcie grupowe wyszło dzięki temu wyjątkowo dynamicznie – z Ewą przyczajoną za moimi plecami.
Tu po raz pierwszy poznaliśmy naszego przewodnika – Gábora, a właściwie Gabriela po polsku, który uśmiechnął się szeroko, mówiąc:
– Most Łańcuchowy to pierwszy most na Dunaju w granicach dawnych Węgier. Dzięki niemu Buda i Peszt połączyły się nie tylko mostem, ale i losem – stąd dziś Budapeszt. W 1950 roku do miasta przyłączono jeszcze 23 miejscowości. Dlatego dziś Budapeszt ma rozmach, ale wciąż widać jego dawne małomiasteczkowe serce.
– Ładne – przyznała Ewa. – Czy to pan wymyślił? – zażartowała.
– Nie, historia. Ja tylko ją lubię opowiadać – odpowiedział Gábor z uśmiechem.
Wieczorem, siedząc nad brzegiem Dunaju, śmialiśmy się z Ewy i jej „bohaterskiego uśmiechu”. W tle odbijały się światła parlamentu, a Gábor tłumaczył:
– Parlament to prawdziwa perła neogotyku. Zbudowano go na przełomie XIX i XX wieku. Ma siedemset pomieszczeń i jest trzecim co do wielkości parlamentem świata. Ma 96 metrów wysokości – tyle samo co bazylika św. Stefana. To symbol, że władza świecka i duchowa są sobie równe.
Patrzyłam wtedy na odbicie gmachu w rzece i pomyślałam, że nawet gdyby nic więcej nie zobaczyć, już warto było tu przylecieć.
Wtorek – Wzgórze Zamkowe
Tu bije historyczne serce Budapesztu. Wzgórze i Zamek Królewski należą do światowego dziedzictwa UNESCO. W zamku mieści się dziś Węgierska Galeria Narodowa i Muzeum Historii Budapesztu.
Plan był prosty: Wzgórze Zamkowe, Baszta Rybacka, Kościół św. Macieja. Plan prosty – do momentu, aż zaczęliśmy iść pod górę.
– To tylko 235 metrów! – powiedział Karol, patrząc w mapę.
– W pionie? – sapnęła przestraszona Ewa.
„Budapeszt najlepiej zwiedzać pieszo” – przypomniałam sobie słowa Gábora. – „Bo tylko wtedy naprawdę słychać jego rytm.”
Na szczycie widok był wart wszystkiego. Baszta Rybacka błyszczała w słońcu, a Majka stwierdziła, że jej następna kolekcja biżuterii będzie „w stylu neoromańskim”. Karol pozował jak św. Stefan – z poważną miną i ręką uniesioną ku niebu.
– Brakuje ci tylko korony – powiedziałam, robiąc zdjęcie.
– Korony z ryb – dodał Konrad. – W końcu Baszta Rybacka.
Gábor, który dołączył do nas przy Baszcie, opowiadał:
– Zbudowano ją z okazji tysiąclecia państwa węgierskiego. Te siedem wież symbolizuje siedmiu wodzów, którzy założyli Węgry. Stąd właśnie zaczęła się nasza państwowość. A widok na Peszt? Proszę spojrzeć – parlament, bazylika, mosty. Każdy inny, a razem tworzą harmonię.
Środa – metro, zgubiony bilet i węgierska elegancja
Majka upierała się, że musimy przejechać się żółtą linią metra, tą najstarszą w Europie. Wsiedliśmy pełni entuzjazmu – i wysiedliśmy po dwóch stacjach, bo Ewa zgubiła bilet. Konrad bohatersko wrócił, by go odnaleźć… i znalazł bilet, ale z Krakowa.
– Linia M1, zwana „żółtą” – mówił Gábor, gdy się z nim znowu spotkaliśmy – powstała w XIX wieku, pod Aleją Andrássyego. To pierwsze metro w kontynentalnej Europie i drugie najstarsze na świecie. W 2002 roku wpisano ją na listę UNESCO.
– No proszę, zgubiłam bilet w zabytku! – stwierdziła Ewa, puszczając oko do Gábora.
Po południu spacerowaliśmy Aleją Andrássyego – reprezentacyjną, szeroką, z pałacami i drzewami po obu stronach. Wystawy butików wyglądały jak scenografie do filmu o życiu w luksusie.
– Wejdźmy tu – powiedziała Majka, wskazując sklep z biżuterią.
– To nie sklep, to ambasada – ostrzegł Karol.
– Tym bardziej! – odparła z uśmiechem.
– Pod tą aleją właśnie jedzie nasze metro – wyjaśnił Gábor. – A na końcu czeka Plac Bohaterów i Park Miejski z zamkiem Vajdahunyad.
Wieczorem w małej kawiarni Ewa rozłożyła szkicownik i zaczęła rysować kelnera. Ten, zadowolony z zainteresowania, przyniósł nam deser „na koszt szefa”. Do dziś nie wiemy, co to było, ale wszyscy zgodnie twierdziliśmy, że pyszne.
Czwartek – termalne przygody
Dzień term. Wchodzimy do Széchenyiego, a tam – baseny, pary, starsi panowie grający w szachy po szyję w wodzie. Karol wyglądał, jakby się zgubił w filmie o sanatorium.
– To my też możemy tak siedzieć? – zapytał niepewnie.
– Możemy, ale z klasą – odpowiedziała Majka, po czym poślizgnęła się i wpadła z pluskiem do basenu.
Po godzinie wszyscy byliśmy rozluźnieni jak po trzech masażach. Ewa stwierdziła, że para nad wodą wygląda „malarsko” i zaczęła szkicować ludzi, którzy natychmiast przyjęli „naturalne” pozy.
Gábor, który pojawił się przy szachowym stoliku, powiedział:
– Budapeszt to największe miasto uzdrowiskowe w Europie. Mamy tu ponad sto źródeł termalnych i ponad trzydzieści łaźni. Rzymianie kąpali się tu dwa tysiące lat temu – a jak widać, tradycja trwa.
– I temperatura też – dodał Karol, wyciągając się w gorącej wodzie.
Wieczorem zjedliśmy gulasz, który Karol opisał jako „kulinarne doświadczenie graniczne”. Zgodnie z etykietą poprosiliśmy o coś mniej pikáns – dostaliśmy to samo, tylko w większej porcji.
Piątek – pożegnanie z Dunajem
Poranek był mglisty i cichy. W hotelu zgasło światło (pożegnanie z klasą!). Spakowani, zmęczeni, ale szczęśliwi, wsiedliśmy do taksówki.
Na lotnisku Majka zauważyła, że ma w torbie garść węgierskich forintów. – Zostawmy na następny raz – powiedziała. A ja pomyślałam, że to świetny pomysł. Bo choć widziałyśmy wszystko, co „trzeba zobaczyć”, to, co najfajniejsze, zdarzyło się między zdjęciem a łykiem kawy, między śmiechem a kolejnym zgubionym biletem.
Samolot wystartował, a ja patrzyłam przez okno na Dunaj, który połyskiwał w słońcu jak długi, srebrny łańcuch. Pomyślałam wtedy, że Budapeszt to nie tylko zabytki i historia, ale też nasze śmiechy, potknięcia i rozmowy, które wciąż słyszę w głowie, gdy przeglądam tamte zdjęcia.
I że najpiękniejsze wspomnienia robią się same – wystarczy dobra paczka znajomych i aparat fotograficzny, który zawsze jest pod ręką.

11 komentarzy
Zazdroszczę Wam Gabora – my trafiliśmy na przewodnika, który mówił tylko po węgiersku i trochę po niemiecku 🙂 Ale mimo to, Budapeszt nas zachwycił. Cudownie się czyta Twoje opowiadanie. Jakbym sama tam była z Wami. Uwielbiam takie opowieści, w których nie chodzi o „zaliczanie zabytków”, tylko o ludzi, emocje i drobiazgi, które zostają w pamięci. Ten fragment o zgaszonym świetle w hotelu – mistrzostwo! Prawdziwy klimat podróży z przyjaciółmi. Dzięki za przypomnienie, że podróże to nie tylko atrakcje z listy, ale też śmiech i drobiazgi, które zostają z nami na długo.
„Zgasło światło (zgasło)” 😆 Kocham ten styl pisania. Od razu człowiek ma ochotę spakować aparat i ruszyć w świat. W Budapeszcie byłam wiele razy, ale czytając Twój wpis, zobaczyłam go zupełnie inaczej – oczami kogoś, kto przyjechał z radością i ciekawością, a nie tylko „z listą do odhaczenia”. To cudowne, że nie próbujesz upiększać – nawet hotel z gasnącym światłem ma tu swój urok. Pozdrawiam serdecznie 🙂
Majka w termach mnie rozbroiła 🙂 Widać, że każda Wasza podróż to przygoda z kategorii „nieplanowane, ale niezapomniane” 🙂 Uwielbiam, jak potrafisz połączyć lekkość opowieści z autentycznym zachwytem nad miejscem. To taka podróż, jaką każdy chciałby odbyć: trochę śmiechu, trochę chaosu, zero pośpiechu i dużo serca. Ten tekst to najlepszy dowód, że wspomnienia to najpiękniejsze pamiątki.
Byliśmy z mężem w Budapeszcie na rocznicę ślubu. Kiedy opisujesz światła parlamentu odbijające się w Dunaju, dokładnie widzę nasz wieczór z lampką wina nad brzegiem rzeki. Niesamowite, jak Twoje słowa potrafią przywołać wspomnienia. To zupełnie inny Budapeszt niż ten, który pamiętam z przewodników. Tu pachnie kawą, słychać śmiech i rozmowy, czuć kurz ulic i wiatr znad Dunaju. Bardzo podoba mi się, że wplatasz fakty historyczne, ale tak naturalnie, jakby to były częścią rozmowy przy stole. Świetnie, że wspomniałaś o Aleji Andrássyego. To jedno z moich ulubionych miejsc na świecie. Można tam iść godzinami – kawa, architektura, ludzie… Ja też kiedyś (podobnie jak Karol) pomyliłam butik z ambasadą 😅
Zazdroszczę Wam tej przyjaźni i luzu 🙂 Ten tekst aż promieniuje dobrą energią. Od razu mam ochotę spakować plecak, wyłączyć nawigację i po prostu iść przed siebie. Dziękuję, że przypominasz, że podróż to nie tylko kierunek – to ludzie, z którymi się jedzie. 🙂
„Parlament i bazylika mają tę samą wysokość” – też mnie to zachwyciło, kiedy o tym usłyszałem. Dla mnie to kwintesencja węgierskiego stylu: trochę duma, trochę symbolika, ale zawsze z rozmachem. Byłem też w Széchenyim w grudniu, gdy na zewnątrz było -2°C. Siedzenie w gorącej wodzie, gdy wokół unosi się para, a nad głową śnieg – coś nie do opisania. Jak przeczytałem o waszej przygodzie, to od razu poczułem ten zapach chloru i echo rozmów nad wodą 😄
Czytałam i cały czas kiwałam głową – dokładnie tak samo zgubiłam się w budapeszteńskim metrze 🙂 Wyszłam nie tam, gdzie trzeba, ale dzięki temu odkryłam najpyszniejsze ciasto z makiem w małej cukierni na rogu. To jest właśnie magia tego miasta – nic nie idzie zgodnie z planem, ale zawsze kończy się dobrze. To nie jest zwykły wpis podróżniczy, to mała opowieść o przyjaźni i radości życia. Tak autentyczna, że po przeczytaniu miałam ochotę zadzwonić do znajomych i zapytać: „to co, może jakaś spontaniczna wycieczka?”. Piękne wspomnienia i piękny sposób ich opowiedzenia. 🙂
Kiedyś też zatrzymałam się w takim „hotelu z duszą”. Winda nie działała, światło gasło, a klucz był cięższy niż aparat – identycznie. Ale wspominam to z ogromnym sentymentem, bo dzięki temu było jakoś bardziej… prawdziwie. Świetnie napisana historia – bez pośpiechu, bez nadęcia, z uśmiechem i ciepłem. Czuć, że lubisz ludzi i świat. I że aparat to tylko pretekst, żeby patrzeć uważniej. Chciałabym kiedyś pojechać do Budapesztu właśnie w takim nastroju – bez planu, z dobrą paczką i otwartą głową. 🙂
Czytałam z uśmiechem od początku do końca. Pięknie piszesz – lekko, z humorem, ale i z czułością. Opis mostu, kąpieli w termach i kelnera, który przyniósł deser „na koszt szefa”, to małe literackie perełki. Chcę więcej takich historii 🙂
Ojej, aż łezka się w oku kręci. Byłam w Budapeszcie kilkanaście lat temu i myślałam, że pamiętam głównie zabytki. Ale po Twoim tekście wróciły zupełnie inne wspomnienia – ludzie, zapach ulic, smak gulaszu, mgła nad Dunajem. A gulasz pikans brzmi jak wyzwanie 🔥 Myślałam, że próbowałam ostrego jedzenia… chyba muszę zweryfikować swoje doświadczenia. I ten fragment o Dunaju mnie wzruszył. Płynęłam kiedyś statkiem o zachodzie słońca i miałam dokładnie to samo wrażenie, że to miasto łączy historię z poezją. Twój tekst pięknie oddaje ten klimat. Dziękuję za tę podróż w czasie.
Nie wiem, co bardziej mnie urzekło – Ewa z lękiem wysokości na moście czy Karol z koroną z ryb. Macie talent do przyciągania cudownych momentów. Takie teksty przypominają mi, że najlepiej opisane miejsca to te, które się po prostu przeżyło. Uwielbiam Twoje poczucie humoru – szczególnie przy scenie z Ewy „bohaterskim uśmiechem” i Majką w termach. To mógłby być scenariusz krótkiego filmu podróżniczego. Pozdrawiam cieplutko 🙂