W poszukiwaniu miejsca na ziemi

by Jolanta Strażyc

Wiosenne słońce leniwie przeciągało się nad rozległymi równinami Żuław. Wiatr poruszał młode źdźbła traw, a na horyzoncie zarysowywały się ciemne sylwetki wierzb, rosnących wzdłuż wijących się kanałów melioracyjnych. Wśród tych krajobrazów, osiadła rodzina Wunderlich — nieliczni przedstawiciele niemieckiej szlachty, którzy w XVI wieku przybyli na Żuławy jako gutsbesitzerzy, właściciele majątków ziemskich.

Ich dom, wzniesiony w stylu muru pruskiego, otoczony starymi lipami, był znany w okolicy. W jego wnętrzu unosił się zapach miodu i suszonych ziół charakterystyczny dla życia Jana Wunderlicha, syna ziemianina, który odchodząc od rodzinnej tradycji, ukończył studia medyczne, został aptekarzem i osiedlił się w Grudziądzu.

To właśnie tutaj, około roku 1793, przyszedł na świat jego syn, Jan Henryk Wunderlich.

Był pogodnym chłopcem, z bystrym spojrzeniem i zamiłowaniem do książek. Ojciec z dumą obserwował, jak chłopiec przesiaduje w aptece i przegląda zielniki albo słowniki łacińsko-niemieckie.

Henryku, nie czytaj tyle przy lampie — upominała go czasem matka. — Oczy sobie popsujesz.

Ale mamo, to tylko do końca tego rozdziału. Opisują tu właściwości korzenia arcydzięgla — odpowiadał chłopiec z entuzjazmem.

Ojciec śmiał się z boku, stojąc przy drewnianym stole, na którym właśnie ucierał miksturę z szałwii i kory wierzbowej.

Niech czyta, Doroto. Może z niego będzie nie tylko aptekarz, ale i uczony. Kto wie, może kiedyś poprowadzi własną aptekę.

Gimnazjum w Grudziądzu, do którego Jan Henryk trafił jako nastolatek, otworzyło przed nim nowy świat. Miasto, pod panowaniem pruskim, tętniło życiem handlowym i wojskowym. W cieniu cytadeli i wzdłuż Wisły, pełnej barek i tratw, chłopak dorastał, chłonąc wiedzę i marząc o przyszłości większej niż Żuławy.

Po ukończeniu szkoły, bez wahania rozpoczął praktykę w aptece ojca. Pracował sumiennie, ucząc się od podstaw: od rozpoznawania ziół, przez odmierzanie proporcji, po kontakt z pacjentami.

Pamiętaj, synu — mawiał ojciec — aptekarz nie tylko leczy lekarstwami. On też leczy rozmową. Musisz umieć słuchać.

Z biegiem lat Jan Henryk nabierał doświadczenia. Aż w końcu, wiosną roku 1817, z duszą pełną ambicji i sercem gotowym na nowe, pożegnał rodzinny Grudziądz.

Stał na progu domu, z niewielką walizą i starannie złożonym listem polecającym w kieszeni płaszcza. Matka go objęła, a ojciec podał mu rękę — mocno, z szacunkiem.

Jedź, synu. Warszawa to inne życie. Ale nie zapomnij, skąd jesteś.

Jan Henryk skinął głową.

Nie zapomnę, ojcze. Nigdy.

Z wiatrem w plecy i nadzieją w sercu ruszył do stolicy, nieświadomy jeszcze, jak bardzo ta podróż odmieni jego los.

Studia

Warszawa pachniała bzem i kurzem brukowanych ulic. Miasto tętniło życiem, mieszały się w nim języki, stroje i obyczaje, echo dawnej świetności i cichy szelest nadchodzących zmian. Ulice były gwarne, powozy mijały pieszych, gazeciarze nawoływali z rogów, a w kawiarniach dyskutowano o nauce, polityce i nowinkach z Paryża.

Jan Henryk zatrzymał się przed drzwiami apteki Henricha, mieszczącej się w parterowej kamienicy z okiennicami malowanymi na zielono. W dłoni trzymał list polecający od ojca. Przez chwilę wahał się, po czym nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Za kontuarem stał starannie ubrany aptekarz o lekko siwiejących skroniach. Przez chwilę przyglądał się młodzieńcowi.

Czym mogę służyć?  — zapytał spokojnym, rzeczowym tonem.

Jan Henryk podszedł bliżej i podał mu list. Aptekarz rozłożył go i zaczął czytać. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

– A więc to pan jest synem Jana Wunderlicha… – rzekł po chwili. – Proszę usiąść. Porozmawiamy.

Apteka była przestronna i pachniała mieszaniną ziół, spirytusu oraz świeżo mielonych korzeni. Regały pełne były słoików z etykietami wypisanymi po łacinie. W powietrzu unosiła się cisza, przerywana jedynie cichym stukiem moździerza.

Praca zaczyna się o szóstej rano. Prócz przygotowywania leków, będzie pan porządkował zioła, obsługiwał klientów i – mam nadzieję – uczył się czegoś więcej niż tylko receptur — powiedział Henrich, zerkając spod okularów.

Jan Henryk skinął głową z szacunkiem.

To zaszczyt, mistrzu.

Zamieszkał w niewielkim pokoiku przy ulicy Chmielnej, na piętrze niewielkiej kamienicy. Z okna rozciągał się widok na dziedziniec, gdzie rosła stara czereśnia. Tam właśnie poznał swojego współlokatora – Kazimierza Wyrzykowskiego.

Wunderlich? Brzmi niemiecko, ale mówi pan czystą polszczyzną — zauważył Kazimierz, podając mu dłoń.

Pochodzę z Grudziądza. Ojciec mój jest aptekarzem, dziad także. A pan?

Wyrzykowski. Z Podlasia, z majątku nad Bugiem. Studiuję prawo na Uniwersytecie. I modlę się, żeby zima nie była sroga – bo piec tu zieje chłodem — zaśmiał się szczerze.

Od tej pory stali się nie tylko współlokatorami, ale i przyjaciółmi. Wspólne kolacje, rozmowy o książkach i losach kraju, spacery po Ogrodzie Saskim i słuchanie koncertów w salonach sprawiały, że Warszawa zaczęła przypominać dom.

Na Uniwersytecie Warszawskim, Jan Henryk chłonął wiedzę z zakresu chemii, botaniki, anatomii i farmakognozji. Profesorowie byli surowi, a egzaminy — bezlitosne. Studenci farmacji stanowili zwartą grupę, wyróżniającą się białymi fartuchami i wiecznym zapachem terpentyny.

Farmacja to nie tylko nauka o miksturach — mówił profesor Wroński — to odpowiedzialność za życie. Wasze decyzje będą miały wagę większą niż pieczęcie kancelarii!

Wieczorami Jan Henryk wracał do apteki Henricha, gdzie pomagał przy sporządzaniu preparatów, nalewek i maści. Pod okiem starszego farmaceuty nauczył się, jak z suszonych płatków róży robić łagodzącą miksturę dla niemowląt, a z kory chinowca — lek przeciw febrze.

Pewnej nocy, gdy kończyli pracę, Henrich podał mu niewielką buteleczkę z brązowego szkła.

To pan zrobił. Nalewka z kozłka i rumianku. Doskonała. Proszę, na sen — powiedział z lekkim uśmiechem.

Jan Henryk poczuł się dumny. Mały gest, a jednak znaczył tak wiele.

W maju 1819 roku, dwa lata po rozpoczęciu nauki, Jan Henryk przystąpił do egzaminu końcowego. Odpowiadał płynnie, ręce miał lekko wilgotne, ale głos nie drżał. Kiedy wyszedł z sali, na schodach spotkał Kazimierza.

I jak?

Zdałem.

No to teraz zostaje tylko jedno — westchnął Kazimierz. — Trzeba gdzieś znaleźć swoje miejsce.

Jan Henryk spojrzał przez okno na zachodzące słońce nad Warszawą.

Może gdzieś na wschodzie. Gdzie niebo większe, a ludziom potrzeba lekarstw i rozmowy.

Kazimierz uśmiechnął się pod nosem.

Zabiorę cię kiedyś na Polesie Wołyńskie. Tam niebo rzeczywiście ogromne. I jeziora jak lustra.

Jan Henryk nie wiedział jeszcze, że ta obietnica zmieni jego życie.

Miłość

Było lato, początek lat dwudziestych XIX wieku. Powietrze pachniało zbożem, miodem i słodką wonią kwitnących lip. Jan Henryk i Kazimierz, wolni na czas wakacji, wsiedli do powozu i wyruszyli na wschód – najpierw na Podlasie, do rodzinnego majątku Wyrzykowskich, a potem dalej, ku nieznanym krainom między Bugiem a Prypecią.

Dni mijały w rytmie końskich kopyt, nocy spędzanych w dworskich izbach i rozmów, które toczyły się przy herbacie z samowara lub kieliszku domowego wiśniaku.

Aż trudno uwierzyć, że tu kończy się Rzeczpospolita, a zaczyna coś zupełnie innego — powiedział Jan Henryk pewnego dnia, patrząc na rozległe jezioro wśród lasów.

To Polesie. Tutejsze jeziora mają w sobie coś baśniowego — odpowiedział Kazimierz. — Widzisz to? To Świteź. Szklane jezioro, lśniące pod światłem późnego popołudnia. Otoczone lasami, jakby świat je chronił przed zgiełkiem reszty ziemi.

Po tafli przesuwały się czółna z rybakami, a na brzegu, pod rozłożystym dębem, siedziały kobiety, przędząc len i śpiewając pieśni.

Słyszysz ten śpiew? — zapytał Kazimierz. — To „Oj u luzi na Prypeci”… Moja babka śpiewała mi to przed snem.

Jan Henryk zamilkł. W powietrzu drgała wilgoć, zapachy ziół i ziemi. Czuł, że to miejsce zostanie z nim na zawsze.

W dworze Wyrzykowskich w Wólce Chrypskiej (dziś Rostań), zorganizowano dla gości letnie przyjęcie. Pachniały pieczone kaczki, słychać było śmiechy dzieci, a w salonie brzmiały dźwięki fortepianu.

Tam właśnie Jan Henryk ujrzał .

Stała przy oknie, w białej sukni z haftowanym pasem, z włosami zebranymi w warkocz. Miała w sobie prostotę i godność – nie tą salonową, wystudiowaną, ale prawdziwą, głęboką.

Olimpia — powiedział Kazimierz cicho, zauważając spojrzenie przyjaciela. — Moja kuzynka. Przyjechała z matką na lato.

Piękne imię — odpowiedział Jan Henryk. — Jak bogini z greckich poematów.

Kazimierz uśmiechnął się.

Tylko uważaj, Janie. U nas na Polesiu, kto spojrzy na dziewczynę przy Świtezi, szybko się zakochuje.

Tak też się stało.

Ich rozmowy były najpierw nieśmiałe – o książkach, ziołach, jeziorach. Później o marzeniach, podróżach i miłości.

A pan, panie Janie — zapytała któregoś dnia, gdy siedzieli pod starym dębem — wierzy w przeznaczenie?

Nie wiem, czy to przeznaczenie, czy mądrość chwili. Ale wiem, że odkąd panią spotkałem, wszystko inne wydaje się mniej ważne.

Zaręczyny odbyły się w sierpniu 1823 roku, tuż po żniwach. W ogrodzie rozstawiono stoły, grała muzyka, a młoda para wpatrywała się w siebie tak, jakby świat przestał istnieć.

Janie — powiedziała Olimpia, ściskając jego dłoń — czy myślisz, że w Warszawie będziemy szczęśliwi?

Myślę, że gdziekolwiek będziesz ty, tam będę w domu.

Ślub zaplanowano po świętym Marcinie – 22 listopada. Zgodnie z obowiązkiem, spisano akt uszanowania, gdyż ojciec Jana Henryka już nie żył. Wesele było skromne, lecz pełne wzruszeń i życzliwych słów.

Pan młody miał trzydzieści lat. Panna młoda – dwadzieścia.

Ich pierwsze miesiące jako małżeństwa upłynęły w Warszawie, w rytmie nauki, pracy i coraz śmielszych planów na przyszłość.

Ale serca ciągnęły ich na wschód…

Dom i apteka

Zima 1824 roku była sroga. Mróz skrzypiał pod butami, a śnieg lśnił jak sproszkowane szkło. Gdy Jan Henryk i Olimpia zbliżali się saniami do Lubomla, koń wiózł ich przez śnieżne pola, między sosnami i nagimi sadami, nad którymi wisiała mlecznoszara mgła.

To tutaj zaczniemy nasze nowe życie. — powiedziała Olimpia, patrząc z uśmiechem na kamienne domy otaczające rynek.

Tak — odpowiedział Jan Henryk, obejmując ją. — Tutaj stworzymy coś własnego. Aptekę. Dom. Przyszłość.

Ich mieszkanie mieściło się tuż nad apteką – przytulne, z jasnym salonem, kuchnią pachnącą ziołami i dziecięcym pokoikiem, który wkrótce miał wypełnić się śmiechem. Meble przyjechały z Warszawy – solidne, proste, z ciemnego drewna. Na ścianach zawisły portrety rodzinne, nad kominkiem – ikona Matki Boskiej, a obok niej – obraz Świtezi, pamiątka z miejsca, gdzie narodziła się ich miłość.

Sama apteka była dumą Jana Henryka. Za kontuarem stały szklane słoiki z łacińskimi etykietami: Salvia, Valeriana, Mentha, Belladonna… W drewnianych szufladach – wysuszone korzenie, liście, kora. Był też kredens z miksturami, balsamami, nalewkami. Dawniej aptekarz przyuczony był nie tylko do przygotowywania lekarstw. Musiał również umieć udzielić chorym odpowiedniej porady medycznej i pomocy.

W 1825 roku przyszło na świat ich pierwsze dziecko — Władysław Jan Henryk. Rok później – Karol Mikołaj Jan. Potem córki: Józefa Róża i Adelia Augustyna Maria – ale ich życie przerwała choroba, Malwina Julia, Joanna Zofia, Adela Erazma i najmłodsza — Ludwika Konstancja.

Dom wypełnił się dziecięcym śmiechem i tupotem małych stóp.

Olimpia była matką oddaną i mądrą, potrafiła z czułością zarządzać domem i jednocześnie pomagać mężowi w aptece.

Twoje mieszanki są coraz lepsze — powiedział Jan Henryk pewnego wieczoru, podając jej filiżankę ziołowej herbaty.

Bo robię je z sercem — odpowiedziała z uśmiechem. — Jak wszystko dla ciebie.

W wolnych chwilach jeździli do Wyrzykowskich nad Jezioro Świteź. Przyjaźnili się z sąsiadami. Święta, chrzty, śluby i zgony były okazją do towarzyskich spotkań. Odwiedzali właścicieli okolicznych majątków – między innymi zaprzyjaźnioną rodzinę Strażyców z Równa, oddalonego o kilkanaście kilometrów od Lubomla.

Franciszku, muszę ci przyznać, twoja wiśniówka wciąż nie ma sobie równych — żartował Jan Henryk, wznosząc kieliszek podczas świątecznego spotkania.

Ale twoja nalewka z anyżku ratuje mi żołądek po każdej mojej — śmiał się Franciszek Strażyc.

Dni płynęły w rytmie natury i pracy. Apteka działała od świtu do zmierzchu, ale Jan Henryk nigdy nie odmówił nikomu pomocy. Czasem wstawał w nocy, gdy ktoś pukał do drzwi z dzieckiem na ręku albo kobietą w gorączce.

Niech pan ratuje, panie aptekarzu. Bóg zapłać, że pan nie śpi.

A on nie spał. Bo czuł, że jego miejsce jest tu – pośród ludzi, ziół i zapisków w zeszytach receptur.

W letni wieczór 1840 roku, siedząc na ganku z Olimpią, patrzył na bawiące się dzieci.

Pamiętasz, co ci powiedziałem, gdy jechaliśmy do Lubomla?

Że stworzymy tu coś własnego?

Tak. I myślę… że nam się udało.

Powaga życia

Lata czterdzieste XIX wieku. Dzieci Wunderlichów dorastały. Apteka wciąż działała pełną parą, a Jan Henryk stawał się coraz bardziej znaną postacią w Lubomlu i okolicach. Kobiety przynosiły mu kosze jaj lub miodu w podzięce, a chłopi z sąsiednich wsi przysięgali, że jego zioła mają moc większą niż modlitwa.

Wszystko miało rytm: poranki z pierwszymi klientami, popołudnia z rodziną, niedziele w kościele Świętej Trójcy i serdeczne spotkania z przyjaciółmi…

Olimpia często mawiała:

Luboml to nie Warszawa, ale tu ludzie żyją spokojnie. I chyba szczęśliwiej.

Pewnego dnia, latem 1851 roku, Jan Henryk wracał z wizyty u chorego dziecka. Słońce stało już nisko nad polami, a powietrze drgało od ciepła i zapachu dojrzałego żyta. Czuł zmęczenie – to było inne zmęczenie niż zwykle, głębsze, jakby dochodziło z samych kości.

Wieczorem położył się wcześniej niż zwykle. Olimpia nalała mu ziół, zmierzyła czoło dłonią.

Janie, nie masz gorączki, ale jesteś blady.

To tylko zmęczenie, Olimpio. Może zbyt długo dzisiaj pracowałem.

Ale nie minęło wiele dni, gdy stan się pogorszył. Słabł. Ledwo schodził na dół do apteki, aż w końcu został w łóżku.

Przy jego łożu zgromadziła się rodzina. Najstarszy syn, Władysław, trzymał go za rękę, Karol przygotowywał miksturę z kozłka, a Olimpia trwała przy nim dzień i noc.

Powiedz mi, Olimpio… — szepnął któregoś ranka — czy sądzisz, że dobrze przeżyłem to życie?

Jej oczy zaszkliły się łzami.

Janie… dałeś ludziom zdrowie, dzieciom dom, mnie – miłość. Czego chcieć więcej?

8 sierpnia 1851 roku, nad ranem, Jan Henryk odszedł. W księdze parafii rzymskokatolickiej w Lubomlu zapisano:

Dnia ósmego sierpnia roku Pańskiego 1851, zmarł w wieku 61 lat szlachcic Jan Henryk Wunderlich, pozostawił żonę Olimpię z Wyrzykowskich, synów: Władysława i Karola oraz córki: Malwinę, Joannę, Adelę i Ludwikę.

Pogrzeb był wielki. Mieszkańcy Lubomla i okolicznych wiosek przybyli aby towarzyszyć Janowi Henrykowi w ostatniej drodze. W kościele Świętej Trójcy zabrzmiały dzwony, a przed ołtarzem zapłonęły świece.

Mowę pożegnalną wygłosił jego stary przyjaciel — Franciszek Strażyc z Równa:

Jan Henryk Wunderlich nie był tylko aptekarzem. Był opiekunem naszych dzieci, powiernikiem naszych lęków, przyjacielem w chorobie i w zdrowiu. W jego domu było światło, w jego słowach – mądrość, a w jego oczach – wiara w dobro człowieka.

Na cmentarzu, wśród brzozowych krzyży i starych kamiennych nagrobków, stanął prosty pomnik z napisem:

JAN HENRYK WUNDERLICH,
aptekarz, mąż, ojciec, przyjaciel.
Żył mądrze, służył sercem.
1793 – 1851.

Olimpia długo nie mogła pogodzić się z jego odejściem. Siadywała wieczorami przy oknie, patrzyła na ogród i mówiła do synów:

Wasz ojciec byłby dumny z tego, co razem zbudowaliśmy. Trzeba żyć dalej. Dla niego. Dla siebie. Dla sióstr.

Ostatnie lata w Lubomlu

Po śmierci Jana Henryka aptekę przejęli Władysław i Karol, dwaj bracia o łagodnych twarzach i oczach pełnych pokory. Obaj już wtedy nosili w sobie zarazki choroby, która w XIX wieku była wyrokiem – gruźlicy. Mimo to, z niegasnącym oddaniem obsługiwali klientów, ważyli mikstury i pilnowali porządku w aptekarskich księgach.

Ich matka, Olimpia, choć sama przytłoczona żałobą, nie pozwoliła sobie na bezczynność.

Wasz ojciec mówił zawsze, że nie ma większej chwały, niż dobrze służyć ludziom — powtarzała, podwijając rękawy i pomagając synom w prowadzeniu apteki.

Wciąż przychodziły do niej kobiety z pytaniami, dzieci z drobnymi skaleczeniami, a sąsiedzi z potrzebą porady.

Władysław i Karol nie założyli rodzin. Byli świadomi swojej choroby, która raz po raz odbierała im oddech i siły. Ich dni były liczone, choć nie mówili o tym głośno.

Ale w życiu rodziny nie brakowało nadziei.

W styczniu 1855 roku, odbył się pierwszy ślub. Malwina Julia, najstarsza z żyjących córek, miała dwadzieścia dwa lata, kiedy wyszła za Edwarda Gilde, lekarza ze Lwowa.

Niedługo potem, w lipcu tego samego roku, Olimpia matka, opiekunka, powierniczka – zmarła. Odeszła cicho, w wieku zaledwie pięćdziesięciu lat. Jej śmierć była ciosem, ale życie w rodzinie nie zatrzymało się.

Jesienią 1855 roku, mimo świeżej żałoby, odbyła się kolejna uroczystość. Tym razem dziewiętnastoletnia Joanna Zofia, wyszła za Wincentego Gerleckiego, lekarza z Zasławia. Ślub był cichy, pełen wzruszeń, skromniejszy niż zwykle, ale z pięknym błogosławieństwem od Karola.

Mama byłaby dumna — powiedziała Joanna, ściskając dłoń starszego brata.

Karol tylko skinął głową. Jego twarz bielała z dnia na dzień, ale usta wciąż były pogodne.

W sierpniu 1856 roku w kościele Świętej Trójcy zabrzmiały znów dzwony – tym razem na ślub osiemnastoletniej Adeli Erazmy z Ignacym Strażycem, synem starego przyjaciela domu, Franciszka Strażyca z Równa.

Uroczystość była bardziej wystawna niż poprzednie. Kościół ozdobiono girlandami z ziół i dzikich kwiatów. Przed cudownym obrazem Matki Boskiej Lubomelskiej, Adela złożyła przysięgę. Wesele odbyło się w majątku w Równie – dworku otoczonym lipami, gdzie podawano pyszne potrawy i domowe nalewki, a orkiestra grała aż do świtu.

Patrz, bracie — powiedział Władysław do Karola — ojciec i matka pewnie na to patrzą. I się cieszą.

Karol uśmiechnął się, patrząc na tańczącą siostrę.

Trzy wydane… Jeszcze jedna została.

Ich najmłodsza siostra – Ludwika Konstancja, miała wtedy zaledwie szesnaście lat.

Cicha, łagodna, od najmłodszych lat chorowita – również nosiła w sobie zarazki choroby, która zbierała żniwo wśród młodych i dobrych. Zawsze mówiła o życiu zakonnym.

Chciałabym do klasztoru, bracia — mówiła szeptem. — Ale chyba nie przyjmą mnie z tak słabym zdrowiem.

I rzeczywiście – nie przyjęto.

Ale Ludwika się nie poddała. Została świecką zakonnicą, pomagając w parafii, ucząc dzieci modlitwy, odwiedzając chorych.

Życie to nie tylko wybór miejsca — mawiała. — Ale wybór serca.

Wszyscy troje zmarli młodo — gruźlica zabrała ich, nim zdążyli przekroczyć trzydziesty piąty rok życia. Jakby nad ich życiem ktoś postawił niewidzialną kreskę — w tym samym miejscu, w tym samym wieku.

Najpierw, zimą 1862 roku, odszedł Władysław, starszy z braci. Rok później — Karol, który do końca prowadził aptekę. Ludwika, najmłodsza z rodzeństwa, żyła jeszcze kilkanaście lat. Odeszła wiosną 1876 roku, tak jak oni — mając zaledwie trzydzieści pięć lat.

Echo pamięci

Pod koniec lat 70. XIX wieku apteka Wunderlichów przeszła w ręce nowego właściciela – Karola Rodziewicza, krewnego znanej pisarki Marii Rodziewiczówny. Był to moment, w którym w Lubomlu kończyła się historia ludzi, którzy na co dzień pomagali innym w chorobie.

Rodziewicz, również był świetnym aptekarzem i szybko zyskał uznanie mieszkańców miasteczka. Chociaż z wielką ostrożnością i szacunkiem wchodził w buty poprzedników, zauważył coś, czego nie dostrzegali ci, którzy nie znali historii Lubomla: apteka była sercem tej społeczności, miała swoje miejsce w pamięci ludzi.

I choć czas nieubłaganie płynął, a dom Wunderlichów zmienił właściciela, w sercach ludzi pozostał ten sam obraz: Jan Henryk Wunderlich, którego apteka była nie tylko punktem na mapie Lubomla, ale także miejscem spotkań, rozmów, gdzie niosło się pomoc, nie tylko w postaci lekarstw, ale także zwykłej, ludzkiej troski.

Podobno w młodym wieku Maria Rodziewiczówna bywała w Lubomlu, obserwowała ludzi, notowała różne wydarzenia, które później umieszczała w swoich powieściach. Czy spotkała kiedyś potomków Jana Henryka Wunderlicha? Może jego córkę Adelę – żonę Ignacego Strażyca z Równa? Możliwe. Jeden z bohaterów powieści Barbara Tryźnianka nosi nazwisko „Strażyc”.

Tropem Adeli Wunderlich TU

Wspomnienia Pani Zofii o Adeli Wunderlich TU

You may also like

8 komentarzy

Szeliga 2025-09-30 - 21:51

Czytając opowiadanie o rodzinie Wunderlich, miałam poczucie, że zaglądam do rodzinnego albumu sprzed dwóch wieków. Każda postać ma tu swoje miejsce: Jan Henryk – mąż i ojciec rodziny, Karol, Władysław i Ludwika – świadomi swego losu, Olimpia – kobieta silna w swojej delikatności, Malwina, Joanna i Adela – które niosą w świat resztki rodzinnego ciepła. W ich losach odbija się cały XIX wiek: nadzieje, choroby, praca, obowiązek, miłość. To proza spokojna, bo nie ma tu pośpiechu – jest za to prawda o życiu i przemijaniu. 🙂

Reply
Krystyna 2025-09-30 - 22:02

Piękna, nastrojowa opowieść o tym, że historia to nie tylko daty, ale przede wszystkim ludzie – ich czułość, praca i ciche marzenia. Czuć tu zapach apteki i wiatr znad Polesia. Pozdrawiam cieplutko 🙂

Reply
Anna W. 2025-09-30 - 23:03

Ta opowieść pachnie historią – starymi księgami aptekarskimi, ziołami i wspomnieniami. Wspaniale oddany klimat XIX wieku. Czytając, miałam wrażenie, że czas zwalnia. Wszystko dzieje się w rytmie dawnych dni – jakby świat był wtedy prostszy, ale pełniejszy. Urzekła mnie postać Jana Henryka – człowieka, który całym życiem służył innym. Pozdrawiam serdecznie 🙂

Reply
Maria 2025-10-01 - 17:30

Piękna równowaga między światłem a cieniem. Smutek i radość przeplatają się jak pory roku. Czułam, że naprawdę jestem w tamtym świecie. To nie tylko opowieść o ludziach, ale też o miejscach – Żuławy, Warszawa, Polesie Wołyńskie, Luboml… Potrafisz nadać sens nawet najmniejszym chwilom. To nie tylko historia rodziny, ale i hołd dla pamięci, dla tych, którzy żyli przed nami. 🙂

Reply
Karolina 2025-10-01 - 21:33

Historia rodziny, której śmierć i choroba nie zdołały zagasić światła życia. Bardzo wzruszające – szczególnie los Władysława, Karola i Ludwiki oraz cicha siła Olimpii. Czytałam jednym tchem. Tak subtelnie pokazana nadzieja pośród straty – niby zwyczajne życie, a jednak głęboko poruszające.

Reply
Magdalena 2025-10-01 - 21:52

Piękne opowiadanie o codzienności, o pokorze wobec losu, o aptece pachnącej ziołami, o chorobie, o ślubach w cieniu żałoby, o tym, jak nadzieja potrafi przetrwać wszystko, a pamięć jest formą miłości. Każda scena wydaje się malowana światłem – raz miękkim jak wiosenny poranek, innym razem przygaszonym jak wieczór po stracie. Historia rodziny Wunderlichów przedstawiona z delikatnością, która przypomina dawną korespondencję – listy pisane piórem, w których każde słowo ma znaczenie. Bardzo mi się podoba. Pozdrawiam serdecznie.

Reply
Marta Stach. 2025-10-01 - 22:19

Zbudowałaś atmosferę jak malarz dawnych pejzaży. Jednym pociągnięciem pióra oddałaś zapach deszczu, szelest kartek w aptece czy spojrzenie matki, która wie, że jej synowie nie doczekają starości. Czytając, odniosłam wrażenie, że świat tamtych czasów był kruchy, ale też bardziej uważny. To opowiadanie po którym zostaje w sercu ciche echo i chęć, by wrócić do własnych korzeni.

Reply
Oliwka 2025-10-02 - 12:34

Poruszająca opowieść o rodzinie, pamięci i sile wspomnień. Historia, która pozwala poczuć ducha przeszłości i odnaleźć piękno w codzienności. 🙂

Reply

Leave a Comment